Cywilizacja

Zełenski nie budzi tu entuzjazmu. Żytomierz ukraiński, ale niedaleki od Rosji

Prezydent-komik obwiniał o rozpoczęcie wojny nie Putina, ale władze swojego kraju. Głosił, że wojna jest korzystna dla Kijowa. „Trzeba tylko przestać strzelać” – mówił, jak gdyby to Ukraina była agresorem. Co w tych rejonach wywoływało oburzenie.

Przyznam, że ten tekst miał zrazu prezentować się inaczej, ale najpierw wydarzył się 10 października 2022, potem 15 listopada i kilka zawartych tutaj tez runęło z hukiem. Przede wszystkim ta, że wojna ograniczyła się do działań okołofrontowych. Nie mając z kolei zuchwałości, by określić, w jaki sposób rejterada Rosjan z Chersonia wpłynęła na bieg wypadków w Żytomierzu, ani też by wróżyć, jak wpłynąć może, podchodzę do sprawy, jak gdyby nie miała ona miejsca. I staram się spojrzeć na przemiany w życiu miasta znaczone primo – wybuchem wojny; secundo – wejściem wojny w nową, „energetyczną” fazę.

A ponieważ nie jest do końca jasne, czy charakter tych zmian został przez polskie media wyczerpująco opisany na poziomie ogólnym, na wszelki wypadek warto i tu poczynić kilka uzupełnień. Naprzód jednak, jak nakazuje dobry obyczaj – kilka kresek szkicu, czy też – to lepsze określenie – portretu pamięciowego Żytomierza.

Niejasne skojarzenia

Przez ponad 250 lat poprzedzających I wojnę światową prastary gród nad Teterewem z zadziwiającą konsekwencją odgrywał role przejściowe. Siłą inercji pełnił obowiązki, wtórnie generujące jego rozwój, nie zaś, jak to się zwykle dzieje – na odwrót. Po zajęciu przez Moskwę Lewobrzeża w drugiej połowie XVII wieku aż po II rozbiór Polski był stolicą województwa kijowskiego (sic!), a także – dłużej jeszcze – siedzibą kijowskiego biskupstwa. Po wchłonięciu przez Rosję Katarzyny II został tymczasową siedzibą władz guberni wołyńskiej.

Dowcip polega na tym, że owa przejściowość utrzymała się do końca caratu… Jeśli więc, jak chcą niektórzy, pierwszą siłą tego świata nie jest miłość ani pragnienie władzy, lecz inercja właśnie – Żytomierz tak postawioną tezę skwapliwie potwierdzi.

Dla naszej pamięci historycznej to miejsce kilkuletniego pobytu pisarza Józefa Ignacego Kraszewskiego; rodzinne miasto jednego z najwybitniejszych kompozytorów polskiego romantyzmu Juliusza Zarębskiego, ale nade wszystko miejsce narodzin Jarosława Dąbrowskiego – powstańca roku 1863. Żytomierz to świadek wielkiego wzmożenia patriotycznego przed styczniowym zrywem, a następnie siedziba podporządkowanej Rządowi Narodowemu władzy prowincjonalnej.

Dla Ukraińców to również ojczyzna Dąbrowskiego, choć raczej rewolucjonisty dowodzącego wojskami komuny paryskiej, ponadto miejsce narodzin cieszącego się światowym uznaniem Światosława Richtera oraz – zwłaszcza dla starszego pokolenia – astronauty Serhija Koroliowa (młodsi zapewne wskażą gwiazdę futbolu Rusłana Malinowskiego).

Gród nieuczęszczany przez rodzimych turystów spragnionych nostalgicznych zabytków Lwowa, oszałamiającego blichtru Kijowa, zmysłowego kosmopolityzmu Odessy, magnackich zamków i pałaców zachodniej Ukrainy. A przecież miasto obłastne, tj. wojewódzkie, wielkości Białegostoku. Wreszcie: serce obwodu będącego najliczniejszym ośrodkiem polskości na Ukrainie, w tej kategorii trzykrotnie większym od lwowskiego.

Jakim jest latem, jesienią 2022 oblicze Żytomierza, którego dźwięczna nazwa kołacze nam się po głowach, chociaż są to, jak pisze Zbigniew Herbert „niejasne skojarzenia”, miasta niepasującego do najbardziej ordynarnej, dychotomicznej koncepcji Ukrainy jako kraju złożonego z ukraińskojęzycznego, greckokatolickiego, silnie patriotycznego i rustykalnego zachodu oraz prawosławno-ateistycznego, rosyjskomownego, zsowietyzowanego i industrialnego wschodu?

