Wywiady

Cierpienie wpisane w życie

Jestem przekonana, że obowiązkiem każdego człowieka jest sprawienie, żeby na świecie nie było takiej niesprawiedliwości społecznej. Nie możemy dzisiaj godzić się na to, żeby ludzie umierali z głodu albo z powodu braku dostępu do pitnej wody. To powinno być ze świata wyeliminowane - mówi Janina Ochojska w rozmowie z Kamilą Drecką w programie „Prawdę mówiąc”.

Kamil Drecka: Bardzo dużo Pani przeszła operacji. Dzisiaj mówi Pani, że już 33 w sumie. To jest jednak związane z wielkim cierpieniem. Czy cierpienie można wpisać w życie?

Janina Ochojska: Nie mamy innego wyjścia po prostu. Oczywiście wtedy, kiedy ja miałam pierwsze operacje, pierwszą miałam jak miałam 6 lat, to pamiętam dokładnie leżałam w takiej zimnej sali na stole operacyjnym, czekałam. Leżałam tam sama przykryta taką czarną gumą. Bałam się po prostu tak, jak każde dziecko by się bało.

Nie mogła Pani wyciągnąć rękę po pomoc, np. proszę mnie przytulić.

Nie, to było niemożliwe ale również i z takiego powodu, że nam po prostu kazano być dzielnym. Cały czas to powtarzano. Musisz być dzielna, nie wolno płakać. Ale wtedy w tych czasach nie było takich środków przeciwbólowych. Dzisiaj właściwie po operacji można prawie nie odczuwać bólu. Wtedy w ogóle ich nie było i sposobem było gryzienie poduszki. No tak było. Ale, wie Pani, ból na szczęście się zapomina i cierpienie będzie zawsze obecne w naszym życiu, nie oddzielimy się od tego. To sobie trzeba wyraźnie powiedzieć. Trzeba umieć je łagodzić. To znaczy wtedy, kiedy je trzeba przyjąć, to je trzeba przyjąć, ale też nie zasklepiać się w nim. Każde cierpienie kiedyś się kończy. Czy to jest duchowe, czy to jest fizyczne czy jeszcze jakieś inne i przychodzi z kolei okres lepszy.

Wiadomo, że pomaga Pani innym na szeroką skalę. Ale był taki czas, kiedy to Pani potrzebowała pomocy.

Zachorowałam jako bardzo małe dziecko, miałam 8 miesięcy, na polio.

Czyli chorobę Heinego-Medina.

Janina Ochojska: Czyli chorobę Heinego-Medina. Byłam całkowicie sparaliżowana i jeżeli dzisiaj siedzę tutaj z Państwem i rozmawiam, to zawdzięczam to pomocy bardzo wielu ludzi. Miałam to szczęście, że trafiłam najpierw jako dziecko niepełnosprawne, a potem już jako nastolatka do ośrodków, gdzie byli wspaniali wychowawcy, którzy po pierwsze nie wychowywali nas na osoby, które tylko czekają, aż ktoś im pomoże, ale zrzucały na nas bardzo dużo odpowiedzialności. My byliśmy odpowiedzialni za czystość sali, za wzajemną pomoc, musieliśmy dbać o siebie, o swoją szafkę, zaścielić łóżko. I takie zmuszanie nas do wysiłku było czymś, uważam, fantastycznym. Nie patrzono na nas jak na biedne, kalekie dzieci, którym trzeba wszystko pod nos podsunąć tylko po prostu wymagano. My uprawialiśmy sport. I były skoki przez tyczkę i bieganie o kulach, pływanie, no co tylko kto mógł. Oni nam dawali normalne dzieciństwo. Wie Pani, ja w ogóle nie mam tej traumy bycia kimś gorszym.
Nie tyle w przeznaczenie ile wierzę w opatrzność - mówi Janina Ochojska (fot.arch.TVP)
Co Pani pamięta pierwszego, jaki moment pierwszy z dzieciństwa? Przecież to nie była ani mama ani tata.

To był moment…

…..to był szpital?

Tak, leżałam w szpitalu i pamiętam, że nie mogłam się ruszyć tylko kręciłam głową. Pamiętam, że tęskniłam za domem i powtarzałam słowo mama i wtedy rozległ się taki bardzo nieprzyjemny dźwięk, którego się wystraszyłam. Okazało się, że na szybę weszła żaba i przyszła siostra zakonna i tę żabę zdjęła. No i takie jest moje pierwsze najdalsze wspomnienie.

