Wywiady

Jazz jest prawdą i wolnością

– W aktorstwie, tak ja w muzyce, piękne jest to, że sprawiając sobie przyjemność, spełniając się, mogę dać radość innym. Aktor ma do dyspozycji swoje ciało, muzyk – instrument. Nuty są jak scenariusz. Ale emocje, które się przekazuje, są podobne – mówi wybitny jazzman Michał Urbaniak w rozmowie z portalem tvp.info. Muzyk zadebiutował właśnie jako aktor w filmie Piotra Trzaskalskiego „Mój rower”. Zagrał Włodka, emerytowanego muzyka, który podchodzi do życia z żartobliwym dystansem. Na ekranie towarzyszą mu Artur Żmijewski w roli syna oraz Krzysztof Chodorowski jako wnuk.

Często podkreśla Pan, jak ważne jest wolność twórcza. Zagrał Pan teraz w filmie. Czy scenariusz i reżyser nie są dla muzyka jazzowego dużym ograniczeniem?

Wirtuozi też mają swoich dyrygentów. Potrzebny jest ktoś, kto pilnuje, by nie zagrać fałszywej nuty. I w aktorstwie i w muzyce trzeba być prawdziwym. W filmie „Mój rower” zagrałem w 96 scenach. Prawie nie miałem tremy. Tylko na początku spięło mnie, gdy usłyszałem słowo „kamera”, a potem „akcja”. Zapomniałem natychmiast wszystkie kwestie, których się nauczyłem. Bałem się, że coś pokręcę. Reżyser, Piotr Trzaskalski, powiedział mi, że jeśli zmieniam tekst, to znaczy, że był źle napisany. Dużo mi to dało. Choć był taki przypadek, gdy zamiana słów nie wchodziła w grę. Miałem problemy z kwestią: „istnieje takie niebezpieczeństwo”. Zamiast tego mówiłem: „istnieje takie prawdopodobieństwo”. Ćwiczyłem, powtarzałem, wracałem przerwie i znowu powtarzałem „prawdopodobieństwo”. Piotr powiedział mi jednak, że akurat to nie przejdzie, muszę powiedzieć „niebezpieczeństwo”. Drugą osobą, która mi bardzo pomogła, był Artur Żmijewski. Jest prawdziwym zawodowcem, trochę się przy nim stresowałem. Przychodził na plan i pytał: „To co dzisiaj gramy?” i za chwilę już wchodził w rolę. A ja, szukałem, bujałem w obłokach, zastanawiałem się, co i jak. Wtedy Artur mi powiedział: „Ty to wszystko umiesz. Słuchaj tylko, co my mówimy i odpowiadaj”.

Tak samo jak wtedy, gdy się improwizuje w jazzie?

Trzeba słuchać partnera, to jest najważniejsze. Nie tylko w muzyce. „Mój rower” jest o muzyce bardziej niż mogłoby się wydawać. Opowiada nie tylko o relacjach między ojcem, synem i wnukiem. Wnuczek czuje więź z dziadkiem, a nie z ojcem. Łączy ich muzyka – hip hop ma wiele wspólnego z jazzem. Stąd się wziął się przecież mój Urbanator w 1994 r. Zdałem sobie wtedy sprawę, że to rytmiczne gadanie do muzyki idealnie pasuje do klasyków jazzowych, do ich bitów. Jest swing, choć nie ma wysokości dźwięku. To jest fantastyczne. Właśnie jazzowy rytm i swing połączyły Włodka z wnuczkiem.

Skąd się wzięła nazwa Urbanator?

