Cywilizacja

Pan Musa, czyli rodzina na swoim

Musa Hasahya Kasera z Ugandy ma 102 dzieci i 580 wnuków, a przynajmniej tyle ich było, gdy go odwiedziłem i pisałem ten tekst. W czasach kryzysu wystarczy aż nadto, więc jurny rolnik miał nakazać swoim żonom stosowanie antykoncepcji.

Taka zabawna informacja znalazła się wiosną w serwisie agencji prasowej AFP i niebawem internet obiegły memy, przedstawiające odzianego w brudną koszulę starszego pana, który po swojemu walczy z ekonomicznymi problemami. Zdjęcie wykonał fotograf Katumba Badru z Kampali, stolicy Ugandy, który opowiada o 68-letnim panu Musie jako bohaterze znanym w całym kraju i opisywanym przez miejscowe gazety. – To bardzo gościnny człowiek, jego rodzina jest bardzo przyjazna – zapewniał, gdy zapytałem o możliwość spotkania z panem Musą i noclegu na ugandyjskiej prowincji. – Na pewno zaprosi cię do siebie i będziesz miał tam dobry czas.

W daleką podróż wybieram się z Mubiru, który w Kampali prowadzi sklep z walizkami, ale posiada samochód terenowy i zgodził się mnie zabrać. Ma 25 lat i mógłby być moim synem – tak też go nazywam w odpowiedzi na jego „father”, wypowiadane z szacunku, ale i przyzwyczajenia Ugandyjczyków do tego, że biali mężczyźni to zwykle misjonarze. Mubiru jest muzułmaninem i na czole ma ciemną kropkę. Myślałem, że to skaza skórna, która okazała się jednak oznaką religijnego człowieka, bo powstała od bicia pokłonów przed Allahem. Znamię tworzy się od tarcia czołem o matę do modlitwy lub dywan w meczecie, gdzie dostaje się piach i kurz, więc robi się rana i zostaje blizna. Niektórzy potrafią sami pocierać czoło, aby zyskać uznanie jako pobożni.

***

Byłem w Kampali 15 lat temu, ale miasto bardzo się zmieniło i trudno je poznać. Mijam place budowy, gdzie rusztowania wokół budynków wykonano z pni i gałęzi, nie dałbym za to złamanego szylinga, a jednak budowle pną się w górę. Wiele płotów ma chińskie znaki, bo Chińczycy budują tutaj na potęgę w zamian za ropę i zwiększone wpływy w gospodarce. Pierwszy taki plac budowy widać od razu po wyjściu z lotniska w Entebbe. Droga do miasta otoczona jest kramami pełnymi powidła i mydła, bo cała Uganda coś sprzedaje, chociaż podaż znacznie przewyższa popyt. Wszyscy kupują na ulicy, gdzie toczy się życie, rzadko kiedy w sklepach, chociaż centra handlowe też istnieją – dla dyplomatów, misjonarzy i ugandyjskich bogaczy, których pałace mogłyby zawstydzić majętnych Europejczyków, bo rozwarstwienie społeczne – witamy w Afryce! – jest ogromne. W Carrefourze widzę polską śmietankę za 30 dolarów, bowiem tutaj to ekskluzywny sklep, w którym w związku z tym prawie nikogo nie ma.

