Rozmowy

Większość Polaków ma chłopskie korzenie. Tymczasem pokutuje w nas mit pozornego awansu społecznego

To, co istotne w dziejach polskiego chłopstwa, to symbioza lokalna. Źródłem archiwalnym, które na to wskazuje były i są księgi parafialne. To w nich zapisani są świadkowie ślubów czy rodzice chrzestni. Nierzadko dziecko chłopskie trzymał do chrztu szlachcic. Gdyby te dwa światy nie miały ze sobą pozytywnych relacji, to czy dziedzic by się na to zgodził? – pyta dr hab. Mateusz Wyżga, historyk.

TYGODNIK TVP: We wstępie do swojej książki „Chłopstwo. Historia bez krawata” snuje pan wizję wsi z 2150 roku: „na sine kapuściska wytoczyły się drony rolnicze pomrukujące silnikami atomowymi”, „dron zbiera mackami obrobione warzywa”, a „trzy drony-wrony przelatują obok kapliczki z drewnianym świątkiem, przed którym poruszały się hologramy ludzi ubranych w odświętne szaty”. Czy tak będzie wyglądała wieś przyszłości? Gdzie nowoczesność będzie nawiązywać do tradycji?

MATEUSZ WYŻGA:
Ten wstęp to rzeczywiście takie trochę zaproszenie do przyszłości. A przyszłość, czy tego chcemy, czy nie, będzie się pisać i być może będzie bardzo nowoczesna, ale w tej mojej wizji najważniejszy element, czyli człowiek, wciąż jest obecny. W mojej wyobraźni wieś przyszłości przybiera postać „pozytywnego Beksińskiego”. Nie widać spalin, kominów, jesteśmy zintegrowani z ziemią, przyrodą. Tak jak to robił człowiek pierwotny, który miał czas, żeby powąchać zioła, zintegrować się z otoczeniem, szukać miejsc pełnych ziemskiej energii czy znajdować boskie istoty. Życzyłbym sobie i nam wszystkim właśnie takiego życia, zadowolenia. Mam ogromną nadzieję i wierzę w to, że to nasze życie w czasie przemian, to, co wymyśliliśmy i stworzyliśmy z sukcesem, do tego wykorzystamy.

Skąd w historyku wzięła się pasja do badania wsi i jej dziejów?

Gdy miałem 23 lata, zostałem sołtysem rodzinnej wsi Dziekanowice w gminie Zielonki. W wieku 40 lat objąłem stanowisko profesora na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Jestem więc dzieckiem wsi i jak pani wspomniała historykiem, dlatego część duszy oddałem przyrodzie, rolnictwu i społecznictwu, drugą – dociekliwości badawczej. Te moje pasje połączyła historia lokalna, czyli przeszłość najbliższej okolicy oraz chęć zgłębienia dziejów mojej chłopskiej rodziny. Regionalizm i genealogia rodzinna okazały się dla mnie wytrychem, którym otworzyłem wrota do dziejów chłopów, popularnego ostatnio zagadnienia. Udało mi się tej wsi doświadczać od środka i na wielu płaszczyznach, a z drugiej strony patrzeć na nią z perspektywy naukowej.

Jaka w takim razie jest historia polskich chłopów?

To przede wszystkim historia bardzo niedoceniana, wciąż nie pisana na nowo. A szkoda, bo źródeł jest bardzo dużo. Los chłopów polskich zasługuje na świeże spojrzenie, kompletną opowieść, przystępną dla każdego. Być może trudno w to uwierzyć, ale to historia bardzo kolorowa, wieloznaczna. Chłopi byli najliczniejszą grupą zamieszkującą polskie tereny. Mieszkali w różnych regionach i integracja z innymi środowiskami, w różnych miejscach sprawiała, że powstawały chociażby miasta.

Owszem, ich życie podlegało ciągłym negocjacjom, nakazom i zakazom czy dla części z nich funkcjonowaniu w poddaństwie, ale gdyby nie chłopi to takie miasta jak Kraków musielibyśmy nazywać „wsią”. Powód? Gdyby nie chłopi, to miasta by się nie powiększały. Tylko migracje zapewniały to, że miasta się rozrastały demograficznie. Nawet w czasach pańszczyzny i poddaństwa czy przy niskim zaludnieniu ręce chłopa były na wagę złota. Szlachta, duchowieństwo, mieszczaństwo dwoiło się i troiło, jak zatrzymać chłopów jako pracowników. Nie tyle groźbą, prośbą, ile negocjacjami.

