Historia

Witajcie w Cafe Habsburg!

Jak na nieboszczkę, ma się całkiem nieźle. Wspiera ją mit wielonarodowego imperium Habsburgów i ich wielonarodowego państwa, XIX-wiecznej wersji Unii Europejskiej. W pewnym sensie zachowała polityczną tożsamość: w jej zachodniej (polskiej) i we wschodniej (ukraińskiej) części wciąż największe wzięcie mają partie prawicowe. Cesarz Franciszek Józef lubi to!

Gdy w 1772 roku wojsko austriackie wkraczało do Małopolski i Rusi Czerwonej, nie napotkało żadnego oporu. Dla miejscowych była to zamiana jednej okupacji na drugą. Liczono, że nowi panowie okażą się bardziej ludzcy od Rosjan, uganiających się za konfederatami. Nikt jednak nie mógł się spodziewać, że Galicja, mająca wszelkie cechy politycznej efemerydy, przetrwa aż 146 lat. Pozostawiając po sobie legendę, która w XXI wieku wciąż będzie żywa i pełna wigoru.

Tak ciepłych uczuć nie wzbudzają ani Wielkie Księstwo Poznańskie, ani tym bardziej marionetkowe Królestwo Polskie, kaprys cara Aleksandra I. Polska polityka historyczna, od stu lat z hakiem odwołująca się do tradycji powstańczych, na tym froncie poniosła porażkę. Z łezką w oku wspominają Cesarsko-Królewską monarchię również Ukraińcy i Żydzi. Ów fenomen analizowało wielu, jak dotąd ostatnie słowo należy do Larry Wolffa, autora książki „Idea Galicji”.

Święty cesarz i europejcze

Amerykański historyk twierdzi, że Galicja mogła zmartwychwstać już dwa lata po pogrzebie zarządzonym przez krakowską Komisję Likwidacyjną. W 1920 roku Włodzimierz Lenin powołał do istnienia „socjalistyczną galicyjską republikę radziecką” z tymczasową stolicą w Tarnopolu (Lwów pozostawał w polskich rękach). Gdyby bolszewicy odnieśli zwycięstwo, a Nikita Chruszczow nie doszedł do władzy, Galicja miałaby szansę doczekać rozpadu ZSRR i tym samym – suwerenności. By razem z Bukowiną i Mołdawią pukać do bram Unii Europejskiej.
Larry Wolff „Idea Galicji. Historia i fantazja w kulturze politycznej Habsburgów”, tłum. Tomasz Bieroń, wyd. Międzynarodowe Centrum Kultury w Krakowie
Zejdźmy jednak na ziemię. Fakty są takie, że po raz ostatni Galicja pojawiła się na mapach latem 1941 roku. Niemcy, pokonawszy Armię Czerwoną, utworzyli wtedy między Sanem a Zbruczem jednostkę administracyjną pod nazwą Distrikt Galizien, która – ku rozczarowaniu Ukraińców – została włączona do Generalnego Gubernatorstwa. Dwa lata później, gdy widmo klęski zajrzało III Rzeszy w oczy, rozpoczęto werbunek do 14 dywizji grenadierów SS Galizien. Pod sztandarem ze złotym lwem i trzema koronami kolaboracyjna formacja zwalczała polską partyzantkę, nie oszczędzając cywilów. Jak na ironię, po wojnie rozbitków z dywizji uratował generał Władysław Anders, protestując przeciwko przekazywaniu obywateli II RP w łapy siepaczy Józefa Stalina.

Wydawało się wówczas, że masowe mordy i przesiedlenia ostatecznie zakończyły historię wielokulturowej Galicji. A jednak nie minęło nawet pół wieku i portrety Franciszka Józefa znów pojawiły się w Krakowie i Lwowie (w tym drugim mieście chciano nawet postawić pomnik cesarza). Mit złotej epoki podchwyciła branża turystyczna, na nostalgii można wszak nieźle zarobić. Galicja odżyła w szyldach sklepów, kawiarni i restauracji, lokalnych inicjatywach kulturalnych. Habsburskie dziedzictwo kojarzyło się bowiem z wyidealizowaną Europą.