Myślę, że każdy człowiek może opowiedzieć o swoim życiu na dwa sposoby. Może wspominać to co stało się złego w jego życiu i wtedy będziemy mieć obraz kogoś, komu stale wydarzyło się coś złego. A można wspominać te dobre chwile, to co było dobre i oczywiście pobyt w ośrodkach, w tych sanatoriach nie był takim pasmem wspaniałych przeżyć i szczęśliwości tylko byli tam wspaniali wychowawcy, ale byli też po prostu sadyści. To było w Rybniku w szpitalu i tam wspominam ten szpital bardzo źle. Nie wolno nam było chodzić do toalety tylko w określonych godzinach

Jak sobie radziliście nie chodząc do toalety?

Sikaliśmy w ręcznik, bo w łóżko nie można było, bo można było dostać lanie, albo za karę ściągano koszulę, a sale były koedukacyjne. Byliśmy wprawdzie dziećmi, ale wiadomo, że dziewczynki się wstydzą. Ja o tych ludziach myślę jednak - współczuję im. Współczuję im, bo czyniąc krzywdę, na pewno sami nie mieli szczęśliwego życia. I to krzywda zawsze się jakoś tam odpłaca, nawet jeżeli sami nie robimy tego osobiście.

Powiedzmy o tej sztuce pomagania bo to jest sztuka, prawda? Nawet można by powiedzieć, że ktoś potrafi albo nie potrafi pomagać. Albo wręcz, że można pomocą zaszkodzić. Proszę mi powiedzieć, kiedy to się dzieje? Kiedyś Pani powiedziała, że to nie z serca ma wynikać tylko z rozumu.

Przede wszystkim żeby dobrze pomóc trzeba wiedzieć. Wiedzieć jak i wiedzieć co. Podam na takim najprostszym przykładzie tutaj w Polsce. Taka była kiedyś głośna zbiórka na węgiel i kurtki dla dzieci w domach dziecka. Ja uważam, że to jest niepoważne. Mamy do czynienia z państwowym domem dziecka, to państwowy dom dziecka jest za to odpowiedzialny, państwo jest odpowiedzialne. Co my powinniśmy zrobić? Dajmy tym dzieciom to, czego nie mają. Te dzieci nie mają łyżworolek, discmanów, tego co mają inne dzieci. Dajmy im coś, dzięki czemu poczują się tacy jak ich rówieśnicy. Musimy się tego uczyć, ale musimy o tym mówić. Uczyć się, uczyć się już w szkole. Jak pożyczam koledze ołówek, to nie dam mu ołówka złamanego, bo nie jest mu potrzebny. Na takich prostych przykładach można pokazać co to znaczy pomoc, która daje człowiekowi pewną możliwość, a co to jest pomoc, która upokarza. Nie można nad kimś się litować, nie można np. oczekiwać wdzięczności.

Powiedziała Pani też kiedyś, że związki z rodziną nie były Pani takie bliskie i że nie miała Pani takiego wsparcia w domu. Nie tylko bieda, której się Pani wstydziła, ale także rodzice. Mama rzadko przyjeżdżała do Pani właśnie z powodu biedy. Tata miał problem alkoholowy. Gdzie Pani szukała wsparcia?

To może nawet nie tak, że moja rodzina mi nie dawała wsparcia, bo dawała takie wsparcie, jakie mogła. Mama mnie bardzo kochała, babcia też. Myślę, że i ojciec też jakoś tak na swój sposób, ale ja już byłam inna. Już wychowywali mnie inni ludzie. Oni mieli na mnie większy wpływ niż rodzina, bo po prostu w tej rodzinie ja przebywałam bardzo mało. Poza tym kiedyś to nie było tak, że rodzina mogła dziecko rehabilitować w domu.

Nie było warunków.

