Cywilizacja

Zmierzch imperium amerykańskiego. Co w zamian?

Wyłonienie się jednego świata, które wywołało w latach dziewięćdziesiątych XX wieku niebywały entuzjazm, nie prowadzi do wyczerpania się dziejów, lecz tworzy nowe warunki dla rywalizacji, napięć, konfliktów.

Dzięki uprzejmości Państwowego Instytutu Wydawniczego publikujemy fragment książki Marka Cichockiego „Walka o świat”.

W niedzielę 22 stycznia br. o godz. 11.20 na antenie TVP Kultura kolejny odcinek cyklu „Trzeci Punkt Widzenia”.


Niepokój wywołany możliwym wyczerpaniem się zdolności Zachodu do „ulepszania” naszego świata czy wręcz zwątpieniem w szansę przetrwania jednego świata, w którym żyjemy, jako w wytworze Zachodu, jest ściśle związany z pytaniem o przyszłość Ameryki jako imperium jednej światowej cywilizacji. To pytanie powracało w coraz bardziej nerwowej atmosferze niepewności dwóch ostatnich dekad i zwykle albo odnosiło się do tradycyjnych w amerykańskiej polityce tendencji izolacjonizmu, wycofania się Ameryki na własną kontynentalną wyspę, albo wynikało ze złych doświadczeń związanych z nadmierną dominacją Ameryki nad Europą i w świecie w ramach jednobiegunowej polityki. Sprawy te zawsze wprost dotykały najbardziej żywotnych interesów Polski i całej Europy Środkowej.
Marek Cichocki „Walka o świat. Dlaczego w jednym świecie powraca geopolityka i cywilizacyjna rywalizacja oraz co to może dla nas oznaczać”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022
Z czasem obawy o przyszłość amerykańskiego imperium zaczęły nabierać również znaczenia cywilizacyjnego i dotyczyć wewnętrznych przemian amerykańskiego świata. Bruno Maçães, dawniej portugalski minister do spraw europejskich, a potem autor tekstów o geopolityce i cywilizacji, wydał w 2020 roku na ten temat książkę pod charakterystycznym tytułem: „History Has Begun”. W Polsce praktycznie przeszła ona bez echa, a szkoda, gdyż dobrze oddawała charakter europejskich obaw wokół dalszej roli Ameryki w świecie oraz prawdopodobnego coraz bardziej globalnego konfliktu między Stanami Zjednoczonymi i Chinami, który potencjalnie mógłby zmienić cały dotychczasowy świat. Książka Maçãesa wpisywała się w debatę wywołaną wstrząsem, jakim dla liberalnej, zachodniej świadomości był brexit oraz rządy Trumpa w Waszyngtonie. Znaczące, że Rosja odgrywała w niej właściwie marginalną rolę, co ponownie uprzytamnia dość banalną prawdę, że przyszłość zwykle przychodzi do nas z tej mniej oczekiwanej strony, a więc nie stamtąd właśnie, skąd najbardziej się jej spodziewamy. Dla Maçãesa kryzys zachodniego mocarstwa, który objawił się w pełni za sprawą polityki Obamy i Trumpa, nie oznaczał bynajmniej zmierzchu Ameryki, ale był ważnym historycznie momentem na drodze do przekształcania się Stanów Zjednoczonych ku nowemu cywilizacyjnemu modelowi: od dotychczasowego imperium jednej światowej cywilizacji liberalnej do amerykańskiego państwa cywilizacyjnego utrzymującego geopolityczną przewagę w konkurencji z innymi cywilizacyjnymi rywalami w świecie, przede wszystkim z Chinami. Taka zmiana wydawała się nieunikniona nie tylko ze względu na nową geopolitykę, ale także za sprawą wewnętrznego kryzysu dotychczasowego politycznego i społecznego ustroju Ameryki. Ujawniła go z całą mocą finansowa zapaść ponad dekadę wcześniej oraz kulturowe, etniczne i technologiczne przemiany, które zmieniły dotychczasowe oblicze amerykańskiego społeczeństwa. To one właśnie, obok rosnących w potęgę wielkich adwersarzy geopolitycznych jak Chiny, zmuszały do nowego cywilizacyjnego określenia się Ameryki.

