Cywilizacja

Bitwa o Tajwan. Straty USA: 10 tysięcy żołnierzy, dwa zatopione lotniskowce

Prestiżowy amerykański think tank przeprowadził 24 gry wojenne. I nie zawsze obrona wyspy się powiodła, czasem to Chiny zwyciężały.

Gry wojenne, a właściwie lepiej byłoby powiedzieć, symulacje działań wojennych, są chlebem powszednim wojskowych planistów. Budują oni najrozmaitsze scenariusze, zakładające użycie najrozmaitszych rodzajów broni, także broni jądrowej, aby przygotować swoje kraje na wszelkie ewentualności. Od tego są.

Zapewne gdyby zwykli ludzie uzyskali wgląd do tych materiałów byliby przerażeni i przypuszczaliby, że w armiach i ministerstwach zalęgli się najstraszliwsi podżegacze wojenni pracujący w zaciszu gabinetów nad zniszczeniem świata. Dlatego takie symulacje są słusznie trzymane pod kluczem. Cywilni entuzjaści wojny, głównie nastolatki, mogą sobie grać w niezliczone gry strategiczne, które dają im przyjemne złudzenie, że wygrywają, a ogromna większość publiczności nie zdaje sobie sprawy z tego, jak realnie wygląda planowanie militarne. To dobrze.

Co jednak, gdy analiza symulacji wojennych udostępniona zostaje społeczeństwu? Gdy uchylona zostaje zasłona i pozwala nam się zajrzeć do pomieszczenia, które właśnie na chwilę opuścili planiści i analitycy? W którym jeszcze czuje się napięcie po tym, jak konflikt został doprowadzony do końca i pozostało tylko podsumować długie rzędy cyfr, z których każda oznacza czyjeś życie, cóż z tego, że wirtualne skoro w tę grę będzie można zagrać w naprawdę, gdy sprawy potoczą się w nieprzewidzianym kierunku. A co, gdy pokazuje się nam co by się stało, gdyby starły się ze sobą dwie największe potęgi militarne świata, Stany Zjednoczone i Chiny? Jaki jest cel takiego przedsięwzięcia?

Sądzę, że to jedno z ważnych pytań, jakie należałoby postawić po tym, jak renomowany amerykański think tank zajmujący się sprawami bezpieczeństwa, Center for Strategic & International Studies, czyli Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych, opublikował raport o rezultatach 24 symulacji militarnych konfliktu o Tajwan rozpoczynającego się atakiem Chin i wystąpieniem Stanów Zjednoczonych w jego obronie wraz z różnie sformowanymi koalicjami sojuszników.

Gry wojenne

Sformułowanie o „uchyleniu zasłony” jest ścisłe, ale nie oznacza, że raport CSIS pozwolił nam, laikom zajrzeć do gabinetów Pentagonu. Jego autorzy podkreślają, że nie jest on oparty na materiałach niejawnych. To nie jest więc raport dotyczący symulacji zrobionych przez amerykańskich wojskowych. To raport sporządzony przez prywatną fundację, oparty na ogólnie dostępnych źródłach, których jednak w kraju ceniącym sobie zdanie podatników i przekazującym im wiele informacji o tym, za co płacą, jest bardzo dużo. O wiele więcej niż w krajach takich, jak Polska.

Przy tym ta fundacja nie jest zwyczajna. Utworzona została w 1962 roku przez admirała Arleigha Burke’a, którego imieniem jeszcze za jego życia nazwano klasę amerykańskich niszczycieli rakietowych, od zarania służyła jako platforma dostarczająca Kongresowi i administracji informacji i koncepcji związanych z bezpieczeństwem narodowym i polityką zagraniczną. Na jej czele stoi obecnie były podsekretarz obrony, jego poprzednikiem był długoletni senator zajmujący się w Senacie sprawami wojskowymi, a wśród członków rady fundacji znajduje się m.in. były sekretarz handlu, były szef CIA i sekretarz obrony, były doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa, były przewodniczący Izby Reprezentantów, urzędnicy Departamentu Stanu, negocjatorzy międzynarodowych porozumień, generałowie, bankierzy, przemysłowcy i filantropi, czyli ludzie tworzący amerykańskie „deep state”.