Nie było do tego warunków, nie było takich instytucji jakie są dzisiaj. Ale ja powiem Pani szczerze, ja uważam, że fakt, że wychowywałam się pośród takich samych dzieci jak ja, każdy z nas miał jakiś problem, a co więcej my licytowaliśmy się między sobą. Mówiliśmy: ten to ma tylko nogę sparaliżowaną, co to w ogóle jest? O! ta leży…

Uważaliśmy w jakiś sposób, trudno mi to jest dzisiaj wytłumaczyć, że jakby ta osoba jest lepsza, ale może dlatego, że ona potrzebowała więcej uwagi, może więcej naszej troski. Że trzeba jej było dać więcej żeby i ona później mogła coś z siebie dawać.

A jak Pani się zetknęła z tak zwanymi normalnymi dziećmi? Miała Pani takie poczucie wtedy, że jest gorsza?

Ja nie miałam żadnych kompleksów. Ja ich nie miałam gdzie nabyć, bo byłam cały czas z takimi samymi ludźmi jak ja. Ja w jakiś sposób im zaimponowałam. Trudno mi powiedzieć czym.

Była Pani ambitna, prawda? Była Pani ambitna, uczyła się…

Byłam ambitna, uczyłam się dobrze, ale musiałam się uczyć dobrze, bo powtarzano mi, że to jest dla mnie najlepsza droga. Ale np. dzieci bardzo chciały pochodzić o moich kulach, ja potrafiłam chodzić tylko na rękach. To bardzo imponowało.

Zakładała Pani sobie nogę na szyję…

Nogę na szyję potrafiłam założyć bez problemów, bo bezwładna. Takie drobiazgi, którymi się imponuje w środowisku dzieci, w środowisku klasowym.

Wie Pani, jak o Pani mówią współpracownicy? Że oni już padają na twarz, a Pani nadal tryska energią. Że nawet jak Pani upadnie to mówi: spokojnie, mam stalowy kręgosłup. Z czego Pani tę siłę bierze? Śpicie Państwo czasami nawet pod samochodami, nie zawsze jest się gdzie położyć, czasami jest Pani jedyną kobietą, która jest wśród mężczyzn. To też nie jest takie łatwe bo gdzieś trzeba tę swoją intymność zachować.


Zawsze można sobie jakoś poradzić. Po prostu kazałam się odwrócić i tyle. Posłuchali.

Nie miałam żadnych kompleksów. Nie miałam ich gdzie nabyć, bo w dzieciństwie byłam cały czas z takimi samymi ludźmi jak ja

W pewnym momencie popatrzyła Pani w gwiazdy i postanowiła zostać astronomem.

No właśnie nie w gwiazdy, a w książkę o gwiazdach. To była książka Gadomskiego „Obrazy nieba”. Bardzo dokładnie pamiętam, jak ją dostałam. Właśnie wtedy byłam po operacji kręgosłupa, byłam w siódmej klasie szkoły podstawowej i lekarz mi przyniósł tę książkę do przeczytania. Ja tę książkę przeczytałam potem ją przepisałam do zeszyciku, bo nie było kserokopiarek i postanowiłam, że będę astronomem.

Jak postanowiłam, tak zrobiłam.

Jak postanowiłam, tak zrobiłam.

Na studiach związała się Pani z Duszpasterstwem Akademickim. Czy tam poszukiwała Pani tego nowego momentu swojej religijności czy ta religijność sama Panią znalazła?

Ona mnie sama znalazła i właściwie mogę powiedzieć, że to Pan Bóg mnie wybrał w tym sensie, że jak przyszłam na studia do Torunia, to w związku z tym, że głównie państwo mnie wychowywało, to byłam przekonana o tym, że powinnam zapisać się do Związku Socjalistycznego Studentów Polskich. Niestety byłam o tym absolutnie przekonana. Na pierwszym wykładzie z fizyki kolega rozdawał deklaracje i dla mnie zabrakło. Kolega powiedział, że przyniesie w przyszłym tygodniu. Ale w międzyczasie, w sobotę koleżanka zabrała mnie do Duszpasterstwa Akademickiego i tam dowiedziałam się, że właśnie nie należy się zapisywać. Ja myślę, że ja byłam osobą gotową pójść w jakimś kierunku. Byłam trochę taką białą kartą…

Mówi Pani o duchowości?

