Wywiady

Człowiek jest w stanie znieść bardzo wiele

Miałem taki okres w życiu, kiedy zastanawiałem się, czy kupić zupę grochową czy pomidorową, bo było 20 groszy różnicy. Przez okres wszystkich moich projektów doprowadziłem jednak psychikę do takiego stanu, że właściwie wszystko, co sobie zaplanuję, realizuję – mówi żeglarz Roman Paszke w rozmowie z Kamilą Drecką w programie „Prawdę mówiąc”.

KAMILA DARECKA: Jak Panu się podoba taki obrazek: wpływa Pan do portu, a w porcie kobiety.

ROMAN PASZKE:
Pod warunkiem, że to nie są wszystkie kobiety, które spotkałem w życiu, to pewnie jest do przyjęcia.

Próbuję się z takimi stereotypowymi historiami uporać, na przykład, że każdy marynarz ma w każdym porcie kobietę.

To jest bardzo duże nadużycie stereotypu, tym bardziej, że ja startuję z jednego portu i do tego samego portu trafiam.

Ile razy w życiu bał się Pan o życie będąc na morzu?

Chyba nigdy, nie przypominam sobie.

Albo jest Pan pozbawiony strachu albo wyobraźni?

Oczywiście strach jest, ale on jest związany z czymś innym. Jak traciłem pierwszy raz maszt, bo masztów w karierze złamałem z tego, co pamiętam czternaście, to ten pierwszy maszt, który złamałem, to tak sobie pomyślałem na tej łódce: „Boże drogi, co w klubie powiedzą?! Paszke wziął i po prostu złamał maszt!”

Kiedy Pan płynie sam, nie boi Pan się, że może nie dać rady?

Tylko głupi by się nie bał. Jest oczywiście obawa o bardzo wiele rzeczy. Ten mój katamaran płynie z prędkością 30 węzłów, to ja poruszam się z prędkością 15 metrów na sekundę. To jest już taka prędkość, gdzie cokolwiek wyleci z jachtu, broń Boże człowiek, ale cokolwiek wyleci z jachtu, to mijają 2-3 sekundy i tego nie widać. Więc prędkości zbliżania do takich statków rybackich, które coś tam holują i które nie przestrzegają prawa drogi na morzu, a one z reguły nie przestrzegają, szczególnie pod Afryką Zachodnią, może się to skończyć dramatem.

Albo jak w przypadku mgły, prawda?

Taką mgłę mieliśmy w czasie regat „The Race” kiedy płynęliśmy na Wielkim Oceanie Południowym, tylko, że Wielki Ocean Południowy to jest zupełnie inna bajka, dlatego, że to jest miejsce na ziemi, o którym zapomniał nie tylko człowiek, ale i Pan Bóg. Tam nie ma tras statków, no bo gdzie? Gdyby cokolwiek się stało, czy to w rejsie załogowym czy samotnym to…

...to nikt Panu ni pomoże.


...to tam nie ma co liczyć na czyjąś pomoc. A to są odległości mniej więcej takie, jak z Warszawy do Nowego Jorku. I tam bez przerwy jeszcze są bardzo niskie temperatury. Najgroźniejsze są growlery, czyli takie olbrzymie kawały lodu, które są jeszcze zbyt małe, by wystawać nad powierzchnię wody, jednak pod wodą jest tego bardzo dużo. Przy takiej prędkości, jaką rozwijają jachty regatowe to zwykle kończy się tragicznie.

Przez tyle lat morze było dla mnie domem. My nie mamy na nie wpływu. Musimy je brać takim, jakim ono jest.

Podobno też niebezpieczne są śpiące wieloryby.

Oczywiście na duże ryby trzeba uważać, aczkolwiek kolizja z takimi obiektami jest mniej groźna niż uderzenie w bryłę lodu czy w jakiś pływający półzatopiony kontener. Śmieci jest po prostu olbrzymia ilość na oceanach. Z pokładu statku się tego nie widzi, nie dostrzega i nie jest to w ogóle problem, ale z pokładu jachtu to jest bardzo poważny problem.

Wyznał Pan w swojej książce „Ptaki oceanów”: „Kocham ocean. Kocham morze”. Czy to jest miłość odwzajemniona?