ODWIEDŹ I POLUB NAS
Dlatego Ameryka jako państwo-cywilizacja, a nie już jako amerykańskie imperium jednej światowej cywilizacji, miało zdaniem Maçãesa w wyniku tych cywilizacyjnych przemian nieuchronnie stawać się mniej europejska i w tym sensie mniej „rzymska”. Jej rola, którą znamy z historii XX wieku, jako politycznej i kulturowej kotwicy Zachodu musi więc w konsekwencji słabnąć. Poszukując odpowiedzi na swoje wewnętrzne kryzysy i zajęta koniecznością podjęcia rywalizacji z zewnętrznymi potęgami, Ameryka miała stawać się niechybnie czymś innym, niż była dotąd, i czymś coraz bardziej odległym od zachodnich tradycji, z których historycznie sama wyrasta. Stając się geopolitycznie i cywilizacyjnie kontynentalną wyspą, nadal pozostałaby mocarstwem zdolnym zawiązywać z Europą i innymi częściami świata potężne sojusze. Jednak zasadnicze kulturowe podstawy dla XX-wiecznego Pax Americana, jako kontynuacji Pax Brittanica i Pax Romana, wyczerpały się zdaniem Maçãesa. Ich miejsce zajmie jakaś nowa postać amerykańskiej cywilizacji, produktu politycznych, technologicznych i etnicznych przemian, która z punktu widzenia tradycyjnych wyobrażeń Ameryki, tak różnych w przypadku zachodniej Europy czy Europy Środkowej i Wschodniej, będzie już czymś daleko innym i do jakiegoś stopnia obcym. Początek historii, który w tytule swojej książki zapowiadał Maçães, miał więc być również końcem historii wcześniejszej. Jakiej? Kręte „rzymskie” ścieżki, przez stulecia wydeptywane przez historię na Starym Kontynencie i tak kluczowe dla samoświadomości zachodniej cywilizacji, kiedyś Atlantyk, dając początek nowej idei opisanej w XIX wieku przez Alexisa de Tocqueville’a w książce „O demokracji w Ameryce”. Zgodnie z tym opisem przyszłością starej Europy stała się nowa Ameryka i tym samym stała się ona też przyszłością całego świata. W ten sposób „rzymska” ciągłość Zachodu została zachowana, a jego uniwersalne znaczenie uratowane, prowadząc ostatecznie w XX wieku do powstania amerykańskiego imperium jednej światowej, liberalnej cywilizacji.
Pax Americana to dziedzictwo Pax Romana. Na zdjęciu: rzymski relief przedstawiający deifikację cesarza Augusta w otoczeniu członków dynastii julijsko-klaudyjskiej, I wiek przed naszą erą. Fot. CM Dixon/Print Collector/Getty Images)
W jakimś sensie więc wyśmiewany często Fukuyama – czy i mi wybaczysz? – nie mylił się i pewnego typu zachodnia historia nowoczesności dokonała się, prowadząc do faktycznego ustanowienia światowego uniwersum. W efekcie tego ludzkość żyje od dziesięcioleci w jednym świecie. Jest to jeden świat technologii, rynków i przepływów finansowych, ale także przepływów informacji, idei i reguł, jest to wreszcie świat komunikacji prowadzonej w jednym, powszechnym języku. Ta jedność jest pewnym dobrem, historycznym osiągnięciem ludzkich wysiłków, przede wszystkim Zachodu, ewidentnym i praktycznym pożytkiem. Nie jest jednak zwieńczeniem, jak chcieli wierzyć amerykańscy liberałowie, tacy jak Fukuyama czy Obama, posługujący się zgrabnym pojęciem Arc of History. Ustanowienie światowego uniwersum nie jest końcem historii, lecz w nowy sposób uświadamia prawdę, od wieków obecną w wielu cywilizacjach, że w istocie ludzie na całym świecie są do siebie podobni i tworzą jedność, a jednocześnie są od siebie bardzo różni. Wyłonienie się jednego świata, które bez wątpienia wywołało w latach dziewięćdziesiątych XX wieku niebywały entuzjazm, nie prowadzi wcale do wyczerpania się dziejów, lecz tworzy nowe warunki do pojawienia się kolejnych rozstrzygnięć pod postacią nowych rywalizacji, napięć, konfliktów, do nowej walki o świat. Wbrew bowiem przewidywaniom wielu liberałów, i tu Fukuyama mylił się rzeczywiście, pojawienie się ekonomiczno-technologicznej globalizacji nie prowadzi wcale do zaprzestania rywalizacji, do końca geopolityki i wojen, ale otwiera przed nami nowe ich pola i daje do ręki nowe, nieznane wcześniej instrumenty. Czy jednak ten nowy początek historii faktycznie oznacza definitywny koniec starej? Czy przekreśla przyszłość jednego świata jako wytworu Zachodu? Czy faktycznie wewnętrzne przemiany Ameryki uczynią ją nieuchronnie obcą dla Europy? Jak w takim razie rozumieć sprzeciw Ameryki wobec rosyjskiej inwazji na Ukrainę – jako krótkotrwałe przebudzenie dawnego Zachodu odchodzącego w przeszłość czy raczej potwierdzenie jego ciągłej żywotności?

