Kultura

Ptak, który mówił

– Nie sklejam się ludziom w całość – powiedział mi kiedyś Andrzej. – Odbiorcy umieszczają mnie w dwóch różnych sferach: sztuki użytkowej i tzw. czystej. Jedni mają kontakt z moimi ilustracjami; drudzy postrzegają jako artystę niezależnego, malarza, fotografa, autora gablot-kolaży. Może powinienem rozstać się z rysunkiem, ograniczyć do obrazów. Ale to dla mnie psychicznie niemożliwe. Każde zajęcie, choćby najatrakcyjniejsze, lecz wykonywane stale, zamienia się w udrękę. Monotonia zabija.

Andrzej Dudziński (1945 – 2023)

Miał 77 lat – a jak wiadomo to wiek, o którym powiadają, że dalej już z górki, byle przejść. Bo dwie siódemki to dwie siekiery. Przesądy czasem się sprawdzają – ostrze podwójnej siódemkowej siekiery sieknęło Andrzeja Dudzińskiego 17 stycznia.

Ale on na pewno nie chciałby, żeby przy tej okazji uderzać w łzwe tony. Lepiej pocieszyć się i ucieszyć, wspominając jego wspaniałe życie, bogate w doświadczenia, pełne fascynujących przyjaźni, a nade wszystko, spełnionej miłości do kobiety. Tej samej.

Może to właśnie związek z Magdą Dygat, córką wziętego literata, później także pisarką, wypada uznać za największy życiowy sukces Andrzeja (w myśl przebojowego wyznania Czesława Niemena „Moja miłość, mój sukces to ty”)?

Z Magdą poznali się w Sopocie jako małolaty w 1960 roku. Jakim go wtedy zobaczyła? „Był kopią amerykańskiego teenagera. Ostrzyżony na jeża, chodził w dżinsach, w za dużym czerwonym swetrze i mokasynach. Do tego potrafił rzucać od niechcenia amerykańskimi słowami, co powodowało, że jak na swoje piętnaście lat był niewiarygodnie cool” – będzie wspominała. Magda i Andrzej przeszli próbę czasu, od ówczesnego wakacyjnego zadurzenia do poważnego „chodzenia” ze sobą; zamieszkali wspólnie w 1965 roku, a dwa lata później wzięli ślub. A choć dziesiątki razy zmieniali adresy, między nimi nic się nie popsuło. Mało kto trwa w niezmiennym uczuciu ponad sześć dekad!

Proszę zwrócić uwagę na magiczne znaczenie siódemek we wspólnej biografii Dudzińskich (o czym wspomina Magda w „Małym alfabecie Magdy i Andrzeja Dudzińskich”): ślub w 1967, wyjazd do USA w 1977, kupno domu pod Nowym Jorkiem w 1987. Rok 2007 ma pozytywy i negatywy, ale się wyróżnia. Tegorocznych dwóch siekier Magda nie przewidziała.

Z psem i człowiekiem

Tak, Andrzej Dudziński żył na pełnych obrotach. Przeskakiwał z jednej dyscypliny na następną, jako że zbyt długotrwałe uprawianie tego samego poletka wyjaławia – a on najbardziej bał się znudzić sam sobą. Więc fikał. A choć czasem wykonywał ryzykowne akrobacje, nigdy nie złamał karku. Nawet kiedy rysował lewą ręką, nie będąc mańkutem. To nie metafora, lecz fakt: gdy prawa ręka już „chodziła” mu za lekko, celowo utrudnił sobie pracę, uaktywniając drugą kończynę. Miał szczęście czy ponadprzeciętną sprawność? Pewnie jedno i drugie.

