Wywiady

Mam psią duszę

Zwierzęta nie maja takich możliwości jak my. To my się staliśmy bogami na tym świecie. Bogami dla nich, bo my jesteśmy panami życia i śmierci. I jak widać bardziej śmierci – mówi Dorota Sumińska, weterynarz i dziennikarka. Autorka książek i programów telewizyjnych o opiece nad zwierzętami mieszka z gromadą swoich pupili w środku Puszczy Kampinoskiej. Rozmowa Kamili Dareckiej w programie „Prawdę mówiąc”.

Kamila Drecka: Jak koegzystują Pani psy z kotami, koty z myszami?

Dorota Sumińska:
Jak widać. Jest zgoda. Zresztą nie byłoby innej możliwości. Przy takiej ilości zwierząt nie byłoby mowy żeby w ogóle żyć tu, gdyby one nie żyły w zgodzie.

Jak to Pani zrobiła, że one żyją w zgodzie?

Nie wiem, ja to zrobiłam mimo woli. To znaczy nie mimo woli, bo oczywiście bardzo chciałam, ale to się stało dlatego, że one są zupełnie niezwykłe. Mimo tego, że są wszystkie z przypadku, wszystkie z niedoli, a godzą się cudownie i żyją naprawdę w pełnej harmonii.

Rodzi się Pani w rodzinie, w której miłość do zwierząt jest oczywista. Tak samo jak szacunek dla zwierząt, o którym Pani mówi. Tymczasem będąc w beciku pierwszy kontakt ma Pani z wężami, właściwie ze żmijami.

Bo musiały się gdzieś ogrzać, a ojciec nie miał inkubatora.

A wyobraźnię miał? Nie bał się, że mogą Pani zrobić krzywdę?

Znał je bardzo dobrze. Żmija jest niesłychanie spokojnym gadem, bardzo łagodnym i spokojnym. Kąsa tylko w ostateczności. Kiedy ktoś na niej siądzie czy na nią nadepnie. Ojciec wycinał im zęby jadowe, nie wiedział, że tak szybko odrastają.

W wózeczku poza Panią była także kura…

Perliczka.

…którą mama uratowała przed niechybną śmiercią. Kura była dosyć szczególną postacią w Pani domu, bo nie tylko chodziła sobie swobodnie pomiędzy psami i kotami, ale również wypijała osłodzoną herbatę.

Bardzo lubiła osłodzoną herbatkę z cytrynką. Nie tylko, ona nie bratała się z każdym, stąd jej imię Pani Warszawska. Dlatego, że gdy dawniej jeździliśmy na wieś z psami i kurą, nazwali ją tak mieszkańcy wsi. Dlaczego? Bo ona się nie bratała z kurami ze wsi tylko chodziła z psami – taka Pani Warszawska.

Pani korzenie sięgają do Wołynia i Grodna.

Tak.

Losy Pani rodziny są bardzo trudne.

Myśmy byli w jakiś tam sposób wyklęci. To były ziemiańskie domy, bardzo herbowe, bardzo dobre jak na przedwojenne czasy, natomiast bardzo niedobre jak na czasy powojenne. I z tego powodu było nam bardzo trudno. Bo nawet ja to odczułam na studiach. Chociaż to było dawno, dawno po wojnie, ale miałam takie wydarzenie, że np. brałam udział w jakimś tam doświadczeniu naukowym, będąc studentką i nie mogłam wyjechać zagranicę jako przedstawiciel grupy robiącej to doświadczenie. Myślę, że chodziło o to, żeby mi pokazać, iż inni pojadą, a ja nie pojadę. Gorzej miał mój ojciec, gorzej moja mama, babcia czy dziadkowie. Nie mogli znaleźć pracy mimo tego, że byli bardzo wykształconymi ludźmi. Choć to było bardzo trudne, stworzyli jakiś mikroświat na Saskiej Kępie, na Wspólnej, w którym były chwile szczęścia.