Jestem przekonany o tym, że tak.

Jak Pan to odczuwa?

Przez tyle lat ten ocean, to morze było dla mnie domem. My nie mamy na nie wpływu. Musimy je brać takim, jakim ono jest.

Czyli bezwarunkowo kochać?

Czyli bezwarunkowo kochać. I stąd to jest miłość. Bo miłość to jest w ogóle najpiękniejsze słowo na świecie i najpiękniejsze chyba uczucie. I ono jest bezwarunkowe. Jak się kocha to się kocha, albo nie.

Żeglarstwem Pana zaraził Ojciec, zaraził też brata.

Stary kaszub jest.

Pan zaraził córkę. I tak się Państwo rodzinnie zarażają tym żeglarstwem.

Był taki moment, kiedy wróciłem akurat z regat z Belgii, a ona startowała, mając chyba 10 lat, na regatach na jeziorze Charzykowskim na „Optymiście” i prowadząc stawkę nie zrobiła zwrotu na ostatniej boi tylko popłynęła prostu na plażę. Ja tam dobiegłem tam i spytałem „dlaczego nie zrobiłaś zwrotu i nie popłynęłaś na metę?!” „Bo motylek usiadł na bomie grota i jakbym zrobiła zwrot, to by wpadł do wody”.

Pana córka napisała pracę magisterską „Psychologia żeglarzy samotników”. To jakiś inny gatunek ludzki ci żeglarze?

Ja myślę, że raczej nie, że to jest ewolucja, tak jak u Darwina. Robi się te projekty, startuje się w regatach, a potem przychodzi taki moment, że „a może spróbuje sam?”.

To zacznijmy od początku, bo czasy PRL-u to przecież czasy tektury i dykty, prawda? To nie to, co dzisiaj. To nie katamarany.

Paszport raz w roku, ewentualnie dwa razy w roku. Był taki przełom, kiedy startowaliśmy w ’79 roku na Admiral’s Cup, kiedy pierwszy raz, właściwie drugi raz polski zespół startował w regatach. Wydawało się z szansami o zawalczenie o dobre miejsce. I ostatni wyścig był bardzo tragiczny. Przyszedł bardzo ciężki sztorm, zginęło 17. żeglarzy, utonęło kilkanaście czy kilkadziesiąt jachtów. Z tego, co pamiętam to cała flota wojenna Irlandii była zaangażowana w akcję ratunkową.

Pan był świadkiem tego.

Byłem nawigatorem na jachcie „Nauticus”i docierały do nas informacje z pola walki. Sami startowaliśmy. Byliśmy w tej grupie jachtów klasy Admiral’s Cup i to była straszna tragedia. Ja pamiętam tylko moment, kiedy wpływaliśmy do Mildbay Dock w Plymouth i to było bardzo późno w nocy. Takie latareczki, które świeciły na pokład tych rodzin, które tam stały i czekały na swoich bliskich. Część z nich nie dotarła tam nigdy.

Jak się pływa z załogą, to razem z nimi robi się wszystko. Oni widzą każdą moją słabość, ja widzę, jakie oni mają problemy

Z atrybutów wilka morskiego to brakuje Panu brody i kapitańskiej fajki

Przy tych prędkościach, które się osiąga na wielokadłubowcach to raczej taka aerodynamiczna fryzura, taka jaką mam tutaj. Natomiast taki kapitan z fajką i czapką? To jest tak – na takim jachcie regatowym, jak się pływa z załogą, to razem z nimi robi się wszystko. Oni widzą każdą moją słabość, ja widzę, jakie oni mają problemy.

Ale jest jakaś hierarchia?

Jest to ta decyzyjność, to ostatnie słowo, aczkolwiek w załodze regatowej to jest tak, że wiele rzeczy wychodzi samo.

Pan przeniósł nasze żeglarstwo przaśne, z tej dykty do takiej technologii najwyższej próby. Już od ’89 roku Pan to czyni.

Bardzo trudno się walczyło takim jachtem, który był bardzo ciężki, bardzo wolny. Tak był zaprojektowany, takie były materiały. I sobie po tych regatach powiedziałem w Flensburgu, że więcej na ten jacht nie wsiądę. Głównym problem był oczywiście projekt i technologia. Ja nie miałem kompletnie pojęcia, że to drugie to będzie takie trudne.