Miasta w pewnych kategoriach uśrednionego, co najlepiej widać na przykładzie wszechobecnego tutaj surżyka; tradycji kulturowej i językowej z jednej strony posiadającej – jeszcze przed obecną wojną – silne poczucie narodowej tożsamości, z drugiej jednak zdecydowanie mniej religijnej niż na przykład lwowska; w kategoriach osadniczych z kolei będącej syntezą wsi i miasta, wielkoskalowej SMT (selyszcze miskoho typu) – chociaż formalnie takiego statusu nie posiadającej?
Żytomierz na mapie Ukrainy. Fot. Wikimedia
Jakimże jest oblicze Żytomierza nie będącego miastem ani frontowym, ale też i przez pewien czas nie całkiem bezpiecznym (wbrew pozorom były takie): boleśnie kilkakroć zbombardowanego, choć sytuującego się zdecydowanie bliżej życia niż śmierci?

Wojna przyczajona

Z łaski losu między czerwcem a listopadem 2022 udało mi się parokrotnie odwiedzić kawałek zachodniej i centralnej Ukrainy, której okupacja na razie już nie grozi. „Zachodnia i centralna Ukraina” brzmi jak zbiorczy pojemnik, a przecież w kwestii bezpieczeństwa nie można między tamtejszymi miastami stawiać znaku równości ani też, rozpatrując je w izolacji – przykładać na ślepo funkcji constans. Niektóre – te mniejsze i położne na zachodzie, np. Łuck – żyły spokojnie i zniszczeń w nich nie widać, inne, chociażby Winnica, poddawane były terrorowi, ale mówimy tu o działaniach sporadycznych. Potwornych, ale jednak odosobnionych.

Drobna uwaga: w polskich mediach mocno wybrzmiały lipcowe ataki na centra handlowe w Winnicy oraz Krzemieńczuku, i trudno, żeby było inaczej; fakt, iż na cel obrano obiekty niemające nic wspólnego z infrastrukturą wojskową, za to gromadzące licznych cywilów uzmysłowił – mówiąc obrazowo – że Bucza czy Irpień będą się powtarzać bez konieczności okupowania czegokolwiek.

Trzeba jednak pamiętać, że dokładnie w tym samym czasie, to jest w pierwszej połowie lipca '22 inne miasto obłastne, Mikołajów wraz z okolicami atakowane było co najmniej 9 razy. Jeśli dla krótkości okresu liczba ta nie wydaje się nadto przerażająca, przytoczmy, za portalem ukrinform.ua, że stanem na 4 listopada, a więc po ośmiu i pół miesiącach „konfliktu”, naliczono tylko 44 dni bez ostrzału. Duża częstotliwość raketnych udariw sprawiła – podobnie jak to miało miejsce przed 24 lutego w Donbasie – że przestaliśmy je zauważać.

W lipcu 2022 zajeżdżam do Kijowa, wjeżdżając od południa drogą prowadzącą przez Wasylków. Moi ukraińscy rozmówcy dowcipkują hardo, że po odparciu „orków” i wskutek zaangażowania przepotężnych sił Kijów uchodził za najbezpieczniejsze miasto w Europie. Po chwili namysłu dodają: „no, może na Ukrainie”.

Wysiłek czyniony w tym celu widać już na rogatkach, gdzie wojskowi sprawdzają dokument dosłownie każdemu, a także – wyrywkowo, inaczej korek byłby nie do opanowania – prowadzą kontrole inwentarza. Polski paszport wywołuje pewną ciekawość, ale tak, jak zwykle – mówię o moich przypadkach z tą procedurą – jest ona z gatunku tych podszytych zauważalną sympatią. Nie tylko nie wszyscy wzięli nogi za pas, to jeszcze życie toczy się na tyle normalnie, że przyjeżdżają cudzoziemcy i to nie tylko z obowiązku, jak dziennikarze czy politycy.

„Normalność” w tej części kraju rozpryskuje się niczym szkło na drodze wylotowej w stronę Żytomierza. Od razu robi się nieswojo na widok obróconych w zgliszcza domów mieszkalnych, stert pogiętej, potrzaskanej blachy olbrzymich niekiedy centrów handlu i hal magazynowych, zniszczonych ciężkimi walkami w okolicach Makarowa (od 27 lutego do 1 kwietnia).