Eutanazja, jeśli chodzi o zwierzęta oczywiście, jest dopuszczalna moim zdaniem tylko wtedy, kiedy pozostaje jedynie cierpienie, kiedy nie ma już żadnej radości życia. A jeśli jest jakaś radość życia i to, że pies czy kot nie może sam wskoczyć gdzieś, trzeba mu pomóc

Te wszystkie zwierzęta Państwo przecież nie trzymali w jakiś dużych domach

Nie było możliwości, mieszkanie na Wspólnej miało 39 metrów kwadratowych. Ludzi było dostatek i zwierząt był dostatek. Bo była moja babcia, moja Mama, mój Ojciec oprócz tego były ze trzy psy i kot Moniek. Były szczury, były ptaki drapieżne, była koza, była kura, była perliczka, był kogutek Rosołek. Co prawda przez krótki czas, bo tak się złożyło… Ne zjedliśmy go… Wrócił na wieś.

Pisze pani, że „dzieci maja szczególna umiejętność porozumiewania się ze zwierzętami. Ginie ona wraz z wiekiem, w potoku słów”. Pani nie dała się zagłuszyć słowom?

To nie moja zasługa. Ja byłam zawsze bardzo ciekawa świata i byłam bardzo dobrym obserwatorem. W pewnym momencie pamiętałam z dzieciństwa takie chwile, których nie umiałabym wytłumaczyć słowami i zaczęłam do tego wracać. Żeby się dogadać z innym gatunkiem trzeba na chwilę wczuć się w jego rolę. Jeżeli się wczujemy w czyjąś sytuację, postawimy się w tej sytuacji to bardzo łatwo odgadnąć intencje drugiej strony. Wśród psów jest tak, że przywódca stada jest najważniejszy i musi mieć jakiś argument. Jeżeli chodzi o wilka to on ma argument w postaci zębów, ja mam za słabe na to, choć czasem ich używam i zdarzyło się tak, że pogryzłam Bubka.

Niemożliwe!

Naprawdę! Pogryzłam go kiedyś.

Ale coś się złego stało?

Rzucił się na bardzo małego Pinia.

Rozumiem…

Chciałam mu pokazać, jak to jest. I bolało, bo ugryzłam go w ucho. Jeżeli wnoszę do domu zwierzę, które się boi, które nikogo nie zna, które nigdy w życiu pośród dwudziestki nie było i jest w obcym miejscu to muszę to zrobić tak, żeby pozostali mieszkańcy czworonożni wiedzieli, że to nie są przelewki. Co wtedy robię? Biorę moje berło – to jest rura z papieru pakowego, żeby znać moc tej rury trzeba uderzyć nią w stół. Uderzam w stół wtedy, kiedy na przykład jest sytuacja, która grozi jakąś aferką. I w tym momencie robi się spokój.

Jak przyprowadzam nowe zwierzę, to wchodzę z tym zwierzęciem pod pachą, uderzam w podłogę i mówię „To jest nowy i ma być spokój i nie wolno go ruszać!”. I proszę mi wierzyć, to wystarcza. Bo u nas był bocian, który jest zwierzęciem absolutnie atrakcyjnym jako ptak. Ten bocian noce spędzał w łazience, ja tam wykładałam gazety na podłogę, psy nawet nie podchodziły bliżej, były drzwi otwarte do łazienki, psy podchodziły na dwa metry, były bardzo ciekawe – nie podeszły do niego. On się bał i one nie podeszły.

Jak się wychowuje taka gromadkę zwierząt?

To jest troszkę tak, jak z dziećmi specjalnej troski. Trzeb najpierw dać się im pokazać. Naprawdę, nie można mieć oczekiwań. Dla mnie jedynym oczekiwaniem ze strony zwierząt… Nie, nie jedynym! Są dwa oczekiwania – że będzie mu dobrze i że nie będzie robił awantur.
„Biorę moje berło – to jest rura z papieru pakowego, żeby znać moc tej rury trzeba uderzyć nią w stół. Uderzam w stół wtedy, kiedy na przykład jest sytuacja, która grozi jakąś aferką. I w tym momencie robi się spokój” (fot.arch.tvp)
Może nam Pani opowiedzieć o niektórych swoich zwierzętach?

Np. Sarenka jest ze schroniska w Koszalinie, ma uszkodzona jedna nogę i to był powód główny dla jakiego do mnie przyjechała. Jest Boluś, który już napisał jedną książkę, ma skończone siedemnaście lat.

Przypomnijmy jak się nazywała książka.

„Świat według psa”. Boluś ma się świetnie . Chociaż ma zaćmę, ale jeszcze widzi.

A co Pani podpowiadał w tej książce?

Opowiedział mi swoją historię. Kiedy on do mnie tutaj przyjechał miał 11 lat, ktoś go już nie chciał, więc trzeba było wymyślić te 11 lat.

