Felietony

Poczuliśmy, że to naprawdę koniec PRL

To będzie niebywałe wydarzenie: Msza Święta. Przyniesiemy krzyże i transparenty z Matką Boską. Żaden duch gruzińskiego tyrana nam nie przeszkodzi! Wampira komunizmu zniszczymy samą naszą obecnością!

To dopiero było, zastrzyk nadziei. Przyjeżdża papież i znowu doda nam otuchy, odwagi, znowu będzie mówił do nas i za nas, znowu nam pomoże zebrać się, spotkać, policzyć i ogarnąć. W 1987 roku byliśmy już wszyscy naprawdę bardzo zmęczeni stanem wojennym – formalnie skończył się kilka lat wcześniej, ale ta część społeczeństwa, która miała dość komuny, opresji i niemalejących trudności, nazywała ten czas po swojemu. Byliśmy zmęczeni konspiracją, demonstracjami, represjami i opresjami, znikaniem emigrujących znajomych i przyjaciół, brakiem nadziei i brakiem normalnych sklepów. Brakiem wszelkiej normalności.

Ogłoszenie programu tej kolejnej pielgrzymki i miejsca mszy warszawskiej – na placu Defilad, przed pałacem czy może raczej „pałacem” – nie od razu zostało właściwie zrozumiane. Nie brakowało głosów oburzenia – i to po naszej stronie – bo jakże tak, w tym miejscu demonstracji komunistycznej siły i pychy? Ale szybko zaczęła się rozlewać fala zrozumienia, może nawet entuzjazmu. Tak, właśnie tak! Dopiero im pokażemy! Papieskie, oficjalne wszak, spotkanie na największym podobno placu w tej części świata! Przed znienawidzonym przez wielu i wyśmiewanym przez równie wielu betonowym monstrum, które wciąż przypominało o swoim imieniu, choć formalnie zbrodniarz z Moskwy nie był już patronem Pałacu Kultury. Nie był, ale był!

Do dziś przecież wykute w kamieniu ogromne litery – choć zakryte i z zewnątrz niewidoczne – znajdują się nad jeszcze bardziej ogromnymi głównymi drzwiami. Teraz jest poniekąd jeszcze gorzej, bo ten niby-pałac został objęty ochroną konserwatora zabytków i w związku z tym nic na nim i w nim nie można zmienić. Nie można?

Tu mała dygresja: kiedy przez paru laty komentowałam papieskie lata w filmie pewnego młodego człowieka i narzekałam na tę konserwatorską „pieczęć”, że „już nigdy” nie pozbędziemy się potwora, ów młody człowiek powiedział, aby się nie martwić tak bardzo. Że przyjdą inne czasy, inni konserwatorzy zabytków i inne uchwały – i rozbierzemy pałac – powiedział. Ja jestem za!
Szafarze Komunii Świętej na schodach pałacu, który nosił wcześniej imię Stalina. Fot. Wojciech Kryński/PAP
Ale wracajmy do 1987 roku: w kręgach parafialnych i w kręgach konspiracyjnych, wśród elit i wśród zwykłych warszawiaków zaczyna się wielkie myślenie: przecież to jest niebywałe wydarzenie, że na tym placu będzie Msza Święta. Że przyniesiemy tam krzyże i transparenty z Matką Boską. Żaden duch gruzińskiego tyrana nam nie przeszkodzi! Wampira komunizmu zniszczymy samą naszą obecnością! Bardzo byliśmy buńczuczni – bo bardzo to nam było potrzebne.