Miałem połowę materiału na płytę, który nagrałem z hiphopowcami i z. m.in. Herbie Hanckockiem. To było bardzo ryzykowne przedsięwzięcie, nikt nie chciał zaangażować się w wydanie płyty. Połączenie rapu z jazzem było artystycznym precedensem, nie mieściło się w żadnym nurcie. Wytwórnie płytowe nie wiedziały, co z tym zrobić. Chodziłem do zaprzyjaźnionych producentów muzycznych, wszędzie mówili mi, że muzyka jest ok., ale to nie przejdzie. W końcu udało się w Columbii, w jej tzw. czarnej części, special markets. Powiedzieli: „Niech przyjdzie ten „polish fucking fiddler”. Zaczęliśmy szybko szukać nazwy, myśli krążyły wokół mojego nazwiska, samo Urban, czyli miasto, było oklepane. Nasunął się tytuł filmu „Terminator” i tak powstał „Urbanator”. Płyta była wielkim wydarzeniem, potem mieliśmy kryzys i zamiast kilku, nagraliśmy tylko trzy. Trochę przez to, że ja jestem tzw. nice guy i zaprzyjaźniam się przed podpisaniem kontraktu. Za bardzo kocham ludzi. Potem wychodzi niekoniecznie z korzyścią dla mnie. Teraz umowa przestała już obowiązywać i może Urbanator pójdzie w elektronikę. Nawet mam już hasło robocze: „UrbDroid”.
Michał Urbaniak w filmie „Mój rower”
Michał Urbaniak w filmie „Mój rower” (materiały prasowe)
Jak się Pan czuł w skórze filmowego Włodka, który też jest muzykiem jazzowym?

Dobrze, choć o wiele starzej niż normalnie. Jeśli teraz mam jakieś kłopoty ze zdrowiem, trochę gorzej się czuję, to myślę: „Włodek się odzywa”. Pojawiło się coś, co nazywam syndromem Włodka, stany lękowe, depresyjne. Musiałem parę razy pogadać z przyjacielem psychologiem, żebym mógł się od Włodka uwolnić, pozbyć się jego osobowości. Wolę być sobą.

Tak głęboko filmowy Włodek wniknął w głąb Pana?

Za bardzo się nim przejąłem. Krzyś Chodorowski, który był moim filmowym wnuczkiem, dziwił się, gdy widział, jak gram niektóre sceny. Była taka, którą powtarzaliśmy wiele razy, ja na końcu każdego dubla naprawdę płakałem. Odpowiedziałem mu, że jeśli sam wczułby się w smutną sytuację Włodka, to też by płakał.

Zastosował Pan metodę Stanisławskiego, czyli pełne zanurzenie się aktora w postaci.

Tak, na dodatek ta rola była mi szczególnie bliska. Włodek mógłby być moim starszym kolegą z młodości, jednym z łódzkich klezmerów, którzy grali w klubach do tańca. Niewykluczone, że na giełdzie byśmy się spotkali. W dawnych czasach, gdy nie było komórek i e-maili, a telefony stacjonarne były rzadkością, chodziliśmy koło południa np. do Grand Hotelu w Łodzi, i tam omawiało się, kto z kim gra, gdzie potrzeba muzyka.

W filmie Włodek pokazuje zburzony budynek, gdzie mieścił się klub, w którym kiedyś grał. Tam naprawdę był klub?

Naprawdę. Na piętrze grało się jazz. Pianistą był tam Jerzy Bożyk, niesamowity facet, ewenement. Śpiewał genialnie w każdej tonacji prawdziwą angielszczyzną. W życiu codziennym wyglądał na troszeczkę nienormalnego, ale talent muzyczny miał nieprzeciętny.

Zaczynał pan od muzyki klasycznej i wirtuozowskiej gry na skrzypcach. Kiedy przyszedł jazz?

Wcześnie, już w szkole muzycznej. Wtedy wolno było grać tylko klasykę, ale zakochałem się w saksofonie i jazzie. Dla mojej generacji muzyków było to niezwykle trudne. Establishment muzyczny patrzył na jazzmanów jak na zboczeńców, pijaków i szaleńców. Z tymi pijakami to nawet mieli rację.

Bardzo otwarcie mówi Pan o kłopotach z alkoholem.

