Po godzinach

Kradną miliony używając gazet

Jaki jest najnowszy sposób polskich przestępców na obrabowanie banku? Wystarczy podstawiona osoba, kilka fikcyjnych przelewów oraz kilka godzin poświęconych na wycinanie równych prostokątów z gazet. Bez broni, a właściwie nawet bez wizyty w banku. To metoda „na wyrzutnię”, wykorzystująca lukę w działaniu bankowego systemu wpłat pieniędzy do tzw. wrzutni. Na dodatek organizatorzy tego typu oszustw – jak dotąd – są nieuchwytni.

W lutym kroniki kryminalne zdominowała sensacyjna wiadomość. Tajemniczy oszust wyłudził z jednego z banków w stolicy ponad 4,6 mln zł. Jeszcze bardziej sensacyjny okazał sposób przekrętu. Okazało się, że skorzystał z tzw. wrzutni bankowej, tyle, że w kopercie zamiast pieniędzy, umieścił pocięte gazety. System bankowy zawierzył klientowi i zaksięgował na jego koncie deklarowaną sumę. Kiedy tylko pieniądze znalazły się na koncie oszust kupił za nie złoto i zniknął. Kilka miesięcy później w podobny sposób obrabowano bank w Krakowie. Jak się okazuje, wcześniej w podobny sposób wyłudzono pieniądze z mniejszych banków. Jednak – jeszcze wtedy – nie przeczuwano zagrożenia, bo łupem złodziei padło „raptem” kilkaset tysięcy euro.

Oficjalnie prokuratury prowadzące śledztwa w tych sprawach, nie łączą tych zdarzeń. Jednak sprawie przygląda się bacznie policja. Sposób działania sprawców wskazuje, że mogą być członkami jednej grupy. Poza modus operandi łączy ich także profil – są notowanymi przestępcami, którzy wcześniej zajmowali się mniej poważnymi przekrętami.

– Można odnieść wrażenie, że ktoś znalazł sposób na wyłudzenia znacznych sum. Możliwe, że najpierw sprawdzono czy sposób na wrzutnię jest do zrealizowania. A gdy wyszło, że można w ten sposób naciąć bank, to uderzono z większymi sumami. Trudno uwierzyć, że drobny cwaniak może samodzielnie pokusić się na wyłudzenie kilku milionów złotych. – mówi jeden z oficerów Komendy Głównej Policji.
Pruszkowski poligon

Nie wiadomo, kiedy dokładnie po raz pierwszy dokonano przekrętu metodą na wyrzutnię. Banki nie są chętne do zdradzania ile razy padły ofiarą takich oszustów. Wiele jednak wskazuje na to, że do pierwszych poważnych oszustw tą zyskowną metodą doszło w połowie 2011 r. Pierwszą oficjalną sprawą było oszukanie filii jednego z banków w Pruszkowie.

1 czerwca 2011 r. w placówce pojawił się elegancko ubrany mężczyzna. To Michał S., schorowany kloszard z Pruszkowa. Na ten jeden dzień zamienił się jednak w poważnego biznesmena. Założył konto firmowe i zadeklarował, że chciałby dokonywać tak zwanych wpłat gotówkowych zamkniętych (WPZ). To specjalna opcja bankowa polegają na tym, że przedsiębiorca wpłaca gotówkę w opakowaniu uniemożliwiającym kradzież pieniędzy bez jego uszkodzenia. Dodatkowo, na opakowaniu umieszczony jest dowód wpłaty lub deklaracja zawierającą kwotę, jaka znajduje się paczce. Takie wpłaty można deponować w specjalnych wrzutniach lub w oddziałach banku. Zazwyczaj bank od razu uznaje zadeklarowaną wpłatę i dopiero po jakimś czasie przelicza pieniądze. System ten w założeniu opiera się na zaufaniu do klienta.

Michał S. najwyraźniej wzbudził zaufanie pracownika banku, który przyznał mu takie uprawnienie. W tym samym czasie, w stolicy, rachunek otworzył Dariusz O. Tego samego dnia zadeklarował, że za dwie doby będzie wypłacał znaczną sumę – ok. 240 tys. euro.

Dokładnie 3 czerwca oszuści finalizują swoją operację. Na konto Michała S. wpływa prowizja akonto WPZ. On sam pojawia się w banku i na ręce kasjera deponuje kopertę z deklarowaną sumą – 250 tys. euro. Kwota zostaje zaksięgowana i chwilę potem zostaje przelana na konto Dariusza O. Ten spokojnie wypłaca ćwierć miliona euro i znika. Oszuści byli na tyle bezczelni, że zdążyli jeszcze przelać sumę, która miała być przeznaczona na prowizję dla banku. Gdy 6 czerwca w banku otworzono kopertę z wpłatą wypadły z niej ulotki kantoru przypominające banknoty euro.