Prawda o tym, że walki toczyły się tutaj o każdy skrawek zaczyna atakować z całą intensywnością. Zerwane mosty i wiadukty, wybite okna, strzaskane drzewa: niepokój ustępuje miejsca metafizycznemu lękowi – podobnego wrażenia doznałem 10 lat temu, wjeżdżając na Smoleńszczyznę. Czy Rosjanie mają światu do zaoferowania coś innego niż zbrodnię, czyli śmierć?

Ohyda rozproszonego spustoszenia

W stolicy Wołynia lub, jak kto woli, Polesia Wołyńskiego życie płynęło i płynie w miarę spokojnie. Na czym polega owo „w miarę”? Tak jak wszędzie indziej, obowiązuje godzina policyjna (komendancka hodyna), której zakres mimo centralnie wprowadzonego stanu wojennego miasta ustalają niezależnie od siebie – w Żytomierzu trwała ona początkowo między 18:00 a 6:00; stopniowo ograniczana „od dołu”, 26 września została ustalona między północą a piątą rano, co uczyniło ją w praktyce niezauważalną. Ten, kogo mogłaby dotyczyć, czyli lekarz pracujący do późna, taksówkarz na nocnej zmianie, dyplomata objeżdżający cały kraj w najdziwniejszych porach, uzbrojony jest w stosowną przepustkę.

Jak Putin wymyślił ukraiński „projekt anty-Rosja”

Zełenskiemu miał pozostać tylko jeden krok do rzucenia hasła „jeden naród, jeden Führer”.

zobacz więcej
W większym stopniu o wojnie przypominają zniszczenia, chociaż – moja refleksja – można bez żadnego kluczenia zwiedzieć żytomierskie best of bez natykania się na gruzy, kikuty czy pogorzeliska, trzeba tylko wjechać z odpowiedniej strony: nie wbrew logice, ale nietypowo, z biegnącej na północ obwodnicy.

Ohyda spustoszenia skupiona jest w trzech miejscach – jak można się łatwo domyślić, każde z nich, ze względu na moc eksplozji, obejmuje też najbliższą okolicę. I tak, po pierwsze trzeba wskazać lotnisko wojskowe w Ozernym (ok. 2 km na południowy wschód od miasta) wraz z Żytomyrskym Bronetankowym Zawodom ostrzelanymi 24 lutego, a następnie 4 i 9 marca. Wydarzenia 24 lutego – 5:40 rano! – nie powinny nikomu, u kogo pamięć historyczna nie ulega całkowitej atrofii, nie kojarzyć się z bombardowaniem Wielunia… Mocne porównanie? Mocne, ale bynajmniej nie na wyrost.

Drugie skupisko zniszczeń koncentruje się, by tak rzecz, na antypodach Ozernego, w położonym na północnym zachodzie rejonie-dzielnicy Bohunia – to właśnie tędy „klasycznie” wjeżdża się do Żytomierza, przybywając z Polski. Czyniąc tak, po lewej strony mijać będziemy Żytomyrskyj Wijskowyj Instytut imeni S. P. Koroliowa, rodzaj akademii wojskowej, wyspecjalizowanej w szkoleniu specjalistów PPO, czyli obrony przeciwlotniczej. Niemal jednocześnie, po prawej, nasz spokój zburzy 10 – informacja za portalem zhytomyr.info – uszkodzonych budynków mieszkalnych, w których zginęły dwie osoby, trzy zostały ranne.

Do tego dochodzą marcowe uderzenia (z ukr. udary, ew. awiaudary) rozproszone: zakład Izowat we wschodniej części miasta, produkujący materiały izolacyjne, zupełnie zrujnowany akademik przy ul. Czudniwskiej tuż nad malowniczo wijącym się Teterewem i wreszcie: wojewódzkie centrum okołoporodowe – jak wiadomo powszechnie, wzorcowy przykład infrastruktury militarnej. Zupełnie tak jak zbombardowany niedawno szpital położniczy w miejscowości Wilniańsk.

Liczba ofiar śmiertelnych w mieście prawdopodobnie zamyka się w liczbie dziesięciu. O dziesięć za dużo i każda z tych ofiar – nigdy dosyć powtarzania te prostej prawdy – domaga się sprawiedliwości. Trzeba być jednak uczciwym wobec faktu, iż we wspomnianym wyżej Mikołajowie – o którego pamięć nie przestaję się nawiasowo dopominać – stanem na 4 listopada zginęło 149 osób. Biorąc poprawkę na dwukrotnie większą liczbę mieszkańców miasta nad Bohem, liczby te mają się do siebie jak 1:7,5.

