Cywilizacja

Dziewięciu Dożywotnich Kapłanów USA

Przez dekady Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych – narzucając obywatelom rozwiązania, które nie podlegały demokratycznej decyzji ani głosowaniom – odgrywał rolę tarana lewicowego progresywizmu. Dziś większość w tej instytucji mają konserwatyści. I z tego korzystają.

To w znacznej mierze właśnie z USA do Europy przyszedł model sędziów jako kapłanów demokracji liberalnej, którzy strzegą „nienaruszalnych wartości” i powstrzymują autorytarne zapędy polityków. Miał on być odpowiedzią na traumę, jaką dla europejskich narodów okazały się dwie wojny światowe, wzajemną rzeź i zbrodnie hitleryzmu. W latach 60. słysząc o kolejnych decyzjach amerykańskiego SN prezydent Francji Charles de Gaulle stwierdził „we Francji Sądem Najwyższym jest naród” – generał był zwolennikiem referendów. Także dziś głosowanie powszechne wydaje się wielu naturalnym sposobem rozwiązywania fundamentalnych sporów.

W USA nigdy jednak nie odbyło się referendum na poziomie ogólnokrajowym. Byłoby to odebrane jako narzucanie woli jednych stanów drugim i naruszenie federalnego modelu państwa. Z tej samej przesłanki wynika wybór prezydenta przez kolegium elektorów oraz specyficzny model Kongresu – w znacznie ważniejszej izbie, czyli Senacie, każdy stan ma dwa mandaty. Kryterium ludności funkcjonuje dla równowagi w Izbie Reprezentantów. Kalifornia ma 52 posłów i 2 senatorów, a mające 68 razy mniej mieszkańców Wyoming ma 1 posła i… także 2 senatorów. Ustrój Stanów Zjednoczonych będących cudownym dzieckiem Oświecenia od samego początku miał zgodnie z myślą Ojców Założycieli opierać się na wzajemnej równowadze poszczególnych podmiotów i instytucji, w której mocno ograniczona jest przestrzeń do prostego podejmowania decyzji na zasadzie „51% za, 49% przeciw”.

Teoretycznie Sąd Najwyższy miał być tylko i aż stabilizatorem złożonego systemu, pilnującym by nikt nie przekraczał swoich kompetencji. W praktyce na przestrzeni dwóch wieków stopniowo zwiększał on swoje kompetencje. Dziś to właśnie do sędziów SN należy ostateczne słowo – mogą cofnąć każdą decyzję prezydenta, parlamentu, władz stanowych, uznając ją za niezgodną z konstytucją. Od początku jasne było też, że SN jest de facto instytucją polityczną. Czysto polityczna jest procedura jego wyboru. Sędziów nominuje prezydent, a każdy kandydat musi następnie uzyskać akceptację większości Senatu.

Co więcej, wśród siedemnastu prezesów SN od 1789 r. do dziś nie ma ani jednego, który wcześniej nie sprawowałby stanowiska politycznego. Najbardziej „nieumoczony” jest obecny szef John Roberts, który pracował w Departamencie Sprawiedliwości za prezydentur Reagana i Busha seniora, m. in. jako zastępca prokuratora krajowego (urząd podległy prokuratorowi generalnemu, będącego podobnie jak w Polsce jednocześnie szefem resortu sprawiedliwości).

