Rozmowy

Dźwięki służą przekazywaniu uczuć

– To jest chyba najpiękniejsze w muzyce instrumentalnej, że nie ma słów. Są dźwięki i za pomocą tych dźwięków możemy wiele rzeczy przekazać. I każdy słuchacz może utwór wypełnić swoimi emocjami, swoimi skojarzeniami, swoimi wspomnieniami – mówi Rafał Blechacz w rozmowie z Krzysztofem Ziemcem w programie „Prawdę mówiąc”.

Geniusz, który miał się nie urodzić

Artur Rubinstein w czasach przedmałżeńskich nigdy nie zasypiał w łóżku kobiety, ponieważ nie potrafił znieść myśli, że mógłby chrapać, albo że zaburczy mu w brzuchu. Leżał więc z otwartymi oczami do rana, aby się kontrolować. Słynny wirtuoz zmarł 35 lat temu, a w styczniu minie 131 lat od daty jego urodzenia.

zobacz więcej
KRZYSZTOF ZIEMIEC: Panie Rafale, jesteśmy w miejscu szczególnym, bo jest to hotel „Pod Orłem” w Bydgoszczy, w którym grał, mieszkał przez moment i do dziś ma apartament swojego imienia Artur Rubinstein.

RAFAŁ BLECHACZ:
Tak, zgadza się. Rubinstein odwiedził Bydgoszcz w 1960 roku i zagrał tutaj w Filharmonii recital. I rzeczywiście zatrzymał się w tym hotelu.

Grał Pan już kiedyś na fortepianie Rubinsteina, który stoi tutaj w apartamencie?

Nie, nie grałem. Dzisiaj pierwszy raz.

Zapraszam. Pójdźmy na górę, on tam stoi.

Dobrze.

Czuje Pan respekt siadając przy pianinie, na którym grał Artur Rubinstein?

To są chyba właśnie takie magiczne chwile, w których możemy jakoś zetknąć się z tym, co pamięta wielką sztukę, wielkich mistrzów.

Czy czuje się Pan celebrytą?

Nie, nie czuję się celebrytą, dlatego, że muzyka poważna, muzyka klasyczna może nie jest na tym takim najwyższym poziomie zainteresowania ludzi, jak to ma miejsce na przykład w innych dziedzinach.

Ale są przecież wywiady, jest telewizja, ma Pan też i fanclub. Co najmniej jeden, ale może i kilka!

Tak. Jest oficjalny fanclub w Japonii, który podążą za mną kiedy jestem na koncertach w tamtym kraju. I również część tego fanclubu przyjeżdża na niektóre koncerty w Europie.


A jest tak czasami, że fanki nie dają Panu spokoju?

Nie, jest to grzeczny fanclub...

Ale jedna z dziewczyn się Panu oświadczyła.

To było na konferencji prasowej w polskiej ambasadzie. To była Japonka, która rzeczywiście po japońsku oświadczyła się i to zostało przetłumaczone. I chciała zostać taką japońską żoną.

Czyli to trochę bez zobowiązań!

No nie wiem. Tutaj na szczęście pomocna okazała się moja agencja artystyczna, która organizuje moje koncerty. I moja menadżerska powiedziała, że na razie jestem na początku kariery, bo to było krótko po Konkursie Chopinowskim, i oni by bardzo chcieli, żebym był bardzo skoncentrowany na graniu określonego repertuaru w Japonii, a na ewentualne inne, pozamuzyczne rzeczy może przyjdzie czas troszeczkę później.

A czym przyciąga Chopin? Czym urzeka? Bo przecież przyciąga nie tylko Polaków, nie tylko Europejczyków, ale chyba, nawet głównie, Japończyków.

Myślę, że to jest szczególne połączenie pięknej melodii z harmonią i pewien stan melancholijny, który jest bardzo bliski Japończykom. Ja myślę, że oni postrzegają muzykę Fryderyka Chopina przez pryzmat swojej osobowości, która w jakimś sensie jest melancholijna. I kiedy oni na przykład spotykają się z mazurkami Fryderyka Chopina, z walcami, z nokturnami, które niosą w sobie bardzo silny pierwiastek liryczny, piękne melodie, to oni bardzo często wzruszają się w kontakcie z tą muzyką.

Sam talent, słuch doskonały nie wystarczy. Potrzebna jest systematyczna praca, praca codzienna, praca, która pozwoli opanować utwór nieskazitelnie, perfekcyjnie od strony technicznej i która później pozwoli zająć się tym, co jest najważniejsze w interpretacji, a więc muzykowaniem.