Rana w sercu miasta

Czerwiec. Ołena, od wielu lat mieszkanka Żytomierza, prowadzi mnie na plac Koroliowa, miejsce spotkań tutejszej społeczności. Pełniąca rolę głównej drogi wjazdowej od południa ulica Wielka Berdyczowska zbiega się tu z deptakiem na Mychajłowskiej. Co chyba jednak najważniejsze z puntu widzenia organizacji życia zbiorowego, w niewielkim odstępie mieszczą się tu władze municypalne (Żytomyrska Mijśka Rada) i wojewódzkie, zwyczajowo nazywane skrótowcem ODA (Obłasna Derżawna Administracija).

Obchodzimy gmach tych drugich, by zobaczyć Liceum Matematyczne nr 25. Liceum, czyli, podobnie jak przed ostatnią reformą edukacji w Polsce, szkoła powszechna III stopnia, czasami, jak w tym przypadku, wydzielona, niekiedy jednak skupiona w jednym gmachu XI-latki z odpowiednikami podstawówki i gimnazjum. Szkołą nr 25, nieco powyżej swojej nazwy specjalizuje się nie tylko w królowej nauk, ale i dwu innych naukach ścisłych: biologii i chemii. A także w ukrainistyce. Nie jest wykwitem oligarchicznej zrzutki w ramach niepublicznej oferty oświatowej, ale posiada długą tradycję instytucjonalną – powstała w 1919 r., w czasach zmagań o niepodległość URL – i nieco krótszą tradycję topiczną sięgającą, jak objaśnia po drodze Ołena, roku 1970.
Żytomierz 2022. Fot. autora
Tradycja instytucjonalna zapewne przetrwa, topiczna – raczej nie, bowiem wskutek ostrzału 4 marca 2022 z budynku zostało niewiele, zwłaszcza w skrzydle południowym, gdzie przepołowione sale lekcyjne, nie bacząc już na nic, odsłaniają nagość swych wnętrz. Tuż obok, przemieszane z gruzami leżą szczątki pomocy naukowych siłą eksplozji wyrzuconych na zewnątrz. Dwie z nich pozwalają zidentyfikować przedmiot, któremu służyły: ta bardziej poskręcana objaśniwszy w górnym polu ideę procentu, na prostych działaniach ukazywała niżej jego zastosowanie. Bardziej wyprostowana, prawdopodobnie zrobiona z grubszego materiału to tablica z sali biologicznej – widać na niej przedstawicieli psowatych i kotowatych.

Odczytuję tę zbrodnię według najprostszej symboliki. Stwierdzenie, iż współcześni Hunowie zamiast w boskie przykazania, wierzą w Rosję – co pięknie zsyntetyzował Alain Besançon, mówiąc, że Rosja jest kościołem – ma charakter oczywistości. Ileż to jednak razy słyszało się od wszelkiej maści rusofilów albo ludzi zwyczajnie zdezorientowanych, że owszem, owszem, bolszewizm ma na sumieniu to i owo, ale naukę, proszę pana, to oni mają na światowym poziomie, w Kosmos pierwsi polecieli!

Zniszczenie 2783 ukraińskich placówek oświatowych, w tym 337 ze szczętem (dane za portalem saveschools.in.ua) w tym tej, na którą patrzyłem w bezradnym gniewie, w połączeniu z totalistyczną indoktrynacją szkolnictwa krajowego – o czym niedawno pisała chociażby Krystyna Kurczab-Redlich – każe postawić tezę wyrazistą: gdziekolwiek nauka znajdzie się w polu oddziaływania Rosji, tam skazana jest na niebyt niczym literacki działacz Michaił Aleksandrowicz Berlioz w „Mistrzu i Małgorzacie”.

Tragedia Liceum Matematycznego nr 25 może mieć tymczasem drugie dno. Jak twierdzi pan Maksym, Żytomierzanin z 40-letnim stażem, w ataku 4 marca w ogóle nie chodziło o to, by pozbawić młodzież sal lekcyjnych i pomocy naukowych. Trajektoria lotu rakiety – ciągnie wątek – daje asumpt, by sądzić, że jej faktycznym celem była strategicznie istotna Obłasna Derżawna Administracija, po dachach której dosłownie się ześlizgnęła. Powtórna wizja lokalna, jakkolwiek beznadziejnie amatorska, pozwala określić przybliżone miejsce uderzenia i kierunek natarcia pocisku, a tym samym, nie przesądzając o prawdziwości założeń pana Maksyma, pozwala im zachować przywilej najwyższego prawdopodobieństwa.