Po wielu miesiącach śledztwa, prokuraturze i policji udało się dotrzeć tylko do S. Ten zbytnio się nawet nie ukrywał. Jego sprawa trafiła do sądu. Policjanci ustalili także miejsce pobytu Dariusza O., ale ten zdążył zniknąć. – Uważamy, że w sprawę tą mogą być zamieszane inne osoby, które to wszystko zorganizowały – mówi Piotr Romaniuk, szef pruszkowskiej prokuratury rejonowej.

Wpłaty gotówkowe zamknięte to specjalna opcja bankowa polegają na tym, że przedsiębiorca wpłaca gotówkę w opakowaniu uniemożliwiającym kradzież pieniędzy bez jego uszkodzenia. Dodatkowo, na opakowaniu umieszczony jest dowód wpłaty lub deklaracja zawierającą kwotę, jaka znajduje się w pakunku. Koperty można deponować do specjalnych wrzutni lub w oddziale banku. Usługa ta przyznawana jest zaufanym klientom. Zazwyczaj bank, od razu uznaje zadeklarowaną wpłatę i dopiero po jakimś czasie przelicza pieniądze.

fot. policja kasa
Sławomir Sz. wykorzystując fałszywe dokumenty otworzył kilka rachunków walutowych (fot. KGP)
Prosty przekręt

Kiedy policjanci komendy stołecznej szukali oszustów z Pruszkowa , w tym czasie inny oszust organizował kolejny przekręt. Tym razem na znacznie większą kwotę. I ulepszoną metodą. W sierpniu 2011 r. Sławomir Sz. wykorzystując fałszywe dokumenty otworzył kilka rachunków walutowych. W banku przekonywał, że chce otworzyć sieć kantorów w Warszawie. Posługiwał się dokumentami na nazwisko Bogusława P. – właściciela kantorów w Poznaniu. Jako P. poznał przez internet Magdalenę M., która rozpaczliwie poszukiwała pracy. Zaproponował jej, aby została jego asystentką. Kobieta słysząc, że może zarabiać od 3,5 tys. do 4,5 tys. zł miesięcznie, przyjęła ofertę.

Oszust dał „asystentce” upoważnienia do zajmowania się kontami firmowymi. Przez cały sierpień na rachunkach oszustwa pojawiały się różne wpłaty. Bank widział, że jest „ruch na kontach” i dał Sz. zgodę na korzystanie z wrzutni. Gdy tylko Sz. zyskał taką możliwość przeszedł do dzieła. Już wcześniej pertraktował w mennicy zakup dużej ilości złota. W końcu zdecydował się na kupno 15 kg złotych monet kolekcjonerskich wybitych dla Białorusi.

16 września doszło do kulminacji przekrętu. Kilka godzin wcześniej Sz. zadeklarował wpłatę do wrzutni – ok. 1,2 mln euro. Gdy pieniądze znalazły się na koncie oszusta, ten przelał je na konto mennicy. Kilka dni wcześniej umówił się na odbiór złotych monet. Nie pojechał jednak po nie sam, tylko wysłał po nie swoją „asystentkę”. Przedstawicielowi mennicy powiedział, że towar odbierze jego konkubina. Magdalena M. pojechała po złoto warte 4,6 mln zł taksówką. Sama. Jak twierdzi nie wiedziała, że jej szef zapowiedział ją, jako swoją konkubinę. Kobieta odebrała kartony z monetami i pojechała spotkać się Sz. Ten wziął złoto i powiedział, że będzie je inwestował i… zapadł się pod ziemię. Bank zorientował się w oszustwie po kilku dniach. W zamkniętej kopercie zamiast euro były… pocięte gazety.
Znajomy z więzienia

Ponad pół roku zajęło policji ustalenie, kim był „oszust roku”, jak go ochrzciły media. Najpierw dotarli do Magdaleny M. Ona jednak twierdziła, że nic o przekręcie nie wiedziała. Podobno była w szoku, gdy dowiedziała się, że została wykorzystana do przekrętu. Na trop – jak się okazało notowanego już wcześniej za kradzieże i oszustwa – mężczyzny, śledczy wpadli tylko dlatego, że po kilku miesiącach od przekrętu, policja zamieściła jego zdjęcie z monitoringu bankowego. Wtedy do stróżów prawa zgłosił się jeden z pensjonariuszy zakładu karnego w Łowiczu. Siedział razem oszustem w więzieniu i rozpoznał go na zdjęciach z monitoringu. Wyszło na jaw, że przekręt jest dziełem Sławomira, Sz., który kilka miesięcy wcześniej opuścił więzienie. Wydano za nim list gończy. – Nie mamy żadnych informacji, co się mogło stać ze złotem. W tej sprawie do sądu trafił już akt oskarżenia przeciwko Magdalenie M., a zarzuty usłyszały także osoby, które przyjęły na swoje konto przelewy, dzięki którym uwiarygadniał się Sławomir Sz. – mówi prok. Dariusz Ślepokura, rzecznik stołecznej prokuratury okręgowej.