Wydaje nam się, że chłopstwo nie miało swoich praw, a ich byt opierał się na swego rodzaju niewolnictwie. Nie jest to prawdą i to właśnie chcę pokazać w swojej książce. Poza tym i chłopstwo, i wieś to nasza tożsamość lokalna i narodowa. Nasza duma – obecnie w postaci niemal 40 tysięcy wsi.

Historia chłopstwa jest też dla mnie historią wiejskiej codzienności, tradycji i zwyczajów mało podatnych na prądy cywilizacyjne i kulturowe. W tym świecie czas odmierzał ruch słońca czy pianie koguta, rządził tu niepodzielny czas rolniczy – zima, wiosna, lato zakończone jesiennym zbiorem plonów. Mówię o tym, bo tego wszystkiego poszukuje zdyszany współczesny świat. Szukamy spokoju, terapii naturą, szwedzkiego hygge, chcemy żyć w stylu slow life, a przez wiele lat zatracaliśmy to w czasach wioski globalnej, w pogoni za wspomnianymi nowinkami technologii jak smartfony, drony czy inne udogodnienia.
Obraz pędzla Włodzimierza Tetmajera z 1905 „Dorobek” („Rodzina artysty”). Tetmajer poślubił bronowicką chłopkę Annę Mikołajczykównę. Mieli ośmioro dzieci. Fot. mnk.pl/ Wikimedia
Czy prawdą jest, że każdy z nas ma korzenie chłopskie?

Najczęściej są to korzenie chłopskie, ale i mieszane – ze szlachtą oraz z mieszczaństwem, choć szlachta mocno pilnowała swoich granic „genetycznych” i genealogicznych z racji różnic stanowych. Prawda jest jednak taka, że większość obecnych mieszkańców Polski ma korzenie właśnie chłopskie. Wystarczy popatrzeć na nazwiska zakończone na „-ski”, które nie tyle są pochodzenia szlacheckiego, ile wzięły się od miejscowości, z których pochodzili ludzie je noszący, od wsi czy miasteczek. To był już swego rodzaju awans, którego kmiecie nie potrzebowali. Oni świetnie realizowali się w swojej przestrzeni chłopskiej. Trzeba pamiętać, że miasta odgrywały rolę suplementarną wobec wsi – producenta i dostawcy żywności oraz surowców. Setki miasteczek były niejako zwornikami lokalnych rynków. Tych dużych miast było kilka – Warszawa, Kraków, Gdańsk, cała reszta to były miasteczka zatopione w swoich mikroregionach kilku, a nawet kilkunastu okolicznych wsi.

Szlachta nie tylko korzystała z usług chłopów, ale sama bardzo lubiła wieś. Dobrze było mieć kamienicę w mieście na czas sejmików, ale i wśród tej warstwy społecznej te duże metropolie uważane były za „wymieralnie”, w których ogniskowały się zarazy i nieszczęścia. Dworki na wsi to były miejsca, w których szlachta chciała spędzać większość czasu.

Skąd się wzięła warstwa chłopska?

Chłopi udomowili się dzięki zbożu, a proces ten rozpoczął się na naszych ziemiach 7-8 tysięcy lat temu. Mówiąc „chłopi”, mamy na myśli „drobnych producentów rolnych pracujących w samodzielnych gospodarstwach” i zamieszkujących wsie. Rzeczywistość historyczna bywała różna, dlatego też w grupie chłopów trzeba wyróżnić bezrolnych mieszkańców wsi zatrudnionych w rolnictwie. Na późniejszych ziemiach polskich gospodarstwa chłopskie pojawiły się mniej więcej w V wieku po Chrystusie. Chłopi w rozumieniu kategorii społecznej obecni byli na ziemiach polskich wcześniej niż poddaństwo. Z kolei ludność niewolnicza była nabywana przez bogatsze warstwy lub też pozyskiwana na skutek działań wojennych i stanowiła całkiem inną grupę społeczną.

Siła kobiety wiejskiej

Wychowana w miłości do ojcowizny, która spoczywa na dnie zbiornika na Dunajcu.

zobacz więcej
Warto więc mieć świadomość, że chłopi wywodzą się z wolnej ludności. Ta ich wolność nie została utracona przez całe średniowiecze. A nawet jeśli w późniejszych czasach ruchliwość przestrzenna i społeczna chłopstwa bywała formalnie ograniczana (przypomnijmy, że zdominowane przez rolnictwo ziemie polskie nie były tak zaludnione jak zachód i południe Europy), to trudno to nazwać niewolą. Oczywiście takie określenia pojawiają się w ówczesnej publicystyce, gdzie w ten sposób starano się nagłośnić problemy społeczne. Ale w dokumentacji administracyjnej i gospodarczej dotyczącej życia codziennego wsi chłopi nie byli określani jako chamy czy niewolnicy, ale: uczciwi, pracowici, robotni. Czyż słowa te nie dotrwały do naszych czasów w pozytywnym znaczeniu?