Wiele zwierząt uchroniła Pani przed takim trudnym umieraniem – przed cierpieniem przy zastosowaniu eutanazji.

Ja uważam, że każdy ma prawo do swojej śmierci. Bardzo często jest tak, że jeżeli zwierzę jest stare i na przykład jest niedołężna, ciężko mu chodzić trzeba mu pomóc, to ludzie myślą: „to już nich się nie męczy”. To ja im wtedy mówię, że jak będą tacy starzy, to niech wnukowie im powiedzą; „po co się męczysz dziadku? Ja cię uśpię”. Eutanazja, jeśli chodzi o zwierzęta oczywiście, jest dopuszczalna moim zdaniem tylko wtedy, kiedy pozostaje jedynie cierpienie, kiedy nie ma już żadnej radości życia. A jeśli jest jakaś radość życia i to, że pies czy kot nie może sam wskoczyć gdzieś, trzeba mu pomóc…

To mu się pomaga oczywiście.

To trzeba mu pomagać i trwać przy nim do końca. I to nawet jest cudowne, takiego staruszka rozpieszczać i widzieć, że on ma komfort starości i nawet komfort chorowania.

Rośnie lawinowo grupa wyrzuconych czy opuszczonych zwierząt - psów, kotów. Jak temu przeciwdziałać? Czy jest jakiś sposób?

Tak. Ten sposób nazywa się grosik życia. Jest to ogólnopolski program kastracji zwierząt za darmo – gmina po gminie. Tylko, żeby mieć na to pieniądze trzeba je uzbierać. Ludzie muszą też zrozumieć, że schroniska są tragiczna koniecznością…. „Schronisko” kojarzy się ze górskim, a to są miejsca kaźni. I wszystkie schronisk powinny być puste. A dopóki w schroniskach zostanie jeden, jedyny pies, nie można psów kupować i trzeba kastrować te, które nie są do reprodukcji.

I brać ze schronisk

I tego jednego zabrać.

Nie kupować.

Nie kupować! Zwierzęta to nie jest kilo kartofli.

Wszystkie Pani zwierzęta są ze schronisk.

Wszystkie są z niedoli. Wszystkie są przez kogoś kiedyś wyrzucone.
Ile można wziąć takich zwierząt?

Tyle żeby imiona zapamiętać.

Czyli do dwudziestki można w takim domu trzymać.

Było raz 22. No niby u nas dwudziestka to jest ta magiczna cyfra, której nie należy przekraczać, ale czasem sytuacja jest taka, że się nie da. Jak leży na szosie przejechane zwierzę, nie można go zostawić.

Ale ma Pani poczucie, że nie wszystkim może Pani pomóc?

Ale to w ogóle nie na tym polega, bo wszystkim się nie da pomóc, mówi się, że nie uratujesz całego świata. Ja uratowałam cały świat Bosia, uratowałam cały świat Kajtka, cały świat Sarny.

Zaangażowała się Pani tez w taki program „Przyjaciele czyli pies w celi”. Czy rzeczywiście zwierzęta łagodzą obyczaje nawet kryminalistów?

Tak samo jak dzieci, bo zwierzęta to są właśnie takie dzieci, które nigdy nie dorastają. I naprawdę bardzo łagodzą obyczaje. Ci ludzie bardzo często pochodzą z miejsc, w których nie mieli żadnych szans nauczyć się czuć. I oni maja z tym największy kłopot. I nagle przychodzi zwierzę, które umie czuć, ale jest odtrącone.

Poza tym działa jeszcze coś takiego – ty za kratkami - ja za kratkami, ty poszkodowany – ja poszkodowany. I te zwierzęta z nich wyciągają to, co powinno być wyciągnięte, kiedy mieli 10 lat. Oni przygotowują te psy do adopcji, żeby te psy nie bały się człowieka, żeby umiały spełniać najprostsze polecenia, które są bardzo przydatne. Ludzie często boją się brać psy ze schroniska, bo uważają, że ten pies będzie stwarzał jakieś szczególne kłopoty. A oni biorą właśnie te psy, które mogłyby stwarzać szczególne kłopoty i uczą je zaufać człowiekowi i mu się podporządkować.