Rafał Blechacz (fot. TVP)
Jak wyglądały początki? Kiedy tata dostrzegł, że ma Pan potencjał, to sadzał Pana przy pianie i mówił: „tu synku jest taka nuta, tu taki klawisz”?

Nie, tata zauważył, z tego, co opowiada, że ja te zwłaszcza melodie, które słyszałem na przykład w kościele, czy w telewizji zacząłem grać ze słuchu. Później też na początku była to tylko prawa ręka, czyli jednogłosowa melodia, a później zacząłem grać na dwie ręce i sam dobierać sobie akompaniament określony do danej melodii. I tata zauważył, że to są już jakieś predyspozycje.

Czyli nikt Panu nie pokazywał, że można grać na dwie ręce i Pan samodzielnie wpadł na ten pomysł?

Tak.

Mając ile lat ?

Miałem 4,5 potem 6 lat.

Geniusz, urodzony geniusz!

Ojciec odkrył u mnie słuch absolutny. To tak wyszło bardzo spontanicznie, bo grał tak dla siebie i ja zacząłem nagle mówić jakie on gra dźwięki, nawet akordy, które później grał. Wszystkie składniki poszczególnych akordów potrafiłem wymienić nie patrząc na klawiaturę. No i to też był taki wyznacznik, że jednak coś trzeba z tym zrobić i należy podjąć edukację muzyczną.

Co trzeba zrobić, żeby zostać wirtuozem? Domyślam się, że jednak talent i słuch absolutny jest bardzo ważny, ale chyba to nie wystarczy, prawda?

Oczywiście sam talent, słuch doskonały nie wystarczy. Potrzebna jest systematyczna praca, praca codzienna, praca, która pozwoli opanować utwór nieskazitelnie, perfekcyjnie od strony technicznej i która później pozwoli zająć się tym, co jest najważniejsze w interpretacji, a więc muzykowaniem. Szukaniem różnych, ciekawych szczegółów, kolorystyki dźwiękowej, studiowaniem i tak dalej i tak dalej.

Gdybym tak matematycznie poprosił Pana - to ile procent to jest talent, ile szczęście, a ile ciężka praca?

Ignacy Jan Paderewski mówił, że 90 procent to jest ciężka praca, a 6 procent talent, 4 procent szczęście. No, ja bym się chyba podpisał pod tym.

Czy dziś, będąc dorosłym człowiekiem, nie czuje Pan trochę czegoś takiego, że był chowany mimo wszystko pod kloszem? Że nie miał Pan takiego kontaktu z rówieśnikami jak Pana koledzy, że gdzieś te kontakty zostały siłą rzeczy zerwane, że nie ma Pan tego co mógłby mieć?

Nie, ja tego tak nie postrzegam. Dlatego, że ja właściwie mam bardzo miłe wspomnienia z dzieciństwa. Zawsze mogłem robić to, co najbardziej lubiłem i co najbardziej kocham - więc grać na fortepianie. I przypuszczam, że gdyby ktoś kazał mi robić coś innego, to wtedy te moje wspomnienia byłyby nieco gorsze.

Czyli gdyby zamiast pianina było kopanie piłki to nie byłoby to dobre?

Ja też grałem troszeczkę w piłkę i bardzo mile wspominam jazdę na rowerze, rozmowy z rówieśnikami. Miałem normalne życie podwórkowe.



W którym roku po raz pierwszy Pan pomyślał sobie o tym Konkursie Chopinowskim „może wystartuję”?

Myślałem o tym już jako dziecko. Oczywiście oglądałem różne relacje z wcześniejszych Konkursów Chopinowskich, śledziłem każdy Konkurs Chopinowski i gdzieś tam takie myśli, że można by było kiedyś spróbować w przyszłości swoich sił na tym konkursie się pojawiały.
I to wielkie szczęście przyszło w 2005 roku. Był Pan niekwestionowanym liderem i laureatem Konkursu Chopinowskiego. I to był chyba taki największy przełom w Pana karierze, prawda? W Pana pracy, dotychczasowej ścieżce zawodowej.

Zdecydowanie tak. To było największe wyzwanie w moim artystycznym życiu.

Pan pamięta po tych kilku latach już, które upłynęły, jak wielkie to były emocje? Może to był strach, napięcie?