Podobnie jeśli chodzi o nawiązywanie kontaktów międzyludzkich – przychodziły mu bez wysiłku i najczęściej owocowały rozwinięciem w postaci wieloletnich przyjaźni. Nie spotkałam nikogo, kto byłby wrogo nastawiony do Dudiego, choć wcale nie należał do milusińskich. Bywało, ujawniał swoje niepopularne i niepokorne poglądy, które w przypadku kogoś innego zapewne prowadziłyby do konfliktów. Andrzej ujmował wszystkich wdziękiem i chłopięcym uśmiechem. Wiadomo było: nie fałszuje. W niczym.
Autorzy w czasie promocji „Małego alfabetu Magdy i Andrzeja Dudzińskich”. Fot. Krzysztof Kuczyk / Forum
W domach Dudzińskich zawsze kłębiło się od stałych i przypadkowych bywalców – czy to w Warszawie, czy w Nowym Jorku. A gdyby wyliczyć tych najsławniejszych, których mogli wciągnąć na listę przyjaciół i o nich opowiedzieć, wypadałoby zacytować wstęp do książki „Mały alfabet Magdy i Andrzeja Dudzińskich”, w którym ujawnili kulisy pewnej wiążącej decyzji: „Po długich i burzliwych naradach postanowiliśmy, że najbezpieczniej pisać o zwierzętach, roślinach i miejscach, a o znajomych tylko wtedy, kiedy zajdzie ku temu potrzeba, czyli kiedy pojawi się okazja, w której będziemy mogli być dowcipni ich kosztem”.

No a pies? Czyli suka. Nie zapominajmy o symbiotycznych związkach z kilkoma kolejnymi czterołapymi domownikami, których nie przekreślał mało osiadły tryb życia Dudzińskich. Jednym z ostatnich projektów Andrzeja był film animowany (cyfrowy) o roboczym tytule „Zwariowany kawałek czegoś” – historia Dudiego opowiedziana z perspektywy psa. I ja się temu nie dziwię, bo pies, czyli suka zawsze dopełniała wizerunek Dudzińskich w każdym miejscu świata. Jedna z tych pierwszych „podróżniczek” dostawała w Central Parku brawka za cyrkową umiejętność wskakiwania do kosza zawieszonego na kierownicy roweru Andrzeja. Potem jechała, dumnie zadzierając łepek, z włosem rozwianym jak u jej pana. Takie zdjęcie Andrzeja szczególnie lubię – z fryzurą podobną do psa i z psem obok. Ptak odszedł w przeszłość.

Wszyscy kumple Dudiego

Był sobie ptak (i jego rodzina)

To są bardzo długie urodziny. Ale drugich takich nie będzie – chodzi o pół wieku twórczej aktywności Andrzeja Dudzińskiego.

zobacz więcej
Musimy jednak od niego zacząć. Nie tak dawno, w 2020 roku, świętował półwiecze pracy twórczej. Oczywiście, w swym rodzinnym mieście Sopocie wystawą w Państwowej Galerii Sztuki. Do jubileuszu przygotowywał się od… dekady. Już w 2012 zapowiadał, że ruszy w Polskę z rozmaitymi pokazami, następnie przeniesie się za granicę i tak mu minie kolejna czterdziestka. Wypadło trochę mniej, za to na bogato. Bez chwili przerwy.

Właściwie, Dudziński nie pauzował od debiutu w 1970 roku. To wtedy student warszawskiej ASP (przedtem studiował architekturę na Politechnice Gdańskiej, po czym przeniósł się na tamtejszą Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych, dopiero potem do stolicy) zaczął wsadzać „Szpilki” w socjalistyczną rzeczywistość. A trzeba dodać, że „Szpilki”, tygodnik satyryczny, były wówczas trampoliną do publicznego zaistnienia, głównie w artystyczno-inteligenckim środowisku. Tam zadebiutował Dudziński (tak naprawdę pierwsze publikacje miał w miesięczniku „Polska”, lecz po kilku miesiącach tamtejszy humor bez słów go znudził). I dołączył do ekskluzywnego grona młodych zdolnych rysowników.