Dubeltowy ostrzał

Pozostajemy na placu Koroliowa. Gdzie nie spojrzeć, stoją jiżaki (jeże) – metalowe zapory przeciwpancerno-przeciwpiechotne, wykonane ze zgrzewanych kątowników, stawiane na punktach kontrolnych i w innych strategiczne ważnych punktach. Dzięki swej formie, jiżak zyskał w Żytomierzu dodatkowe znaczenie. Jeśli bowiem spojrzeć na takową konstrukcję równolegle do poziomu gruntu, układa się ona w cyryliczne „Ж”, czyli pierwszą literę nazwy miasta (Житомир).

Społeczeństwo stanu wojny nie potrzebuje na co dzień naukowych elaboratów, analiz i raportów. To, czego potrzebuje społeczeństwo dotknięte agresją zagrażającą jego egzystencji to, prócz niezbędnej odwagi, system znaków, ewentualnie kodów kulturowych, zapewniających mu tożsamościową spoistość i bezwzględny ład w przestrzeni symbolicznej. Flaga, hymn, godło, insygnia władzy prezydenckiej, bohaterowie zbiorowej pamięci – wszystko to, do czego narody żyjące w pokoju sięgają od święta – w sytuacji krytycznej stanowi realną treść życia codziennego.

Dzieje się tak zarówno w przestrzeni makro – ona jest tutaj najistotniejsza – jednak podobnie, jak gotyckie kościoły, których ściany podtrzymuje punktowo system szkarp, tak samo gmach ogólnonarodowej konfederacji winien być wspomagany przez wsporniki funkcjonujące na poziomie „medio”.

Doskonały przykład zrozumienia tej potrzeby stanowi opracowany przez Radę Miejską, gęsto obecny w przestrzeni Żytomierza, plakat zawierający dwa proste elementy: hasło zredukowane niemal do zawołania bojowego „Ми захистимо Житомир! Наша сила - в єдності!” (Obronimy Żytomierz! Nasza siła w jedności!) oraz, posługując się językiem francuskiego filozofa i socjologa Émile’a Durkheima, totem stanowiący manifestację zbiorowej świadomości – w tym przypadku znana nam już litera „Ж” wystylizowana na nie w pełni regularny – jak gdyby naprędce klecony – jiżak.

„Morale” nie ma nic wspólnego z „muralami”. Jak mówić i pisać o wojnie

Określenie „wojna Putina” zdejmuje odpowiedzialność z narodu rosyjskiego.

zobacz więcej
Skuteczne z perspektywy gościa wysiłki Rady Miejskiej nie ograniczają się w tej wojnie do walki symboliczno-propagandowej. Pani Oksana opowiada mi, że z braku pieniędzy teraz to już się skończyło, ale w pierwszych tygodniach po 24 lutego 2022 władze poszły mieszkańcom na rękę, biorąc na siebie koszt transportu publicznego – przede wszystkich słynnych w całej przestrzenni postsowieckiej marszrutek i trolejbusów. Złośliwi mówią, że władze powetowały sobie tamten prezent, podnosząc cenę za przejazd marszrutką z 10 do 14 i trolejbusem z 8 do 10 hrywien. Biorąc jednak pod uwagę uśredniony współczynnik inflacji, ok 25%, mowa tu raczej o korekcie, pozwalającej wyjść „na zero”.

Służby miejskie wykazują też dużą sprawność w usuwaniu skutków ostrzału wymierzonego w infrastrukturę energetyczną – problem ten dał znać o sobie z całą mocą po 10 października. Przykładem owej skuteczności niech będzie przypadek dubeltowego ostrzału Żytomierza w dn. 18 tegoż miesiąca, kiedy to rakiety spadły na tutejsze pidstancje kierujące prąd z Chmielnickiego do miasta i w stronę mniejszych ośrodków. Rzecz wydarzyła się ok. 8:40, a już o 10.00 w dystrykcie Koroliowskim zasilanie zostało przywrócone.