Włókien węglowych w Polsce nie było, a poza tym były objęte embargiem.

One wtedy były na liście materiałów strategicznych i technologii, których nie wolno było z krajów zachodnich przewozić do Polski.

Jak Panu się udało?

To było coś w rodzaju przemytu. Polscy celnicy, jak spytali co tam jest na pace w tym samochodzie, myśmy powiedzieli z kolegą, ze to jest węgiel, więc powiedzieli, że na węgiel nie ma cła. I rzeczywiście ani na tamten, ani na ten tego cła nie było. Udało się ten jacht po trzech miesiącach od momentu przywiezienia materiałów zbudować. Zbudować kadłub. I potem przygody z pierwszymi startami. Ja byłem oczywiście w 100 procentach przekonany, że mając taki jacht, to już mamy mistrzostwo świata i w ogóle cały świat będzie u naszych stóp. Nie! Nie było to takie proste. Okazało się, że zbudowanie jachtu było prostsze niż osiągnięcie poziomu załóg zawodowych.

Po trzech latach był sukces.

Wygraliśmy pierwsze regaty, to były regaty w Flensburgu. Rok później wygraliśmy regaty Kieler Woche w Kilonii.

Czym jest dla Pana żeglarstwo?

Pasja, zawód, sposób na życie.

Ale też zawód.

Więc jest jak w życiu. Jest różnie. Ale nigdy w życiu bym nie zamienił tego swojego zawodu na żaden inny. Pracowałem kiedyś wiele lat w stoczni gdańskiej, remontowej. To jest taki mój drugi dom. Czuło się, że jak ten statek opuszcza port, to tam na niego czeka przygoda. Aczkolwiek to nie była żaden przygoda – to była praca, bardzo ciężka praca tych ludzi, bo ja tę pracę poznałem. Bardzo ciężka praca na morzu, którą uważam za najcięższą chyba, jaka może być.

Nadal taka jest?

 Tak, bo to jest rozłąka na wiele dni z najbliższymi, zmaganie się z własnymi słabościami i takie dość trudne życie.

Ile Pan tych kilometrów, oj przepraszam, ile tych mil morskich Pan przepłynął? 

Ktoś napisał, że 90 tysięcy. Ale chyba znacznie więcej. Około 200 tysięcy mil.. To jest taka odległość jak...
Roman Paszke na pokładzie katamaranu Gemini III (fot.PAP/ Adam Warżawa)
jak z Ziemi do Księżyca,

Tak, to jest kawał drogi.

W 2011 r. wyrusza Pan samotnie w rejs, żeby pobić rekord świata. Płynie Pan pod wiatr, ściga się Pan. Z kim Pan się ściga?

Ścigam się z czasem. Ten mój przeciwnik, czyli Francuz van den Heede, do którego należy rekord, to ja mam jego trasę w komputerze i dla mnie każda doba, każda godzina, każda minuta to jest walka, żeby płynąć w czasie rzeczywistym przed nim.

Czemu Pan płynie pod wiatr?

Bo taniej.

Jak to taniej? Nie trudniej?

Jest taniej. Z całą pewnością żeglarsko jest trudniej, bo jak sobie porównamy liczbę żeglarzy, która startuje czy w regatach Vendee Globe czy w regatach jakichś innych non stop dookoła świata, to są z reguły trasy z wiatrem. I tam mamy liczbę grubo ponad dwustu. Natomiast tych pod wiatr to tylko jest sześciu. Ja bym zdecydowanie wolał z wiatrem, przyznam się, tylko do tego jest potrzebne inne przygotowanie techniczne łódki. Bardzo liczy się wyposażenie czyli żagle. Żagle, które ważą, tak jak ja mam na łódce w tej chwili grot waży ponad 320 kilogramów przy powierzchni 225 m2, ale kosztuje chyba 72-73 tysiące euro.

Natomiast gdybym chciał mieć grota, który by był o połowę lżejszy, a nawet więcej, bo 120 kilogramów, to jest już materiał, który się nazywa cuben fiber i koszt rośnie, jest razy dwa i pół.