Stało się tak za sprawą ptaka Dudiego, którego Jan Kott tak oto scharakteryzował: „na długich pajęczych nóżkach, o wielkim dziobie i świdrujących oczkach”. Wypada dodać, że ptaka Dudiego (i postać jego twórcy) dookreślała nietypowa sylwetka i przybierane przez nią pozy. Obydwaj byli pomysłowi, eleganccy, trochę próżni. Czy można się dziwić, że twórca zabawnego ptaka tak dalece identyfikował się ze swą kreację, że przybrał ksywkę „Dudi” i przy niej do końca pozostał?

Co do narodzin postaci Dudiego – paradoksalnie, PRL-owska cenzura wcale mu nie zaszkodziła, a nawet jakby trochę pomogła. Bowiem cenzorskie sito przekreślało wszelką dosłowność, co okazywało się testem na… inteligencję. Łopatologia odpadała. Andrzej przeszedł pomyślnie egzamin na wysokie IQ. „Szpilki” wyniosły Dudiego na satyryczny Parnas. No, nie tak od razu, ale w 1972 roku, Krzysztof Teodor Teoplitz, ówczesny naczelny tygodnika, szybko połapał się, że ma w rozdaniu nowego asa.

Rozczochrany głowonóg spodobał się – był ironiczny, ale też trochę romantyczny, rozkojarzony, zagubiony. Jakby z innej kultury. Jednocześnie, nikt mu nie mógł zarzucić antysocjalistycznej propagandy. I tak oto Dudziński dostał szansę, by z kłującej satyrycznej ambony wygłaszać co tydzień teksty absurdalne, zarazem drapieżne, naszpikowane anarchistycznymi poglądami, wkładając teksty w dziób zabawnego ptaszyska.

Choć rozczochrany ptak grał główną rolę w teatrzyku Dudiego, niemal od początku pojawiały się tam drugoplanowe postaci – Myszy czy raczej istotki szczuropodobne. Zdawały się być płci żeńskiej, choć to nie jest pewne. Wykazywały niebywały spryt i przytomność umysłu. Ni to statyści, ni obserwatorzy wydarzeń. Dogryzały, dopowiadały, doradzały. Jak jednoosobowy lub dwuosobowy chór grecki, dopowiadający kwestie. Odnajdywały się znakomicie w każdej sytuacji, z każdym partnerem, na jakiego skazywał ją (jego?) autor. Nic dziwnego, że Myszon pojawił się też na późniejszych obrazach, kolażach i pastelach Dudzińskiego. Ot, stały i doświadczony komentator.
Stwory Andrzeja Dudzińskiego na wystawie w warszawskiej Galerii Grafiki i Plakatu w 2006 roku. Fot. PAP/ Andrzej Rybczyński
Z biegiem lat i wydarzeń w rysunkowym repertuarze Andrzeja pojawiły się inne stwory o równie charakterystycznej powierzchowności: Pokrak i Hipol. Pokrak (data urodzin: końcówka lat 80. ubiegłego stulecia) był chamiszczem o kartoflanym rodowodzie, odpornym na wszelkie subtelności. Był też wyznaniem niewiary w wartości estetyczne. „Nieproszony zaatakował moją wyobraźnię”, komentował ten ponury fakt autor. I dalej pisał: „To coś, z czego wyfermentował, stanowiło niewątpliwie stężony roztwór absurdu, zaprawiony gestem dziecięcej przekory”. Pokrak rozpanoszył się na łamach „Tygodnika Powszechnego” w 1992. Pozwolił się stamtąd wynieść sześć lat później, jednak w glorii poświęconego mu, osobnego albumu.

Hipol nie wzniecił specjalnych emocji. Myszony pozostały do końca.