O duchowości. Wtedy to było tak, że ten kto by mnie pociągnął, to ja bym tam poszła. Ja nie byłam ukształtowana. Pamiętam bardzo dokładnie kiedy przeczytałam książkę Michała Hellera „Wszechświat i słowo” i odkryłam w sobie jakąś taką świadomość istnienia tajemnicy, a później to już zaczęłam tej tajemnicy szukać. Ale nauczyłam się, że nie poszukujemy emocjami, że to jest jakaś tam droga ale, że szukamy intelektem. Intelektem Pana Boga można również znaleźć i ta astronomia w pewnym sensie Pana Boga pomogła mi odnaleźć.

Powiedzmy o tej pielgrzymce, gdzie się Pani przestraszyła, kiedy zobaczyła wota …

Tak, byłam w Częstochowie. To była pielgrzymka do Częstochowy. Było to dla mnie bardzo trudne bo miałam pęcherze na rękach od kul i na nogach tak jak wszyscy. Pierwszy raz byłam w Częstochowie, dotarłam do tej kaplicy z wotami. Zobaczyłam kule jako wota, które były symbolem uzdrowienia. Ja stamtąd uciekłam bo bałam się, że mogę zostać uzdrowiona.

Proszę się z tego wytłumaczyć. Nie chciała być Pani zdrowa?

Proszę popatrzeć, ja byłam wtedy studentką po drugim roku astronomii. Miałam naprawdę piękne życie. Za sobą wiele spotkań, ludzi, których na swojej drodze poznałam. Wiele darów, które otrzymałam, których być może bym nie otrzymała. Ja sobie nie potrafię wyobrazić swojego życia innego.

Ale Pani już też była inna.

Byłam zadowolona i szczęśliwa i chciałam tak dalej żyć.
Ja jestem przekonana, że obowiązkiem każdego człowieka jest sprawienie, żeby na świecie nie było takiej niesprawiedliwości społecznej - tłumaczy Janina Ochojska (fot.arch.TVP)
Ile tych konwojów Państwo wysłali? Do ilu krajów?

Konwojów… dotychczas pomogliśmy już w ponad 40-tu krajach. Tych konwojów - ponad 100-tka. Nie pamiętam, teraz mam przed oczami tę tabelkę, ale ponad setka.

A w ilu Pani brała udział?

No właściwie we wszystkich. Ja byłam po wypadku, jak wracaliśmy z Afganistanu…

Powiedzmy o tym, że Pani jednak miała dwa poważne wypadki. Jeden to wyglądało, że Pani właściwie mówiła: „szkoda, że to już koniec”.

To się wydarzyło jak wracaliśmy z Sarajewa w listopadzie 1994 roku. Wtedy nasz konwój był ostrzelany i samochód, w którym jechałam, który był samochodem prowadzącym, spadł do przepaści. Ale właśnie Pan Bóg tam usadowił taki kamień, na którym ten samochód na 15-tu metrach się zatrzymał. Ja byłam pewna, że zginiemy dlatego, że to była ogromna przepaść…

Co Pani wtedy czuła? Co Pani myślała?

Ja zdążyłam tylko pomyśleć, że właśnie szkoda.

Szkoda, że to już koniec?

Tak, tak. Szkoda, że to już koniec.

Pani daje nieźle popalić temu swojemu ciału.

Na szczęście ono bardzo wiele wytrzymuje. We Francji mi zrobili żelazny kręgosłup więc teraz z niego korzystam.

A potem był następny wypadek, też Pani się nieźle poobijała.

Tak. Przede wszystkim miałam znaczne złamania. Tak, tak, ale na szczęście nie stało się nic takiego strasznego. Złamania mają to do siebie, że się goją.

Powiedziała Pani takie zdanie: „w moim życiu nie ma przypadków”, że to Pani życie to jest przeznaczenie. Wierzy Pani w przeznaczenie?

Może nie tyle w przeznaczenie ile wierzę w opatrzność, ale też w taki szczególny sposób. Wie Pani, ja jestem wolnym człowiekiem i mogę dokonywać wyborów i to są moje wybory. Natomiast to przeznaczenie widzę kiedy patrzę wstecz.

No właśnie.

I widzę jakby drogę, która jest drogą jedyną. Czyli gdzieś na początku tej drogi jest moja niepełnosprawność. Ona stała się częścią mojego życia, tego co robię teraz. Bez niej byłabym dzisiaj w zupełnie innym miejscu.

Bo gdyby na przykład nie ona, to nie znalazłaby się Pani w Lyonie na operacji. Nie poznałaby Pani ludzi, którzy zarazili Panią ideą pomocy humanitarnej.