Wśród historycznych prezesów większość stanowią jednak byli ministrowie i parlamentarzyści. Pierwszy prezes John Jay był wcześniej wiele lat szefem amerykańskiej dyplomacji, a po sześciu latach na czele Sądu zrezygnował ze stanowiska i objął urząd gubernatora Nowego Jorku. William Howard Taft został nawet prezesem Sądu Najwyższego będąc byłym prezydentem USA. Inna niezwykle barwna postać to Charles Evans Hughes, który najpierw był gubernatorem Nowego Jorku, potem został sędzią SN, by następnie zrezygnować i wrócić do polityki jako nominat Partii Republikańskiej w wyborach prezydenckich z 1916 r. Hughes poniósł minimalną porażkę z ubiegającym się o drugą kadencję Woodrowem Wilsonem – wówczas występującym jako przeciwnik przystąpienia do I wojny światowej, za czym opowiadał się Republikanin. Po kolejnych czterech latach Demokraci stracili władzę, a Hughes objął urząd szefa amerykańskiej dyplomacji. W 1930 r. znów powrócił do Sądu Najwyższego, tym razem zostając jego prezesem.
Gmach Sądu Najwyższego USA w Waszyngtonie. Fot. PAP/EPA/STEFAN ZAKLIN
To właśnie z prezesem Hughesem musiał układać się prezydent Franklin Delano Roosevelt, wprowadzający do USA kolejne elementy państwa opiekuńczego i wzmacniający władzę centralną. W 1937 r. Roosevelt próbował ominąć sprzeciw SN, ustawowo przyznając prezydentowi prawa mianowania dodatkowego sędziego za każdego, który przekroczy 70 lat i nie zrezygnuje. Liczba sędziów rzeczywiście nie jest określona konstytucyjnie, ale FDR poszedł o krok za daleko, a ustawę jako niekonstytucyjną obalili sami zainteresowani. Z czasem Roosevelt jednak będąc prezydentem przez rekordowe 12 lat, przejął Sąd w prostszy sposób, umieszczając w nim kolejnych „swoich”. Dzieła dokończył wiceprezydent Roosevelta w czwartej kadencji Harry Truman, który został głową państwa po śmierci FDR w kwietniu 1945 r. Łącznie dwaj Demokraci zasiadali w Białym Domu przez 20 lat, wymieniając wszystkich sędziów Sądu na zwolenników New Deal. Dzięki temu Roosevelt nie musiał zmieniać prawa, by wpływać na porządek publiczny – nawet zza grobu!

Z Sądem Najwyższym USA jest trochę jak z obserwowaniem kosmosu. Decyzje polityków wybierających sędziów, przynoszą poważne konsekwencje, ale widzimy je z opóźnieniem – tak jak to, co dzieje się wiele lat świetlnych od nas. Najdalej idące zmiany wprowadzone przez SN w starej Ameryce, zdominowanej dotąd przez białych anglosaskich protestantów, przyszły więc nie za Roosevelta i Trumana, ale przez kolejne dwie dekady po ich rządach. Na czele Sądu przeprowadzającego rewolucję, stanął pierwszy nominat świeżo wybranego Dwighta Eisenhowera Earl Warren – przez wcześniejsze 10 lat gubernator Kalifornii. Lata 50. i 60. „sądu Warrena” przyniosły m. in. zakaz segregacji rasowej w szkołach, na uniwersytetach i w transporcie, nakaz dopuszczania mieszanych rasowo małżeństw, zakaz oficjalnych (choć dobrowolnych) modlitw lub czytania Pisma Świętego w szkołach publicznych czy zakaz ograniczania sprzedaży antykoncepcji. Sąd Najwyższy oficjalnie uznał nawet odmawianie „Ojcze nasz” w szkołach publicznych za niekonstytucyjne. Także znana nam z amerykańskich filmów, wypowiadana podczas aresztowania formułka „masz prawo zachować milczenie, wszystko, co powiesz, może być wykorzystane przeciwko tobie, masz prawo do obecności adwokata teraz i podczas przesłuchań, w tym adwokata z urzędu, jeśli nie masz środków” to dzieło sądu Warrena.

W wielu swoich decyzjach Sąd Najwyższy prezesa Warrena kierował się czternastą poprawką do Konstytucji wprowadzoną w 1868 r. w ramach odchodzenia od niewolnictwa i włączania czarnoskórych do narodu. Kluczowy jej fragment brzmi: „Żaden stan nie będzie stanowił lub wprowadzał w życie jakiegokolwiek prawa, które ograniczałoby przywileje i swobody obywateli USA, ani pozbawiał kogokolwiek życia, wolności lub własności bez należytego procesu, ani też odmawiał komukolwiek na obszarze swojej jurysdykcji równej ochrony prawnej”. To z tego zdania wyprowadzono w 1973 r. – już po odejściu Warrena – konstytucyjne „prawo do aborcji”, odbierając stanom możliwość chronienia życia nienarodzonego, choćby opowiadali się za tym obywatele.