Powrót do szkoły

Dudziński zmieniał nie tylko adresy, również narzędzia i formaty. Także obszar artystycznej eksploracji. Od małego „okienka” w tygodnikach przeszedł do wielkoformatowego malarstwa, potem do trójwymiarowych gablot; od czarnej, trochę drucianej kreski do miękkich maźnięć i taszystowskich form, wreszcie do ready-made’ów. Nie zapominając o scenografii, fotografii, filmie animowanym…

Wreszcie – wypada to wyraźnie zaznaczyć – Dudziński miał talent literacki. Krótkie, czasem rymowane komentarze w dymkach pod rysowanymi scenkami trudno mierzyć pisarską miarą, ale już napisany wspólnie z żoną „Mały alfabet Magdy i Andrzeja Dudzińskich” (WL 2009) – jak najbardziej. Słowem – żadna dziedzina twórcza go nie przerażała, każda nowa stanowiła wyzwanie. Jednak ta „nietrwałość” miała słabą stronę.

Na odejście Andrzeja Dudzińskiego

Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.

zobacz więcej
– Nie sklejam się ludziom w całość – powiedział mi kiedyś Andrzej. – Odbiorcy umieszczają mnie w dwóch różnych sferach: sztuki użytkowej i tzw. czystej. Jedni mają kontakt z moimi ilustracjami; drudzy postrzegają jako artystę niezależnego, malarza, fotografa, autora gablot-kolaży. Wyjeżdżając do Stanów, odciąłem się od Dudiego, od rysunkowych żarcików. W USA zająłem się poważną ilustracją, choć nie pozbawioną humoru czy ironii. Może teraz powinienem rozstać się z rysunkiem, ograniczyć do obrazów. Ale to dla mnie psychicznie niemożliwe. Każde zajęcie, choćby najatrakcyjniejsze, lecz wykonywane stale, zamienia się w udrękę. Monotonia zabija. Nie mogę sobie na to pozwolić – bo żyję.

Ponad dekadę temu wrócił… do szkoły. Chodziło o nieużywany budynek szkolny w miasteczku pod Nowym Jorkiem, gdzie dostał do użytku całe piętro. – Gdyby nie ta szkoła, pewnie nie zacząłbym malować – przyznawał. – Drugie genialne miejsce, to pomieszczenia nad salami wystawowymi na zamku w Reszlu. Tam grasuje jakiś życzliwy artystom duch, wyczarowujący niezwykle twórczą aurę. Pamiętam, że przed wystawą w Reszlu wstąpiły we mnie takie kreatywne moce, że z trudem wyhamowałem produkcję.

No, a jakie miejsce na ziemi najbardziej pasuje państwu Dudzińskim do życia? – Za najbardziej inspirujące miejsce na świecie uważam Nowy Jork, choć zarazem męczy nadaktywnością – zapewniał artysta. – Warszawa jest wygodniejsza, przynajmniej z mojego punku widzenia: wszędzie docieram na piechotę. W dodatku pies ma wybieg w okolicznych parkach i zieleńcach. Gdybym miał dziś wybierać miasto, zastanawiałbym się też nad Londynem, moją pierwszą fascynacją, która nie traci atrakcyjności.

Życie na walizkach

Po raz pierwszy zobaczyłam go pod koniec lat 90. w Galerii Grafiki i Plakatu, gdzie miał wystawę. Tak jak innych, urzekł mnie bezpośredniością. Zero gwiazdorowania. Od pierwszego kontaktu – kumpel. Jasne, to była pewna umiejętność wypracowana w efekcie życiorysowych zmagań. Ale też cecha wyniesiona z miejsca i czasu urodzenia.

Uważał się za dziecko wojny i jej pamięcią był obciążony – bo choć w 1945 roku działania wojenne ustały, strach przed powrotem konfliktu, biedą, głodem, terrorem trwał długo, podsycany komunistyczną propagandą. „Za Gierka” było lepiej, jednak na krótko. Stan wojenny przywołał koszmary stalinizmu i strach przed międzynarodowym konfliktem.

