Cywilizacja

Plasterek, czyli kłopot z Kosowem. Najpoważniejsze przesilenie na Bałkanach od ćwierć wieku

Żółta i czerwona czcionka bije w oczy w wydaniach online prasy serbskiej i albańskiej, żywy niepokój widać w Macedonii, Grecji i na Węgrzech. Czy w Kosowie wybuchną walki?

„Świeże groby zawsze wzruszą / niezależnie, gdzie kopane” – śpiewał przed laty Jacek Kleyff. Trochę podobnie jest z ludźmi, spędzającymi w zimie kolejne noce w nieogrzewanym namiocie, w który uderza lodowaty wiatr. Często ich sprawa jest nam znana, oczywista i bliska, i wtedy myślimy niemal nieprzerwanie o tych demonstrantach z kijowskiego Majdanu albo dzieciakach, którym rosyjska bomba zburzyła blok w Charkowie.

Ale i tych, którzy trafili do tych namiotów w imię sprawy skomplikowanej, dalekiej, najpewniej zmanipulowanej i siedzą teraz, słuchając, jak košava (lodowaty, choć wiejący z południowego wschodu wiatr, typowy dla Bałkanów jesienią i zimą) łomocze o płótno na jakiejś zapomnianej przez Boga przełęczy Brnjak albo Jarinje – trudno tak całkiem zapomnieć.

Bo marzną.

Sprężyna wydarzeń nie wystrzeliła jeszcze tak wysoko, by najnowsze wydarzenia w północnej części Kosowa trafiły na czołówki serwisów i portali. Żółta i czerwona czcionka bije w oczy tylko w wydaniach online prasy serbskiej i albańskiej, żywy niepokój widać w Macedonii, Grecji i na Węgrzech. Może zresztą i tam tytuły ścichną, a sprawa rozejdzie się po kościach.

W końcu codziennie trwają rozmowy na najwyższym szczeblu. Prezydent Serbii Aleksander Vučić, wysoki przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Josep Borrell oraz specjalny wysłannik USA na Bałkany Zachodnie Gabriel Escobar niemal nie odchodzą od telefonów. A co najważniejsze, mimo trwającej już przeszło tydzień blokady niby-granicy, nadal nie padły strzały. Ale mimo to analitycy w prywatnych rozmowach są zgodni: to najpoważniejszy i najbardziej zagrażający eskalacją konflikt w regionie Kosowa od interwencji NATO przed blisko ćwierć wiekiem.

A w dodatku Dejan Pantić nadal nie dostał swoich leków na nadciśnienie. Naprawdę więc wszystko jeszcze się może zdarzyć.

Zacznijmy od Ilirów

Tłumaczenie sytuacji w Kosowie zawsze jest wyzwaniem dla dziennikarzy i publicystów. Ogromnie złożone linie interesów, wielowyrazowe nazwy partii i instytucji, w dodatku zapisywane w dwóch językach: po jednej stronie rzeki Ibar wszyscy nazywają się na -ić, a po drugiej – każda samogłoska ma umlauty. To zresztą nie koniec dwuznaczności zapisów, bo to, co po jednej stronie jest „rebelią”, po drugiej jest „powstaniem”, „niepodległość” tłumaczy się jako „separatyzm”, a „partyzantka” na „terroryzm” (na „terroryzm” tłumaczone jest zresztą również zwykle słowo „policja”).

Kosowo: kapiszonowiec na ścianie, mina w szufladzie

Sporna z Serbią strefa jest jak tlące się torfowisko – tym razem nie zapłonęło. A jutro?

zobacz więcej
No i nie wiadomo, od kiedy zacząć narrację: czy od osadnictwa iliryjskiego i słowiańskiego po upadku Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego, czy wystarczy od XIV wieku i destabilizacji Bałkanów przez Turków Ottomańskich? W najlepszym razie („jak dla pana”) można od końca wieku XX („29 września 1999 roku Rada Bezpieczeństwa ONZ przyjęła rezolucję nr 1199…”). Tak czy owak, mamy gwarancję, że nikt nie doczyta takiego artykułu do końca.

Analitycy mają łatwiej: wiele mogą schować w mapach, przypisach, wykresach, a poza tym nikt nie domaga się od nich pointy.

No dobrze, zatem ostatni akt dramatu (nie drugi i nie siódmy; należałoby go opisać liczbą wielocyfrową) rozpoczął się 5 listopada, kiedy to czynne w Kosowie serbskie ugrupowanie Serbska Lista (SL) podjęło decyzję o wycofaniu swoich przedstawicieli z parlamentu i rządu. Dzień później w czterech „serbskich” gminach na północy Kosowa do dymisji podali się członkowie rad gmin, sędziowie, prokuratorzy i policjanci, a następnie również nauczyciele. Czyli – praktycznie cała elita, a przynajmniej wszyscy przedstawiciele Serbów obecni w instytucjach Kosowa. Pełen bojkot.

