Cywilizacja

Nieszczęście jest w aktówkach eurokratów. Plan całkowitej likwidacji prywatnej własności aut

Ideolodzy Unii Europejskiej przygotowali raport, w którym twierdzą, że mieszkańcy Europy powinni w ogóle zrezygnować ze swoich samochodów. Zamiast tego mają jeździć rowerami, chodzić piechotą lub korzystać z transportu publicznego.

Tak sobie myślę
że nie w magazynkach
ale w tych teczkach
aktówkach
i neseserach
oni niosą
całe nasze nieszczęście


– Sgt. Pepper, „29 wierszy doraźnych”, wyd. własne autora, Warszawa 1982

Czytając wiosną roku stanu wojennego ten króciutki biały wiersz miałem przed oczami mordziastych aparatczyków z nalanymi twarzami zsiadłymi na plenach i egzekutywach, których fotografie z namaszczeniem publikowała „Trybuna Ludu” przy okazji kolejnych zjazdów Partii i myślałem, że trudno się dziwić, że to właśnie w Polsce w czasach władania komunizmu powstał turpizm.

Odczuwałem do tych gąb szczerą niechęć. Ich oblicza doskonale się nadawały do tego, aby personifikować istotę systemu, w którym zanurzaliśmy się wszyscy bez żadnej nadziei. W mojej ówczesnej sytuacji i w moim ówczesnym wieku uczucie takie było całkowicie zrozumiałe, ale ta personifikacja była rzecz jasna ślepą uliczką.

Miałem oczywiście dobrych nauczycieli. Leopold Tyrmand choćby napisał w swoim „Dzienniku” o Edwardzie Ochabie [pochodzący z chłopskiej rodziny działacz komunistyczny, przed II wojną światową członek KPP, w PRL m.in. I sekretarz PZPR i przewodniczący Rady Państwa – red.], że jego fizys zdradzała „związki z handlem wieprzowiną”, a o działaczach literackich pisał, że byli ludźmi „o powierzchowności przydrożnych kamieni”. Celnie.

Ale Sgt. Pepper też celnie zauważał, że nie w twarzach rzecz. Zawartość teczek i aktówek. Oto co się liczyło. Dokumenty, plany, zamysły, referaty. Słowa. Choćby wypowiadane przez miłych i pełnych ogłady.

Usiądźmy razem po turecku

Spójrzmy na to sympatyczne zdjęcie. Ursula von der Leyen siedzi po turecku w kręgu utworzonym wspólnie z podobnie siedzącymi młodymi ludźmi, którzy dyskutują z nią zapewne o jakichś ważnych sprawach. O sprawach Unii, Europy, przyszłości rodzaju ludzkiego, czy planety. Nie sposób sobie wyobrazić, że przewodnicząca Komisji Europejskiej mogłaby rozmawiać o czymś błahym, prawda?
Fot. printscreen/ https://www.epc.eu/en/Publications/A-new-generation-of-European-Citizens-Panels~4b959c
Wszyscy siedzący mają na twarzach maseczki, więc nie widać mimiki, ale można ją sobie doskonale wyobrazić. Na obliczach młodych maluje się z pewnością przejęcie wynikające z poczucia sprawczości, które wynika z ich zrównania z przedstawicielką władzy. Siedzą razem! Na tej samej wykładzinie!

Twarz von der Leyen jest zapewne spokojna, zrównoważona, choć pod maseczką może sobie ona pozwolić na lekki lekceważący uśmiech. Nie przybiera go jednak, bo nie chce ani na moment stracić kontroli. Przecież siedzi z nimi razem! Na tej samej wykładzinie! A to zawsze rodzi sytuacje wymagające rozwagi i dystansu.

