Wywiady

Otworzyłam się na życie

Najpierw myślałam, że po śmierci męża sobie nie poradzę. Ale życie jest silniejsze niż wszystko. Poradziłam sobie. Okazuje się, że gdzieś tam może to Lucjan pokierował moimi krokami, moją decyzją powrotu na scenę – mówi Halina Kunicka, piosenkarka, jedna z największych gwiazd polskiej estrady w latach 60. i 70. XX wieku, w rozmowie z Kamilą Drecką w programie „Prawdę mówiąc”.

KAMILA DRECKA: Urodziła się Pani we Lwowie, właściwie nie znała Pani ojca.

HALINA KUNICKA:
Urodziłam się dosłownie tuż przed wojną, a tata był oficerem Korpusu Ochrony Pogranicza. Kiedy wojna wybuchła, oczywiście natychmiast poszedł na wojnę, no i nie zdążyłam go poznać. Znałam go tylko ze zdjęć. Znalazł się również ktoś, kto powiedział o mojej mamie, że to jest żona oficera zawodowego, doniósł do NKWD. No więc oczywiście przyszli i najzwyczajniej w świecie mamę zabrali i wywieźli. No i kiedy żołnierz pytał: „A to dziecko to czyje?”, mama wtedy powiedziała: „To siostry”.

Chciała Panią ochronić.

Bo wiedziała, że jedzie na śmierć. No i cóż, zabrali ją i w drodze na dworzec ubłagała żołnierza, żeby ją puścił, żeby pozwolił uciec i jak zwolniła ciężarówka żołnierz powiedział „udiraj…”. I mama uciekła.

Dzisiaj nam towarzyszy książka Pani męża Lucjana Kydryńskiego „Przejazdem przez życie”, w której m.in. użył takich słów, że zwykle przeboje mają krótki żywot, ale są też takie, które dziesięciolecia są w stanie przetrwać. Pani takie piosenki ma na swoim koncie.

Prawdopodobnie mówimy o piosence, która jest takim moim stemplem. Na całe życie została ze mną, z czego niekoniecznie się cieszę, to te nieszczęsne „Orkiestry Dęte”. Dlaczego mówię nieszczęsne? Dlatego, że przez całe swoje życie wyśpiewałam niezliczoną ilość niezwykłych, cudownych, mądrych, pięknych, wspaniałych piosenek. I nagle jak ktoś mówi: Halina Kunicka? A to ta od „Orkiestr Dętych”, to mnie boli.



Lata 60-te i 70-te była Pani niekwestionowaną gwiazdą w tym czasie. Proszę powiedzieć, jak się robiło karierę w tym zgrzebnym PRL-u?

Pokierowało się tak dziwnym trafem to moje życie, że zaczęłam śpiewać. I nigdy właściwie nie myślałam pod tym kątem, że zrobiłam karierę.

Nie zrobiła Pani kariery?

A co to pani zdaniem znaczy?
To znaczy, że jest Pani jedną z najbardziej popularnych osób. Cała Polska śpiewała Pani piosenki.

Miałam szczęście. Wielkie, ogromne szczęście, że życie moje polega na tym, że robię to, co kocham.

Podobno o mały włos zostałaby Pani sędzią dla nieletnich.

Tak, miałam 16 lat, kiedy zdałam maturę i mój ojczym, który mnie wychowywał, był adwokatem i pomyślał sobie: niech idzie na prawo, to jest takie ogólne, humanistyczne wykształcenie. I ja tam się znalazłam, pomyślałam: „No dobrze, ale co ja będę dalej robić jako prawnik? Może będę sędzią dla nieletnich?” I teraz gdy o tym myślę, przerażenie mnie ogarnia, mój Boże jak ja bym nie chciała, żeby tak się stało!

I wtedy mama na trzecim roku pchnęła Panią na konkurs dla amatorów.

To gdzieś było zapisane w górze, bo mama wtedy nagle usłyszała jakąś audycję i anons, że Polskie Radio organizuje konkurs dla piosenkarzy amatorów.

Przymusiła Panią?

Pojechała razem ze mną, bo ja nie chciałam. Zawiozła mnie na siłę! Zapisałam się i… przechodziłam z etapu do etapu.

W momencie, kiedy Pani wygrała ten konkurs, potem studiowała Pani w studiu piosenkarskim jednocześnie studiując prawo i koncertując, bo była już Pani w kabarecie „Pinezka”, jak Pani sobie z tym radziła?