„Nie wiedzieliśmy o zakulisowych rozmowach dotyczących przebiegu trasy czy o zdarzeniach towarzyszących całości pielgrzymki. Przypuszczam, że wielu rzeczy wtedy nie rozumieliśmy” – mówił kiedyś na łamach tygodnika „Idziemy” o tej pielgrzymce prof. Jan Żaryn, historyk, wtedy jeszcze całkiem młody człowiek zanurzony w konspiracji.
        ODWIEDŹ I POLUB NAS     W 2012 roku do bohaterów tamtych wydarzeń dotarła dziennikarka wspomnianego tygodnika, Irena Świerdzewska. „Nabożeństwo w Warszawie miało zakończyć się procesją eucharystyczną, potrzebny więc był duży plac” – wspomina w jej reportażu ks. infułat Grzegorz Kalwarczyk, wtedy kanclerz kurii archidiecezji warszawskiej. – „Zaproponowałem plac Defilad. Przedstawiciele z Komitetu Centralnego zaczęli na mnie krzyczeć: »W miejscu, gdzie jest dar Stalina? To niemożliwe!«. Rozstaliśmy się podminowani. Po tygodniu, na następnym spotkaniu zgodzili się, a nawet okazywali zadowolenie. Wtedy zaproponowaliśmy, by na Pałacu Kultury i Nauki zawisł duży krzyż – pomyślałem, że budynek mógł być wtedy niejako »ochrzczony«. Miny im zrzedły. Na co mówię: »Nie tak dawno wisiał na Pałacu gołąb pokoju«. »Nie ma możliwości technicznych na zainstalowanie krzyża« – odpowiedzieli na następnym spotkaniu. Podsunęliśmy więc pomysł powieszenia na Pałacu potężnych, krzyżujących się flag papieskiej i narodowej. Znowu nastąpiła konsternacja. A potem odpowiedź: »Protokół dyplomatyczny nie pozwala na krzyżowanie się dwóch flag państwowych« – wspominał ks. Kalwarczyk”.

Wyznania burzyciela

Robert Bogdański, który zlikwidował budynek cenzury, włącza się do dyskusji o zburzeniu PKiN. „Tych, którzy wielbią Pałac i tych, co go nienawidzą, łączy jedno: to On włada ich emocjami. Nie potrafią się oderwać od świata, jaki On zbudował”.

zobacz więcej
W rezultacie ołtarz miał formę gigantycznych organów, wykonanych z aluminiowej folii. Przed ołtarzem – więc i przed pałacem – stał krzyż, a niezliczone wizerunki Matki Boskiej trzymane w naszych rękach dopełniały obrazu. Po nabożeństwie przeogromna procesja z Najświętszym Sakramentem – przed którym w papamobile klęczał Jan Paweł II – poszła w kierunku placu Zamkowego.

Ludzie – nie mający wszak dostępu do rozmów władzy i Kościoła – szybko łapali wszystkie pojawiające się wiadomości: przecieki, plotki i może nawet manipulacyjnie wpuszczane przez władze fałszywki. Komunistycznej władzy straszliwie zależało na wsparciu Kościoła, marzyła o wznowieniu stosunków dyplomatycznych, Kościół z kolei nalegał na zwolnienie więźniów politycznych i jakieś możliwości tworzenia zrzeszeń i stowarzyszeń przez obywateli. Jan Paweł II nie miał zamiaru ustąpić władzy wrogo nastawionej do Solidarności, a zarazem wiedział, że bez Solidarności nie ma wyjścia z dramatycznej sytuacji. Społeczeństwo musi mieć jakieś formy działania obywatelskiego.

Kiedy piszę ten felieton, 18 maja, w Muzeum JP2 i kard. Stefana Wyszyńskiego toczy się „urodzinowa” konferencja „Karol Wojtyła wobec wyzwań w PRL”, będąca częścią międzynarodowego projektu „Karol Wojtyła Polsce – Jan Paweł II światu”. Paneliści dyskutują, ile i co krakowski arcybiskup, później kardynał zrobił, aby społeczeństwo stawało się coraz bardziej podmiotowe, aby było – choć wtedy tak nie mówiono – bardziej obywatelskie. Kolejne pielgrzymki papieża to były coraz dłuższe kroki w tę stronę. A wtedy, w 1987 roku, kroki nawet milowe. Mówiły o tym same transparenty, które masowo – wbrew zakazom władzy i jej kontrolom – przynieśliśmy na plac. I wśród nich te najważniejsze: następna pielgrzymka już do wolnej Polski!
Uczestnicy mszy papieskiej, która odbyła się 14 czerwca 1987 roku na ówczesnym placu Defilad w Warszawie. Fot. Ireneusz Sobieszczuk/PAP
I tak rzeczywiście się stało. Zastanawiam się, kto jeszcze pamięta o tej niezwykłej mszy z Janem Pawłem II – w tak niezwykłym i brzemiennym w skutki miejscu wcześniej znanym raczej z innych spotkań. Kto pamięta, że tam na nowo odzyskaliśmy nadzieję, że tam zaczęła się ostatnia runda naszych zmagań z komunistycznym systemem. Poczuliśmy, że to naprawdę jest koniec, skoro na tym placu i przed tym gmaszyskiem tysiące ludzi śpiewają: „Ciebie, Boga, wysławiamy”. I parę innych pieśni.