Jednak nierówności ekonomiczne były faktem.

Owszem. Jedni radzili sobie lepiej, inni gorzej. Majętność zależała też od statusu. Z własnego gospodarstwa mogli utrzymać się kmiecie. Małorolni zagrodnicy i ludzie, którzy prawie roli nie posiadali, jak komornicy, musieli pracować dla pana ziemskiego, sołtysa czy gospodarzy. Na wzrost liczby małorolnych wpływało naturalne dzielenie się gospodarstw wraz z dziedziczeniem ich przez potomstwo.

Czy porównywał pan polską wieś z wsią w innych krajach?

Działam w różnego typu towarzystwach naukowych, zarówno krajowych i międzynarodowych. Byłem bardzo zdziwiony, jak bardzo te dawne chłopskie mikroświaty Europy były podobne. Operujemy terminami pańszczyzna i poddaństwo czy też brak pańszczyzny zastąpionej czynszem, i okazuje się, że obydwa te systemy były w Rzeczpospolitej obecne. Tak naprawdę, o czym też już wspomniałem, wszystko opiera się na podstawowych zasadach, które widzieliśmy w społeczeństwach pierwotnych, a mianowicie: cykliczność, życie wraz z przyrodą, blisko niej. Liczy się czas dobowy, cykli rocznych, przemian, sezonów.

Zarówno na wsi polskiej, szwedzkiej czy czeskiej, a nawet w Ameryce Południowej charakterystyczną cechą była mikromobilność. To oznacza, że geografia życia codziennego człowieka wsi toczyła się na przestrzeni do 15 kilometrów. Na takim obszarze chłop załatwiał większość swoich spraw. Mógł znaleźć sieć społeczną, która go wsparła w trakcie biedy, miał na tej przestrzeni swoje miejsce pracy, odpoczynku oraz rozrywki. Podobnie też wyglądała migracja o charakterze zarobkowym, a więc sytuacja, w której jeden dziedzic dawał lepsze warunki zatrudnienia niż drugi. To wszystko upodabnia chłopa polskiego do jego zagranicznego kolegi.
Stanisław Witkiewicz „Orka” Fot. Muzeum Sztuki, Łódź/ Wikimedia
A co z poddaństwem? Czy to nie wyróżnia, w negatywnym sensie, polskiej wsi?

„Poddaństwo” jako zjawisko społeczne było przede wszystkim regulatorem mobilności. Za zgodą dziedzica chłopi mogli uzyskać „wolność”, co w praktyce oznaczało przeniesienie się do innych dóbr i ponowne „wejście w poddaństwo” w związku z ożenkiem czy objęciem dochodowego gospodarstwa. „Wolność” oznaczała dla chłopstwa ryzyko życia bez wsparcia i opieki społecznej ze strony dworu, co zwłaszcza w okresie zimowym i na przednówku mogło się skończyć głodem, próbami kradzieży, drogą przestępczą, finalnie w więzieniu, a nawet – jeśli sprawa była kryminalna – karą śmierci, wykonywaną zgodnie z ówczesnym prawem, z rąk kata w mieście.

W zwolnieniach z poddaństwa chłopi zachowywali podmiotowość, składali formalne opłaty za możliwość odejścia do innej osady. Wspierali ich w tym księża, inni gospodarze, panowie i mieszczanie. Ostatecznie, napotykając zbyt duże trudności, chłopi mogli zbiec. Zwolnienie dostawano też za wierną służbę, osobiste zasługi. Z kolei ożenek przybysza z poddaną nie musiał automatycznie oznaczać jego wejścia w poddaństwo. Pewien krawiec o nazwisku Wincenty Głogowski pojął pokojówkę Juliannę pracującą w dworze Pawła Skórzewskiego. Pan ów wystawił krawcowi pismo, że nie będzie nigdy żądać od niego wejścia w poddaństwo, a za robotę wykonywaną dla dworu będzie on otrzymywał wynagrodzenie. Jeśli by zaś pan go skrzywdził, może odejść, gdzie chce. Miało to miejsce w roku 1790.

Czy chłop pracujący u dziedzica był bardzo wykorzystywany?