Zdjęcie można zobaczyć dzięki służbom prasowym Unii Europejskiej, a zostało rozpowszechnione zapewne w prostodusznym przekonaniu, że należy zapewniać obywatelom Unii, zwłaszcza młodym, poczucie współuczestniczenia w politycznym życiu tego wielkiego, imperialnego organizmu. A może ten zamiar nie był jednak aż tak prostoduszny?

Przewodnicząca Unii Europejskiej nie jest pięknością, ale estetyka jej postaci znajduje się o lata świetlne od komunistycznych aparatczyków. O Evie Kaili, jej koleżance chwilowo znajdującej się w miejscu uniemożliwiającym wspólne zasiadanie w kręgu młodych mieszkańców Unii [Kaili wywodziła się z lewicowej partii PASOK, była grecką wiceprzewodniczącą Parlamentu Europejskiego w 2022 roku, do momentu aresztowania jej i oskarżenia o korupcję – red.], można już swobodnie powiedzieć, że jest piękną kobietą. Nie w estetyce więc rzecz.

Co znajduje się w ich teczkach i aktówkach? Co będą nam chciały przekazać, gdy zechcą usiąść z nami w kręgu po turecku? Inaczej mówiąc: jaka jest przyszłość demokracji naszego świata tak, jak ją widzą współcześni aparatczycy?

Oczywiście Ursula von der Leyen, jak wspomniałem wyżej, musi zachować kontrolę to oczywiste, więc nie może mówić zbyt otwarcie, ale nieco światła rzucają tu dokumenty europejskich think tanków. Zwłaszcza tych najważniejszych, które posiadają w swoich gremiach doradczych byłych i obecnych polityków najwyższego szczebla i finansowane przez rządy i unijne dyrektoriaty.

A już najlepiej, gdy łączą one siły z innymi. Wówczas ich rekomendacje nabierają jakby nowego blasku, nowej siły perswazji. Ciekawym zjawiskiem jest także to, że rekomendacje mogą dotyczyć spraw pozornie odległych, ale można w nich znaleźć fragmenty pokazujące elementy projektowanego uniwersum. Ot, taki świat w kropli wody.

Ludzie bez ust nie krzyczą

Tak jest w opublikowanym późną jesienią ubiegłego roku raporcie „Sprawiedliwa energia dla wszystkich – jak do tego dojść?”, jaki powstał staraniem wielu czołowych europejskich think tanków z renomowanym European Policy Center na czele. We władzach tego ostatniego znajduje się były szef Komisji Europejskiej Herman van Rompuy, co już samo w sobie powinno świadczyć o powadze przedsięwzięcia.
Herman van Rompuy. Fot. POOL CHRISTOPHE LICOPPE/Belga Ne / ddp images / Forum
Raport jest pasjonujący choćby z tego względu, że odsłania prawdziwe cele związane z transportem i przyszłością rynku samochodowego. Wszystkim się wydaje, że Unia Europejska dąży do elektromobilności, czyli do tego, aby wszystkie samochody spalinowe zamienić na elektryczne. Raport jednak nie pozostawia w tym względzie wątpliwości: „Nie jest dla nas rozwiązaniem, aby każdy posiadał elektryczny samochód, bo nie jesteśmy w stanie tylu wyprodukować”.

Cytat ten, wybity w ramce, pochodzi od jednego z „wrażliwych” obywateli biorących udział w badaniach, jakie doprowadziły do wydania raportu (to dziwnie użyte słowo jest tłumaczeniem angielskiego „vulnerable”, które autorzy rekomendują używać w miejsce określenia „ubogi”, rzekomo „stygmatyzującego”. Nie ma na to jeszcze dobrego polskiego tłumaczenia, ale z pewnością ktoś już nad nim pracuje.)

Prawdziwym celem nie jest więc zamiana jednych prywatnych samochodów na drugie, bardziej ekologiczne, tylko po prostu całkowita likwidacja prywatnej własności samochodów: „Przejście na samochody elektryczne nie wystarczy” - piszą autorzy raportu – „trzeba jasno powiedzieć, że ludzie będą musieli zrezygnować z prywatnych samochodów, jeździć rowerem, chodzić, używać aut wspólnie, jeździć transportem publicznym itp”.