Mała przedsiębiorczość nie jest tutaj obłożona podatkami, więc – wedle wskaźników – rozwija się najlepiej na świecie. Zwykle to bardzo mała przedsiębiorczość, bo sprzedawcy handlują tym, co mają, a mają niewiele. Obok mnie na brudnym obrusie misternie ułożono kopczyki pomidorów, na których osiada kurz i pył – kupuje się na kopczyki, nie kilogramy, bo do tego trzeba działającej wagi. Ułożenie takiej konstrukcji wymaga czasu, ale starsza pani ma go w nadmiarze – siedzi przy ulicy od rana do wieczora, dzień w dzień, całe życie. Jej jedyny posiłek stanowi nadgniły pomidor z ugotowanym sosem ze szczawiu, który zrywa obok i gotuje na palenisku. Śniadanie jemy z Mubiru w budce ulicznej skleconej z kilku desek. Wystarczy kopnąć, by się rozpadła. Sanepid miałby używanie, ale budka cudem stoi i ma się nieźle. Właściciel na rozgrzanym blacie smaży ciapati. Do tego wkłada omlet z pomidorem i cebulką, całość zawija w rulon brudnymi rękoma, które tylko czasem dla pozoru spłukuje wodą. Miejscowi nazywają danie roleksem od słów roll (zwijać) i eggs (jajka). Pychota!
Handlarze na przedmieściach Kampali. Ulice opustoszałe z powodu obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa. Uganda w 2020 r. Fot. PAP/Abaca – Abubaker Lubowa/Anadolu Agency
W Ugandzie rosną 24 rodzaje bananów: do jedzenia, smażenia, gotowania czy warzenia akarusho, piwa o mocy wina, które podobno smakuje wyśmienicie z pieczonymi termitami. Chcę go spróbować i szukam w sklepach, ale nigdzie nie ma. Mubiru sugeruje spróbować w getcie, dzielnicy biedoty. Jedziemy, lecz akurat piwa zabrakło, bo to najtańszy trunek dla chcących upić się szybko i skutecznie. Nie dziwię się – dookoła ogromna i przerażająca bieda, brudna i wiecznie zabłocona mimo mocnego słońca, cuchnąca i gnijąca. Lepianki z byle czego, głównie błota i blachy, uszczelnione szmatami, w byle jakim kolorze. Obok piętrzą się góry śmieci wyrzuconych przez biedaków, które jeszcze biedniejsi przeczesują w poszukiwaniu resztek jedzenia lub czegoś, co można sprzedać.

Drogę wypełnia wszelkiej maści zmotoryzowany plankton: ciężarówki, samochody terenowe i osobowe, motory. Do tego rowery, zwierzęta, ludzie. Tylko asfaltu czasem brak. Rządzi pozorny chaos, jak w ulu. Gdy nie pada najsprawniejsze są motory-taksówki, zwane boda-boda, które wiozą nie tylko kierowcę, ale trzy-cztery osoby, stertę baniaków na wodę, 20 plastikowych krzeseł, dziesięciometrowy kawałek metalu, kozę, stado kur, kilkadziesiąt palet jajek, palmę, czy nawet drugi motor. Na ramach i karoseriach czytam wymyślne hasła chwalące Boga („God is good”, „God is final”) lub filozofię życia („No situation is permanent”, „Hard to get, but easy to loose”).

ODWIEDŹ I POLUB NAS
Na ulicy wyje pies potrącony przez samochód. Nikt nie reaguje, nikt się nie zatrzymuje. Skowyt ginie w natłoku innych dźwięków. Kto ma pomóc zwierzęciu, skoro nikt nie pomaga człowiekowi? Notorycznie zdarza się, że sprawca ucieka z miejsca wypadku, co kiedyś spotkało mojego kierowcę Mubiru – zostało mu uszkodzone auto i uszkodzone płuco. Pies podwija łapy i kona w zgiełku miasta, w którym śpi ponad dwa i pół miliona ludzi, a pracuje – czy też walczy o życie – o wiele więcej. Kto by się przejmował skomlącym psem?

Wszędzie widać dzieci, pełno dzieci. Na plecach matek lub pozostawione bez opieki. Szarpiące przechodnia za nogawkę spodni, same najczęściej bez spodni. Zwykle zasmarkane, zabrudzone, głodne. Smutne, ale i uśmiechnięte. Nieobecne i nadoobecne. Ta nieprzebrana rzesza może stanowić o sile kraju, wszak to ręce do pracy, a wiek pracownika – witamy w Afryce! – nie ma znaczenia i kilkulatki pracują z dorosłymi. Nie dziwi, że ugandyjskie społeczeństwo jest najmłodsze na świecie: 80 procent ludzi nie ukończyło 30 lat. W latach siedemdziesiątych, za krwawych rządów Idi Amina, Uganda liczyła 5 milionów mieszkańców. Teraz – 50 milionów. Jak ich policzyć? Trudne zadanie, zwłaszcza, że dowody osobiste istnieją ledwie od 9 lat, w przyszłym roku będą podlegały wymianie. Sposobem identyfikacji jest karta sim, której wyrobienie to skomplikowany proces: panienka z okienka fotografuje mój paszport, wizę, nawet mnie samego z kartą sim przy twarzy – telefony mają wszyscy, więc w ten sposób każdy jest do namierzenia. Wcześniej, jak ktoś powiedział, że nazywa się Kowalski to znaczyło, że nazywa się Kowalski.