Za życia monarchia nie miała dobrej prasy. Najpierw uchodziła za więzienie narodów, zlepek przypadkowych terenów, które wpadły w ręce austriackiej dynastii bardziej dzięki szczęściu, niż przemyślanej polityce. Za państwo anachroniczne, trawione śmiertelną chorobą i skazane na zagładę. Współcześni historycy, tacy jak Peter M. Judson, myślą inaczej. Interpretują dzieje Przedlitawii w duchu ponadnarodowym. Z ich prac wyłania się wizja liberalnego, ciążącego ku demokracji mocarstwa, które zapewniało swym obywatelom poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Wypisz, wymaluj zwiastun UE. Otto von Habsburg, wnuczek i niedoszły dziedzic Franciszka Józefa, współautor owej narracji, triumfuje (pośmiertnie).

Być może sentyment miał również wpływ na beatyfikację ojca Ottona, ostatniego cesarza Karola I. Dokonał jej wszak papież, urodzony w galicyjskim miasteczku. Karol Wojtyła - senior, który przez 18 lat paradował w mundurze C.K. monarchii, służył Habsburgom nie z musu, lecz z przekonania. Podobnie, jak wielu innych polskich patriotów. Dziś mit Galicji bardziej potrzebny jest Ukraińcom. Ułatwia odcięcie się od Rosji. Gorliwość w przypominaniu o związkach Lwowa z Wiedniem przybiera czasem ekstrawaganckie formy. Na ulicy Serbskiej przed domem, w którym mieszkał niegdyś Leopold von Sacher-Masoch, wyrósł pomnik austriackiego skandalisty (Austriak o silnie panslaiwistycznych i filosemickich przekonaniach, pisał też skandalizujące obyczajowo teksty i to od jego nazwiska pochodzi termin „masochizm”). W piwnicach budynku funkcjonuje (?) zaś lokal w którym można zostać wybatożonym przez odziane w gorsety kelnerki.

Złe miłego początki

C.K. obywatele, C.K. żołnierze

Franciszek Józef I świeżo poślubionej małżonce wręczył po nocy poślubnej Morgengabe, czyli „wynagrodzenie za utratę dziewictwa” w niebagatelnej kwocie12 tysięcy złotych dukatów w worku z jeleniej skóry.

zobacz więcej
Dzieciństwo miała trudne. Gdy w 1772 roku powołały ją do życia cesarskie rozporządzenia, od wieków istniała już inna, hiszpańska Galicja. Urzędnicy z Wiednia wiedzieli o tym, ale konkurencyjne nazwy – Przednie Węgry, Polska Austriacka, Wielkie Księstwo Lwowskie – były śmiechu warte. Odwołanie do średniowiecznego księstwa halicko-włodzimierskiego (którego władcy przez chwilę tytułowali się królami) również miało wady. Przede wszystkim terytorium rzeczonego księstwa wcale nie pokrywało się z obszarem oderwanym od Rzeczpospolitej. Oprócz Rusi Czerwonej, austriacki zabór obejmował Spisz, południową Małopolskę, księstwo oświęcimskie i zatorskie, tudzież fragmenty Wołynia i Podola. Królestwo Galicji i Lodomerii, proklamowane w 1772 roku, jako twór rażąco sztuczny nie mogło stać się ukochanym dzieckiem coraz bardziej konserwatywnej monarchii. Jego jedyną naturalną granicą była ta południowa, karpacka, od wieków oddzielająca Polskę od Węgier.

Cesarzowa Maria Teresa nowy nabytek uważała za kłopotliwy, nie tylko z racji moralnych. Galicja, kilka lat przed tym, jak pojawiła się na mapie, mocno ucierpiała podczas walk konfederatów barskich z Rosjanami. Od początku też miała opinię prowincji peryferyjnej, trudnej do obrony i zarządzania. Kopalnie soli w Bochni i Wieliczce, tudzież 20-tysięczny Lwów, jedno z najbogatszych miast Rzeczpospolitej, bez wątpienia były łakomymi kąskami. Ale w oczach Marii Teresy Galicja mogła być jedynie nagrodą pocieszenia za utracony Śląsk.