Sam przebieg Konkursu Chopinowskiego wspominam dosyć dobrze, dlatego że nie było właśnie nerwowej atmosfery. Może to było też spowodowane tym, że ja zaplanowałem sobie określoną strategię podczas całego Konkursu Chopinowskiego. Polegała na tym, że będę całkowicie skupiony i skoncentrowany na swoim programie, na swoim repertuarze, który mam wykonać w poszczególnych etapach i nie będę słuchał innych pianistów, innych uczestników podczas konkursu. Nie oglądałem również w tym czasie telewizji, nie słuchałem radia, nie czytałem prasy, żeby nie docierały do mnie żadne informacje o Konkursie Chopinowskim, żadne spekulacje.

Nikt Panu nie mówił, że jest Pan dobrze oceniany?

Nie, dlatego, że to wyglądało tak, że przyjeżdżałem do Filharmonii Narodowej tylko po to żeby zagrać swój program i później zaraz Filharmonię opuszczałem. Również nie mieszkałem w hotelu z innymi uczestnikami, mieszkałem w zupełnie innym miejscu w Warszawie. Tak więc byłem całkowicie odseparowany od tej atmosfery konkursowej, od tej takiej trochę nerwowej, takiej pełnej spekulacji.

A pamięta Pan te emocje, kiedy okazało się, że to Pan jest laureatem?

Pamiętam okrzyk radości, wielka radość, radość moja, mojej rodziny, moich bliskich, moich znajomych, przyjaciół. Po głoszeniu wyników nie miałem za dużo czasu, żeby nacieszyć się tym sukcesem, dlatego że nagle stworzyła się nowa rzeczywistość. Nagle musiałem odbyć szereg wywiadów, konferencji prasowych, już na drugi dzień i potem te trzy koncerty laureatów, które trzeba było wykonać dzień po dniu w Filharmonii Narodowej. Później tournée po Polsce, więc wszystkie filharmonie ważniejsze w naszym kraju trzeba było odwiedzić. Więc to wszystko działo się bardzo szybko i dopiero chyba po miesiącu, po dwóch miesiącach mogłem tak spokojnie w domu wraz z rodziną nacieszyć się tym sukcesem.

A jak laikowi wytłumaczyć na czym polega moc takiego utworu, jego przekaz? Bo kiedy ktoś taki jak ja słucha muzyki popularnej, rozrywkowej - tam jest też tekst, czasem mądry, czasem mniej mądry, ale o czymś mówi. W tej muzyce tekstu nie ma. Tu jest tylko i wyłącznie muzyka, nuty zapisane na partyturze. Jak w tej muzyce przechwycić tę moc, ten przekaz, to, co chciał artysta nam powiedzieć?

Ja w ogóle uważam, że to jest chyba najpiękniejsze w tej całej sztuce, muzyce instrumentalnej, że nie ma słów. Są dźwięki i za pomocą tych dźwięków możemy wiele rzeczy przekazać. I każdy słuchacz może utwór, który słucha, wypełnić swoimi emocjami, swoimi skojarzeniami, swoimi wspomnieniami.
Rafał Blechacz z Krzysztofem Ziemcem (fot. TVP)
Ingolf Wunde, człowiek, który był przez publiczność typowany dwa lata temu na laureata ostatniego Konkursu Chopinowskiego, mówi o Panu, że jest Pan muzykiem intelektualnym, on jest bardziej emocjonalny. Jest w tym prawda?

Dla mnie emocje odgrywają bardzo ważną rolę w muzyce, natomiast ten balans pomiędzy sferą intelektualną w muzyce jak i sferą emocjonalną jest bardzo ważny.

A co to znaczy, że ktoś interpretuje w sposób emocjonalny albo tak, jak się mówi o Panu, w sposób intelektualny? Laik tego kompletnie nie rozróżni.

Niektóre interpretacje, które nastawione są tylko i wyłącznie na emocje, mogą troszeczkę zepsuć samo dzieło, jego strukturę. Mogą rozsadzić wewnętrznie formę, na przykład formę sonetową, kiedy prezentujemy sonatę klasyczną. Niemniej jednak jakaś rola intuicji jest tutaj bardzo ważna, żeby jednak zachować stylowość kompozytora, stylowość chopinowską, pokazać pewne emocje w utworze, które są i emocje wykonawcy. Bo jednak utwór, dźwięki służą do tego żeby pokazywać swoje uczucia.

Panie Rafale, jest Pan niezwykle zapracowaną osobą. Bardzo trudno było się nam z Panem spotkać i umówić. Radzi sobie Pan jakoś z tym czasem w życiu? Ma Pan czas na relaks?