Na tej samej podstawie w 2015 r. Sąd Najwyższy – i to jednym głosem, 5 do 4 – narzucił wszystkim 50 stanom „małżeństwa homoseksualne” jako rzekomo wynikające z prawa do należytego procesu i równej ochrony prawnej. I to mimo tego, że wcześniej w aż 32 stanach przeprowadzono referenda, w których obywatele zagłosowali za utrzymaniem małżeństwa jako związku jednej kobiety i jednego mężczyzny. Zaledwie w jednym stanie – Maine – „małżeństwa jednopłciowe” przyjęto w głosowaniu obywateli. ODWIEDŹ I POLUB NAS Kiedy Sąd (pięcioma głosami) narzucił je społeczeństwu, media, politycy i popkultura na gigantyczną skalę prały odbiorcom mózgi, przekonując, że to nie tylko decyzja oczywista, konieczna i słuszna, ale wynikająca z poglądów Amerykanów i ich „najbardziej fundamentalnych wartości”. Wartości najwyraźniej ignorowanych przez wcześniejsze 240 lat, a odkrytych teraz – jeszcze w 2008 r. ani późniejszy prezydent Barack Obama, ani jego rywalka w walce o nominację Partii Demokratycznej Hillary Clinton nie deklarowali publicznie chęci redefinicji instytucji małżeństwa. Znów – tak kontrowersyjna zmiana nie musiała być przeprowadzana przez parlament ani podpisywana przez prezydenta. W ogóle nie musiała być przedmiotem debaty publicznej, skoro zadanie wzięli na siebie sędziowie, w tym oczywiście ci mianowani przez Obamę.

Sąd Najwyższy stał się zbiorowym cesarzem USA – potężniejszym od prezydenta, parlamentu, większości obywateli, mogącym całkowicie arbitralnie interpretować zapisy konstytucji i dowolnie kształtować porządek publiczny. Każda nominacja jednego z Dziewięciu Dożywotnich Kapłanów Republiki stała się wielkim politycznym wydarzeniem, a możliwość wpływu na nią kluczowym atrybutem prezydenta. Trzeba przy tym pamiętać, że w warunkach amerykańskich nierzadko prezydent i większość w Senacie pochodzą z różnych opcji, co wymusza kompromisowe nominacje. Sami sędziowie sprawując swój mandat do śmierci lub dobrowolnej rezygnacji, są jednak w pełni niezależni od polityków, gdy ci już ich wskażą i zatwierdzą. Często wskazywani są ludzie we względnie młodym wieku 40-50 lat, mający perspektywę urzędowania przez wiele dekad. Najstarsi sędziowie są zaś zachęcani do rezygnacji, gdy „ich” opcja ma Biały Dom i Senat, dzięki czemu można obsadzić dany stołek na dłużej.

Wokół Sądu Najwyższego wytworzyła się też specyficzna otoczka medialno-popkulturowa. Obie strony fundamentalnego sporu zaczęły otaczać kultem najbardziej „swoich”, zaufanych sędziów. Powstały niezliczone filmy i książki, dziś zaś produkowane są tysiące memów przedstawiające sędziów jako (anty)bohaterów. Ikoną lewicy była Ruth Bader Ginsburg, progresywna feministka żydowskiego pochodzenia. Dla prawicy gwiazdami są dziś Clarence Thomas – czarnoskóry twardy konserwatysta zasiadający w Sądzie już 32 lata – czy Amy Coney Barrett, katolicka matka siedmiorga dzieci. Media śledzą stan zdrowia wszystkich sędziów, którzy muszą liczyć się ze stałą presją ze strony polityków, środowisk prawniczych, dziennikarzy, a wreszcie nierzadko agresywnych protestujących pod ich domami.
Amerykańska prawica długo była w ramach SN w defensywie. Republikańscy prezydenci musieli często targować się z demokratycznym Senatem, a hegemonia kulturowa lewicy sprzyjała przesuwaniu się sędziów w kierunku liberalno-progresywnym po objęciu urzędu. Anthony Kennedy, którego głos w 2015 r. zdecydował o narzuceniu Ameryce „małżeństw jednopłciowych”, był wskazany przez Ronalda Reagana, a za jego nominacją zagłosowali wszyscy senatorowie prawicy.