Rzecz jasna taka zmiana nie dokona się łatwo, administracyjnie wymusić się jej nie da, choć tak pewnie byłoby najlepiej, więc trzeba będzie dokonać zmiany kulturowej. Niech ludzie po prostu nie chcą mieć auta i już. Da się zrobić!

Jak? Na początek pada propozycja zakazu reklamowania samochodów. Skończy się to bezkarne odwoływanie się do poczucia wolności i obłudne pokazywanie, jak bardzo dbają o planetę nabywcy elektryków! Dość już epatowania obrazami rodzin bezwstydnie pakujących do przestronnych wnętrz dobytek na cały urlop wraz z psami bez kagańców. Dzieci rozwalających się bezczelnie i wrzeszczących na tylnych siedzeniach.

Żeby pojąć tę ideę wystarczy rzucić okiem na grafiki przedstawiające ludzi przyszłości zaludniających ikonosferę podobnych raportów. Te postaci nie mają oczu, a zwykle nie mają też ust. Więc na pewno nie krzyczą.

Nie obędzie się też bez wyrzeczeń ze strony najwyższego kierownictwa. Ursula von der Leyen i Eva Kaili (ta druga, jak tylko opuści zakład penitencjarny) będą musiały wraz z Franzem Timmermansem i Charlesem Michelem poświecić nieco przykładem. Drugi punkt mówiący o zmianie kulturowej przewiduje bowiem, że „liderzy polityczni powinni jeździć autobusami lub rowerami, aby dać przykład”. Na szczęście zdanie zawiera wtrącenie „gdzie to możliwe”, więc rysuje się jakieś pole kompromisu i perspektywa polubownego załatwienia sprawy.

Trzeciego punktu nie ma, zmiana kulturowa będzie więc na razie musiała być opędzona zakazem reklamy i okazjonalnym widokiem władzy na rowerze. Czy to wystarczy wolno wątpić, ale od czegoś trzeba zacząć…

Losowa demokracja

Cóż to jednak ma wspólnego z demokracją, wspomnianą powyżej? Wbrew pozorom wiele. Raport zawiera niewielki, ale ważki fragment dotyczący tego, jak w proces zmian „zaangażować europejskich obywateli” (zauważmy na marginesie, że istnienie „europejskich obywateli” autorzy uznają za tak oczywiste, że niewymagające wyjaśnień).

Albo dzieci, albo ekologia. Jeden nastolatek mniej to ulga dla Ziemi

Decyzja, by ograniczyć potomstwo nabiera wagi tym większej, jeśli podejmują ją osoby opromienione blaskiem korony. Książę Harry też nie zamierza mieć więcej niż dwójkę dzieci, bo boi się o dobro planety.

zobacz więcej
Oczywiście obywatele, zanim stają się europejscy, zorganizowani są na zasadzie etnicznej, więc kluczowe jest tu jednak wyłonienie „narodowych zgromadzeń” obejmujących „losowo wyselekcjonowanych obywateli”, których działalność wzmocni „polityczną ambitność poważnych zmian, zaufanie do nich oraz ich społeczną akceptację”.

„Losowo wybrane zgromadzenia” mają więc działać w dół, transmitując wytyczne, ale – jak się za chwilę okazuje – także w górę, zobowiązując władze do wprowadzania tychże w życie. Następny punkt brzmi bowiem tak: „Wnioski zgromadzeń obywateli powinny być wiążące dla rządów”.

Co prawda za chwilę dokument uspokajająco stwierdza, że nie każda propozycja musi być od razu wprowadzona w życie, ale pojawia się niepokojące napięcie co do tego, jakież to propozycje będą wprowadzane, a jakie nie i kto będzie o tym decydował. Fascynujący problem, prawda?