Ja myślę, że największym sukcesem jest to, że ja wiem, że ci mężczyźni, którzy wzięli udział w tym programie, jak wyjdą to nie skrzywdzą psa i dziecka, bo oni się już nauczyli coś przeżywać. Wiedzą, że można przed słabszym się pochylić, że słabszego trzeba chronić.

Co się Pani nie podoba we współczesnej weterynarii?

Nie podoba mi się tylko to, że weterynaria się skomercjalizowała. I często tak bywa, że gdzieś zatraca się ten dobrostan, takie słowo, którego nie lubię, ale to, że chodzi o tego psa, tak naprawdę, żeby on był szczęśliwy i zadowolony, a nie o to żeby zarobić czy o to, żeby na wystawę pójść i zlikwidować mu defekt, który ma. Ja myślę, że psy na przykład nie marzą o aparatach na zęby.

Napisała Pani takie zdanie: „miłości nauczyła mnie suczka Viva, bo wtedy, kiedy do mnie trafiła miałam pęknięte serca, a ona je posklejała”.
Tak. Myśmy były w tym samym wieku, ja miałam niespełna 7 lat a Viva – gdy przyszła – 7 tygodni, więc mniej więcej ten sam poziom i to była taka moja siostra, o której marzyłam, bo ja marzyłam o rodzeństwie.. I rzeczywiście więź między nami była zupełnie niezwykła.

Co Pani myśli o ludziach, którzy nagle porzucają swoje psy?

Bardzo im współczuję, bo myślę, że to są chorzy ludzie. Człowieczeństwo polega na tym, że umiemy współczuć, współodczuwać z innymi, a ludzie, którzy nie potrafią się przywiązać, pokochać, to są bardzo biedni, bardzo ubodzy ludzie. I mnie jest ich żal w gruncie rzeczy, bo sądzę, że są bardzo nieszczęśliwi.

Pani też mówiła o swoich związkach z mężczyznami. To były cztery związki i dosyć szczególne, bo i ten obecny Pani mąż jest Pani pierwszą miłością, prawda?

Tak.

Potem była osoba, która dwukrotnie Panią jakoś zawiodła i był też mężczyzna, z którym miała Pani dziecko.

Tak było.

Pani w książce przyznała się do własnej niedojrzałości. To bardzo rzadkie. Dlatego, że zwykle jak ludzie się rozstają to przerzucają winę na tego drugiego. Nie szukają winy w sobie.

To też jest bardzo źle, jeżeli człowiek w sobie zawsze szuka winy, a ja mam taką cechę niestety, która często utrudnia mi życie, że ja siebie winię. Może to jest po części cecha dzieci z rozbitych małżeństw, możliwe. Bo często dzieci myślą, że przez nie to wszystko się stało.

Pani też tak myślała.

Tak, oczywiście. Większość dzieci tak myśli.

O obecnym związku z Pani mężem Tomaszem pisze Pani, że dzisiaj…..

Jest moim mężem nieślubnym.

Mówi Pani, że będziecie ze sobą zawsze.

Bo czas dorosnąć! „Zawsze” jest wtedy, kiedy mamy do czynienia z kimś trochę od nas zależnym jeżeli my mamy w sobie to „zawsze”. Natomiast jeżeli mamy do czynienia z kimś kompletnie odrębnym i niezależnym, to możemy mówić o swoim „zawsze”. Nie możemy mówić o czyimś „zawsze”. W ogóle co to jest „zawsze”?! Ja mam nadzieję, że po prostu nigdy nie dojdzie do tego, że się znielubimy.
„To też jest bardzo źle, jeżeli człowiek w sobie zawsze szuka winy, a ja mam taką cechę niestety, która często utrudnia mi życie, że ja siebie winię. Może to jest po części cecha dzieci z rozbitych małżeństw, możliwe. Bo często dzieci myślą, że przez nie to wszystko się stało” (fot.arch.tvp)
W 2001 roku zaopiekowała się Pani chłopcem z domu dziecka.

Wszystko wynikało z tego, że na mnie wisiało zobowiązanie mamy. Kiedy ja byłam bardzo małym dzieckiem, bardzo ciężko chorowałam i mało nie umarłam. I wtedy moja mama złożyła takie ślubowanie, że jeśli ja przeżyję i będę zdrowa to ona zaopiekuje się jakąś sierotą.

Jakie to było doświadczenie?