Siedem dni pańszczyzny tygodniowej nie oznaczało wcale, że chłop tyle pracował. Gospodarz, czyli kmieć zazwyczaj wysyłał dwóch parobków, którzy pracowali po 3,5 dnia, a pozostałą część tygodnia mógł wykorzystać ich pracę na swoim polu. Nie zawsze też dziedzic zawiadywał daną wsią, bo jeśli miał ich 15, to dzierżawił ją szlachcie nie mającej ziemi i ona mogła nią zawiadywać. Chłopscy gospodarze mieli też środki finansowe, dzięki którym mogli zamówić usługę pisarza i podyktować mu to, co im się nie podoba w zachowaniu dziedzica. Skargę kierowali do urzędu grodzkiego w pobliskim mieście. Oczywiście, nie wszystkie sprawy były rozpatrywane, czy też kończyły się pozytywnymi dla chłopów wyrokami, ale mieli oni swego rodzaju zdolność do formalnego kwestionowania tego, co się z nimi robi. Mówię o tym, dlatego, by podkreślić, że gdy na przykład dzierżawca chciał wysłać swoich chłopów do wsi oddalonej o 20 km od domu, mogli oni napisać skargę, że mają swoją pracę i nie chcą się aż tak oddalać od domu. To było coś w rodzaju ówczesnego prawa pracy.

A wracając do pytania: normą była praca od wschodu do zachodu słońca, w tym czas na dojście na pole oraz około dwie godziny odpoczynku w porze południowej w trakcie wykonywania obowiązków. Trudno dziś znaleźć zakład pracy, w którym można tyle odpoczywać w ciągu dnia.

Wieś i basta. Łatwiej przetrwać bez krzemowych dolin, niż bez ziemniaków

Poradzą sobie ci, którzy sieją i zbierają, a nie tylko kupują.

zobacz więcej
Były dni wolne? Jak spędzano czas poza pracą?

Wolna od pracy była, rzecz jasna, niedziela. Jeśli dzierżawca wymagał od chłopa pracy w ten dzień, chłop również mógł się poskarżyć. Skargi chłopów w tej kwestii wspierał oczywiście ksiądz proboszcz. Jeśli kościoła nie było we wsi albo był daleko, to nie szła do niego cała rodzina, a tylko gospodarz raz na cztery tygodnie. Jeśli ludzie chcieli chodzić na msze mogli korzystać ze specjalnych dróg-skrótów wzdłuż upraw zbożowych. Poza tym spędzali czas wolny jak chcieli. Zimą, gdy mieli go dużo więcej, spotykali się w chatach na wspólnym skubaniu pierza lub słuchali opowieści i legend przekazywanych z pokolenia na pokolenie. To był też dobry czas na kojarzenie nowych par.

Integracja społeczna odbywała się także w karczmach. Chłopi wybierali się do miasteczek, żeby coś sprzedać, kupić nawet sól czy kawę, a potem wreszcie pobawić się w karczmie. Żartowano, że przyzwyczajone konie same skręcały do karczemnych przystani, gdy ciągnęły furmankę z targu. Jedna z historii głosi, że pewien dziedzic, gdy bronił swych poddanych przed zastawnikiem zawiadującym zadłużoną wsią, wśród okropieństw doświadczanych przez chłopstwo wymienił „dostarczanie złego piwa i śledzi do karczem”. Był to sąd polubowny, a chłopi sami mogli powiedzieć, co sądzą o trunku i zakąskach, bo powołano ich na świadków.

Można mówić o czymś takim jak urlopy?

A czym innym była turystyka pielgrzymkowa? Chodzono do miejsc kultu, miejsc cudownych i to była zarówno forma wypoczynku, jak i modlitwy. Pamiętajmy, że od pracy w swoim własnym gospodarstwie urlopu w obecnym rozumieniu być nie mogło. Należało opiekować się zwierzętami takimi jak konie, woły, krowy, owce, świnie czy drób.

Czy coś pana zadziwia, a może przeraża, w chłopskim zachowaniu?

Prostota tamtego świata. Zadziwia nas grubiaństwo obyczajowe, komunikacja przez bicie. Tutaj wesprę się badaniami Tomasza Wiślicza czy Jaśminy Korczak-Siedleckiej o mowie ciała. Ona wśród chłopów była zupełnie inna niż obecnie. Bardzo specyficzna, bardzo honorowa.

Przerażające są opisy kar dla ludzi, którzy wystąpili z pewnych układów, chociażby między dworem a gromadą wiejską. Przez większość minionych czasów prawo karało dosłownie i miało odstraszyć innych od zejścia na złą drogę. Prawo karania na gardle miały miasta, gdzie zajmowali się tym zawodowo kaci. Zwłoki przestępców wisiały długie tygodnie na szubienicach. Takie szubienice zwykle na postrach stawiali też po wsiach niektórzy dziedzice. Na poziomie gromady wiejskiej, która regularnie sprawowała swe sądy, osoby uznane za szkodliwe były wydalane ze wsi jak owa Jagna z „Chłopów” Reymonta. One bowiem godziły w spójność społeczną lokalnej wspólnoty.