Jej następca, Józef II, oświeceniowy mesjanista, zapowiadał, że zdobyte tanim kosztem tereny „wyleczy z barbarzyństwa i zacofania”. Rewersem owej misji cywilizacyjnej była, lansowana przez cesarskich urzędników, czarna legenda Galicji – „krainy niedźwiedzi”. Pierwszy gubernator, hrabia Johann Anton Perger raportował do Wiednia, że zastał na miejscu fatalne drogi, ciemny lud, sobiepańską szlachtę i niewykształcony kler.

Austriackie rządy sprawiały, że ów stereotyp się utrwalił. Pod koniec XVIII i na początku XIX wieku Habsburgowie niemal bez przerwy prowadzili wojny. Od gubernatorów oczekiwano sprawnego ściągania podatków i pozyskiwania mięsa armatniego. Inwestowano głównie w policję, bo w kraju miał panować spokój i jako taki porządek. Plan wymiany Galicji na inne terytorium: Śląsk, Bawarię albo Dalmację, przestał być aktualny dopiero po upadku Napoleona.

ODWIEDŹ I POLUB NAS
Największym beneficjentem przejścia południowych ziem Rzeczpospolitej pod panowanie Habsburgów był Lwów. Ze stolicy województwa stał się głową największej prowincji cesarstwa (kontrkandydatem do tej godności był Przemyśl). Założony przez Józefa II uniwersytet miał wyprodukować nowe elity. Stare bowiem długo boczyły się na politykę Wiednia. Cesarscy urzędnicy, z reguły mieszczańskiego pochodzenia, żyli z polską szlachtą jak pies z kotem. Do tego dochodziła bariera językowa. Poza miastami mało kto znał niemiecki, więc dogadywano się po francusku. W katolickiej monarchii w użyciu była również łacina.

Mając aż nadto dowodów na nielojalność herbowych, władza jęła kokietować włościan. Jak wielki na tym polu odniosła sukces, okazało się w roku 1846. Zamiast do powstania, chłopstwo – i to wcale nie ukraińskie – ruszyło rabować dwory i masakrować ich mieszkańców (tzw. rzeź galicyjska, jej najbardziej znanym przywódcą był Jakub Szela). To był punkt zwrotny. Galicyjska elita, odarta ze złudzeń, zrozumiała, że musi „kalkulować”, czyli pójść na ugodę z cesarzem. Nad Dunajem też zdawano sobie sprawę, że germanizacja słowiańskich poddanych jest marzeniem ściętej głowy.

Artyści i biurokraci

Autonomia przyniosła stabilizację trwającą pół wieku. Polacy i Rusini stali się podporami monarchii, ale największych patriotów Galicji można było spotkać w synagogach. Kosmopolityzm Habsburgów Żydzi słusznie uznali za gwarancję bezpieczeństwa, zachowania religii oraz tradycji. Odrzucili więc asymilacyjne pokusy. Akces do polskości zgłaszały tylko jednostki: wykształceni idealiści, trzymający się z daleka od rabinów i cadyków. Jak na ironię, w austriackim zaborze literatura, nauka i sztuki piękne miały się coraz lepiej, by w ostatniej fazie panowania Franciszka Józefa osiągnąć apogeum rozwoju. Poprzestając tylko na najgłośniejszych nazwiskach, Galicja dała nam: Aleksandra Fredrę, Artura Grottgera, Jana Matejkę, Helenę Modrzejewską, Ignacego Łukasiewicza, Stanisława Wyspiańskiego, dynastię Kossaków i Estreicherów.
Wyższe uczelnie Lwowa i Krakowa kształciły nową elitę. Nie sposób też przecenić znaczenie Ossolineum czy przeniesionych z Paryża zbiorów Czartoryskich. Galicja była magnesem dla utalentowanych rodaków spoza kordonu: od odkrywcy Tatr Wincentego Pola i ojca chrzestnego zakopiańszczyzny Stanisława Witkiewicza do poety Jana Kasprowicza, naturalistki Gabrieli Zapolskiej i świętego Brata Alberta. Wzgórze Wawelskie stało się celem patriotycznych pielgrzymek zanim jeszcze wyniósł się z niego austriacki garnizon. Kraków – „skarbnica narodowych pamiątek” – aspirował do miana duchowej stolicy państwa, chwilowo wymazanego z mapy.