Tak, oczywiście! No chociażby każde święta Bożego Narodzenia i Święta Wielkanocne spędzam w domu z rodziną. To już jest taka tradycja, że nie może być inaczej.

Ile koncertów rocznie daje taka gwiazda jak Pan?

Nie gram aż tak bardzo dużo koncertów w ciągu jednego sezonu. Około czterdziestu pięciu, do pięćdziesięciu.

A co robi Rafał Blechacz po godzinach? Łowi ryby, jeździ na motorze?

Lubię czytać książki, lubię jeździć na rowerze. Przed Konkursem Chopinowskim pamiętam, że uprawiałem troszkę jogging, żeby wzmocnić się fizycznie, żeby przetrzymać ten okres Konkursu Chopinowskiego, dobrze rozplanować siły fizyczne, dobrze nastawić się też psychicznie do tego wydarzenia. I rzeczywiście to pomaga.

Pianista wykonujący dzieła Chopina, Szymanowskiego, Debussy’ego słucha w ogóle czegokolwiek innego poza muzyką klasyczną ?

Jeżeli docierają do mnie jakieś inne sygnały, z innej muzyki nieklasycznej, muzyki rozrywkowej to tylko poprzez radio, telewizję, którą czasami oglądam.

Jak Pan ocenia, odbiera te utwory, które są często w radiu puszczane?

Trudno mi powiedzieć. To nie jest coś na czym się koncentruję, co jakoś jest mi bliskie.

Ale wyłącza Pan wtedy radio, kiedy jest taki przebój, który się wciska na siłę?

Nie, nie zawsze. Czasem jest to też bardzo fajna muzyka i można się przy niej zrelaksować jak najbardziej.

W muzyce, w tym co do mnie należy w prezentowaniu określonych utworów danego kompozytora, ważne jest to, żeby ten kompozytor cały czas był najważniejszy dla nas i żeby prezentować jego działa, a nie niszczyć to dzieło tylko po to, żeby zaszokować, żeby jakoś zwrócić na siebie uwagę

Muzyczny Festiwal w Łańcucie, 2005 R. (fot. TVP/Norbert Gawin)
Mam takie wrażenie, że duża część publiczności, niektórzy jurorzy lubią takich artystów, którzy szokują, albo jakimś strojem, albo wykonaniem, albo zachowaniem na scenie. Pan do tego grona raczej nie należy. Chyba jest nawet na tym drugim biegunie. To dobrze, czy źle? Pan jest sobą, czy przyjął sobie taką zasadę, że właśnie nie będzie niczym szokował, że będzie tak po prostu naturalnym artystą?

Nie, to nie jest żadna zasada, żadna zaplanowana strategia. To jest chyba wynik tego, co ja odczuwam w swoim wnętrzu, środku. To jest chyba też i taka moja osobowość, że nigdy kontrowersja nie była czymś dla mnie bliskim. I myślę, że w muzyce, w tym co do mnie należy w prezentowaniu określonych utworów danego kompozytora, ważne jest to, żeby ten kompozytor cały czas był najważniejszy dla nas i żeby prezentować jego działa, a nie niszczyć to dzieło tylko po to, żeby zaszokować, żeby jakoś zwrócić na siebie uwagę. Utwór muzyczny jest w jakimś stopniu zapisany schematycznie. Nie wszystko możemy z partytury odczytać tak jednoznacznie. I te miejsca niedookreślone, domagają się od danego wykonawcy indywidualnego wypełnienia. Każdy ma bardzo dużo wolności artystycznej, żeby móc swoją indywidualną interpretację zaprezentować.

A jak wygląda kalendarz Rafała Blechacza na najbliższe miesiące, lata?

Kalendarz jest dosyć zajęty. Planuję aktualnie rok 2014. Tak w około siedemdziesięciu procentach jest już zaplanowany. Jedna propozycja ostatnio przyszła na rok 2015, tak więc jest to dosyć odległy termin. Nie szokuje mnie to już tak, jak szokowało mnie po Konkursie Chopinowskim.

To jest wręcz nie do pomyślenia, w normalnym świecie, żeby tak planować swoją przyszłość!

No tak, to jest dość optymistyczne, dlatego że jest jakieś zapewnienie, że będę miał pracę.

Czy taką odskocznią od muzyki staje się, a może stała już jakiś czas temu, filozofia? Bo robi Pan doktorat z filozofii.