W czasie prezentacji raportu panelistami dyskutującymi na jego temat byli dwaj emerytowani wysocy wojskowi dziś aktywni w instytucjach zajmujących się wojskiem i nauką o wojnie. Z pewnością nie wzięliby udziału w imprezie o charakterze „partyzanckim”. Przy wszystkich zapewnieniach o tym, że CSIS jest „niezależne i niepartyjne” trudno sobie wyobrazić, aby było niezależne od amerykańskiej racji stanu i działało jej wbrew.
Ćwiczenia armii Tajwanu w Kaohsiung w styczniu 2023. Fot. Annabelle Chih/Getty Images
Publiczności nie pokazano samych symulacji, ani nie przekazano szczegółowych informacji o tym, jakie były rezultaty każdej z 24 gier wojennych. Nie podano nawet prostego zestawienia, ile gier zakończyło się zwycięstwem Chin, ile prowadziło do sytuacji patowej, a ile wygrała prowadzona przez USA koalicja broniąca Tajwanu. Można się jedynie było dowiedzieć, że obrona wyspy powiodła się w większości przypadków, zaś wygrane Chin były stosunkowo nieliczne. Ale były.

Ważne były straty. W każdej z symulacji wojna o Tajwan kończyła się dotkliwymi stratami wszystkich walczących stron. Największymi po stronie Chin, ale nie to było przedmiotem zmartwień autorów raportu i dyskutujących specjalistów. Były nim straty Ameryki, które średnio zostały określone na około 10 tysięcy poległych żołnierzy i co najmniej dwa atomowe lotniskowce. Uczestnicząca w panelu specjalistka od gier wojennych Becca Wasser zadała dramatyczne pytanie, czy społeczeństwo Stanów Zjednoczonych jest gotowe psychologicznie na tak wielkie straty. Inni zgodzili się z nią i nikt nie miał na podorędziu żadnej dobrej odpowiedzi, która by załatwiała problem. Pytanie zawisło w powietrzu i będzie domagało się publicznej odpowiedzi.

Poziom strat, którego generałowie Władimira Putina nawet by nie zauważyli, przez amerykańskich ekspertów został uznany za poważny. Ostatnim konfliktem zbrojnym, w którym straty armii USA przekroczyły 10 tysięcy była zakończona przed prawie pół wiekiem i trwająca 20 lat wojna w Wietnamie, w której poległo prawie 50 tysięcy ludzi. Tamte straty przeorały świadomość Ameryki i zmieniły jej oblicze. W przypadku wojny o Tajwan 10 tysięcy żołnierzy miałoby polec w ciągu kilku tygodni, co można porównać jedynie ze stratami z II wojny światowej. Jakie to miałoby skutki dla współczesnego amerykańskiego społeczeństwa, które jest nastawione o wiele bardziej pokojowo niż w pierwszych dekadach po wielkiej wojnie?

Drugim ważnym problemem, jaki pokazały symulacje jest to, że bez udziału wojsk Stanów Zjednoczonych i innych sprzymierzeńców (ale to Stany muszą być zwornikiem koalicji), Tajwan zawsze przegrywa. Różnica potencjałów między wyspą o powierzchni zbliżonej do powierzchni Mazowsza, której ludność liczy mniej niż 24 miliony, a kontynentalnym kolosem z ludnością zbliżającą się do półtora miliarda, jest po prostu zbyt wielka. Nawet Ukraina pozostawiona sama sobie miałaby zapewne większe szanse w starciu z Rosją.

Skoro rola USA jest kluczowa, to pojawia się pytanie, w jaki sposób Stany powinny udzielić pomocy. Model ukraiński polegający na dostarczaniu sprzętu i amunicji walczącym wojskom zaatakowanego kraju jest niemożliwy do powtórzenia. Geografia jest nieubłagana: dostawy na wyspę oddaloną od sojuszników o tysiące kilometrów i atakowaną z morza i powietrza są po prostu niewykonalne. Gdy już wojskom chińskim udaje się wylądować i przerzucić dużą liczbę wojsk, przegrana Tajwańczyków jest tylko kwestią czasu. Ta wojna musi się rozegrać na morzu i w powietrzu, aby wyspa mogła się uratować. Tak przynajmniej sugerują symulacje.

Wchodzi więc w grę jedynie zaangażowanie bezpośrednie i to zaangażowanie niezwłoczne. Symulacje bowiem wykazały, że sojusznicy muszą wkroczyć natychmiast, aby zniszczyć flotę inwazyjną. Jakiekolwiek wahanie i opóźnienie sprawia, że Chiny uzyskują zdecydowaną przewagę. A więc prezydent Stanów Zjednoczonych musi już teraz podjąć decyzję, czy bronić Tajwanu. I wojskowi muszą przygotować działania, które będą prostą konsekwencją tej decyzji.

Umierać za Tajpej?