To był 1984 rok. W stanie wojennym miałam operację na kręgosłup, która się nie udała. I już nikt mi nie mógł tutaj pomóc, ministerstwo zdrowia odmówiło mi sfinansowania leczenia zagranicą.

Poleciała Pani dzięki komu?

Poleciałam dzięki księdzu Tischnerowi i przyjaciołom z „Solidarności”, którzy mi sfinansowali bilet. No i tam w tej Francji właściwie zaczęła się ta droga, bo tam zetknęłam się z organizacją francuską, która pomagała Polsce w okresie stanu wojennego. I również jak wróciłam do Polski to byłam ich wolontariuszką.
Pamięta Pani bardziej tych, którym Pani pomogła czy tych, którym odmówiła pomocy? Takie też sytuacje się zdarzyły.

Jednak bardziej się pamięta tych, którym odmówiłam pomocy. Zawsze myślę o tym pierwszym razie, kiedy musiałam w Sarajewie wyrzucić z autobusu dla dziennikarzy chłopca 8-10 letniego z matką, z dwoma walizkami. Oni chcieli żebyśmy ich wywieźli z Sarajewa. A ja wiedziałam, że jak my ich zabierzemy, to na posterunku serbskim ich po prostu wyciągną zastrzelą, zgwałcą matkę. Nie mogliśmy tego zrobić z tego powodu, że nie moglibyśmy już wrócić do Sarajewa z pomocą. To było straszne, ta kobieta klęczała na śniegu, obejmowała moje kolana, błagała, prosiła, a ja musiałam być zła. Ja musiałam ją odepchnąć, mam nadzieję, że przeżyli, że tym uratowaliśmy im życie, ale to pokazuje dylemat jaki my mamy pracując w tych ich trudnych krajach.

Zawsze mówię ludziom, którzy tam jadą: „pamiętajcie, nie pomożecie wszystkim”. Jak do naszego biura w Czeczeni przyszła kobieta z potwornym rakiem piersi, żeby jej sfinansować wyjazd do Rostowa na operację. To był niewielki koszt, ale ja byłam tam akurat: „nie możemy tego zrobić”. Bo ja mogę to zrobić jako Janka, ale jak my się tego podejmiemy, to za dwa dni przyjdzie następna osoba, potem przyjdą dwie. Odmówicie im? A jak będzie ich przychodziło codziennie 10? To będziecie musieli zająć się czymś innym, a my wzięliśmy na siebie zobowiązanie, że my będziemy codziennie dostarczali wodę w Groznym do wszystkich szpitali, do wszystkich szkół i tam gdzie mieszkali ludzie. 700 tys. litrów rozwieźć dziennie. To jest naprawdę wielkie przedsięwzięcie.

A jak to sobie zrobić, właśnie odsunąć emocje od rozsądku?

To jest cena, którą płaci się za wykonywanie tak wspaniałej pracy.

Za pomoc?

Tak, bo trzeba sobie powiedzieć: nie pomogę wszystkim, a jeżeli tu będę trochę, tam będę trochę to czegoś nie zrobię solidnie czyli już ta moja pomoc nie będzie miała tej wartości, którą powinna mieć.

Coraz dłużej słucham to tak myślę sobie żeby pomagać ludziom to trzeba być bardzo twardym.

I trzeba być również asertywnym jednocześnie, tzn. umieć gdzieś znaleźć tę dobrą granicę i tak to dotyczy każdego pomagania. Jak pomaga Pani np. odrabiać dziecku lekcję, uczy Pani matematyki, to jak nie będzie Pani wobec niego konsekwentna...

...jak będę za niego robiła zadania...

Tak, to nie odrobi, prawda.

Nie będzie umiał.

Tak, to te zasady trzeba umieć stosować naprawdę do wszystkiego.

Powiedziała Pani kiedyś: „wierzę w dobro”. Pani, która widziała tyle zła. Jak Pani zobaczyła to dobro? Wtedy kiedy Pani odnalazła w sobie religijność, duchowość czy już wcześniej?

Uważam, że to dobro zawsze mi towarzyszyło, to znaczy w ogóle nie wiążę swojej religijności z tym co robię. Ja jestem przekonana, że obowiązkiem każdego człowieka jest sprawienie, żeby na świecie nie było takiej niesprawiedliwości społecznej. Nie możemy dzisiaj godzić się na to, żeby ludzie umierali z głodu albo z powodu braku dostępu do pitnej wody. To powinno być ze świata wyeliminowane.