Chłopi byli skorzy do bójek, ale gdy trzeba było, potrafili się zjednoczyć w jednej słusznej sprawie.

Tak, liczyła się siła gromady. Można się było kłócić z sąsiadem, ale gdy przychodziło zagrożenie z zewnątrz, wszyscy razem byli jak igły na jeżu. Ten etos mieszkańca wyczuwalny był również wobec innych wsi. Te animozje opisał wybitny etnograf Oskar Kolberg. Często mieszkańcy jednej wsi uważali się za lepszych od mieszkańców tej drugiej, nie chcieli oddać za mąż swoich dziewczyn kawalerom z drugiej wsi. To była też twarda polityka lokalna, w której nie wchodziło w grę rozdawania działek i posagów „konkurencji”.
Obraz pędzla Józefa Chełmońskiego „Sprawa przed wójtem” z 1873 roku ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie. Fot. PAP/Reprodukcja Janusz Rosikoń
A jakie były relacje wsi z dworem albo z miastem? Czy oddzielał je „chiński mur”?

Większość spraw, negocjacji i ustaleń nie była zapisywana, a wieś z miastem dogadywała się w sprawach takich jak chociażby praca. Parobki umawiali się na roczne cykle robotnicze, dziewczyny służebne pracowały w dworach i po miastach. Ludzie wsi szukali pracy w mieście przez zimę, a na wiosnę wracali do wsi, do pracy przy rodzinnej ziemi i w poszukiwaniu ofert we dworze i po gospodarstwach kmiecych. Jeśli w połowie roku im się znudziło, bez problemu mogli zniknąć, bo przecież nie było wówczas dowodów osobistych.

To, co było jednak istotne w dziejach polskiego chłopstwa, to symbioza lokalna. Źródłem archiwalnym, które na to wskazuje były i są księgi parafialne. To w nich zapisani są świadkowie ślubów czy rodzice chrzestni. Nierzadko dziecko chłopskie trzymał do chrztu szlachcic. Gdyby te dwa światy nie miały ze sobą pozytywnych relacji, to czy dziedzic by się na to zgodził? A co z chłopkami mamkami? Mogły być pomocne, by wykarmić dziecko, gdy pani zmarła podczas porodu lub nie miała pokarmu. Zresztą dzieci chłopskie i te z dworu spędzały ze sobą bardzo dużo czasu. Nie tylko piły mleko z tych samych piersi, ale też razem się bawiły. Czy więc oddzielał je „wielki chiński mur”? Mówię o tym, żeby pokazać, że częściej górę brała codzienność i życie w tej samej przestrzeni, a nie tytuły. Często bywało też tak, że chłop wysyłał swoją córkę do pracy we dworze czy w mieście w charakterze służącej. Dziewczyna poznając inny świat, zdobywając nowe umiejętności, wracała po takiej służbie na wieś z nowymi obyczajami. Dziedziczki również były zintegrowane ze swoimi poddanymi. Kiedy poddanka nie miała sukienki na wesele, dziedziczka pożyczała jej materiały, ozdoby, by ta miała w czym pójść.

Skoro już jesteśmy przy sukniach, to trudno nie zauważyć, że ludowe stroje to też dziedzictwo kulturowe polskiej wsi.

Oczywiście. Każdy region polski miał swoje kolorowe, pięknie zdobione stroje oraz precjoza. To nie była ta sama uboga koszulina czy szare ubranie. Owszem do pracy nie strojono się, bo przejście z domu na pole, praca na nim i powrót odbywała się w kurzu i brudzie, ale na uroczyste wydarzenia, święta ubierano się tak, by wiadomo było, że to mieszkańcy danej wsi. Pamiętajmy, że tak jak w chałupie były dwie izby, biała i czarna, tak samo w życiu chłopów był dzień roboczy i świąteczny. Izba biała, z obrazami świętych i stosem bogato haftowanych poduszek była tą reprezentacyjną, niedzielą. Codzienność spędzano w izbie czarnej, w piecem, gdzie wszyscy funkcjonowali, a zimą spędzano też zwierzęta gospodarcze.