W tym czasie Dudzińscy znajdowali się na bezpiecznym terenie Stanów Zjednoczonych, lecz śledzili wydarzenia w kraju. Właśnie wtedy Andrzej zaczął komentować to, co dzieje się w ojczyźnie, wcielając się w postać niejakiego Jana Kowalskiego. To był bodaj najbardziej publicystyczny cykl w jego dorobku. Kowalski umarł w dniu śmierci Leonida Breżniewa w 1982 roku. A Dudziński znalazł inne powody do artystycznego istnienia… I po transformacji w 1989 osobiście pojawił się w Polsce, a nie tylko za sprawą rozmaitych alter ego.
Wystawa plakatu „Byk i Dudi”, czyli prac Franciszka Starowiejskiego i Andrzeja Dudzińskiego, w Leonarda Art. Gallery w Centrum Praskim Koneser w Warszawie w styczniu 2022 roku. Fot. PAP/Paweł Supernak
Tu moje wspomnienie. Zanim poznałam fizycznie i osobiście Andrzeja Dudzińskiego, miałam kontakty z jego alter ego w postaci niematerialnej, choć wizualnie obecnej w PRL-owskiej rzeczywistości. Chodzi oczywiście o najsłynniejszego polskiego ptaka, który gadał. Nie tyle mówił, co się wymądrzał. Kpił i wychwalał swój ogonek, a raczej czuprynę oraz luzacki styl bycia. Nie tylko mnie uwiódł – każdy chciał jak Dudi olewać rygory, prowadzić żywot niezależny i urozmaicony. No i… nie chodzić do fryzjera. W czasach, gdy ptak Dudi wykluł się z głowy Andrzeja, autor nosił się podobnie, od niestarannej fryzury poczynając, a na wąskich dżinsach kończąc.

Przywołajmy tamte czasy: Dudi debiutował w epoce gierkowskiej, kiedy w Polsce trwał etos „Hair”, hipisów i Zachodu. Autorowi dane było na własnej skórze doświadczyć tego, co dla większości jego pokolenia było marzeniem. Przez dwa lata mieszkał w Londynie (od 1970 do 1972 roku), ale wrócił do Warszawy. Potem zdarzały się kilkumiesięczne wypady do Francji i Holandii, ale bez emigracyjnych konsekwencji. Dopiero zaproszenie do amerykańskiego Aspen (w Colorado) na międzynarodowy spęd grafików sprawiło, że na dłużej wyrwał się z kraju, oczywiście z Magdą. Magda forever. Był rok 1977. Objechali całe Stany, zatrzymali się w Nowym Jorku. Wydawało mu (im) się – Nowy Jork też forever.
        ODWIEDŹ I POLUB NAS     Jednak, gdy wrócili na święta Bożego Narodzenia ’89, zmienili zdanie. W Polsce zaczęło robić się ciekawie. Mieli mieszkanie na Mokotowie – żadne cudo, w bloku – ale nie było problemu z zatrzymywaniem się. Od tej pory „zaczęło cykać”, jak mówi Andrzej. Czas dzielili między dwa miasta: pół roku Warszawa, drugie pół – Nowy Jork. Mając porównanie, Dudi docenił polską publiczność. Pomimo że dopracował się nazwiska znanego w prasie amerykańskiej, publikował latami w „The New York Times”, „Newsweek”, „Vanity Fair”. Ale jednak tu był lepiej rozumiany…

Bunt przeciwko sobie

Kiedy Dudzińscy wrócili do kraju, Polska przechodziła ustrojową i rynkową transformację. I wtedy coś się stało: rysunki satyryczne Dudiego zaczęły przeistaczać się w malarstwo. Tu duża rola Pokraka! Z daleka jego kompozycyjnie mogły wydawać się abstrakcjami. Jakieś nieregularne plamy, chlapnięcia, urywające się kreski. Z bliska oko widza wyłapywało konkrety: figury ludzkopodobne lub pokrakopodobne, postaci jak z dawnych rysunków, lecz bez tekstów i kontekstów.