Alkohol jest dla ludzi, jest cudowny, ale nie każdy człowiek zauważa, kiedy staje się niebezpiecznie. Moja obserwacja jest prosta – picie alkoholu to przywilej. Trzeba umieć sobie zdać sprawę, w którym momencie przestać, albo zacząć go ograniczać. Jest cienka linia między zdrowiem a alkoholizmem.
Kadr z filmu „Mój rower”
Kadr z filmu „Mój rower” (materiały prasowe)
Pana organizm sam powiedział „nie”.

Serce mi się zbuntowało. Gdy miałem 29 lat, dostałem zawału. Przez kilkanaście lat nie brałem alkoholu do ust i czułem się świetnie. Ale ja nawet jeśli nie piję, to i tak potrafię organizm doprowadzić do ruiny. Jak nie jeden -holizm, to drugi. Mam skłonność do przesady, zatracam się w tym, co robię. Miałem długi okres, gdy prawie codziennie grałem w tenisa. Niedosypiam, przepracowuje się, mam też ADHD, uwielbiam elektroniczne gadżety, a teraz nie potrafię się obejść bez dietetycznej coli. Ciągle coś.

Jest Pan niedobry dla siebie?

Niestety tak. Przychodzi jednak czas, gdy źle się czuję i zaczynam o siebie dbać. I tak aż do odzyskania formy, gdy już wiem, że mogę sobie pozwolić na więcej. Po krótkim resecie wracam do dawnego życia. Błędne koło. Teraz już potrafię wyciszyć się, odpuszczam, nie spinam się tak jak kiedyś. Niedawno był w Gdańsku Quincy Jones, chcieliśmy się spotkać. Napisałem meila, że nie mogę przyjechać, bo wziąłem parę miesięcy wolnego. Przez całe życie dbałem przede wszystkim o muzykę, dla niej niedosypiałem, przelatywałem przez ocean 44 razy w roku. Teraz zacząłem mieć kłopoty, miałem kilka operacji. Zorientowałem się, że odpoczynek jest mi potrzebny, by w pełni sił wrócić do ukochanej muzyki. Mam chyba teraz pierwszy urlop w życiu. Ostatni taki prawdziwy spędziłem z mamą.

Nie czuł Pan zmęczenia?

Granie to zajęcie pełne przyjemności. Pracą staje się, gdy pojawia się zmęczenie. Nie lubię takiej sytuacji.

Jak zaczęła się Pana przygoda z filmem „Mój rower”?

Piotr Trzaskalski zobaczył mnie w łódzkiej Manufakturze, zrobił mi ukradkiem zdjęcie swoim telefonem. Gdy pokazał je operatorowi Piotrkowi Śliskowskiemu stwierdzili, że wyglądam jak bohater ich filmu. Trzaskalski powiedział mi potem, że od razu wiedział, że zagram Włodka. Potem musiał jednak przekonać producentów, że amator da radę. Wiem, że były długie debaty, a Włodka miała zagrać jakaś aktorska sława. Na początku przegadałem z Trzaskalskim długie godziny o muzyce. On fenomenalnie zna się na jazzie, sam grał. Jego ojciec, muzyk, zainspirował go do napisania postaci Włodka. Co smutne, ojciec Piotrka nie dożył premiery filmu. W podjęciu decyzji pomogła mi trochę moja Dorotka. Przeczytała scenariusz i powiedziała, że to dla mnie. Nie boję się nowych wyzwań. Cień tremy przed występami pojawiał się, gdy grałem przed prezydentami – J.F. Kennedym czy Wałęsą i Klausem.

Grał Pan dla Baracka Obamy?

Jeszcze nie, ale napisałem dla niego suitę. Tak po prostu, z potrzeby serca. Jestem pełen podziwu dla tego człowieka. Do wszystkiego doszedł sam. Ma w sobie prawdę, czyli jazz, bo jazz jest prawdą. Obama osiągnął bardzo wiele we wciąż rasistowskiej Ameryce. Niby oficjalnie rasizmu nie ma, ale gdy chce się kogoś obrazić, mówi się „fucking nigger”. Tak samo jest w Polsce. Teoretycznie antysemityzm nie istnieje, ale jak przyjdzie nerwowa sytuacja, ludzie krzyczą – „Ty Żydzie”.
okładka
Na początku Pana biografii „Ja, Urbanator” są słowa: „urodziłem się Amerykaninem”.