Zaczyna padać deszcz – nagły, impulsywny, mocny. Asfaltową drogą płynie czerwona rzeka z piachu wymytego z pobocza, która wypełnia dziury wodą i błotem. Nawierzchnia sprawia wrażenie równej, ale to może być kosztowna pułapka – niektóre zagłębienia są tak głębokie, że – żartują kierowcy – można w nich łowić ryby. Na poważnie samochody tracą koła, łamią zawieszenia lub stają dęba. W takich warunkach najlepiej poradzą sobie ciężarówki lub samochody z napędem na cztery koła, jak nasz, ale Mubiru i tak woli jechać powoli, bo zamiast terenowego auta teraz przydałaby się amfibia.

Państwo, którego nie ma

Czy można odwiedzić kraj, który nie istnieje? Bez problemu. Z Warszawy leci się z dwiema przesiadkami.

zobacz więcej
Poza miastem na poboczu wiszą wiązki mango, podane jak kiście dużych winogron. Na rozgrzanym asfalcie – jeżeli droga jest asfaltowa – suszy się kassawa, czyli maniok. Po obu stronach widać wiele kościołów wszelkiej maści: w Ugandzie istnieje ponad sto wyznań, bo w dużej biedzie łatwo sprzedać nadzieję na lepsze jutro nie z tego świata. Poboczem ludzie gęsiego nie idą, lecz suną dostojnie, bo w upale nie można inaczej. Na prowincji bieda nie piszczy, bo do pisku również potrzeba jedzenia i picia, których brakuje i trzeba oszczędzać siły. Na strzechach widać panele słoneczne, czasem przy lepiankach parkują limuzyny. Witamy w Afryce!

Sterta liści na drodze zamiast trójkąta ostrzegawczego to znak, że ktoś ma awarię. Po chwili pojawia się szykana ułożona z kamieni i gałęzi, aby wyhamować i zatrzymać się. Policjant przedstawia się imieniem (w Ugandzie nie ma nazwisk), które pokazuje wyszyte na mundurze. Opiera się o drzwi samochodu, uśmiecha szeroko. Mówi, że wszyscy jesteśmy braćmi. Czeka na odpowiedź, ale nic nie mówię i też czekam. W końcu daję 5000 szylingów (ok. 5 złotych), więc policjant uśmiecha się jeszcze szerzej i macha ręką na pożegnanie. Możemy jechać dalej, ale niebawem znów zatrzyma nas patrol, bo mzungu w aucie to nadzieja na łapówkę. Czarny rynek na Czarnym Lądzie. Witamy w Afryce!

***

Fotograf Katumba Badru miał rację – kogo bym nie zagadnął, każdy słyszał o jurnym rolniku, choć słyszeć i wiedzieć coś więcej to dwie różne sprawy, więc dotarcie do pana Musy nie jest proste. Nawigacja prowadząca do dystryktu Butaleja na wschodzie kraju – dalej już tylko Kenia – nieco wariuje, bo Google Maps nie ma w Ugandzie swojego oddziału, więc internetową mapę każdy może uzupełnić wedle uznania i nikt tego nie zweryfikuje. Pytam o drogę napotkanych ludzi, chociaż im dalej w interior, tym większe zdziwienie budzi mzungu zapuszczający się w miejsca, gdzie inni biali – poza misjonarzami – raczej nie bywają. Bliżej celu znajomość tematu wydaje się większa. Pan Musa? Znamy, znamy. Ugandyjczyk nie odpowie inaczej, chociaż nie wie więcej niż ja, ale bardzo chętnie pomoże, zapyta kogoś innego, byle tylko się wykazać.

Dojechaliśmy do dystryktu Butaleja, gdzie oprócz pana Musy mieszkała Cerinah Nebanda, członkini ugandyjskiego parlamentu, która miała zostać otruta, bo polityka to brudna sprawa. Miejscowi lubują się w takich spiskowych teoriach i jedną z nich zaserwowała nam właśnie do zimnej coca-coli pokojówka Rose. Pracuje w przybytku u Gabrieli, który szczęśliwie okazał się czysty i przyzwoity, bo wiele zajazdów na prowincji to burdele (na stole leży Pismo Święte i prezerwatywy). U Gabrieli wczoraj spali misjonarze z Danii, co Rose z dumą pokazuje w księdze gości, więc „ojcu” powinno się spodobać. Podoba się i zostajemy, by zapytać o pana Musę.