Czyli to jest ściganie się technologiczne, a właściwie nie tylko od Pana zależy, ale od tego, jaki Pan ma sprzęt. To takie dość smutne.

No ale w rekordach tak jest. Po prostu rekordy świata robi się wtedy, kiedy ma się odpowiedni sprzęt. Bo w tej chwili to jest rekord na wschód 57 dni 13 godzin, 34 minuty i sześć sekund chyba. Poprzedni rekord był 72 dni. To jest w zasięgu technologicznym w tej chwili tego, co mam.

W tym roku zrobimy przez zimę z naszym jachtem Gemini 3 rekord poniżej 100 dni.

Zrobimy, już Pan mówi zrobimy, a nie, że będziemy próbować.

Jestem przekonany o tym, że to się uda.

Dwukrotnie nie udało się.

Raz. Natomiast ten rekord w ubiegłym, a właściwie w tym roku zakończył się lekkim dramatem dlatego, że urwał się zbiornik paliwa, który narozrabiał tam troszkę w podwójnym dnie na katamaranie. Siła wiatru podczas tego incydentu dochodziła do 58 węzłów. 58 węzłów to jest granica 11-12 stopni w skali Beauforta. Zrobiła się dość wysoka fala bardzo szybko, taka krótka 7 metrów wysokości.

W Argentynie byliśmy bardzo blisko utraty jachtu. Czułem, że jeśli czegoś nie zrobimy, to tam, na tej rufie zostanie flaga Polski zmieniona na flagę argentyńską

Potem walka o łódkę w Argentynie dlatego, że zaaresztowaną ją.

A czuł Pan, że traci łódkę?

Byliśmy bardzo blisko utraty jachtu. Bardzo blisko. Czułem, że jeśli czegoś nie zrobimy, to tam, na tej rufie zostanie flaga Polski zmieniona na flagę argentyńską.

Po pięciu miesiącach wrócił jacht do Pana.

Tak, wróciliśmy w lipcu do kraju. Wielki kamień z serca.

W jakim stanie była łódź jak ją odzyskaliście?

Roman Paszke: Do dzisiaj pracujemy nad tym, żeby ten efekt postoju w Argentynie usunąć w 100 procentach. Jesteśmy już blisko.

A powiedzmy co na takim jachcie, kiedy się samotnie płynie, się znajduje. Zdaje się, że są dwa komputery.

Bo są dwa kadłuby.

Ma Pan autopilota, więc Pan sam nie prowadzi.

One są oczywiście zdublowane czyli jest autopilot na każdym pływaku. Na jednym i na drugim jest takie urządzenie, które odpowiada za pracę autopilota i to jest podłączone do mózgu, do procesora głównego jachtu.

Utrzymuje Pan kontakt cały czas telefoniczny przez satelitę.

Tak.

To co to za samotne żeglowanie?! Stale Pan z kimś gada.

To prawda. Czasami aż za dużo.

Kompletnie pozbawione romantyzmu żeglowanie. Nie to co kiedyś! Znikało się za horyzontem i koniec kontaktu z żeglarzem. Jeszcze za czasów Teligi na przykład.

Tak oczywiście ja mogę zrobić również. Czyli mogę dzisiaj wsiąść sobie na ten swój jacht i popłynąć. Tylko, że nie kiedy biję rekord. Przy dużych prędkościach, przy biciu rekordu, podczas regat ten stopień ryzyka jest na pewno podniesiony kilka pięter wyżej.

W ubiegłym roku spędzałem święta Bożego Narodzenia gdzieś za równikiem i zadzwonił Krzysztof Wakuliński z Kubą Strzyczkowskim do mnie zza stołu wigilijnego i odśpiewali kolędę. I to jest takie miłe i niesamowite, że ktoś o Tobie pamięta

Tematy zakazane na morzu są? Emocjonalne pewnie.

Kiedy płynęliśmy w rejs tematem zakazanych było jedzenie. Więc były takie pomysły – na przykład ja wymyśliłem coś takiego, że jak wrócę, weźmiemy termos z herbatą, wsiądziemy do tramwaju linii 15, będziemy jeździć, pić tę herbatę w Gdańsku w tramwaju i jeść kromki chleba ze smalcem i z ogórkiem.