Tak czuję do dziś. W Polsce dusiłem się, czułem potężne ograniczenia. Wszystko zniknęło, gdy tylko pojawiłem się w Stanach Zjednoczonych. Wysiadłem z samolotu na lotnisku powiedziałem do siebie: „Jestem w domu”.

W USA zrobił Pan fantastyczną karierę. Do tego oprócz talentu potrzebne jest szczęście? Nie wszystkim zdolnym artystom się udaje.

Zanim pojechałem do USA, dużo grałem w Europie z amerykańskimi muzykami, obserwowałem, pytałem. Zorientowałem się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują – to po pierwsze. Po drugie, nie mogłem przegrać. Żyłem jazzem, grałem z czarnymi muzykami, nadajemy na tych samych falach. Jazz to muzyka amerykańska, jedyny prawdziwy, oryginalny wkład Ameryki w kulturę światową. Blues, reggae, rock, soul i gospel mają to samo, jazzowe serce, ten sam emocjonalny element i podobna wartość nutową. Dla mnie jazz jest w każdej muzyce, tam gdzie jest rytm. Na tym założeniu opierało się stworzenie Urbanator Days – przyjmujemy wszystkich muzyków. Dzielę się z młodymi swoim doświadczeniem i obserwacjami, razem gramy. Nie mam ambicji, by szkolić, od tego są inni

Jak poznać, czy coś jest jazzem, czy nie?

To tak jak z seksem. Albo coś się dzieje, jest fantastyczne przeżycie, albo nie… W Europie jest jazz intelektualny, ale to już coś zupełnie innego, wymyślonego. Jazz idzie z serca, duszy, przepływa przez ciało. Znajoma kwiaciarka z ulicy Chmielnej mówi mi: „Panie Michale, nie rozumiem jazzu, ale kocham to, co pan gra”. To najlepszy komplement.

Są muzycy, którzy Pana fascynują? Dla wielu to Pan jest guru.

Chociażby Herbie Hanckock – w każdej nucie, którą gra są i historia, i teraźniejszość. Cenię bardzo Markusa Millera. No i przede wszystkim Miles Davis. Był legendą za życia. Miał charyzmę, nazywali go wodzem. Nie ma dziś nikogo takiego. Po jego śmierci zastanawialiśmy się, czy ktoś zdoła zająć jego miejsce, ale nikt taki się nie pojawił. Miles był rozdarty. Grał silną osobowość, ale miał cudowne serce. Musiał być twardy, bo gdy zaczynał, w USA rasizm był bardzo silny. Żeby móc występować na południu Stanów, musiał mieć w zespole białego muzyka, inaczej nie wpuścili by ich do klubu. Potem odreagowywał te napięcia, szalał sportowymi samochodami, zatracał się. W jego muzyce był nieustanny sprzeciw . U nas było podobnie, bo my graliśmy przeciwko komunie. Nadal się łapie na tym, że grając protestuję przeciwko czemuś, sam nie wiem, dlaczego.

Jazz, czyli protest i wolność. Z wolnością łączy się improwizacja?

Improwizacja nie wyklucza precyzji. Najważniejsze jest jednak wyczucie. Skrzypek klasyczny gra perfekcyjnie, a jazzman musi mieć genialnego czuja. Zdarza się, że zespół jazzowy gra nierówno, ale spóźniają się wszyscy idealnie harmonijnie. Jazz ma swoje fluktuacje.
plakat
Ameryka stała się Pana domem, a angielski – drugim językiem?