Tak, zgadza się. Filozofia to jest odskocznia, ale to jest też i kolejna inspiracja.

Skąd ten pomysł, bo wydaje mi się, że jednak muzyka z filozofią nie do końca się od razu łączy.

Jestem bardzo skoncentrowany na filozofii muzyki. Na tych tekstach, które traktuję jednak o dziele sztuki, o przedmiocie artystycznym, o przedmiocie estetycznym. I tutaj jest już bardzo blisko do muzyki, nawet do tych aspektów, którymi zajmuję się na co dzień.

Czy taki wirtuoz, taki artysta, jak Pan odczuwa jeszcze stres? Czuje lęk przed publicznością, przed koncertem?

Jeśli stres jest, to jest to dobry stan rzeczy. Gdyby go nie było to można by się zastanawiać, czy nie ma w tym jakiejś rutyny, czy nie ma ma za dużo koncertów w danym sezonie artystycznym. Natomiast kiedy jest pewien stan jakiegoś podekscytowania, ochoty wyjścia na scenę i zaprezentowania interpretacji publiczności, która przyszła mnie posłuchać, to jest pozytywne zjawisko.
Rafał Blechacz z Krzysztofem Ziemcem (fot. TVP)
Czy ma Pan jakiś sposób żeby ten stres, takie przejęcie się sytuacją w jakiś sposób złagodzić, obniżyć?

Nie, nigdy nie miałem tak silnej emocji, żeby trzeba było jakoś to łagodzić. Zawsze jest to taka ochota, która prowadzi do tego, że jednak wychodzę na scenę i prezentuję dany utwór.

W jednym z wywiadów powiedział Pan kiedyś, że Pana sposobem na stres jest modlitwa, ale domyślam się, że to już było. Teraz Pan takiego stresu już nie ma?

Modlitwa, wiara to jest to bardzo ważna sfera w moim życiu. I to nie tylko jest pomocne w różnych stresowych sytuacjach życiowych, ale też i jest to podstawa, na której mogę budować dalsze konkretne rzeczy. I we wszelkich wyzwaniach, nie tylko artystycznych, ale i życiowych, jest to najpewniejsze rozwiązanie, najpewniejsza pomoc. To jest coś, co zawsze przynosi ukojenie.

Czy tak jak Adam Małysz skacząc, robił znak krzyża, tak samo Pan gdzieś tam w duszy się modli, żeby dobrze wyszło.

Tak, oczywiście. Modlę się przed każdym wyzwaniem artystycznym, przed każdym wyzwaniem życiowym, ale też i kiedy nie mam wyzwań, to oczywiście modlę się codziennie, jak każdy katolik.

– rozmawiał Krzysztof Ziemiec

Rafał Blechacz - światowej sławy pianista. Zwycięstwo w Konkursie Chopinowskim w 2005 roku otworzyło mu drogę do międzynarodowej kariery. Koncertuje na całym świecie, ale wciąż mieszka niedaleko Bydgoszczy
Zdjęcie główne: Nagroda programu TVP Polonia Za sławienie Polski i Polskości, koncert Rafała Blechacza. Fot. TVP/ Jan Bogacz
Zobacz więcej
Rozmowy Poprzednie wydanie
Wschodni blok się sypał, a w Polsce SB wciąż dobrze się miała
Członkowie komisji weryfikacyjnych nie mieli pojęcia o bezpiece – mówi Tomasz Kozłowski, historyk
Rozmowy Poprzednie wydanie
Piłsudski vs. Dmowski: Ciągła rywalizacja, nie ciągła wrogość
Dla Piłsudskiego państwo było ważniejsze niż demokracja. Dla Dmowskiego od demokracji ważniejszy był naród – mówi historyk Mariusz Wołos.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Stwórzmy polską Dolinę Krzemową
Polscy naukowcy mogą się wykazać dopiero, gdy wyjadą z Polski – mówi prof. Wiesław Nowiński.
Rozmowy wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Łukaszenko puszcza oko do Zachodu
Białorusini są bardzo zrusyfikowani, ale istnieją realne różnice pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią kraju. Grodno to jednak nie Witebsk – mówi białoruski opozycjonista Aleś Zarembiuk.
Rozmowy wydanie 25.10.2019 – 1.11.2019
TurboFranciszek i kryzys papiestwa
Paweł Milcarek: Stolica Apostolska staje się wszechmocną centralą, której przypisuje się, że może wszystko, także zmieniać naukę Kościoła.