Cudnie! Jeździliśmy po całej Polsce, wsiadałam w samolot rano, leciałam na egzamin, o dziwo zdawałam i wracałam wieczorem gdzieś tam do jakiegoś miasta. I napisałam do tego wszystkiego jeszcze pracę magisterską.

A może Pani przypomnieć temat?

Temat brzmiał: „Udział prokuratora w procesie prywatno-skargowyn”.

No i w kabarecie „Pinezka” poznaje Pani swojego późniejszego męża.

Tak....

Pani mąż napisał w książce, że musiał o Panią bardzo zabiegać. Zresztą byliście Państwo wówczas w związkach małżeńskich.

I on i ja byliśmy w zupełnie innych światach. Występowaliśmy w kawiarni „Nowy Świat”. Pierwszy raz go wtedy zobaczyłam. Nie powiem, żebym się zachwyciła. To trwało 7 lat zanim los nami pokierował i powiązał nas.

To nie było tak, że mąż gdzieś tam mnie wciskał na siłę i musiałam występować w miejscach nie dla mnie przeznaczonych tylko dlatego, że tak sobie zażyczył Lucjan Kydryński.

Czyli byliście sobie Państwo przeznaczeni.

Tak, wierzę w to.

Niektórzy mówili, że Pani mąż Panią faworyzował.

No i bardzo dobrze! Tak miało być! Bardzo dobrze, że mnie faworyzował. Dlaczego miał faworyzować inne panienki, kiedy miał dobrą, cudowną, wspaniałą żonę i mógł ją przedstawiać, zapowiadać. Ale to nie było tak, że mąż gdzieś tam mnie wciskał na siłę i musiałam występować w miejscach nie dla mnie przeznaczonych tylko dlatego, że tak sobie zażyczył Lucjan Kydryński. Tak nie było!

Zostawiliście Państwo swoje dotychczasowe rodziny i postanowiliście być razem.

Tak. Myśmy przeżywali okres szczęścia, choć nie wszyscy bliscy ten okres tak z nami przeżywali. Tak się stało i koniec! Straszne nie lubię akurat tak dokładnie o tym opowiadać ponieważ wiadomo, że nie były to łatwe, proste, sprawy. To była na pewno dramatyczna chwila i dramatyczna decyzja.

Pani mąż pisze też o tym, że kiedy się Państwo nie tylko poznali, ale postanowili być ze sobą, to wiele osób Panią przed panem Lucjanem ostrzegało. Nawet mama wyraziła dosyć ostro.

„Co się ładujesz w takie bagno! Masz takiego dobrego męża. Daj sobie spokój.” – i tak dalej. Tak właśnie mówiła.

A pan Lucjan mówił „bagno to ja”.
No więc ja nie zważałam na te wszystkie ostrzeżenia, które rzeczywiście docierały do mnie z różnych stron....

Lucjan miał opinię takiego...

.....uwodziciela. Tak.

Nigdy Pani nie bywała zazdrosna o męża?

No, czasem zdarzało się, ale właściwie, to śmieszne nawet, bo nie dawał mi powodów. Jakoś tak mieliśmy do siebie przez te wszystkie lata nieprawdopodobne zaufanie.

Miewała Pani na estradzie tremy?

Tak! Zawsze mam. Z tym, że teraz już oczywiście nie taką, jak niegdyś. Największą tremę miałam nie wtedy, kiedy występowałam, jeżdżąc z recitalem, najgorsze były wielkie imprezy typu festiwale. To było coś, czego nie znosiłam. Zawsze mi się wydawało, że wszyscy są lepsi ode mnie. To była okrutna trema, nie ta mobilizująca, ale taka, która człowieka powala.

Zdarzyło się Pani zapomnieć słów piosenki?

Zdarzyło się, tak!

Jak Pani sobie wtedy radziła?
Śpiewałam byle co! Pamiętam, że kiedyś śpiewałam „Gwiazdę miłości”, taką piosenkę, którą ludzie bardzo lubili. I zapomniałam tekstu. Ona się zaczyna od słów „Niewiele pamiętam z dziecinnych mych lat”. No więc w ogóle potem przezwaliśmy potem tę piosenkę, że to jest „piosenka o amnezji”.



To podróżowanie, to życie Państwa na walizkach – jaka była tego cena?

Najtrudniejszy był moment, kiedy urodził się Marcin. Wszyscy ci, którzy uprawiają ten zawód i mają dom, dzieci, wiedzą jaka to jest cena, kiedy dziecko się zostawia, nie wiem – z babcią , z nianią, z ciocią. My między innymi dlatego bardzo rzadko wyjeżdżaliśmy razem. Zawsze chodziło nam o to, żeby ktoś z nas jednak był. Raz zdarzył się nam rzeczywiście wspólnie długi wyjazd.