Znowu ta sama śpiewka: znamy, znamy i zaczyna się dzwonienie do znajomych. Dystrykt jest spory, pan Musa mieszka na obrzeżach, więc jeden telefon nie wystarczy. Wreszcie bingo – Rose zna kogoś, kto zna kogoś u kogo pracuje jeden z synów pana Musy. Jedziemy do wioski Bogosa, nie mylić z Budaba, Bubuke, Busaba, Budaka, Budumba, Busabi, Bugunda, Buduna, Bubuke, Bugiri, Bugusi czy Bulimba, które leżą w okolicy i nawigacja znów ma kłopoty. Rose zabiera przyjaciółkę, która zabiera swojego brata. Jako przewodnik miał też pojechać syn pana Musy, ale nie wyszło z przyczyn trudnych do ustalenia. Witamy w Afryce!
Pan Musa czeka na nas przy sklepiku wiejskiego rzeźnika, bo spodziewał się wizyty – nikt nie dzwonił, nikt się nie umawiał, ale wieści w buszu rozchodzą się szybciej niż po wertepach jedzie terenowa toyota. Kurtuazyjne przywitanie, długie potrząsanie dłoni twardej od pracy w polu i jedziemy do domu gospodarza, choć ten sumituje się, że nie wszyscy są na miejscu. Starsze dzieci pracują poza wsią albo szukają pracy jeszcze dalej, nawet w Kampali; młodsze dzieci i wnuki w większości uczą się w publicznych szkołach. Na zebranie całej rodziny i tak nie ma szans, łącznie to 700 osób, więc nie czuję się zawiedziony. Katumba Badru też nie zrobił zdjęcia pełnego ludzi – tłumaczę. Pan Musa z zadowoleniem kiwa głową i drapie się po brodzie. Zaprasza pod drzewo akacjowe, gdzie rozstawia drewniane zydelki i zasiada okrakiem – w tej pozycji spędza większość dnia. Nie ma pracy i może spokojnie porozmawiać z mzungu z Polski. Jedno z wnucząt płacze na mój widok, bo białych twarzy tutaj brak.

Wioska Bogosa nie jest zabita dechami, bo drewno ma tu swoją cenę. Najwięcej jest okrągłych domów ulepionych z błota i krowiego łajna. Liczy około 4000 mieszkańców, którzy są rozrzuceni po buszu jak krzaki. W większości to rolnicy zajmujący się hodowlą bydła albo drobnymi uprawami manioku, ryżu, kawy. W domach tylko się śpi – jedzenie, praca i życie toczą się na zewnątrz. U pana Musy jest tak samo, tylko liczby są zwielokrotnione. Siedem żon mieszka z nastoletnimi dziećmi w parterowym budynku, który niszczeje: tynk dawno odpadł, dach z blachy falistej rdzewieje. W środku jest siedem pokoi, jeśli małe klitki można nazwać pokojami. Tymczasem żon jest dziesięć, więc pozostałe trzy musiały zamieszkać w sąsiedniej wiosce, bo w gospodarstwie nie starczyło dla nich miejsca. W pobliżu co prawda stoi dwadzieścia lepianek krytych trawą, lecz mieszkają tam starsze dzieci pana Musy ze swoimi rodzinami. Nie ma kanalizacji, nie ma prądu. Wodę polewa się z żółtych baniaków.

Musa Hasahya Kasera opowiada, że pierwszą żonę poślubił w 1972 roku podczas tradycyjnej ceremonii plemienia Luyole, do którego należy. Oboje mieli 17 lat, niebawem urodziło się ich pierwsze dziecko. Rodzice pana Musy zmarli wcześnie, miał tylko jednego brata, który sugerował mu, wraz z krewnymi i przyjaciółmi, aby posiadł wiele żon i posiadał wiele dzieci. W ten sposób miał utrzymać i poszerzać rodzinne dziedzictwo. Status handlarza bydłem powodował, że wieśniacy oferowali mu swe córki, zwykle nastoletnie, bo takich małżeństw zakazano w Ugandzie dopiero w 1995 roku. Do tego poligamia jest dozwolona w islamie, pan Musa jest muzułmaninem, więc wszystko się zrymowało i skwapliwie korzystał z matrymonialnych propozycji. Imperium rodzinne rosło w siłę, lecz do czasu, gdy sprawy jednak wymknęły się spod kontroli – przyznaje gospodarz pod drzewem akacji. Po imperium został odpadający tynk i rdzewiejący dach.