Uczyniono go głównym odpowiedzialnym za ksenofobię, wykluczenie, brak tolerancji

Uczyniono go głównym odpowiedzialnym za ksenofobię, wykluczenie, brak tolerancji. Czy słusznie?

zobacz więcej
Trzeba też zadać sobie pytanie, jakie siły napędzają dzisiaj nową rywalizację i co sprawia, że w jednym, zglobalizowanym świecie zaczynają krystalizować się konkurujące ze sobą cywilizacyjnie i geopolitycznie ośrodki władzy: Ameryka, Chiny, Europa, Indie, Turcja czy nawet Izrael; czym one właściwie są i jak na tym tle należy rozumieć Rosję? Po części powrót rywalizacji, która przedstawia się również jako powrót chaosu i walki, jest wyrazem cywilizacyjnej witalności, potwierdzeniem przywiązania do własnego i odrębnego widzenia świata i człowieka, których nie należy wyłącznie rozumieć w kategoriach projekcji hegemonialnego statusu potęg z przeszłości czy ich aktualnych imperialnych ambicji. Są one przecież także skutkiem postrzegania samego siebie na tle jednego świata oraz Zachodu. Po części nowa rywalizacja oznacza oczywiście po prostu powrót starego jak świat pragnienia politycznej dominacji, a wraz z nim geopolityki i wojny, politycznej nieprzewidywalności i przemocy, które liberalna idea końca historii chciała uznać za przeszłość, a które okazują się nieusuwalne w całości. Wreszcie krystalizowanie się rywalizujących cywilizacyjnie i geopolitycznie centrów władzy odsłania przed nami również siłę dialektyki, która zachodzi między globalnymi zmianami w technologii i ekonomii a podejmowanymi próbami odzyskania kontroli nad nimi i podporządkowania ich władzy własnych struktur, mechanizmów, reguł i norm. To ta dialektyka zaczyna decydować o przyśpieszeniu i kierunku zmian oraz wyznaczać nowe pole i środki walki o świat. Okazuje się bowiem, że współzależność nie prowadzi nas wcale na drogę jednokierunkowego rozwoju i harmonii, jak oczekiwano, lecz uruchamia nowe procesy obciążone ryzykiem rywalizacji i konfliktu, a wraz z tym stosowania przemocy. Tak więc, niestety, zupełnie inaczej, niż myślał kiedyś Samuel Pisar, stworzenie jednego świata, zrośnięcie się go w jeden organizm wcale nie oznacza, że poszczególne jego części nie będą już wzajemnie dokonywać na siebie ataku, nawet jeśli w praktyce oznaczałoby to „ranienie własnego ciała”.

Czy to wszystko jednak może doprowadzić nieuchronnie do końca jednego świata? Czy w ten sposób dobiegnie swego kresu także tradycyjne znaczenie Zachodu, a Ameryka z imperium jednej światowej cywilizacji zamieni się w mocarstwo odrębnej amerykańskiej cywilizacji konkurujące przez następne dziesiątki lat z innymi państwami cywilizacjami w świecie? Jak w takiej nowej sytuacji świata przedstawiałaby się przyszłość Europy i jakie perspektywy stanęłyby wtedy przed Europą Środkową, szczególnie przed Polską?

– Marek Cichocki
Autor jest filozofem i politologiem, doktorem habilitowanym nauk humanistycznych, redaktorem rocznika „Teologia Polityczna”, współprowadzącym programu „Trzeci Punkt Widzenia” w TVP Kultura, laureatem Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza za książkę „Północ i Południe. Teksty o polskiej kulturze i historii”.


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Tytuł pochodzi od redakcji Tygodnika TVP
Zdjęcie główne: Tacy liberałowie, jak Barack Obama (na zdjęciu: w Białym Domu, 16 października 2013) chcieli wierzyć, że ustanowienie światowego uniwersum okaże się końcem historii. Tak się jednak nie stało. Fot. Mark Wilson/Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jak rozpoznać rosyjskiego trolla
Rozmawiałem z niektórymi z nich – pisze Piotr Kościński.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
W Kościele Anglii homomałżeństw nie będzie
Są księża żyjący w stałym związku z partnerem tej samej płci. Chcą, by uchylono im nakaz wstrzemięźliwości.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Gdy maszyna podejmuje decyzję za człowieka…
Jedni dzięki elektronice tracą pracę, ale inni zyskują.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Putina do wojny sprowokował Zachód? Meandry polityki realnej
„We are Godzilla” – mówi amerykański politolog o swoim państwie.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
„Msza” z Robloksa: niewinna zabawa czy szyderstwo?
„Artur, przyszykuj kadzidło” – to jedno z najbardziej kultowych haseł stycznia w polskim internecie.