A nie zdarzyło się Panu nigdy takie pijane żeglowanie.

Oczywiście. Po dopłynięciu do linii mety, wtedy mogę powiedzieć, że to był okres nawet taki burzliwy w naszym życiu, czy w życiu moim i załogi dlatego, że mówiło się o nas wtedy „załoga rejs 2000 – rozwody 2001”.

Często nawet łódki są nazywane kobiecymi imionami. Czy to jest jakaś taka marynarska tęsknota czy raczej chodzi o fart, o szczęście?

Reguły nie ma.

Ale Kolumb zdobył z kobietami Amerykę. A Titanic zatonął w pierwszym rejsie.

Santa Maria i Titanic! Ale to nie ma reguły.

Chciałam Pana zacytować: „przeżywałem różne chwile w życiu, bardzo często niezwykle ciężkie. Wiem co to odbić się od dna”.

Ja miałem taki okres w życiu, kiedy zastanawiałem się czy kupić na przykład zupę grochową czy pomidorową, bo było 20 groszy różnicy. Więc to nie jest tak, że bez przerwy spływa na nas miód czy, że Paszke tylko cyk, i ma tutaj jak z węgla, albo robi projekt i ma pieniądze i tak dalej. To jest naprawdę ciężka droga i takie chwile, kiedy przychodzi też zwątpienie. Cały problem polega na tym, żeby się temu nie dać, żeby jednak próbować przetrwać. Człowiek jest w stanie znieść bardzo wiele. Ja mogę powiedzieć, że przez ten okres tych wszystkich swoich projektów, wydaje mi się, że doprowadziłem psychikę do takiego stanu, że właściwie wszystko, co sobie zaplanuję i próbuję z realizować z reguły realizuję.

Pan mówi, że gada się do łódki. Bywa, że i Pan rozmawia z łódką czy raczej słyszał Pan, jak inni marynarze rozmawiają?

Słyszałem, ale w duchu też się jednak gdzieś o tym myśli. Myśli się też o tym, kogo się zostawia na lądzie przed takim rejsem. Że na lądzie zostają najbliżsi i że zostaje ta ukochana mama, zostaje ukochana córka, rodzina, dziewczyna. I to jest też takie fajne, bo potem, jak się wraca, to przebywa się z jachtem, na którym, razem ze mną te osoby wszystkie spędzają czas. Nie wiem jak to wytłumaczyć, ale może na takim przykładzie – w ubiegłym roku spędzałem święta, to było gdzieś za równikiem, święta Bożego Narodzenia i zadzwonił Krzysztof Wakuliński z Kubą Strzyczkowskim do mnie zza stołu wigilijnego i odśpiewali kolędę. I to jest też takie miłe i niesamowite, że ktoś o Tobie pamięta i że ci ludzie dołączyli do tego stołu, który jednak wcale nie jest taki pusty na tym moim jachcie, bo tutaj są ze mną ci najbliżsi i te święta, które trwały u mnie bardzo krótko, bo coś tam musiałem z żaglami robić i się gdzieś tam sprężać, to jednak były bardzo fajne.
Zdjęcie główne: Roman Paszke (fot. PAP/ Adam Warżawa)
Zobacz więcej
Wywiady wydanie 13.10.2017 – 20.10.2017
„Powinniśmy powiedzieć Merkel: Masz tu rachunek, płać!”
Jonny Daniels, prezes fundacji From the Depths, O SWOIM zaangażowaniu w polsko-żydowski dialog.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Definitely women in India are independent
Srinidhi Shetty, Miss Supranational 2016, for tvp.info
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Małgosia uratowała mi życie. Dzięki niej wyszedłem z nałogu
– Mam polski paszport i jestem z niego bardzo dumny – mówi amerykański gwiazdor Stacey Keach.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
„Kobiety w Indiach są niezależne. I traktowane z szacunkiem”
Tak twierdzi najpiękniejsza kobieta świata Srinidhi Shetty, czyli Miss Supranational 2016.
Wywiady wydanie 14.07.2017 – 21.07.2017
Eli Zolkos: Gross niszczy przyjaźń między Żydami a Polakami
„Żydzi, którzy angażują się w ruchy LGBT, przyjmują liberalny styl życia, odchodzą od judaizmu”.