Polityczne dziedzictwo Galicji jest, delikatnie mówiąc, niejednoznaczne. Z jednej strony była szkołą politycznego realizmu i matecznikiem Stańczyków. Polscy konserwatyści piastowali rządowe stanowiska w Wiedniu. Daliśmy Przedlitawii trzech premierów i wszechmocnego ministra finansów. Z drugiej strony, pod habsburskim berłem uwiła sobie gniazdo irredenta, zaś poselskie mandaty zdobywali socjaliści w rodzaju Ignacego Daszyńskiego i ludowcy z Wincentym Witosem na czele. Całkiem prawdopodobne, że właśnie w Wiedniu nauczono ich, że polityka sprowadza się do zakulisowych intryg i wygłaszania demagogicznych przemówień. Zniesmaczonych operetkowym charakterem obrad austriackiego parlamentu było zresztą wielu – dość wymienić młodego Adolfa Hitlera.

Już po odzyskaniu niepodległości prasa wielkopolska pomstowała na „galicyjskich warchołów”. Odziedziczeni po C.K. monarchii urzędnicy też mieli marną opinię. Po 1918 roku, gdy przyszło budować instytucjonalne zręby II RP, fama o arogancji i ślamazarności „galileuszy” rozlała się na cały kraj. Biurokraci z austriackim sznytem byli jednak złem koniecznym, gdyż w innych zaborach Polakom powierzano jedynie podrzędne stanowiska. Innym posagiem, jaki Galicja wniosła do odrodzonej Rzeczpospolitej, był problem ukraiński. Wiedeń mniejszości hołubił. Warszawa miała im do zaproponowania jedynie polonizację. Wycofanie koncesji przyznanych przez Habsburgów znacznie przyspieszyło proces przechodzenia Rusinów od identyfikacji religijnej do narodowej.

Od Oświęcimia do Tarnopola

Galicja była Europą wschodnią w miniaturze. Na jej przykładzie Zachód wyrabiał sobie pogląd o problemach socjalnych i etnicznych tej części kontynentu, nikczemnej infrastrukturze i powszechnym braku higieny. Ponoć już widok z okien pociągu jadącego z Wiednia do Lwowa mówił sam za siebie. C.K. urzędnicy i wojskowi nakaz służby w Rzeszowie czy Brodach traktowali niczym zesłanie na Sybir. W tych kręgach zrodziło się pojęcie Halb-Asien, czyli krainy tylko na wpół europejskiej, spopularyzowane w niemieckojęzycznych utworach Franza Krattera i Hermanna Blumenthala. Galicja jawiła się postępowym Austriakom jako najbardziej odległy i egzotyczny region monarchii, ostoja zacofania, klerykalizmu i hipokryzji.

Zakompleksione miejscowe elity podchwyciły ową narrację. Mówiono i pisano o „galicyjskiej biedzie”, „galicyjskiej ciemnocie”, „galicyjskich hrabiach” i „galicyjskich wyborach”. Do utrwalenia czarnej legendy najbardziej przyczynił się Stanisław Szczepanowski, autor książki „Nędza Galicyi w cyfrach” z 1888 roku. Ów uczony mąż wyliczył, że przeciętna długość życia w prowincji opiewa na 27 lat dla mężczyzn i 28,5 roku dla kobiet, a corocznie śmiercią głodową ginie 50 tysięcy ludzi, by gładko dojść do konkluzji: „przeciętny Galicyanin je za pół, a pracuje za ćwierć człowieka”. Jednym z powodów tej fatalnej statystyki było przeludnienie wsi. Z austriackiego zaboru do 1914 roku wyjechało za chlebem ponad milion osób: Polaków, Rusinów i Żydów.