Bardzo wiele mnie nauczyło. Najwięcej pokory. Bo to był niewypał dlatego, że ja nie byłam przygotowana na taka osobę jak on. To był bardzo dobry, bardzo fajny chłopiec, ale był za duży.

Ile miał lat?

14. To był chłopiec, który wymagał specjalistycznego przygotowania do tego, żeby mu skutecznie pomóc. Ja takiego przygotowania nie miałam i może dlatego on sam z tego zrezygnował, bo jeszcze był na tyle uczciwy, że powiedział mi to w oczy. Myśmy się bardzo lubili tylko, że ja mu postawiłam dwa warunki, których może nie powinnam stawiać tylko powinnam umieć to zmienić tak, żeby ich nie stawiać. Powiedziałam mu, że musi przestać kraść i musi chodzić do szkoły. I on zastanowił się i uczciwie mi powiedział, że ich nie przyjmuje, że nie da rady.

Ma pani też – jak Pani o nim mówi – wnuka z wyboru.

Tak. Niestety nie możemy go teraz pokazać, ale przyjedzie jak zwykle latem, bo mieszka daleko.

To pół Nigeryjczyk, adoptowany.

Adoptowany przez dwie przyjaciółki, które traktuję – podobnie jak Leon – jak moją przyszywaną rodzinę. One miały w Polsce strasznie ciężko

I dlatego wyjechały z Polski?

Dlatego wyjechały. W ogóle są to tak dzielne kobiety, że nie mam słów.

Kiedy Pani o tym opowiada, mówi Pani takie zdanie „wstyd mi, że jestem człowiekiem”.

Tak. Wstyd mi. Tolerancja wynika z pewnego poziomu intelektualnego. Mądrość nie jest zła, mądrość nie jest okrutna. A to jest okrucieństwo to, o się działo i jeszcze dopóki one były same we dwie i też nie miały lekko, ale jakoś było. A gdy dołączyło do tego czarne dziecko, to życie tu stało się niemożliwe, bo nie jesteśmy tolerancyjni, nie jesteśmy normalni, bo tak się nie zachowuje w stosunku do kogoś, kto inaczej wygląda lub ma inne preferencje w kwestii związków. Kiedy oni zaczęli ze sobą w trójkę funkcjonować, zaczęły spotykać ich duże przykrości. Leon na szczęście tego jeszcze nie rozumiał, ale pozostała tylko ucieczka. I te dziewczyny, które tutaj były intelektualistkami, pojechały gdzieś daleko myć kible. Dla Leosia.
Pisała Pani też o rozróżnieniu duszy ludzkiej i duszy psiej, duszy zwierzęcej. Mówiła Pani, że ta zwierzęca dusza jest lepsza niż nasza ludzka.

Tak. Ja w ogóle myślę, że część ludzi nie ma duszy i może dlatego właśnie topią dzieci w beczkach albo wyrzucają psa z samochodu.

Ale myśli Pani, że zwierzęta są bardziej empatyczne niż ludzie?

Są przede wszystkim dużo uczciwsze. Nie ma w nich obłudy. Zwierzę, które kocha, które oddaje się człowiekowi w przyjaźni, jest z nim do ostatniej kropli krwi, do ostatniego oddechu. Są bardzo wierne. I zwierzęta nie maja takich możliwości jak my. To my się staliśmy bogami na tym świecie, bogami dla nich, bo my jesteśmy panami życia i śmierci, jak widać bardziej śmierci. I nam się wydaje, że one są takie płaskie. My nawet nie patrzymy na współmałżonka i na dziecko też nie patrzymy i nie wiemy, jacy oni są.

Zacytuje też Panią: „byłam słoniem, byłam psem”

Znaczy, ja jestem psem.

Jest Pani psem?!

Zdecydowanie jestem psem. Chciałabym być psem i one mnie chyba tak trochę traktują. Zdecydowanie mam psią duszę.

Wszystkie Pani domy były bardziej dżunglą aniżeli ogrodem zoologicznym. Jest Pani przeciwnikiem ogrodów, prawda?

Znaczy w tej chwili jestem przeciwnikiem z powodu dla jakiego powstały, bo powstały ku uciesze gawiedzi i ku cierpieniu zwierząt.

Podobnie jak cyrk.