Wiemy już, że „losowe zgromadzenia” będą pełniły rolę pasów transmisyjnych poruszających się to w górę, to w dół, dostarczając rządom decyzji, a rządzonym przekazując, co należy zaakceptować. Czy będą także podejmowały te decyzje? Wolno wątpić. Losowo wybrani obywatele będą czerpać niewątpliwą satysfakcję z tego, że usiedli po turecku w tym samym kręgu, co wielcy tego świata.

Jednak za następnym razem mogą przecież nie zostać wylosowani. To naturalne. I ich miejsce zajmą inni demokratycznie wylosowani obywatele, którzy znowu dostąpią zaszczytu siedzenia po turecku na tych samych wykładzinach, na jakich siedzieli ich poprzednicy. I tak wspólnie zmierzać będziemy ku postępowi.

Dopełnieniem idei „losowej demokracji” jest pomysł, aby „obywatele Unii Europejskiej” prowadzili swoje rozważania na tematy kluczowych rozwiązań legislacyjnych na poziomie wspólnotowym. Wszystko to oczywiście po to, aby zapewnić „wrażliwym obywatelom” głos w dotyczących ich kwestiach. ODWIEDŹ I POLUB NAS Te debaty obejmowałyby poziom lokalny, narodowy i ponadnarodowy. Na tych wszystkich poziomach organizowane by były „losowe demokratyczne zgromadzenia”, zapewne z algorytmem losowania wspierającym większą reprezentację „wrażliwych”, co rzecz jasna zapisane w dokumencie nie jest, ale po pierwsze „sapienti sat”, a po drugie jakoś przecież trzeba tę reprezentację osiągnąć, a co jak co, ale akurat algorytmy doskonale się do tego nadają.

Autorzy tego dość na pierwszy rzut oka niewinnie wyglądającego raportu o pewnej życiowej konieczności, jaką wydaje się być transformacja energetyczna, którą opatrzyli dobrze brzmiącymi przymiotnikami, z których słowo sprawiedliwy nie jest odmieniane przez wszystkie przypadki tylko dlatego, że w języku angielskim ich nie ma, przy okazji swoich rozważań zaprezentowali pewien specyficzny sposób rozumienia demokracji. Sposób, którego występowanie warto będzie obserwować w oficjalnych dokumentach i wypowiedziach. I to wydaje się w raporcie najważniejsze (choć posiadacze prywatnych samochodów mogą mieć na ten temat inne zdanie).

Przyszłość Europy?

Nie sądźmy oczywiście, że ten sposób funkcjonowania demokracji, którą pozwoliłem sobie nazwać „demokracją losową” wymyślili autorzy tego właśnie raportu. Oczywiście nie! Oni jedynie zdecydowali się tę ideę zastosować (aż pióro rwie się, by napisać – implementować…) w konkretnym przypadku.

Sam pomysł został puszczony w obieg i przetestowany przy okazji zakończonej w ubiegłym roku Konferencji na temat przyszłości Europy. Wszyscy już o niej pewnie zapomnieli, ale niesłusznie. Jej dziedzictwo ujawnia się bowiem w dokumentach takich, jak opisywany wyżej raport o transformacji energetycznej.

Konferencja trwała rok, zakończyła się zeszłego lata i została medialnie zabita najpierw przez pandemię, a następnie przez rosyjską agresję na Ukrainę, jednak gdyby nie te wydarzenia, których autorzy koncepcji Konferencji nie byli w stanie przewidzieć, bylibyśmy teraz w zupełnie innym punkcie rozwoju „demokracji losowej”.
Jak nakłonić Europejczyków do rezygnacji z prywatnych aut? Idea jest prosta, wystarczy rzucić okiem na grafiki przedstawiające ludzi przyszłości zaludniających ikonosferę podobnych raportów. Te postaci zwykle nie mają ust. Więc na pewno nie będą protestować. Ilustracja (fragment): https://fair-energy-transition.eu
Zasadniczym elementem Konferencji było powołanie czterech paneli składających się każdy z 200 losowo wybranych obywateli wszystkich 27 państw Unii Europejskiej z takim jednak wyrachowaniem, aby trzecia część to byli ludzie w wieku od 16 do 25 lat i aby ich płeć, status materialny, miejsca zamieszkania, wykształcenie i inne cechy jak najlepiej odzwierciedlały różnorodność całej Unii. Tęgi algorytm musiał tym zawiadywać…