Taiwan w swojej historii padł ofiarą manewru politycznego, który polegał na próbie rozerwania sojuszu komunistycznych Chin ze Związkiem Radzieckim. W tym celu prezydent Jimmy Carter zdecydował się nawiązać w 1979 roku stosunki dyplomatyczne z ChRL, za co ceną było cofnięcie uznania dla Tajwanu. Od tej pory Stany Zjednoczone nie uznawały niepodległości wyspy de iure, ale uznawały ją de facto, utrzymując stosunki poprzez twory nazywające się Instytutami i pełniącymi w rzeczywistości rolę ambasad.

Najemnicy Chin w światowych korporacjach

Chińskie władze starają się jak najsilniej kontrolować społeczeństwo – mówi amerykański generał, znawca Chin.

zobacz więcej
Zapewne w którymś momencie historii to musiało się wydarzyć, bo trudno sobie wyobrazić, aby można było ignorować miliardowy kraj i nazywać Chinami niewielką wyspę leżącą u jego brzegów. Tylko co było zrobić ze społeczeństwem, które nie było jeszcze wówczas oazą demokracji w obecnym rozumieniu tego słowa, ale na pewno było stokroć bardziej wolne niż komunistyczny kolos, w którym właśnie zakończyła się „rewolucja kulturalna”, której ofiarami padły miliony ludzi.

Carter ze swoją ofensywą dotyczącą praw człowieka nie mógł się zgodzić, by dwadzieścia milionów ludzi, obywateli kraju, który wcześniej był sojusznikiem Ameryki, zostało przeniesionych do komunistycznego Gułagu. Straciłby wiarogodność. Udzielił więc wyspie wielu gwarancji, z których bodaj najważniejsza dotyczyła tego, że Stany Zjednoczone nie będą mediować miedzy Pekinem a Tajpej, czytaj: nie zmuszą wyspiarzy do podporządkowania się ChRL. Drugi ważny aspekt gwarancji to sprzedaż broni i współpraca wojskowa.

Nie było tam jednak zobowiązania do obrony Tajwanu. Nie musiało być. Komunistyczne Chiny były wówczas słabe militarnie. Właśnie dostawały solidne lanie od zaprawionych w bojach oddziałów wietnamskich i przeprowadzenie tak skomplikowanej operacji, jak inwazja morska leżało daleko poza granicą ich możliwości.

Tylko po ponad czterdziestu latach sytuacja militarna zmieniła się zasadniczo. Chińskie zbrojenia są zaawansowane, stocznię właśnie opuścić ma trzeci lotniskowiec, który dołączy do ośmiu krążowników rakietowych, 36 niszczycieli, 45 fregat, 50 korwet i 57 okrętów desantowych. Przewaga chińskiego lotnictwa nad tajwańskim jest ponad sześciokrotna, przewaga liczebna armii, która w okresie pokoju liczy ponad milion żołnierzy – jedenastokrotna.

W dodatku Chiny są bardzo zaawansowane w militarnym użyciu sztucznej inteligencji i gwałtownie przyspieszyły rozwój arsenału nuklearnego, który obecnie znajduje się nieco powyżej poziomu arsenałów Francji czy Wielkiej Brytanii, ale ma w ciągu dekady osiągnąć poziom 1500 głowic, co postawi kraj w jednym rzędzie z Rosją i USA. Teraz samodzielna obrona Tajwanu zwyczajnie nie jest możliwa. Potrzeba gwarancji i odstraszania.

Gafy wujaszka Joe

Z pomocą pospieszył mistrz politycznych przejęzyczeń, obecny prezydent Stanów Zjednoczonych Joseph Robinette Biden Jr., czyli Joe, znany ze swoich gaf i przejęzyczeń, które zwykle mają ukryty cel. Naruszył on swoimi wypowiedziami funkcjonującą od ponad 40 lat zasadę tak zwanej „strategic ambiguity”, czyli „strategicznej niepewności”. Polegała ona na tym, że na pytanie o to, czy będzie bronić Tajwanu Ameryka oficjalnie nie odpowiadała ani tak, ani nie.

To milczenie każdy sobie mógł zinterpretować sam. Mieszkańcy wyspy patrząc na sprzedaż broni, współpracę wojskową i gesty polityczne mieli nadzieję na to, że odpowiedź brzmi tak. Chińczycy mogli sądzić inaczej, ale pewności nie mieli tak myśleć. Tymczasem Biden kilkukrotnie w ubiegłym czasie na zadane mu wprost pytanie odpowiedział twierdząco. Za chwilę wszelkiej maści rzecznicy uwijali się, aby udowodnić, że prezydent wcale nie powiedział tego, co powiedział ale wszyscy wiedzieli, że coś się zmieniło. Po ostatniej takiej wypowiedzi w maju zeszłego roku prezydent Tajwanu wyraził wdzięczność, zaś Chiny mówiły o „poważnej szkodzie dla wzajemnych relacji”.