***

Najstarsze dziecko ma 50 lat, najmłodsze – 12 lat, więc pan Musa opanował się znacznie wcześniej i bynajmniej nie z powodu kryzysu, choć taką bajkę opowiedziała agencja AFP. Sam zdał sobie sprawę, że dzieci jest zbyt dużo, co wiąże się z odpowiedzialnością, więc na tym koniec. Zwołał wszystkie żony, aby wprowadzić „family planning”. Brały tabletki i krwawiły, ale jakoś udało się zastopować przyrost naturalny. – Moje żony wciąż są na środkach antykoncepcyjnych, ale ja nie. Nie oczekuję jednak, że będę miał więcej dzieci. Nauczyłem się z mojego nieodpowiedzialnego aktu płodzenia, że potem nie mogę się nimi należycie opiekować. Na początku to była przyjemność, rodzina liczyła 30 osób, wszystko układało się dobrze i mieszkaliśmy razem pod jednym dachem. Byłem szczęśliwy, ale pojawiły się problemy z rosnącą liczbą dzieci. Tym bardziej, że z powodu pogarszającego się zdrowia nie mogłem pracować i nie stać mnie było na podstawowe rzeczy: jedzenie, ubranie, edukację – mówi pan Musa i bardzo żałuje braku powściągliwości.
Żon jest dziesięć, najmłodsza ma 35 lat, ale było ich więcej – pięć odeszło, bo nie mogły zdzierżyć piętrzących się trudności. Czworo ze 102 dzieci zmarło, bo rodziny nie było stać na lekarstwa, co zresztą trwa do dzisiaj – żali się pan Musa i pokazuje reklamówkę wypełnioną medykamentami, które dostał od kuzyna. Z wyglądu kojarzy każdego z potomków, choć ich imiona wciąż mu się mylą. – Znam imię pierwszego i ostatniego dziecka, niektórych nie pamiętam wcale – przyznaje i przegląda stosy starych zeszytów w poszukiwaniu szczegółów ich narodzin. Imiona dzieci przypominają mu żony, choć zdarza mu się pomylić również imiona żon. Bywa, że w tych sprawach konsultuje się z synem, nauczycielem w pobliskiej szkole podstawowej w Mbarara, który pomaga w prowadzeniu rodzinnych spraw jako jedyna osoba w rodzinie ze średnim wykształceniem (za jego edukację zapłaciła muzułmańska fundacja).

Lokalny urzędnik z Butaleja przyznaje, że pomimo wyzwań pan Musa „bardzo dobrze wychował swoje dzieci”. Nie było wśród nich przypadków kradzieży ani rozbojów, nikt się nie upija, wokół nie widzę pustych butelek ani paczek po papierosach. Nie wszyscy zmieszczą się na spłachetku rodzinnej ziemi liczącej dwa akry, więc wielu członków rodziny nie ma pracy i próbuje dorobić, czasem zamiast pieniędzy dostają jedzenie, wykonując drobne prace u sąsiadów – noszą drewno na opał lub wodę ze studni. Gdy pracy nie ma, siedzą na podwórku: kobiety tkają maty lub zaplatają włosy, mężczyźni grają w karty i nie robią nic. Nie wyglądają na nieszczęśliwych. Nie mają wiele i tym bardziej to cenią. – Sam widzisz, że wszyscy są szczęśliwi i mnie kochają – mówi z dumą pan Musa. Aby rozwiązywać rodzinne spory, co miesiąc organizuje spotkania, podczas których można wylać żale – byle zwięźle, bo inni czekają.

Obok dużego budynku stoi siedem kuchni zbudowanych z wypalanych domowym sposobem cegieł, zaprawą jest wysuszone błoto. Każda żona pana Musy gotuje dla siebie i własnych dzieci, nie ma zwyczaju zasiadania przy wspólnym stole, bo i stołu brak – posiłki je się, kucając na ziemi. Pytam, co było na śniadanie. Pan Musa patrzy zdziwiony: śniadań nie jadają. Na obiad podawana jest kassawa zmieszana z kaszą sorgo przypominającą grykę. W dobry dzień na dobranoc jest jeszcze kolacja – kassawa bez dodatków. O mięsie nie ma co mówić, ambrozja dla bogaczy. Cała rodzina zjada dziennie ponad 100 kilogramów jedzenia – wylicza pan Musa i łapie się za głowę, bo miesięcznie na pożywienie wydaje 700 tysięcy szylingów (ok. 700 złotych). Pytanie, skąd je wziąć? Dwa akry nie wykarmią całej czeredy, więc trzeba płacić. Pytam o krowy pasące się między lepiankami, lecz nie należą do pana Musy – zostawili je sąsiedzi na przechowanie, w zamian dostanie trochę mleka. Nie chowa własnych zwierząt, bo go nie stać nawet na jedną kurę.