Słyszą, jak gdacze kura. Polacy pokochali wieś

Tylko w ubiegłym roku aż 50 tys. Polaków zdecydowało się na wyprowadzkę z dużych miast.

zobacz więcej
W badaniu wsi trudność polega na tym, że chłopi otwierali przed etnografami drzwi do izby odświętnej, podobnie jak ukazywali tę część duszy, która śpiewa i afirmuje życie. Zmagania z codziennością nie były na pokaz. Stąd mylić nas może feeria barw ludowych strojów, wesołe przyśpiewki. To czas niedzieli, kiedy się „nie działa”. To też z drugiej strony przejaw tożsamości chłopskiej, takiej jaką chcieli pokazać światu i z jakiej byli dumni. Monika Śliwińska w pięknej książce „Panny z Wesela” opisuje życie bronowickiej chłopki Anny Tetmajerówny na zesłaniu w Rosji, kiedy noszony strój ludowy pomagał jej w jakiś sposób przetrwać najcięższe chwile. Miała w ten sposób kawałek swej małej ojczyzny daleko od ziemi rodzinnej.

W stroje czy ozdoby inwestowano też pieniądze zarobione ze sprzedaży plonów czy zwierząt?

Dochód ze sprzedaży zboża, krowy czy świni rzeczywiście inwestowano w elementy spódnic dla żony, korale czy inne ozdoby, które przekazywane były w testamentach chłopskich z matki na córkę. W kościołach wiejskich można spotkać ściany przepełnione ozdobami czy dewocjonaliami. W ten sposób chłopi również dzielili się tym, co mieli, mogli to przekazać dalej. Bywało zresztą tak i widziałem dokumenty takich transakcji, w których to szlachta pożyczała pieniądze od chłopa. Bywało, że bogaci chłopi na Pomorzu sypiali w łóżkach z baldachimami.

Wspomniał pan wcześniej o przestrzeni. Jak wyglądały dawne wsie? Co koniecznie musiało się w nich znaleźć?

Pierwotnie wsie nie były ustabilizowane, a ludzie przemieszczali się trochę jak szarańcza. Gdy już wyjałowili glebę, wybili i zjedli zwierzynę i pozyskali wszystko, co było do pozyskania, migrowali dalej. Dopiero z czasem nauczyli się wykorzystywać przyrodę „długookresowo” i stali się rolnikami. Do życia wybierali zazwyczaj miejsce, które miało wodę – blisko cieków wodnych stojących czy płynących jak jeziora, rzeki. Drugim dobrodziejem był las, który dawał mnóstwo potrzebnych do przeżycia rzeczy – drewno na opał, do ogrzania się, jedzenie w postaci zwierzyny, jagód czy grzybów. Wreszcie pola, które uprawiane dawały i pokarm, i dzięki temu można było też zarobić. Idealna wieś usytuowana była w malowniczym krajobrazie. Kiedy działo się w niej źle, zalewała ją rzeka czy niszczyły ją wichury, całe wioski były przenoszone tam, gdzie było bezpiecznie. Zazwyczaj jednak migrowano tak, by wciąż być blisko siebie.

Do naszych czasów zachowały się niektóre średniowieczne wsie w typie okolnicy, czyli wsi obronnej o ścisłej zabudowie, z jednym często zamykanym wjazdem, chociażby kołowrotem. Takie wsie obronne przypominały trochę grody. Wokół centralnego placu powstawała zabudowa chłopska, za nią wznoszono stodoły, zakładano ogrody i obwodzono parkanem albo wałem ziemnym. Z czasem te osady były coraz lepiej rozplanowane i lepiej wykorzystywały teren. Wiadomo było, że kowal czy karczmarz będzie miał więcej klientów przy skrzyżowaniu dróg. Taka lokalizacja była też rarytasem dla leśnych zbójów. Często z dala od głównej wsi usytuowane były młyny, między innymi ze względu na to, że robiły sporo hałasu. Przydrożna kapliczka z figurą Jezusa była z kolei drogowskazem, punktem nawigacji i odniesienia. To przy niej zatrzymywały się pochody weselne, pogrzebowe czy chrzcielne. Nie w każde wsi znajdował się kościół.

Płot czy mur obronny chronił głównie przed wilkami. Czasem specjalnie leżało pod nim truchło, by odstraszać dziką zwierzynę. Nie tylko wieś miała swój odpowiedni układ. Ziemia, na której pracowali chłopi także była podzielona. Jedną chłopi mieli na zimę, inną na wiosnę, jeszcze inna stała ugorem i odpoczywała (tzw. trójpolówka).