Ludzie ci spotykali się następnie realnie i wirtualnie, dyskutując nad problemami zgromadzonymi w czterech grupach tematycznych, a nad wszystkim czuwali przedstawiciele trzech europejskich instytucji: Parlamentu, Komisji i aktualnej prezydencji, w tym przypadku francuskiej, bo prezydent Emmanuel Macron bardzo chciał odnieść sukces. Najbardziej znaną postacią był w tym gronie Guy Verhofstadt i on to zapewne w ostatecznym rachunku decydował o tym, w jakim kierunku mają się poruszać idee dyskutowane przez siedzących po turecku obywateli.

Manipulowanie wynikami obywatelskich deliberacji było w tym układzie niezwykle łatwe i nie wymagało przesadnej ingerencji. Wszak w dyskutujących grupach znajdowali się ludzie nie znający się nawzajem, nie połączeni w żaden sposób więzami ideowymi, które pozwalałyby budować im wspólny front wokół jakichś pomysłów, w dodatku mówiący wieloma językami i działający pod presją czasu, co potęgował jeszcze fakt, że większość z tych ludzi normalnie pracowała zawodowo.

Dlatego nie było trudno osiągnąć „obywatelskie porozumienie” na temat choćby poszerzenia zakresu spraw, jakie podlegałyby głosowaniu większościowemu na forum Unii, zwiększenia zakresu mechanizmu warunkowości przy udzielaniu dofinansowania, ustanowienia instytucji wiążącego referendum ogólnounijnego, czy powrotu do pomysłu unijnej konstytucji.

Generalnie rzecz biorąc nad wnioskami z Konferencji unosił się duch jednolitego europejskiego państwa. To, że Guy Verhofstadt i inni politycy zarządzający Konferencją są zwolennikami takich akurat zmian jest czystym przypadkiem, i w żaden rzecz jasna sposób nie wpłynęło na wyniki prac losowo wybranych obywateli. Wątpić w to byłoby obrazą dla demokracji, która dzięki konferencji wzniosła się na wyższy poziom.

No i jeszcze jedno: obywatele zaproponowali, aby powołać takie losowane ciała obywatelskie już na stałe i aby ich wnioski były wiążące dla instytucji unijnych. Jak się więc okazuje autorzy raportu o sprawiedliwej energetycznej transformacji niczego nie wymyślili, tylko pilnie studiowali dokumenty. A że akurat te pomysły wydały im się szczególnie przydatne? No cóż. Ja osobiście się nie dziwię. A Państwo?

– Robert Bogdański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jak rozpoznać rosyjskiego trolla
Rozmawiałem z niektórymi z nich – pisze Piotr Kościński.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
W Kościele Anglii homomałżeństw nie będzie
Są księża żyjący w stałym związku z partnerem tej samej płci. Chcą, by uchylono im nakaz wstrzemięźliwości.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Gdy maszyna podejmuje decyzję za człowieka…
Jedni dzięki elektronice tracą pracę, ale inni zyskują.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Putina do wojny sprowokował Zachód? Meandry polityki realnej
„We are Godzilla” – mówi amerykański politolog o swoim państwie.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
„Msza” z Robloksa: niewinna zabawa czy szyderstwo?
„Artur, przyszykuj kadzidło” – to jedno z najbardziej kultowych haseł stycznia w polskim internecie.