***

Pan Musa jada raz u jednej żony, raz u drugiej. Podobnie ze spaniem, choć preferuje najmłodsze – mówi i puszcza oko między nami mężczyznami. Opowiada, że wszystkie dzieci rodziły się pojedynczo, nie było bliźniąt, trojaczków ani czworaczków, co w Ugandzie uznaje się za błogosławieństwo. Gromada maluchów bawi się tym, co znajdzie na ziemi, a nie ma tego wiele, bo wszystko do czegoś się przydaje. Ktoś toczy starą dętkę. Ktoś tańczy z maczetą. Ktoś trzyma trzy zużyte karty. Ktoś bawi się prezerwatywą: nadmuchuje ją, wypuszcza powietrze, wdech, wydech. Za chwilę najmłodszy syn gospodarza zrobi balon, który obwiąże sznurkami i wyjdzie z tego piłka do kopania na klepisku. Można prezerwatywy używać i tak, ale najwyraźniej są dostępne.

Z Maroka najbliżej jest na Fuertaventurę. Przystanek na drodze do raju

Na ulicach większych kanaryjskich miast imigranci z Afryki są widoczni, choć nie powinni.

zobacz więcej
Mój kierowca Mubiru obwozi dzieci i wnuki pana Musy po okolicy, pakując po kilkanaście sztuk do czteroosobowego auta. Maluchy są szczęśliwe, atrakcja ogromna, bo samochód stanowi rzadkość w tych stronach. Miejscowe drogi to ubite klepiska, nieprzejezdne po każdym deszczu, w użyciu są tylko motory i rowery, a przede wszystkim nogi – wszędzie chodzi się piechotą. Po naszej wizycie Mubiru zorganizował jeszcze zbiórkę ubrań, aby maluchy z Bogosy nie chodziły brudne i zaniedbane. To błogosławieństwo – mówi gospodarz.

Narzeka, że od władz dystryktu nie dostaje żadnej pomocy. Wyjmuję swoją Kartę Dużej Rodziny i tłumaczę zasady – starszy pan nie może się nadziwić i długo ogląda kawałek plastiku pod światło. Kwestię 500+ taktownie przemilczam, bo pan Musa mógłby spaść z zydelka – na trójkę dzieci dostaję miesięcznie tyle, ile on potrzebuje do wykarmienia całej rodziny przez dwa miesiące. Pomagają mu jedynie krewni i pewien szejk z Arabii Saudyjskiej, który zapłacił za pompę wodną i przynajmniej nie trzeba chodzić na długie spacery w busz z żółtymi baniakami.

Pytam, czy rozpoznawalność nie przełożyła się na zysk? Niestety nie, a sławą rodziny nie nakarmisz. Do pana Musy przychodzą ludzie z sąsiednich wiosek z prośbą o zdjęcie. Odwiedzali go dziennikarze z Ugandy, także z Kongo, Chin i Indii. Przede mną był już jakiś mzungu, jednak pan Musa nie pamięta z jakiego kraju. Zresztą, cóż z tego? Dziennikarze pokręcą się trochę i wyjeżdżają, więc gospodarz patrzy zdziwiony, jak ganiam z maluchami po podwórku. Cieszy się z mojej obecności. Był wyraźnie zadowolony nawet nie z pieniędzy (w podzięce dałem mu 50 tysięcy szylingów, ok. 50 złotych), ale z niespiesznej wizyty i czasu poświęconego rodzinie. Długo potrząsał moją dłoń na pożegnanie i rozpływał się w podziękowaniach.