Ale nie po to piszę, żeby wpadać w patos i podkręcać niegdysiejsze emocje. Piszę z ostrzeżeniem i napomnieniem, pro domo sua zresztą, że na tym wielkim placu – dziś pełnym bałaganu, przystanków i placu budowy także – że nie ma tam żadnego śladu, żadnego znaku po tym wielkim i niezwykłym wydarzeniu. A że odrastają głowy hydry, jak przestrzegała nieoceniona prof. Anna Pawełczyńska, to bardzo by się ten znak przydał. Nie papieżowi przecież, ale nam i następnym naszym pokoleniom, na przestrogę i na nadzieję.

Jest to jedno z nielicznych, może jedyne, miejsce w stolicy, gdzie obecność Jana Pawła II – z tak istotną misją jak tamta msza – nie jest w żaden sposób upamiętniona. Nie ukrywam, że próbowałam: felietonami, rozmowami, apelami. Nie przeczę, stosownego komitetu nie założyłam, ale też nie znalazłam zainteresowanych. Miejsce jest zaś znaczące także dlatego, że nieistniejącymi ramionami „obejmuje” dwie ważne warszawskie parafie: z prawej strony Wszystkich Świętych z ogromnym kościołem, z lewej Najświętszego Zbawiciela z kościołem na skrzyżowaniu linii tramwajowych, a za plecami jest jeszcze historyczna parafia Świętego Krzyża. Wszystkie trzy naznaczone, jeśli nie wprost obecnością Jana Pawła II, to jego osobistym aktem działania. Ale dla upamiętnienia historycznej obecności Najświętszego Sakramentu przed pałacem imienia Józefa Stalina niewiele z tego wynika.

I piszę – jednak – z nadzieją. Tak się bowiem składa, że jedną w najbardziej widocznych grup na tamtej niezwykłej Mszy Świętej były dzieci „pierwszokomunijne” – z wielu, wielu warszawskich parafii. Dziś mają po 45 lat, są zapewne prezesami, profesorami, nauczycielami, księżmi, zakonnicami, badaczami, inżynierami, może nawet architektami krajobrazu (pasowałoby!) i urzędnikami miejskimi, może nawet wysokiego szczebla (pasowałoby jeszcze bardziej!). Może one – teraz już raczej oni – przykręcą na placu jakąś stosowną – godną i gustowną – tablicę o tamtym wydarzeniu. Dla edukacji i nadziei, że cuda się zdarzają. Byli wtedy najmłodszymi świadomymi uczestnikami chwili. Jeśli więc nie oni, to kto?

– Barbara Sułek-Kowalska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

SDP 2023
Zdjęcie główne: Ołtarz miał formę gigantycznych organów, wykonanych z aluminiowej folii. Fot. Wojciech Kryński/PAP
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Za sowieckim komunizmem kryły się pogańskie żywioły. Czy to one...
Do Moskwy trafiła ziemia z Himalajów przeznaczona na grób „mahatmy Lenina”.
Felietony Najnowsze wydanie
Na zlecenie Odry
Czy rzeka może być osobą prawną?
Felietony Najnowsze wydanie
Gotów był poświęcić wolność (innych) dla stabilności świata
Stulatek, który doradzał Ukraińcom, aby oddali Krym i Donbas.
Felietony Najnowsze wydanie
Tęskno mi, Panie
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
A niebo pełne...
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.