Podobnie jak cyrk. Natomiast w tej chwili bardzo wiele ogrodów zoologicznych to są ośrodki reintrodukcji gatunków, których by nie było, gdyby nie ten ogród. Więc to się bardzo zmieniło. Zmieniły się same ogrody zoologiczne i to zasadniczo. Dba się o to, żeby te zwierzęta czuły się nie jak w więzieniu, co jest niesłychanie ważne. Choć z drugiej strony uważam, że naprawdę nie trzeba więzić kogoś, żeby go obejrzeć. No, ale co zrobić z tymi zwierzętami, które są już i były w ogrodach?

Jak Pani edukuje ludzi? Bo Pani jednak ma taką pasje edukowania ludzi.

Staram się.

Zwierzęta są przede wszystkim dużo uczciwsze. Nie ma w nich obłudy. Zwierzę, które kocha, które oddaje się człowiekowi w przyjaźni, jest z nim do ostatniej kropli krwi, do ostatniego oddechu. Są bardzo wierne

Na przykład, kiedy dzwoni do Pani człowiek i mówi, że kupił dla swojej żony tygryska.

Ja myślałam na początku, że on żartuje, że jego kot ma na imię Tygrysek. Bo nie przyszło mi do głowy, że ktoś prawdziwego tygrysa przemyci z Tajlandii, a rzeczywiście tak było. Więc jak on mi powiedział, że to naprawdę jest tygrysek, w pierwszej chwili nie wiedziałam co powiedzieć. Powiedziałam mu więc tylko, że widocznie bardzo nie lubi swoich dzieci.

I swojej żony.

I swojej żony.

Również jeżeli chodzi o delfiny miała Pani pretensje, kiedy znalazła się w takim miejscu, gdzie przebywają delfiny.

Bo to, co teraz się dzieje na świecie z delfinami to jest tragedia. Buduje się te delfinaria, jest jakieś szaleństwo delfinoterapii. Ja też kiedyś myślałam, że delfinoterapia dużo daje. Okazuje się, że nic nie daje! Że jeśli chodzi o dziecko, małe dziecko, to czy ten delfin będzie nadmuchiwany czy żywy to nie robi to żadnej różnicy. Że może go w ogóle nie być, gdy będą dobre zajęcia w wodzie.

To jest zniewolenie niezwykłych zwierząt, niezwykle inteligentnych, jeszcze tak do końca nie poznanych, skazywanie ich na straszne życie, wykorzystywanie w sposób bezwzględny.

Czyli dajmy zwierzętom żyć.

Odczepmy się od nich po prostu. Dajmy im być sobą!

Co się nie udało w pani życiu?

Co się nie udało? Nie udały się trzy małżeństwa. Nie udało mi się przysposobienie Karola – tego chłopca, o którym rozmawiałyśmy. Nie udało mi się przekonać wszystkich w Polsce, że trzeba brać psy ze schronisk, ale może mi się uda!

Wie Pani dlaczego pytam o nieudane? Bo koniec Pani książki jest taki: ”Jesteśmy wszyscy szczęśliwi”.

Bo teraz jesteśmy. To się udało. Mamy poczucie, że wszyscy dążą do szczęścia. „Szczęścia chwile to motyle”, jak śpiewa Kora i to jest prawda. Teraz się zrobiło tak, że my musimy być ciągle szczęśliwi, piękni, młodzi i bogaci.

Nie musimy.

Nie musimy.
Zdjęcie główne: fot. TVP
Zobacz więcej
Wywiady wydanie 13.10.2017 – 20.10.2017
„Powinniśmy powiedzieć Merkel: Masz tu rachunek, płać!”
Jonny Daniels, prezes fundacji From the Depths, O SWOIM zaangażowaniu w polsko-żydowski dialog.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Definitely women in India are independent
Srinidhi Shetty, Miss Supranational 2016, for tvp.info
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Małgosia uratowała mi życie. Dzięki niej wyszedłem z nałogu
– Mam polski paszport i jestem z niego bardzo dumny – mówi amerykański gwiazdor Stacey Keach.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
„Kobiety w Indiach są niezależne. I traktowane z szacunkiem”
Tak twierdzi najpiękniejsza kobieta świata Srinidhi Shetty, czyli Miss Supranational 2016.
Wywiady wydanie 14.07.2017 – 21.07.2017
Eli Zolkos: Gross niszczy przyjaźń między Żydami a Polakami
„Żydzi, którzy angażują się w ruchy LGBT, przyjmują liberalny styl życia, odchodzą od judaizmu”.