W lecie, po spotkaniu amerykańskiego sekretarza obrony Lloyda Austina z jego chińskim odpowiednikiem Wei Fenghe, tamtejszy oficjalny organ prasowy, wydawany na użytek zagranicy anglojęzyczny Global Times zamieścił specjalny komentarz redakcyjny, w którym powtórzył i sprecyzował, co generał Wei powiedział i co powinien był powiedzieć na ten temat na spotkaniu z Austinem: „Kwestia Tajwanu znajduje się w centrum żywotnych chińskich interesów i stanowi nieprzekraczalną czerwoną linię w stosunkach między USA i ChRL”. Dalej napisano, że jeżeli ktokolwiek będzie usiłował oderwać Tajwan od Chin, to „chińska armia nie zawaha się by walczyć i to walczyć za wszelką cenę”. Trudno jaśniej.
Amerykański niszczyciel rakietowy USS Gravely klasy Arleigh Burke podczas wizyty w Gdyni w 2019 roku. Fot. Michał Fludra/NurPhoto via Getty Images
Biden był po tych wypowiedziach atakowany za to, że wystawia Tajwańczykom czek in blanco, ale wydaje się, że jego gafy były po prostu próbą realizacji koncepcji odstraszania. Czy udaną trudno powiedzieć. Podobnie jak trudno określić jaki skutek odniosło zakończenie przemówienia w Warszawie, gdy powiedział o Putinie, że „taki człowiek nie może dłużej pozostawać na takim stanowisku”.

Dominacja i mikroczipy

Właściwie dlaczego Tajwan jest tak ważny? Dla Chin i dla Ameryki. Co sprawia, że ta stosunkowo niewielka wyspa, na którą schronili się w 1949 roku po przegranej wojnie domowej żołnierze Czang Kai-szeka może teraz stać się powodem konfliktu o niemożliwych do oszacowania skutkach?

Dla Chin sprawa jest prosta: uznają one Taiwan za swoją prowincję i ich władze za cel postawiły sobie zjednoczenie całych Chin. Powinno to nastąpić najpóźniej w stulecie powstania ChRL, czyli do 2049 roku, ale biorąc pod uwagę zaangażowanie osobiste przewodniczącego Xi Jingpinga, który w tym roku skończy 70 lat i chciałby ujrzeć dokończenie projektu jeszcze za swego życia, więc zapewne sporo wcześniej.

A dla Stanów Zjednoczonych? Czemu ich żołnierze mieliby umierać za Tajpej? Powodów jest wiele, ale najważniejsze są dwa. Jeden geostrategiczny. Chiny rzuciły wyzwanie Ameryce i chcą zająć miejsce najważniejszego mocarstwa na świecie: najludniejszego, najbogatszego i najsilniejszego. Ład postzimnowojenny, który opierał się na dominacji Stanów Zjednoczonych chwieje się.

Wielu obserwatorów emocjonuje się tym, kiedy gospodarka chińska prześcignie amerykańską. Według niektórych wskaźników stało się to już, trendy innych pokazują, że nastąpi to jeszcze za kilka lat, ale dokładna data nie jest istotna. Ważne, że ta zmiana jest nieunikniona. Potęga chińska rośnie i nie wydaje się, aby cokolwiek miało ten wzrost powstrzymać.

Za znaczeniem gospodarczym idzie polityczne. Kraje, które obawiają się zdominowania przez Chiny (na razie są to kraje regionu, ale z czasem to grono może się poszerzyć), patrzą na Amerykę jako przeciwwagę. Jeżeli Stany Zjednoczone oddadzą Chinom Tajwan, reputacja USA legnie w gruzach. Kraj znajdzie się w punkcie, w którym nie ma powrotu do poprzedniej sytuacji. Zacznie kroczyć po równi pochyłej prowadzącej do utraty znaczenia. Pax americana, już obecnie kwestionowany, zacznie się definitywnie kończyć. ODWIEDŹ I POLUB NAS Drugi powód jest czysto ekonomiczny i poniekąd dość trywialny: Tajwan jest światową potęgą w produkcji mikroczipów. Wytwarza ich 90%. Zniszczenie jego fabryk, albo co gorsza ich przejęcie przez ChRL, byłoby światową katastrofą. Ponieważ mikroczipy są nieomal we wszystkim, od lodówek i smartfonów po rakiety i samoloty bojowe, świat z dnia na dzień zostałby pozbawiony możliwości masowej produkcji wszystkich urządzeń elektronicznych lub znalazłby się na łasce Chińczyków. Trudno sobie wyobrazić konsekwencje.