Pani kiedyś powiedziała, że ta Pani praca kosztowała Panią pewną cenę. Rozumiem, że ta cena jest ceną życia prywatnego, tego w jaki sposób traktuje Pani ciało, co z nim Pani robi.

No, ja też dbam o siebie, chodzę na rehabilitację i na basen.

Trzeba sobie powiedzieć: nie pomogę wszystkim, a jeżeli tu będę trochę, tam będę trochę to czegoś nie zrobię solidnie czyli już ta moja pomoc nie będzie miała tej wartości, którą powinna mieć

Nie uwierzę w to, że Janina Ochojska jest twardą kobietą, która nie płacze do poduszki czasami.

Wie Pani, nie płaczę.

Ale miewa Pani gorsze chwile, prawda?

Mam gorsze chwile, też mam jak to się mówi lekką „depresyjkę”, czasami przychodzi zmęczenie jednak wiek też robi swoje. 

Ja dopiero teraz tak naprawdę czuję się niepełnosprawna, kiedy bardzo silnie czuję te ograniczenia w poruszaniu się. Ja kiedyś nie traktowałam siebie jako osoby niepełnosprawnej. Więc teraz trzeba się z tym pogodzić, a może za ileś lat będę musiała już tylko na wózku się poruszać. Na to nie ma odpowiedzi, a do tego trzeba się jakoś przygotować. Ta sytuacja jest też dla mnie trudna o tyle, że ja już muszę z czegoś rezygnować, a jest mi jeszcze szkoda, jeszcze bym chciała.

Kiedy przygotowywałam się do rozmowy z Panią to znalazłam takie zdanie, które odnosi się właśnie do życia prywatnego. Powiedziała Pani tak: „uzależnianie szczęścia od drugiego człowieka jest czymś zawodnym, można polegać tylko na sobie”.

To też nie jest tajemnica. Wyszłam bardzo szczęśliwie za mąż, ale mąż się zakochał po jakimś czasie i się stało.

Ale byliście długo Państwo z sobą.

Osiem lat.

To były dobre lata?

Mnie się wydaje, że to krótko. To były bardzo dobre lata i jestem szczęśliwa, że to było. Wie Pani, oczywiście, że to było dla mnie bardzo trudne doświadczenie. Jak ma się do czynienia ze zdradą to boli, po prostu. Wie Pani, ja mogłam się wtedy zatrzymać i powiedzieć sobie, że to tak boli, że ja tu już w ogóle nic nie mogę. Co bym miała z tego życia?

I co Pani zastosowała?

Nic, żyłam dalej. To co mnie utrzymało, to to, że ja się czułam potrzebna innym i wiedziałam, że ja nie mogę zawieść.
Zdjęcie główne: Staram się dawać ludziom pomoc, która daje człowiekowi pewną możliwość, a nie pomoc, która upokarza. Nie można nad kimś się litować, nie można np. oczekiwać wdzięczności - mówi Janina Ochojska (fot.arch.TVP)
Zobacz więcej
Wywiady wydanie 13.10.2017 – 20.10.2017
„Powinniśmy powiedzieć Merkel: Masz tu rachunek, płać!”
Jonny Daniels, prezes fundacji From the Depths, O SWOIM zaangażowaniu w polsko-żydowski dialog.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Definitely women in India are independent
Srinidhi Shetty, Miss Supranational 2016, for tvp.info
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
Małgosia uratowała mi życie. Dzięki niej wyszedłem z nałogu
– Mam polski paszport i jestem z niego bardzo dumny – mówi amerykański gwiazdor Stacey Keach.
Wywiady wydanie 28.07.2017 – 4.08.2017
„Kobiety w Indiach są niezależne. I traktowane z szacunkiem”
Tak twierdzi najpiękniejsza kobieta świata Srinidhi Shetty, czyli Miss Supranational 2016.
Wywiady wydanie 14.07.2017 – 21.07.2017
Eli Zolkos: Gross niszczy przyjaźń między Żydami a Polakami
„Żydzi, którzy angażują się w ruchy LGBT, przyjmują liberalny styl życia, odchodzą od judaizmu”.