Kim jest ten, kto kieruje pracami miotanej falą, lecz nietonącej Rady Miejskiej? To Serhij Suchomłyn, r. 1971, mer Żytomierza od listopada 2015 r., powtórnie wybrany pięć lat później, członek partii samorządowców Propozycija. Jak się wydaje, dobry gospodarz, mający wszelkie szanse na trzecią kadencję. A także – polski akcent – jeden z ojców przedsięwzięcia uwieńczonego odsłonięciem tu tablicy ku czci Lecha Kaczyńskiego w maju 2017 r.

Człowiek, który, jak zaznacza Ołena, w swych adresowanych do wyborców klipach naśladuje Wołodymyra Zełenskiego. Mówi o tym bez złości, ale…

Co z tym Zełenskim?

W sytuacji, w której prezydent staje się kimś więcej niż najwyższy przedstawiciel władzy wykonawczej, czyli z jednej strony naczelnikiem państwa albo, używając bardziej ukraińskiej terminologii, hetmanem Lewo- i Prawo- brzeża, z drugiej dzierżcą sztandaru, pod którym zgromadził się naród, z trzeciej jeszcze – najlepszym obecnie ukraińskim „towarem” eksportowym w wolnym świecie – w tej sytuacji nie sposób nie zadać pytania o to, w jaki sposób mieszkańcy miasta tę postać postrzegają.

Kwestia ta tylko z pozoru ma charakter protokolarny. Nie należy bowiem sądzić, że Zełenski zaskarbił sobie uczucia Ukraińców, tak jak udało mu się to zrobić w Polsce czy Wielkiej Brytanii, a nawet dalej. Nic bardziej mylnego – niechętnie odnosi się do niego zachód kraju, niechętna jest mu inteligencja, w tym ta żytomierska.

Dlaczego nie cierpią go w dawnej Galicji, gdzie w ostatnich wyborach prezydent i kandydat Petro Poroszenko „zrobił” wynik lepszy od średniej krajowej, a nawet lokalnie wygrywał? Odpowiedź na to pytanie jest stosunkowo prosta. Oto oryginalnie rosyjskojęzyczny i słabo mówiący po ukraińsku Zełenski, który do niedawna twierdził, że nie ma znaczenia, pod czyim pomnikiem spotyka się dwoje zakochanych ludzi, przez lata występujący z kabaretowym zespołem Kwartał 95 na scenach za wschodnią granicą, również przed Putinem... Można by tak jeszcze długo, ale tego, co tu powiedziano, dla lwowsko-iwanofrankowskiego patrioty, nawet tego gorzej wykształconego, wystarczy aż nadto. Ot, drugi eksprezydent Wiktor Janukowycz, choć bez kryminalnej przeszłości.

Inteligencja współdzieli te racje, częściowo je uściślając, po czym… dodaje do tego drugie albo i trzecie tyle. O ile bowiem, „człowieka prostego” nie razi fakt, że obecny prezydent, przez większość życia komik, aktor i stand-uper, nie posiada patentu zawodowego polityka, o tyle elity intelektualne są tym faktem głęboko zniesmaczone. I przeciwstawiają mu absolwenta kijowskiej kuźni kadr urzędniczych, biegle władającego angielskim i posiadającego rozeznanie w ojczystej historii Poroszenkę, jednego z liderów pomarańczowej rewolucji, polityka niesiedzącego, w przeciwieństwie do Zełenskiego w kieszeni podejrzanego oligarchy Ihora Kołomojskiego.
ODWIEDŹ I POLUB NAS Taras, inny z moich żytomierskich przyjaciół, obecnie w Polsce, zwraca uwagę na pewien istotny aspekt towarzyszący kampanii wyborczej roku 2019: „Moje obawy nasiliły się jeszcze bardziej, gdy wszystkie rosyjskie kanały telewizyjne i ukraińscy agenci Kremla, którzy uciekli do Rosji po 2014 roku, zaczęli agitować ludzi do głosowania na Zełenskiego. Komik obwiniał o rozpoczęcie wojny nie Putina, ale ukraińskie kierownictwo. Jego hasła, że wojna jest korzystna dla rządu ukraińskiego i że rząd na niej zarabia („handel na krwi”), a także, że wojnę można zatrzymać decyzją władz w Kijowie, „trzeba tylko przestać strzelać” – jak gdyby to Ukraina była agresorem – wywołały we mnie oburzenie”.