Ten drugi powód za kilka lat będzie odczuwalny mniej dotkliwie, bo Stany Zjednoczone (i nie tylko one) gwałtownie inwestują w krajową produkcję mikroczipów, ale ten pierwszy powód będzie trwał. Ameryka jest zdeterminowana, aby utrzymać istniejący porządek światowy i nie zamierza pozwolić Chińczykom go przebudować. To między innymi dlatego inwestuje tak dużo w wojnę na Ukrainie, która osłabia największego sojusznika Chin. Co prawda nie stanęły one otwarcie po stronie Rosji, ale w przypadku jej wygranej z pewnością dążyłyby do dalszego rozwijania ich antyzachodniego sojuszu i nastąpiłby swoisty powrót do sytuacji z czasów bezpośrednio po II wojnie światowej, gdy ZSSR i ChRL stały razem naprzeciw „obozu kapitalistycznego” mając zamiar go zniszczyć.

Odstraszanie i oswajanie

We wrześniu ubiegłego roku Michele A. Flournoy, była podsekretarz obrony w administracji Baracka Obamy i Michael A.Brown, były dyrektor departamentu zajmującego się innowacjami wojskowymi w administracjach Donalda Trumpa i Joe Bidena, opublikowali w „Foreign Affairs” artykuł, w którym pisali, że wyścig zbrojeń w dziedzinie innowacji prowadzony obecnie przez Chiny i Amerykę powinien po roku 2030 doprowadzić do wyraźnej przewagi Ameryki.

Chińska wojna o półprzewodniki. Waży się los światowej gospodarki

Tajwan to rozrusznik cyfrowej cywilizacji. A ryzyko inwazji Pekinu na Tajpej wzrosło do poziomu, którego dotąd nie notowano.

zobacz więcej
W związku z tym w latach 2024-27 przewodniczący Xi może odczuwać pokusę skorzystania z czegoś, co nazwali „okienkiem słabości”, kiedy może mu się wydawać, że będzie w stanie wygrać militarnie. Autorzy wzywali do jak najszybszego zamknięcia tego „okienka” i skoncentrowania się na innowacyjnych systemach bojowych.

Także były premier Australii i uważny obserwator spraw chińskich, Kevin Rudd poważnie traktuje możliwość inwazji na Tajwan i postuluje, aby zarówno Tajpej, jak i Waszyngton budowały skuteczne środki odstraszania, by w chwili, gdy politycznemu kierownictwu Chin przyjdzie do głowy, by zaatakować, kierownictwo wojskowe powiedziało, że wiąże się to ze zbyt dużym ryzykiem. Właściwie żaden z poważnych obserwatorów nie wyklucza konfliktu, a odstraszanie jest w ich analizach słowem-kluczem.

Wydaje się, że raport o grach wojennych wypuszczony w tym tygodniu przez CSIS jest elementem takiego właśnie odstraszania. Ma pokazać Pekinowi, że jego przegrana jest bardzo prawdopodobna, a ewentualne zwycięstwo będzie pyrrusowe i na długo zahamuje rozwój gospodarczy świata, ale przede wszystkim Chin.

Przy okazji jednak, jak wspominałem wcześniej, raport pokazuje ogromne koszty ludzkie i materiałowe dla Stanów Zjednoczonych. Być może w ten sposób ma otworzyć dyskusję nad tym, czy warto te koszty ponieść i w konsekwencji niejako „oswoić” Amerykanów z nadchodzącą wojną. A skoro tak, to także Europejczycy powinni o tym pomyśleć.

– Robert Bogdański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jak rozpoznać rosyjskiego trolla
Rozmawiałem z niektórymi z nich – pisze Piotr Kościński.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
W Kościele Anglii homomałżeństw nie będzie
Są księża żyjący w stałym związku z partnerem tej samej płci. Chcą, by uchylono im nakaz wstrzemięźliwości.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Gdy maszyna podejmuje decyzję za człowieka…
Jedni dzięki elektronice tracą pracę, ale inni zyskują.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Putina do wojny sprowokował Zachód? Meandry polityki realnej
„We are Godzilla” – mówi amerykański politolog o swoim państwie.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
„Msza” z Robloksa: niewinna zabawa czy szyderstwo?
„Artur, przyszykuj kadzidło” – to jedno z najbardziej kultowych haseł stycznia w polskim internecie.