Ostatnie lata przyniosły jednak po dekadach konsekwentnych starań i pracy u podstaw skuteczne przejęcie Sądu Najwyższego przez nominatów Republikanów, którzy trzymają się z góry przyjętej linii ideowo-politycznej. Prawica odrobiła lekcję i nauczyła się działać jak lewica. Najważniejszą, także symbolicznie, decyzją było uznanie w czerwcu zeszłego roku decyzji o ustanowieniu „konstytucyjnego prawa do aborcji” w 1973 r. za „skandalicznie błędną”. Dziś znów to poszczególne stany mogą kształtować swoją politykę na tym polu, co robią – przykładowo w Teksasie, drugim największym stanie USA, który jako odrębne państwo byłby 9. gospodarką świata, ochrona życia nienarodzonego idzie dziś dalej niż w Polsce po wyroku naszego TK – obowiązuje od poczęcia, jedyny wyjątek stanowi zagrożenie życia matki, a za zabicie dziecka grozi nawet dożywocie.

Ostatni miesiąc przyniósł kolejne ważne wyroki SN. Sąd zdecydował m. in. – przy pełnym wsparciu wszystkich sześciu sędziów z nominacji Republikanów – że niekonstytucyjna jest prowadzona od kilkudziesięciu lat akcja afirmatywna, czyli dodatkowe punkty za rasę przy rekrutacji na uczelnię dla czarnoskórych i Latynosów, wspieranych kosztem białych i Azjatów. SN wysłał też do kosza „antydyskryminacyjną” ustawę, uznając prawo chrześcijańskiej projektantki stron internetowych do odmowy obsługi ślubów „małżeństw homoseksualnych”. Sąd uznał, że nikt nie może być zmuszony do tworzenia treści, z którymi się nie zgadza. Już dwa lata temu SN jednomyślnie (9:0!) uznał też prawo katolickich sierocińców do niewydawania dzieci parom homoseksualnym.

Żadna zmiana nie jest nieodwracalna, skoro „prawo do aborcji” można było wysłać na śmietnik historii po 49 latach w największym państwie zachodnim. Kolejny raz widzimy, że historia nie jest zdeterminowana, a opowieści o tym, że wszędzie poza zacofaną Polską króluje permisywizm, do którego powinniśmy się dostosować w imię wierności „zachodnim wartościom”, to tania i nieprawdziwa propaganda. Dziś nierzadko także w USA i Europie możemy znaleźć pozytywne wzorce do inspiracji idące dokładnie w poprzek narracji liberalno-progresywnej.

– Kacper Kita

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

SDP 2023

Zdjęcie główne: Sąd Najwyższy USA 7 października 2022. Siedzą o lewej: Sonia Sotomayor, Clarence Thomas, John Roberts, Samuel Alito Jr. i Elena Kagan. Stoją od lewej: Amy Coney Barrett, Neil Gorsuch, Brett Kavanaugh i Ketanji Brown Jackson. Fot. Pool/ABACA / Abaca Press / Forum
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy kobiety powinny mieć łatwiej, dlatego, że są kobietami?
Lżejsze piłki, kule, oszczepy i młoty, krótsze mecze i dystanse, niższe płotki i siatki. Często także zarobki.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Mocarstwo Europa? Jakim kosztem? Za jaką cenę?
Zobaczmy, co nam szykują eurokraci.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Dylemat Rosjan w Pribałtyce: lepsza ojczyzna stara czy nowa?
W państwach bałtyckich może nie być spokojnie.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy w Kościele dojdzie do potężnego zderzenia?
Czy dyskusje zdominuje „niemiecka droga synodalna” ze swymi ekstremalnymi postulatami?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Transpłciowość. Uwodzicielski zaśpiew przynależności
Dlaczego nastoletnie dziewczęta się okaleczają?