Marcin miał wtedy roczek. Tak pisał pan Lucjan.

Naprawdę? Dziś bym się na to nie zgodziła. Dziś bym nie zostawiła tego dziecka samego, bałabym się. A wtedy ze skrzydłami u ramion leciało się gdzieś tam w świat.

Pani syn połknął tego bakcyla podróżowania do tego stopnia, że podróżował ekstremalnie. Nie bała się Pani wtedy, kiedy wyjeżdżał do Kambodży?

Przeraźliwie się bałam. Nie mogliśmy mu nawet powiedzieć o tym, że się boimy.

Dlaczego?
Dlatego, że on musiał wiedzieć, że jest wolnym człowiekiem.

W momencie, kiedy Marcin postanowił opuścić Państwa dom, przeżyła to Pani mocno?

Pewnie, że przeżyłam. Każda matka przeżywa. Napiłam się wina, gdy zabrał swoje rzeczy. Zadzwonił tylko do mojej przyjaciółki i powiedział; „Pani Haniu, gdyby Pani mogła wpaść na chwilę, bo podejrzewam, że Mama będzie dzisiaj miała ciężki wieczór”.

Mówiła Pani, że zajmowała się również i wnukami, że dzieci przyjeżdżały do Państwa. To była też taka pomoc jak prawdziwej teściowej.

No tak przyjeżdżali chłopcy, kiedy byli mali. A później czas robi swoje i teraz cierpię, bo czuję się odrzuconą z miłością z mojej strony. Oni mają już tak wielki własny świat, że właściwie ja nie czuję się tam specjalnie niezbędna.

Z książki męża wynika, że Państwo mieli przepiękne życie, pełne przyjaciół, pełne muzyki. Pani mąż opowiada o paśmie cudownego życia z Panią. Czy tak było istotnie, czy ukrył coś przed nami?

Tak było! Wydarzyło nam się coś, co życzyłabym każdemu! Spotkanie drugiej osoby, drugiej duszy, drugiej osobowości, jakiegoś wspólnego wędrowania przez świat i wspólnego oglądania świata. A lata współżycia powodują jeszcze to, że to wspólne oglądanie nie jest niczym trudnym, ani nie jest czymś sztucznym. Po prostu wzajemnie sobą jesteśmy przeniknięci. Ja nie wiem, może to jest źle.

O nic nigdy nie kłócili się Państwo?

Bardzo rzadko. Naprawdę bardzo rzadko się kłóciliśmy. Mąż wprawdzie był nerwusik, nie powiem. Jego denerwowało strasznie coś, co mnie nie dotyczyło – chamstwo. To go denerwowało do tego stopnia, że ja ciągle mu mówiłam: ”błagam Cię, przecież Ty pracujesz na zawał. Błagam Cię, nie denerwuj się”.

I przyszła choroba. Czy to zmieniło Państwa życie?

Przestałam śpiewać, bo chciałam być razem z mężem. A ze świadomością, że nie potrafię mu pomóc, mogłam wspierać go tylko tym, że jesteśmy razem, że nie uciekam, że dotykam tego bólu razem z nim.

Zmieniło. Mąż chorował bardzo długo, ponad dwanaście lat. Chorował na serce, miał operacje, stenty , rozruszniki, by-passy, wszystko co tylko się w ogóle dawało wykorzystać. Nie było możliwości, żeby zahamować rozwój tej choroby, co powodowało później lawinę innych chorób. To był przeraźliwie trudny czas.

Bała się Pani?

Nieustannie się bałam. Nieustannie byliśmy też razem i nieustannie razem z nim chorowałam.

Przestała Pani śpiewać.

Tak, bo chciałam być razem z nim. A ze świadomością, że nie potrafię mu pomóc, mogłam wspierać go tylko tym, że jesteśmy razem, że nie uciekam, że dotykam tego bólu razem z nim.

I przyszedł moment, kiedy Pani mąż zmarł. Co wtedy? Jak sobie Pani poradziła?

Najpierw myślałam, że sobie nie poradzę. Ale życie jest silniejsze niż wszystko. Poradziłam sobie. Okazuje się, że gdzieś tam może to Lucjan pokierował moimi krokami, moją decyzją powrotu na scenę. Pomyślałam sobie siedząc jakiś czas samotnie w domu: „Nie mogę tak żyć. Najzwyczajniej w świecie nie mogę tak żyć”.