Polskie marzenia Serbów i Chorwatów. Jak przyczyniliśmy się do powstania Jugosławii

Z Rzeczypospolitej szedł przykład jedności językowej i duchowej, to Polacy uczyli spiskowania przeciw Wiedniowi, a poemat „Zgoda Chorwatów” zaczynał się od słów: „Još Hrvatska ne propala, dok mi živimo”. Na wzór: „Jeszcze Polska…”

zobacz więcej
Oprócz tych trzech najliczniejszych nacji, sporo było też Ormian, Karaimów, Mołdawian, Czechów, Niemców, Węgrów i Cyganów. Temperatura sporów w tym wielokulturowym tyglu stale rosła. Gdyby jakimś cudem Galicja przetrwała, byłaby państwem permanentnego stanu wyjątkowego, drugim Ulsterem, wymagającym stałych dotacji z centrali.

Cela dla księdza, rogalik dla zdrajcy

Alois Woldan, slawista z Uniwersytetu Wiedeńskiego twierdzi, że istnieje „literatura galicyjska, pisana po niemiecku, polsku i ukraińsku”. Dwie ostatnie lansują arkadyjską wizję kraju, który pod panowaniem dobrotliwego cesarza Franciszka Józefa przeżywał złotą epokę. Wśród apologetów są doprawdy tęgie pióra (Leopold Buczkowski, Andrzej Kuśniewicz, Julian Stryjkowski, Andrzej Stojowski, Włodzimierz Odojewski czy Andrzej Kijowski). Jeśli dodać do tego osobny mit Lwowa – antemuralis christianitatis, tudzież renesans popularności Józefa Wittlina, Bruno Schulza i Stanisława Vincenza, łatwiej zrozumieć fenomen galicyjskiego życia po życiu.

W PRL obowiązywała czarna legenda „Golicji i Głodomerii”. Krakowski historyk Henryk Wereszycki jako pierwszy ośmielił się stwierdzić, że zabór austriacki miał swoje plusy. Włodzimierz Paźniewski, poeta urodzony powiecie tarnopolskim, w 1978 roku ogłosił zaś na łamach „Polityki”, że Galicja „stanowi przykład lepszego polskiego losu”. Współcześni dziejopisowie wydają się być przytłoczeni potęgą mitu cesarza – opiekuna narodów i jego utalentowanych poddanych. Szeroka publiczność nie gustuje w akademickim dzieleniu włosa na czworo. Do jej wyobraźni lepiej przemawiają słowa-klucze: polski Piemont, artystyczna bohema, wódka Baczewskiego, pani Dulska, krakowska szkoła historyczna, wesele w Bronowicach, ogrody jordanowskie, kopiec Kościuszki, Zielony Balonik, Związek Strzelecki, Huculszczyzna i wycieczka na Giewont.

Austria Felix ma wiernych fanów nawet po drugiej stronie Atlantyku. W 2007 roku w Nowym Jorku zorganizowano naukowe sympozjum pod znamiennym tytułem: „Galicja, Mon Amour”. Prym wiedli na nim potomkowie dawnych żydowskich emigrantów. Larry Wolff, analizując fenomen sztucznego tworu, który z czasem zyskał nader konkretną tożsamość, też ulega nostalgii typowej dla galitzyanera. Nie przeszkadza mu to jednak przypomnieć o wstydliwych epizodach, takich jak pogromy z lat 1884-1887, inspirowane przez księdza Stanisława Stojałowskiego. Ten pionier ruchu ludowego, wydawca „Wieńca” i „Pszczółki”, miał też drugie oblicze: niebezpiecznego mąciciela i panslawisty. Ekskomunikowany, spędził wiele czasu w C.K. aresztach i więzieniach, lecz wielu miało go za bohatera.

Ksiądz Stanisław wart jest opasłej powieści, zaś rabacja Szeli i gorączka naftowa – epickiego filmu. Serial o bywalcach „Cafe Habsburg” – najelegantszego lokalu Przemyśla – mógłby zainteresować amatorów historii szpiegowskich. W ostatnim odcinku pułkownik Alfred Redl, szef austriackiego kontrwywiadu, po zjedzeniu rogalika nadzianego czekoladą, zgodnie z prawdą historyczną, dałby się zwerbować Rosjanom. Informacje, które niedoszły minister wojny sprzedał wrogowi zanim został zdemaskowany, bardzo przyczyniły się do klęsk C.K. armii w 1914 roku.