Prokuratorzy wątpią by oszust mógł działać samodzielnie. Tym bardziej, że do tej pory nie porywał się na tak duże „numery”.
fot. policja list gończy
36-letni Jacek Walkiewicz jest poszukiwany listem gończym (fot. KGP)
Walkiewicz podbija stawkę

Zanim do mediów trafiła sprawa warszawskiego przekrętu, w identyczny sposób oszukano jeden z krakowskich banków. Ale tym razem łup przestępców był znacznie większy. W pierwszej połowie stycznia 2012 r. 36-letni Jacek Walkiewicz oraz jego kompan Marek W. założyli w krakowskim banku konto firmowe. Oczywiście chodziło o uruchomienie filii kantoru. Tym razem miał to być kantor z Warszawy. – Najpierw 9 stycznia 2012r. Walkiewicz i inne osoby, posługując się przerobionym dowodem osobistym oraz całkowicie podrobionymi dokumentami wraz z pełnomocnictwem notarialnym dotyczącymi jednego z warszawskich kantorów, założyli rachunki, a następnie w dniu 17 stycznia wprowadzili w błąd kasjera banku poprzez zadeklarowanie dokonania „zamkniętej” wpłaty gotówkowej w kwocie 1.500.000 euro na rachunek „swojego” kantoru – wyjaśnia prok. Bogusława Marcinkowska, rzecznik krakowskiej prokuratury okręgowej.

Oczywiście w kopercie zamiast deklarowanej sumy, była pocięta gazety i papier. Wpadł tylko pomocnik Walkiewicza. Podczas przesłuchania nie zaprzeczał, że brał udział w przekręcie. Przekonywał jednak, że jego rolą było tylko założenie konta. Łupem oszustów padło w sumie 6 mln 540 tys. zł. Policji udało się odzyskać 2 mln zł. Nie wiadomo co się stało z resztą skradzionej kwoty. Walkiewicz, karany za oszustwa, jest poszukiwany listem gończym.
Przekręt zrewitalizowany

–Oszustwa na tzw. wyrzutnię nie są najpoważniejszym problemem dla banków. Znacznie większe straty generują wyłudzenia kredytów – mówi dr Przemysław Barbrich, rzecznik Związku Banków Polskich, przekonując, że nie ma dokładnych danych przekrętów „na wrzutnię”.

Policjanci zajmujący się przestępczością gospodarczą przekonują jednak, że liczba tych przestępstw rośnie. Tak samo jak sumy wyłudzeń.

– Analiza tych spraw pozwala nam podejrzewać, że za tymi przekrętami mogą stać oszuści, którzy działali w bardzo podobny sposób w latach 2008-2009. Wtedy też kilku oszustów zrobiło przekręty na kilkanaście milionów zł. Po tej serii, o której nie było zbyt głośno, banki wprowadziły zabezpieczenia, które – jak się teraz okazuje – nie są wystarczające. Wiele wskazuje na to, że o lukach w systemach bankowych oszuści mogli się dowiedzieć od pracowników banków. Przypomnieli sobie wcześniejszy przekręt i jak to zwykle bywa, udoskonali go – wyjaśnia oficer KGP, zajmujący się przestępstwami gospodarczymi.

Policjant przyznaje, że części oszustów z lat 2008-2009 do tej pory nie schwytano. – Może wydawali pieniądze za granicą, a może siedzieli w więzieniach za inne przestępstwa. Obawiamy się, jednak, że mogli komuś sprzedać patent i stąd coraz większe sumy przekrętów – dodaje policjant z KGP.

Policjanci zajmujący się przestępczością gospodarczą przekonują, że liczba kradzieży „na wrzutnię” rośnie. Tak samo jak sumy wyłudzeń.

Zdjęcie główne: fot. policja kasa
Zobacz więcej
Po godzinach wydanie 17.11.2017 – 24.11.2017
„To była zabawa w śmierć i życie”. Od ćpuna po mistrza świata
Historię Jerzego Górskiego opowiada film „Najlepszy” oraz książka o tym samym tytule.
Po godzinach wydanie 17.11.2017 – 24.11.2017
„Geniusz kreatywności”. Polka obok gwiazd kina, muzyki i mody
Jej prace można podziwiać w muzeach w Paryżu, Nowym Jorku czy Londynie.
Po godzinach wydanie 10.11.2017 – 17.11.2017
Zsyłka, ucieczka i samobójstwo. Tragiczne losy brata Piłsudskiego
Bronisław Piłsudski na Dalekim Wschodzie uważany jest za bohatera narodowego.
Po godzinach wydanie 10.11.2017 – 17.11.2017
„Choćby z diabłem, byle do wolnej Polski”. Pierwszy Ułan II RP
Gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski skupia w sobie losy II RP.
Po godzinach wydanie 3.11.2017 – 10.11.2017
Kobiety – niewolnice, karły – rekwizyty. Szokujący„złoty wiek”
Służba była formą organizacji życia w tej epoce. Każdy kiedyś był sługą, nawet królewski syn.