Zwracam uwagę, że dla nas jest bohaterem, wytrzymał na stanowisku, nie uciekł do Ameryki, jest świetny medialnie, czego w naszych teleinformatycznych czasach nie sposób przecenić, ma doskonałą prasę na Zachodzie. Tu następuje chwila zastanowienia. Żytomierscy rozmówcy odpowiadają w końcu niechętnie, że teraz dobrze się spisuje, co więcej, zagłosują na niego, jeśli wynik wojny będzie dla Ukrainy pomyślny (o tym, co to oznacza, należałoby napisać osobną rozprawę) albo, jeśli rosyjska agresja do tego czasu się nie skończy, utrzyma bezkompromisową postawę. Zagłosują. Ale miłości nie czuć w tym ni krzty.

Dumne plemię kozackiego rodu

Zasugerowana wcześniej graniczna data 10 października nie sprawiła, że „bezpieczny” Kijów i, do pewnego stopnia, inne duże miasta, stał się nagle miejscem szczególnie niebezpiecznym w skali całej Ukrainy. Raczej, że stał się jednym z najbardziej dysfunkcyjnych. Wielogodzinne przerwy w dostawach prądu dla znacznej liczby mieszkańców – w szczytowym momencie mówiło się, że pośród dwumilionowej społeczności 60-65% zostało trwale pozbawionych energii elektrycznej – w niewielkim tylko stopniu łagodzone są obecnością przenośnych generatorów czy powerbanków.

Brak prądu to brak Internetu i sieci komórkowej, które przecież nie biorą się z powietrza, a bez których trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie w dzisiejszym świecie. Chcę być dobrze zrozumiany, wciąż można zginąć wskutek ostrzału, ten jednak skoncentrowany jest na elektrycznych stancjach i pidstancjach.

Podobnie, choć ze względu na ograniczone znaczenie operacyjne w odpowiednio mniejszej skali, dysfunkcyjny bywa Żytomierz. Bywa, a nie jest. To zasadnicza różnica.

Największą obecnie bolączką mieszkańców miasta, z którego pochodzą Dąbrowski i Richter, poza szeroko komentowanymi przerwami w dostawie prądu i wody, są rosnące ceny. Trzeba to dobrze rozumieć. Inflacja w Polsce dobija do 20%, na Ukrainie – powtórzmy – do 25%. Przy czym – kluczowy czynnik – nasze pensje nieznacznie się podnoszą albo stoją, ale się nie kurczą. Tam są nagminnie obcinane.

– Ołena mówi, że przy zmniejszonych o 20% zarobkach i drożyźnie trzeba rezygnować z kolejnych rzeczy. „200 hrywien na 2-3 dniowe zakupy? Zapomnij, to są realia, które pamiętasz sprzed Majdanu”. Proza życia? Zapewne. Należy jednak pamiętać, choć zabrzmi to niemal bluźnierczo, że w kategoriach absolutnych egzystencja zawsze poprzedza esencję, „taki mamy klimat”. Próg bólu może być rozmaicie ustawiony, ale w królestwie z tego świata z materii wyzwolić się nie sposób.

Jednak mimo wszystkich nieszczęść, zbrodni i krzywd, mimo perspektywy potężnych mrozów, pustoszejących zapasów i nowych bombardowań Ukraina, ten żołnierz w bitewnym szale, kroczy naprzód, odbiera, co swoje. Świeże rany nie nadwyrężają, lecz przysparzają jej ducha. Oto dumne plemię kozackiego rodu; duchem wolni i ciałem bohaterowie wierszy narodowego poety Ukrainy Tarasa Szewczenki; cyborgi.

– Dominik Szczęsny-Kostanecki

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jak rozpoznać rosyjskiego trolla
Rozmawiałem z niektórymi z nich – pisze Piotr Kościński.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
W Kościele Anglii homomałżeństw nie będzie
Są księża żyjący w stałym związku z partnerem tej samej płci. Chcą, by uchylono im nakaz wstrzemięźliwości.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Gdy maszyna podejmuje decyzję za człowieka…
Jedni dzięki elektronice tracą pracę, ale inni zyskują.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Putina do wojny sprowokował Zachód? Meandry polityki realnej
„We are Godzilla” – mówi amerykański politolog o swoim państwie.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
„Msza” z Robloksa: niewinna zabawa czy szyderstwo?
„Artur, przyszykuj kadzidło” – to jedno z najbardziej kultowych haseł stycznia w polskim internecie.