Te obrazy sprawiały wrażenie radosnych, spontanicznych – zarazem coś w nich niepokoiło. Bo pod maską luzu i humoru kryła się jakaś niechciana, nieprzyjemna prawda o nas, odbiorcach. Ale Andrzejowi Dudzińskiemu nie chodziło tylko o widzów. Chciał dotrzeć do własnych rubieży. Do zakamarków swego jestestwa. Wiedział, co umie – ale z latami to go już nie kręciło. O wiele bardziej frapowała druga strona medalu: czego nie potrafił. Eksperymentował więc z własną niesprawnością – na przykład bierze kredkę czy ołówek w lewą dłoń, żeby uciec od nawyków. Wychodził Pokrak.

Albo taka pasja czy też artystyczny koncept: kolekcjonowanie najbardziej badziewnych odpadów. Paskudnych laleczek Szyszek. Wieszaków. Odklejonych, brudnych, skręconych klejących taśm. Z tego NIC Dudziński robił assemblages'że zamykane w gablotach, jak cenne obiekty. Potem dopełniał ten chaos kleksem farby, chlapnięciem tuszu, koślawą pastelową kreską. Improwizacja, przypadek, gest od niechcenia.
W jego twórczości pojawiły się figury ludzkopodobne. Andrzej Dudziński prezentuje swoją pracę „Krewni i znajomi” prezentowana na wystawie „Zmiana czasu” w 2002 roku. Fot. PAP Andrzej Rybczyński
Do buntowniczych (wobec siebie) przedsięwzięć należą też „Portrety z niepamięci” – rysunki niby-przedstawiające kogoś tam, coś tam, robione z zamkniętymi oczyma. Okazało się – ręka, ramię, organizm mają swoją mądrość. Wychodzi kompozycja pomiędzy abstrakcją a sugestią rzeczy, z figurami w domyśle. Podobna antyreguła przyświecała cyklowi „Dzikiej geometrii”. To była próba całkowitego oderwania się od figuratywności, jakakolwiek by była – wykoślawiona, leworęczna, kreślona na ślepo. Tym razem artysta usiłował wykorzenić z siebie niedoszłego architekta. Dwa lata studiów (dla usatysfakcjonowania ojca-architekta) i pamięć o poczuciu tamtej pomyłki. Do jakich wniosków doprowadziły go te życiowe i artystyczne doświadczenia?

Kiedyś mi powiedział: – Robię syntezę chaosu. W tych kompozycjach zawiera się to, co człowiek wie o kosmosie.

A ja myślę – kosmos jest tu, na ziemi. I Dudi stworzył jego obraz.

– Monika Małkowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Przed rokiem, w styczniu 2022 Andrzej Dudziński wziął udział w spotkaniu na temat wystawy plakatu pt. „Byk i Dudi” w Leonarda Art. Gallery w Centrum Praskim Koneser w Warszawie. Fot. PAP/Paweł Supernak
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Ludwik XV - sybaryta ożeniony z Polką: „Po nas choćby potop”
Jako pierwszy zniknął konny posąg króla w Paryżu. Zastąpiła go gilotyna.
Kultura Poprzednie wydanie
Popkulturowi tropiciele zbrodni
Niektórzy stali się świrami, a reputacja innych zawsze była naganna.
Kultura Poprzednie wydanie
Parszywa dwunastka, czyli oblicza władzy
Z „Żywotów cezarów” znamy anegdotę o kościach, które „zostały rzucone”, czy pieniądzach, które nie śmierdzą.
Kultura wydanie 20.01.2023 – 27.01.2023
Ścierki sióstr wizytek
Malarze bez dłoni, rąk, bez nadziei, zesłani… Obrazy styczniowych powstańców.
Kultura wydanie 6.01.2023 – 13.01.2023
Szaleństwo rozrywki, kremowy ptyś i żywe srebro
Rok 2022 na polskich scenach podsumowuje Piotr Zaremba.