Pan Musa mówi językiem luyole, więc naszą rozmowę tłumaczą na zmianę pokojówka Rose, przyjaciółka i jej brat, a nawet kierowca Mubiru. Okazuje się jednak, że gospodarz sporo rozumie po angielsku i nawet potrafi coś powiedzieć, więc korowód tłumaczy mówiących jeden przez drugiego, aby zapracować na swoją dolę, nie był do końca potrzebny. Na pożegnanie pytają, czy chciałbym zostać. Pan Musa podchwytuje temat i gotów jest oddać mi jeden z pokoików, gdzie zamiast łóżka jest tylko mata do spania. Dziękuję, nie skorzystam, ale gest mnie ujął. Ugandyjczycy to wspaniali ludzie, jeśli tylko potraktuje się ich jak ludzi, o co wciąż trudno nadludziom z innego świata.

Telefon pana Musy dzwoni głosem muezina, bo jest osobą bardzo religijną. Modli się w niedalekim meczecie, który jest zbyt mały, aby pomieścić całą rodzinę. Chciał u siebie zbudować własny – zwłaszcza, że dwóch synów zostało imamami – ale to oznacza koszty. Ostatnio dostał propozycję wsparcia z Arabii Saudyjskiej i może niebawem ruszy budowa prywatnej świątyni. Czy nie myślał także o uformowaniu własnej wioski Musa Village? – żartuję. Śmieje się, że i owszem, ale to także trzeba wychodzić w urzędach i opłacić sowicie – czas ma, pieniędzy nie. – A może ludzie traktowaliby taką wioskę jako atrakcję turystyczną i zostawiliby trochę pieniędzy? – rozmarza się. Brzmi jak plan, gorzej z realizacją. Witamy w Afryce!

***

Pan Musa mówi, że jego rodzina jest największa w Ugandzie. To prawda, choć po piętach deptał mu Hajji Nulu Ssemakula z wioski Ruyonza w dystrykcie Ntungamo w południowej części kraju (dalej już tylko Rwanda). W wieku 96 lat miał 115 dzieci, ponad 300 wnuków i kilkoro prawnuków. Zmarł w lipcu 2021 roku z powodu nadciśnienia krwi, gdy najmłodsza z żon była w kolejnej ciąży. W ceremonii pogrzebowej uczestniczyło – wyliczała miejscowa gazeta – sześć żon, 64 dzieci i ponad 200 wnuków. Rodzina jest znacznie obfitsza, ale więcej ludzi nie mogło dotrzeć, bo mieszkają za daleko i pandemiczne obostrzenia nie pozwoliły im podróżować. I tak złamano rządowe zasady, które w tamtym czasie ograniczyły liczbę żałobników do 20.
Festiwal Tańca Agwara, znany jako jedno z najstarszych wydarzeń tanecznych w Afryce. Kampali w Ugandzie, 13 listopada 2022 r. Fot. PAP/Abaca - Nicholas Kajoba/Anadolu Agency
Pan Hajji pierwszą żonę poślubił w 1952 roku, kilka lat przed śmiercią wziął cztery kolejne – łącznie miał ich 20. Wszystkie traktowały się jak siostry, mąż był dla nich ojcem. Liderką pozostała najstarsza z nich i każda sprawa musi przejść przez jej uszy i oczy. Tego wymaga protokół, nawet pan domu odsyłał do niej. Pan Hajji przyznał, że chciałby mieć jeszcze więcej żon, bo do końca zachował witalność i energię młodzieniaszka. – W żonach i dzieciach znajduję przyjemność, która jest moim prawdziwym bogactwem. Zakonserwowało mnie szczęście i praca – mówił. Duża rodzina zapewniła siłę roboczą do obsługi plantacji kawy, której był właścicielem. Gospodarz doglądał ich w polu, ale najczęściej siedział na zydelku i patrzył na swoje imperium. – Kiedy masz tyle żon i dzieci, to jakbyś zarządzał krajem.

Modlił się do Allaha o mądre rządy. Ubierał się schludnie na muzułmańską modłę. Jako pierwszy z Ruyonza w 1977 odbył pielgrzymkę do Mekki. Po powrocie zbudował meczet i szkołę podstawową, więc stał się bohaterem wioski, którą wydobył z biedy i zacofania. Do rodziny wciąż należą stada krów, owiec i kóz, więc można sobie pozwolić – odwrotnie niż u pana Musy – na kęs mięsa co tydzień. Wszyscy gotują, jedzą i śpią – odwrotnie niż u pana Musy – pod jednym dachem, bo dzięki operatywności gospodarza stać ich na to. Pan Hajji to nie tylko pionier w uprawie kawy i bananów, także właściciel hotelu w Rubaare Trading Center i floty pojazdów na trasie Kabale-Mbarara. Imperium rodzinnego nie roztrwonił – odwrotnie niż u pana Musy – lecz pomnożył.