Angielski jest w tej chwili moim pierwszym językiem, myślę po angielsku. Jestem tam już przecież przez 40 lat. Jak się zapomnę, to wtrącam do polskiego angielskie słowa. Nigdy jednak nie uczyłem się angielskiego w szkole.

Ma Pan genialny słuch muzyczny, to sprzyja szybkiej nauce języka.

W szkole miałem niemiecki i wtedy się go nie nauczyłem. Ale mieszkałem cztery lata w Niemczech i mówię płynnie. Niedawno zdałem sobie sprawę, że są zdania i słowa, które dobrze brzmią tylko w jednym języku, wtedy mają siłę. Na przykład: „wino, kobiety i śpiew”, po polsku brzmi tak sobie, ale po niemiecku: „Wein, Weib und Gesang” – dźwięczy jak dzwon.

Wraca Pan myślami do swoich jazzowych początków w Polsce?

Oczywiście, nie da się inaczej. Bardzo wzruszający był dla mnie pobyt w Łodzi na przełomie 1999 i 2000 r., gdy pisałem i nagrywałem muzykę do filmu „Eden” Andrzeja Czeczota.

Pana filmowy bohater, Włodek, gra na klarnecie. Nie kusił Pana ten instrument?

Nigdy. Na klarnecie gra się tradycyjny jazz, mnie od początku interesował nowoczesny. Saksofon tenorowy ma królewskie brzmienie, a poza tym, lepiej wygląda i podoba się dziewczynom. Saksofoniści mieli zawsze powodzenie. Oczywiście, gdybym wiedział, jakie powodzenie maja aktorzy, to kto wie, może zostałbym aktorem.

Spodobało się Panu aktorstwo, zagrałby Pan kolejną rolę?

Chętnie. Odpadają jednak role kostiumowe i mundurowe, nie mogę nosić sztywnych i drapiących ubrań, które krępują ruchy. W aktorstwie, tak ja w muzyce, piękne jest to, że sprawiając sobie przyjemność, spełniając się, mogę dać radość innym. Aktor ma do dyspozycji swoje ciało, muzyk – instrument. Nuty są jak scenariusz. Emocje, które się przekazuje, są podobne.

Ma Pan ulubionego aktora?

Mam, umiem go też naśladować, proszę na mnie popatrzeć. (Michał Urbaniak uśmiecha się w szeroki, charakterystyczny sposób).

Jack Nicholson?

Tak. To mój ukochany aktor. Po obejrzeniu „Lotu nad kukułczym gniazdem” napisałem, zainspirowany jego rolą, 12-minutowy utwór jazzowy na orkiestrę symfoniczną. Włączyłem go do suity „Obama”.
Zagrał go pan Nicholsonowi?

Nie poznałem go, ale poznałem m.in. Roberta De Niro, którego też bardzo lubię. W filmie „New Jork, New Jork” zagrał muzyka jazzowego, saksofonistę, wiodącego życie bardzo podobne do mojego.

Pierwszy raz pojechał Pan do USA jako bardzo młody chłopak.

Miałem trochę więcej niż 15 lat. Pojechałem na stypendium. Graliśmy na festiwalu jazzowym w Waszyngtonie, a potem pojechaliśmy w trasę. Wtedy zagrałem przed prezydentem Kennedym. Było pięknie. Wiedziałem już, że to jest moje miejsce na Ziemi, że muszę tam wrócić. Chciałem zostać, ale bałem się, byłem bardzo młody, nie znałem języka.

Po wyjeździe zza żelaznej kurtyny w USA poczuł Pan smak prawdziwej wolności?

Pierwszym symbolem mojej wolności, jeszcze w Polsce, był rower. To się ładnie łączy z filmem Piotra Trzaskalskiego, gdzie rower jest symbolem pasowania na mężczyznę. Byłem skrzypkiem, nie wolno mi było jeździć na rowerze, bo musiałem dbać o dłonie, kontuzje nie wchodziły w rachubę. Za uciułane zaskórniaki kupiłem enerdowski rower, który trzymałem u sąsiadów. Miałem wtedy może 12 lat. Jazda na rowerze była dla mnie najprawdziwszą wolnością. Pędziłem 30, 40 kilometrów na godzinę, czułem silny powiew wiatr. Raz nawet, mimo woli, brałem udział w wyścigu, byłem w czołówce. Zawsze jestem pierwszy i to nawet z zapasem. Czasem daję innym fory, przepuszczam, ale i tak wygrywam.