Pani powiedziała kiedyś „Najbardziej boję się samotności”.

Tak.

Rozumiem, że był czas samotności. A teraz?

Też jest. Czas samotności jest zawsze. I zawsze mówię iż mimo, że mam całe grono cudownych, naprawdę cudownych, wspaniałych osób, które kocham i którym jestem wdzięczna niewypowiedzianie, że są, że istnieją, że są ze mną, to poczucie prawdziwej, niekłamanej, okrutnej samotności wciąż jest. Każdy żyje własnym życiem, to jest normalne. Jesteśmy przez chwilę razem, każdy gdzieś tam odchodzi, każdy żyje swoim życiem. I tak ma być. Wszystko to jest jednak namiastką, czegoś, co jest zamiast tej jednej, jedynej osoby, której nie ma.

Czy dom też się zmienił od czasu, kiedy nie ma Pani męża?

Zwłaszcza kiedy wracam z jakichś koncertów, to nie ma nikogo, kto by spytał: „No jak Ci poszła. No jak tam było? No opowiedz, opowiadaj, siadaj. Opowiadaj”. To jest takie zderzenie znów z tą samotnością.
fot. TVP2
Halina Kunicka (P) w rozmowie z Kamilą Drecką (L) (fot. TVP)
Na ostatniej stronie książki Pani mąż cytuje piosenkę Wojciecha Młynarskiego, ja pozwolę sobie zacytować: „Trzeba wiedzieć, kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni. Trzeba wiedzieć, kiedy wstać i wyjść”. A komentarz Pani męża był taki: „Biorę z szatni swój płaszcz i wychodzę. Nic tu już po mnie.”

Miałam bardzo wielki żal, że napisał te słowa. To było takie jawne odchodzenie. Takie wychodzenie. Myśmy nigdy na ten temat nie rozmawiali. Jakoś ciągle było nasycanie się nadzieją. A te słowa spowodowały, że właściwie ta nadzieja jakby gdzieś zniknęła.

Co tracimy, gdy odchodzą bliscy?

Wszystkie żale, które wynikają po odejściu kogoś bliskiego, bardzo często są najzwyczajniej w świecie żalem nad sobą. Zawsze od początku chciałabym tego unikać. Unikałam, unikam i będę unikać. Nie będę się żalić nad sobą. To jest coś naturalnego, że nasi bliscy odchodzą. Nie może być pytania; „Dlaczego mnie to spotkało?” To jest najgorsze, co może być, bo znaczy, że myślę o sobie.

Ale to my zostajemy sami.

No i zostajemy!

Z poczuciem braku, straty.

No i tak ma być. I musimy pozostać. I musimy mieć poczucie tego żalu, tego braku, ale nie myślenia o sobie. Dlatego między innymi otworzyłam się na życie, otworzyłam się na śpiewanie, na estradę, na spotykanie się z publicznością, żeby nie zasiąść w fotelu i nie rozpaczać, że jestem tą biedną, opuszczoną.

Drażni Panią czas czy nie? Bo czas się z Panią cudownie obszedł. Jest Pani piękną, młodą kobietą.

Nie cierpię tego drania. Upływa, upływa, ale jedno muszę powiedzieć, że jest sprawiedliwy i rzeczywiście wszystkim upływa po trochu i niestety wszyscy jesteśmy poddani kontaktom z tym gościem…
Zdjęcie główne: Halina Kunicka (fot. TVP
Zobacz więcej
Wywiady wydanie 13.10.2017 – 20.10.2017
„Powinniśmy powiedzieć Merkel: Masz tu rachunek, płać!”
Jonny Daniels, prezes fundacji From the Depths, O SWOIM zaangażowaniu w polsko-żydowski dialog.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Definitely women in India are independent
Srinidhi Shetty, Miss Supranational 2016, for tvp.info
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Małgosia uratowała mi życie. Dzięki niej wyszedłem z nałogu
– Mam polski paszport i jestem z niego bardzo dumny – mówi amerykański gwiazdor Stacey Keach.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
„Kobiety w Indiach są niezależne. I traktowane z szacunkiem”
Tak twierdzi najpiękniejsza kobieta świata Srinidhi Shetty, czyli Miss Supranational 2016.
Wywiady wydanie 14.07.2017 – 21.07.2017
Eli Zolkos: Gross niszczy przyjaźń między Żydami a Polakami
„Żydzi, którzy angażują się w ruchy LGBT, przyjmują liberalny styl życia, odchodzą od judaizmu”.