Sam prowadził samochód i liczne interesy, do tego uprawiał ogród i dużo czasu poświęcał dużej rodzinie. Opowiadał, że największego wyzwania w życiu wcale nie stanowiła gromada żon, dzieci i wnuków, ale utrata bydła na rzecz tanzańskich wojsk w 1979 roku, którzy zabrali 100 krów. Ten incydent uzmysłowił mu, że musi mieć jak najwięcej potomków, aby go broniły. – Moja mądrość została doceniona, gdy jeden z synów został prawnikiem, zajął się moją sprawą i otrzymałem 100 milionów szylingów odszkodowania – mówił z dumą. Dzieci wykształcił na prawników, inżynierów, doktorów, pielęgniarki, nauczycieli, więc dalej pomnażali majątek, aby rodzina została na swoim.

***

Uganda stoi barwnymi postaciami, więc w poszukiwaniu dużych rodzin – weryfikując słowa pana Musy – trafiłem na 41-letnią Mariam Nabatanzi, która ma 44 dzieci. Żadne z nich nie urodziło się pojedynczo, zawsze bliźniaki, trojaczki albo czworaczki. Wszystkie mają jednego ojca, który kupił żonę w wieku 13 lat, ale zdezerterował, gdy stadko okazało się zbyt duże. Teraz pani Mariam sprzedaje leki ziołowe, by znaleźć pieniądze na jedzenie i ubrania. W wiosce Kasawo, dystrykt Mukono, niedaleko Kampali, nazywają ją Matką Ugandą albo Matką Afryką. Opowiada, że chciała się uczyć, ale musiała rodzić. Dlatego nie umie pisać, dzieci odczytują jej wiadomości tekstowe. – Potomstwo to dar od Boga. Chcę mieć jeszcze więcej dzieci – mówi. Marzyła o siedmiorgu, co stało się już po dwóch ciążach. Powieliła tym samym wzorce rodzinne: jej dziadek miał 255 dzieci, jej ojciec – 52. Nie ma problemów wychowawczych, 44 dzieci nie sprawiają kłopotów. Chcą mieć tatę, choć trudno mu będzie wejść w rodzinę.

Jak to wszystko ma pojąć przybysz z innego świata? Nawet nad trunkiem bananowym, który wreszcie kupiłem po opuszczeniu Kampali, bo prowincja potrafi się odwdzięczyć tym, co najlepsze. Co prawda piwo okazało się bimbrem domowej roboty o nazwie kasese, ale nie narzekam. Z ciekawości pytam o zawartość procentów alkoholu – przypadkowo zebrane konsylium Ugandyjczyków podaje różne wielkości. Napitek nalewany jest w przydomowym garażu z 20-litrowych baniaków do pustych plastikowych butelek. Mała porcja kosztuje mnie 2 złote, ale w smaku nie jest wcale zła. Zdrowie pana Musy, Ojca Ugandy, który sam jako muzułmanin nie pije alkoholu. Nic tu po mnie. Żegnam się z Afryką.

– Jakub Kowalski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

SDP2023
Tygodnik TVP jest laureatem nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Zdjęcie główne: Najstarsze dziecko Musy ma 50 lat, najmłodsze – 12. Czworo dzieci zmarło. Fot. Jakub Kowalski
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy kobiety powinny mieć łatwiej, dlatego, że są kobietami?
Lżejsze piłki, kule, oszczepy i młoty, krótsze mecze i dystanse, niższe płotki i siatki. Często także zarobki.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Mocarstwo Europa? Jakim kosztem? Za jaką cenę?
Zobaczmy, co nam szykują eurokraci.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Dylemat Rosjan w Pribałtyce: lepsza ojczyzna stara czy nowa?
W państwach bałtyckich może nie być spokojnie.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy w Kościele dojdzie do potężnego zderzenia?
Czy dyskusje zdominuje „niemiecka droga synodalna” ze swymi ekstremalnymi postulatami?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Transpłciowość. Uwodzicielski zaśpiew przynależności
Dlaczego nastoletnie dziewczęta się okaleczają?