Istnieje w Pana słowniku takie określenie jak „artystyczny kompromis”?

Nie wiem, co to znaczy. Jeśli ktoś chce mnie do czegoś namówić, nie wejdę w to, dopóki tego nie pokocham. Jeśli mi się coś spodoba, nie boję się niczego. Zaangażuję się nawet w przedsięwzięcie przez innych z pogardą nazywane komercją. Komercja w złym stylu jest wtedy, gdy pracuje się tylko po to, by coś sprzedać. Przeboje, takie jak np. „Papaya”, po prostu się przydarzają. Tego nie da się zaplanować, zrobić z wyrachowaniem.

Michał Urbaniak – legenda polskiego jazzu; saksofonista, skrzypek jazzowy, kompozytor i aranżer. W latach 1962-64 grał w Kwintecie Krzysztofa Komedy. Na początku lat 70. wyjechał do Nowego Jorku. Zanim to nastąpiło, nagrał ze swoim zespołem w 1970 r. pierwszy zagraniczny album „Parathyphus B”. Z grupą, którą współtworzyli m.in. Adam Makowicz, Czesław Bartkowski, Andrzej Dąbrowski i Urszula Dudziak, występował na Jazz Jamboree oraz innych festiwalach. W 1973 wyjechał do Stanów Zjednoczonych.

Urbaniak współpracował z największymi sławami jazzu jak Miles Davis, George Benson, Herbie Hancock, Quincy Jones, Larry Coryell, Kenny Garret, Kenny Barron, Ron Carter, Eumir Deodato, Stephane Grappelli, Oliver Nelson, Lenny White, Larry Young, John Hendricks, Joe Williams, Elvin Jones, Buster Williams, Joe Henderson, Johny Griffin, Ted Curson, Astor Piazzolla, Freddy Hubbard, Tom Browne, Steve Gadd, Anthony Jackson, Victor Bailey, Omar Hakim, Bernard Wright, Marcus Miller Wayne Shorter, Joe Zawinula, Ron Carter, Billy Cobham, Jaco Pastorius. Michał Urbaniak komponuje również muzykę do spektakli teatralnych oraz filmów. W 1999 roku otrzymał nagrodę za muzykę do głośnego filmu „Dług” Krzysztofa Krauzego, a w 2002 roku za muzykę do filmu „Eden” w reż. Andrzeja Czeczota na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.
Zdjęcie główne: Michał Urbaniak (fot. TVP)
Zobacz więcej
Wywiady wydanie 13.10.2017 – 20.10.2017
„Powinniśmy powiedzieć Merkel: Masz tu rachunek, płać!”
Jonny Daniels, prezes fundacji From the Depths, O SWOIM zaangażowaniu w polsko-żydowski dialog.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
„Kobiety w Indiach są niezależne. I traktowane z szacunkiem”
Tak twierdzi najpiękniejsza kobieta świata Srinidhi Shetty, czyli Miss Supranational 2016.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Małgosia uratowała mi życie. Dzięki niej wyszedłem z nałogu
– Mam polski paszport i jestem z niego bardzo dumny – mówi amerykański gwiazdor Stacey Keach.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Definitely women in India are independent
Srinidhi Shetty, Miss Supranational 2016, for tvp.info
Wywiady wydanie 14.07.2017 – 21.07.2017
Eli Zolkos: Gross niszczy przyjaźń między Żydami a Polakami
„Żydzi, którzy angażują się w ruchy LGBT, przyjmują liberalny styl życia, odchodzą od judaizmu”.