Koniec zgody narodów

Zakopane zerwało z Austrią. Wolało „niemal dyktaturę” Żeromskiego

„Zaprzysięgłem uroczyście wojsko, policję (…), a nawet prowadziłem wojnę o odzyskanie wsi Głodówki i Sucha Hora od inwazji czeskiej” – wspominał pisarz. Dopiero dwa dni po stolicy Tatr nasi posłowie do parlamentu austriackiego określili się jako obywatele państwa polskiego.

zobacz więcej
Ilu spośród dziewięciu milionów mieszkańców Galicji spodziewało się apokalipsy? Sześć lat przed wybuchem I wojny światowej ukraiński student zastrzelił cesarskiego namiestnika Andrzeja Potockiego. Wolff porównuje ten incydent do zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Zważywszy, że Potocki prowadził politykę pojednania, konfrontacja dwóch najliczniejszych narodów prowincji wydawała się nieunikniona. Siłą, potrzebną do demontażu wieloetnicznej monarchii, dysponował sąsiad ze wschodu, jednak car Mikołaj II nie uznawał istnienia Ukraińców. Po zajęciu Lwowa natychmiast ogłosił, że królestwo Galicji i Lodomerii staje się po wsze czasy częścią Rosji.

Rok później najeźdźcę wyparto za Zbrucz, lecz ziarno przemocy zostało zasiane. Tysiące ludzi ginęło w obronie państwa, które za chwilę miało zniknąć z mapy Europy. Inni padali ofiarami tępych represji lub bandytów w mundurach. Galicja umierała na raty, stając się wielkim cmentarzyskiem. Strat materialnych nikt nie policzył. Polacy zerwali z monarchią, gdy wyszło na jaw, że w zamian za dostawy żywności Austriacy gotowi są sprezentować Ukraińcom nie tylko Galicję wschodnią, ale i Chełmszczyznę.

Żydzi, którzy najwięcej stracili na upadku Habsburgów, mieli dylemat. Czekać na kolejną odsłonę konfliktu, czy emigrować? Bogatsi wyjeżdżali do Wiednia, zaradniejsi jeszcze dalej. Ostatnie pokolenie galitzyanerów: Joseph Roth (urodzony w Brodach), Helena Rubinstein (Kraków), Szmuel Josef Agnon (Buczacz) i Billy Wilder (Sucha Beskidzka) okazało się najbardziej utalentowanym. Bohaterka komedii Wildera „Pół żartem pół serio”, grana przez Marilyn Monroe, całkiem przypadkowo nosi nazwisko Kowalczyk.

– Wiesław Chełminiak

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Larry Wolff „Idea Galicji. Historia i fantazja w kulturze politycznej Habsburgów”, tłum. Tomasz Bieroń, wyd. Międzynarodowe Centrum Kultury w Krakowie
Zdjęcie główne: Café Habsburg w Przemyślu, pocztówka z 1913 roku. Fot. Biblioteka Narodowa, Domena publiczna, Wikimedia
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Kalendarz starszy od Majów
W strefie tropikalnej istniały rachuby czasu krótsze od naszego cyklu rocznego – 260-dniowe.
Historia Najnowsze wydanie
Relikwiarz przetopili na bryłkę srebrnego złomu
W PRL funkcjonował prężny podziemny rynek antykwaryczny, na którym działo 15 tys. paserów.
Historia Poprzednie wydanie
Kłamstwo chatyńskie
80 lat temu spłonęła wioska, której popiołów Sowieci użyli, by zatrzeć prawdę o Katyniu.
Historia Poprzednie wydanie
Odstąpił Ciołkowi żonę i koronę
Ku zdumieniu współczesnych proponował, by kształcić również kobiety.
Historia Poprzednie wydanie
Na tropie mordercy i „Zakonnicy”
Kolekcjonerzy dzieł sztuki ginęli w dziwnych okolicznościach.