Oprócz wsi zakładano też miasteczka. To bardzo często była przestrzeń do wymiany handlowej osad wiejskich. Kiedy mężczyźni szli na pole, ich matki, żony, siostry czy córki wyrabiały masło, sery czy zajmowały się rękodzielnictwem sprzedawanym potem na miejskich targach. Do dziś zresztą mieszkańcy wsi mówią, że jadą „do miasta”, nie wymieniając jego nazwy, tak bardzo było ono obecne przez pokolenia w wyobrażeniu mieszkańców okolicznych osad. Bywało, że niektóre miasteczka spadały do rangi wsi, bo nie miały szans na rozwój z powodu zbyt gęstej urbanizacji lub silniejszych sąsiadów.
        ODWIEDŹ I POLUB NAS    
Jak szybko powstawały wsie?

Na początku znajdywano odpowiednią lokalizację i miało miejsce rozplanowanie pod przyszłe gospodarstwa. Miał nad tym pieczę zasadźca, czyli osoba organizująca osadników i współdziałająca z właścicielem terenu. Osadnicy dostawali też na ogół kilka czy kilkanaście lat ulg w świadczeniu różnorakich opłat. Technicznie, z racji tego, że domostwa chłopstwa polskiego powstawały głównie z drewna, obrotny majster z dwunastką pomocników mógł postawić nową chałupę w tydzień, chociaż zazwyczaj miał na to sześć tygodni. Wieś mogła powstać równie szybko, co obóz rzymskich legionistów.

Ten dawny świat w dużej mierze był zero-jedynkowy, ale nie brakowało w nim rytuałów, przesądów...

Samo słowo „przesąd” oznacza coś, co jest metafizyczne, wykracza swoim znaczeniem poza przyjęte normy. Od samego początku, gdy chrześcijaństwo dotarło na ziemie polskie, Kościół zdaje się rozumiał, że łatwiej będzie, jeśli pewne elementy dawnych wiar wykorzysta, by objaśnić ludziom wiarę chrześcijańską. Stąd Boże Narodzenie w naszym obszarze kulturowym to Jezus w stajence, w którym jest żłóbek i polskie zwierzaki typowe dla świata ludowego, na co wskazuje etnograf Józef Burszta. Katolicyzm nie wykluczał jednak pewnych rytuałów. Obrzędy pogańskie i katolickie splotły się i połączyły. Lipę otoczono kultem maryjnym, ale z racji tego, że poganie modlili się do dębu, na wsi pozostało symboliczne obchodzenie go. Wciąż na wsi wierzono w krasnale, skrzaty i krasnoludki. To im zostawiało się na progu kromki chleba, by pilnowały domostwa i odstraszały myszy. Odpowiednie spluwanie na polu przynosiło deszcz. Kiedy była burza w oknie zapalano gromnicę niczym magiczny piorunochron. Dymem zapalonej gromnicy nad drzwiami robiono znak Krzyża, który miał zapewniać ochronę domostwu.

Nie można nie wspomnieć o medycynie ludowej.

To prawda. Nie można powiedzieć, że była ona elementem zacofania, bo ok. 70 procent uznanych już w XIX wieku lekarstw było opartych właśnie o doświadczenia medycyny ludowej. To były różnego rodzaju lekarstwa, które świat ludowy już znał. Wiedźma w czasach średniowiecza to nie było słowo pejoratywne, to była „ta, która wiedziała”. Były nimi też znachorki, akuszerki. W każdej wsi musiała być chociaż jedna, bo porody były tak częste, że jedna nie dałaby rady mieć pod opieką aż pięciu wsi. Moc ziół była wykorzystywana zarówno na troski ducha, jak i ciała. Taką pracą z ciałem, znieczuleniem tamtych czasów było chociażby okadzanie czy zamawianie. Warto pamiętać, że śmierć była bliskim towarzyszem człowieka. Każdy niemal mieszkaniec wsi miał siostrę czy brata, który umarł, będąc dzieckiem. Prawie każdego rodzica spotykała śmierć i pochówek jednego z dzieci. Jeśli dziecko umierało bez chrztu, nie było chowane na cmentarzu, w poświęconej ziemi, tylko pod progiem domu lub w miejscu, które uważano za odpowiednie. Wierzono też, że niechrzczone dzieci pod postacią demonów zwanych płanetnikami wyciągają wodę z chmur i dlatego tworzy się mgła lub kruszą lód, żeby zrobić z niego wodę. Dziś nie do końca zapewne rozumiemy, skąd brały się te wierzenia, przesądy, ale taka była potrzeba. Porównałbym ją w pewnych aspektach do naszej dzisiejszej fascynacji filmami s-f.
Dolnośląskie Dożynki Wojewódzkie w Udaninie. Fot. PAP/Maciej Kulczyński
Kiedy nadszedł moment, że wieś zaczęła migrować do miasta?

Migracje ze wsi do miast miały miejsce przez cały czas naszej historii. Ich natężenie rosło w związku ze wzrostem zaludnienia ziem polskich. Gwałtowny rozwój demograficzny wsi nastąpił w XIX wieku. Społeczeństwo przedprzemysłowe cechowało się dużą liczbą urodzeń, ale i zgonów. Kobiety rodziły średnio sześcioro dzieci, ale pierwsze lata przeżywało średnio co drugie. Średnia wieku nie przekraczała 50 lat. Kiedy zaczęła rozwijać się industrializacja, poprawił się dostęp do żywności i medycyny, przy starych mechanizmach płodności i wydłużeniu się życia ludzkiego zaczęło dochodzić do przeludnienia, a zubożali mieszkańcy wsi migrowali do miast i za granicę. Część potomstwa chłopskiego, zwłaszcza ta zdolniejsza, kierowana była na naukę rzemiosła w mieście. Rozdrabnianie się chłopstwa powodowało, że rodziny chłopskie nie były w stanie utrzymać się z posiadanej ziemi, więc niektórzy domownicy musieli szukać najemnej pracy u innych gospodarzy, w folwarku lub w mieście.

Dziś z jednej strony wstydzimy się tego naszego wiejskiego pochodzenia, wypieramy je, ale z drugiej wracamy na wieś.

Często, gdy pytam kogoś, skąd jest, nie mówi wprost, skąd pochodzi, tylko, że jest z okolic jakiegoś większego miasta, dopiero przy trzecim pytaniu udaje mi się dowiedzieć, jaka jest nazwa wsi, z której ten ktoś jest. To wydaje się być efektem awansu społecznego, kiedy od XIX wieku miasto zaczęło wchłaniać ludzi, kiedy nastąpił exodus chłopów ze wsi, zwłaszcza w Galicji. Ci, którzy się nie załapali do miast, wyemigrowali do Niemiec czy USA. I ten pozorny awans wciąż w nas pokutuje – mieszkaniec miasta to ten, który nie trąci obornikiem czy kiszonką, ale spalinami. Ale czy to rzeczywiście jest lepsze?

A z drugiej strony tak, jak pani mówi, wracamy tam, gdzie jest spokój, świeże powietrze. Gdy byłem sołtysem, w mojej wsi połowa to było chłopstwo, a połowa mieszczaństwo, które przeprowadziło się na wieś i okazało się, że oba te światy potrafią ze sobą współpracować, zbliżają się do siebie. Ta suburbanizacja, jak o tym mówię, może się udać i może mieć sens. Jestem przekonany, że przez magię lokalności, umiłowanie małych ojczyzn można te podziały i zaszłości przezwyciężyć. To nie są puste słowa, bo mam za sobą lata takich doświadczeń i obserwacji tego misz maszu. Dlatego warto pielęgnować wiejskość, promować festiwale strojów regionalnych, jedzenia, celebrować kontakt z naturą i przeprosić się ze swoją wcześniej niechcianą spuścizną.

– rozmawiała Marta Kawczyńska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Profesor Mateusz Wyżga, historyk, wykładowca na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie, wieloletni sołtys rodzinnej wsi Dziekanowice, działacz społeczny i autor wielu książek. Ostatnio wydał „Chłopstwo. Historia bez krawata”.
Zdjęcie główne: Próba bicia rekordu w wycinaniu hołubców w ramach ogólnopolskiej akcji „Wytnij Hołubca”, jaka miała miejsce na pl. Zamkowym w Warszawie w 2016 roku. Na zdjęciu: tancerze z akademickich zespołów ludowych. Fot. PAP/Leszek Szymański
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Sztuczne zarodki w sztucznej macicy
Mogą być wykorzystywane do testów toksyczności np. leków.
Rozmowy Najnowsze wydanie
W 1939 roku III Rzesza walczyła przeciwko… polskim faszystom
Niemcy i Rosja podpisały wtedy wyrok śmierci na całą Europę Środkową.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Między lekarstwem a trucizną
Większość produktów z konopi to proszek CBD z Chin zmieszany z tanim olejem.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Rosyjski historyk: Pokonanie Ukrainy jest już niemożliwe
Putin obawia się protestów, więc z dużych miast powoływany jest mały odsetek rekrutów – mówi prof. Boris Sokołow.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Amerykański ekspert: Ukraina nie odzyska Krymu
Polska jest obecnie jest w najkorzystniejszym momencie w dziejach, jak nigdy wcześniej przez wszystkie wieki – mówi oficer wojsk pancernych USA Robert Forczyk.