Plasterek na geopolityczną ranę

A o co poszło? Ach, o tablice. Bo z tymi tablicami to było tak. Władze Kosowa zażądały wymiany starych (sprzed 1999 roku) tablic rejestracyjnych na miejscowe. Jak dotąd, ogromna większość Serbów mieszkających w Kosowie jeździ na tablicach serbskich, uznając to za demonstrację niezależności (od Prisztiny) i przywiązania (do macierzy), ale większość zarejestrowała przynajmniej swoje wozy we współczesnej Serbii. Było to zresztą przedmiotem specjalnego porozumienia, zawartego między Belgradem a Prisztiną w roku 2016 pod wysokimi auspicjami Zachodu, na mocy którego możliwe jest używanie tablic nieuznawanego państwa (serbskich w Kosowie, kosowskich w Serbii), jeśli oznaczenie państwa zaklei się… plasterkiem.

Umowa międzyrządowa rozmiarów plasterka nie precyzuje. Nie wiadomo też, czy ma być z opatrunkiem, czy tylko samoprzylepny. A co z tzw. plasterkami transparentnymi?

Nieważne. Grunt, że tablice sprzed 1999 noszą jeszcze literki „YU”, flagę z gwiazdą i kłują w oczy, jak kłułby portret Mikołaja II na ścianie szkoły w Siemiatyczach w roku 1938…

Jeździ takich pojazdów po kosowskich szosach kilka tysięcy. Władze Kosowa miały dosyć: to kto w końcu tu rządzi? Najpierw zakaz miał obowiązywać od 1 sierpnia, potem, w mistrzowskim akcie prokrastynacji, postanowiono go wdrożyć od 1 listopada – no i masz babo placek.
Protest kosowskich Serbów przeciwko decyzji rządu w sprawie tablic rejestracyjnych pojazdów. Północna Mitrovica, 6 listopada 2022 r. Fot. Erkin Keci/Anadolu Agency via Getty Images
Napisałem „prokrastynacja”? Ależ skąd, prokrastynacja to dopiero będzie. Do 21 listopada właścicielom „jugotablic” miały być wręczane ostrzeżenia, do 21 stycznia – mandaty, po 21 stycznia 2023 ma się rozpocząć obligatoryjne wręczanie nowych tablic rejestracyjnych, a dopiero po 21 kwietnia samochody ze starymi tablicami mają być konfiskowane. Ileż okazji do sporów!

Wojna o kolor jedwabiu

Te tablice są oczywiście kompletnie nieważne. Taki sam spór mógłby się toczyć o napisy na skrzynkach pocztowych, podręczniki, nazwy ulic lub tablice na wagonach kolejowych (kilka zresztą się toczyło). O wszystko, co zarazem jest elementem infrastruktury i nadbudowy – o wszystko, co mówi/oznacza, „czyja jest ta ziemia”, czyli daje punkt w sporze, który jest nie do rozwiązania. Jak u Zbigniewa Herberta w bajce o żołnierzu: „To właśnie była wojna. O sprawę najważniejszą. Czy sztandary/ mają być szyte z purpurowego czy też z niebieskiego jedwabiu”.

Bo sytuacja na pograniczu Kosowa i Serbii należy do tych, które nie mają rozwiązania. Czy raczej do tych, gdzie stworzono rozwiązanie, o którym z góry wiedziano, że jest tymczasowe. I ma stanowić, nomen omen, plasterek powstrzymujący rozlew krwi – do chwili, gdy: a) miejscowi zjadacze chleba zostaną przemienieni w aniołów; b) kwestia sporna zwietrzeje i straci na znaczeniu; c) nastąpi znacząca zmiana potencjału siły po jednej ze stron.

ODWIEDŹ I POLUB NAS
Filozof polityki (zwłaszcza ze szkoły cyników) mógłby w tym momencie zareplikować, że w takim razie każde porozumienie międzynarodowe jest tymczasowe . I w najszerszym znaczeniu miałby rację: kraje łatwo giną, sic transit gloria mundi (pol.: tak przemija chwała świata) – przypominają nawet kardynałowie papieżowi (chociaż włada najstarszym państwem w Europie) w suchym trzasku płonącego pęku konopi. Ile trwają traktaty? Najdłuższy znany historykom dyplomacji, Przymierze Anglo-Portugalskie – od chwili zawarcia Traktatu Windorskiego w 1386 roku, owszem, to sporo, ale niewielką ma konkurencję.

To prawda; ale większość umów zawiera się jednak z pewną dozą dobrej woli, myślą o pokoleniu lub dwóch, wygładzając co większe drzazgi i kanty. A są porozumienia – jak te w sprawie „wolnych miast” po I wojnie światowej, czy jak ustalenia w sprawie Kosowa (a i pokój w Dayton, kończący wojnę w Bośni, nie jest niestety tak trwały, jak by się chciało) – które od początku są jak zegar na wieży ratuszowej po przejściu Armii Czerwonej: połowy trybów brakuje, dużej wskazówki też nie ma, trzeba oliwić, ręcznie przestawiać godziny i modlić się, by działało.

Bo Serbowie w północnej części Kosowa (to te cztery gminy odcięte od reszty kraju rzeką Ibar, za to z Serbią – jak przez miedzę) po prostu nie zamierzają się podporządkować Prisztinie. A Prisztina nie zamierza pogodzić się z niezależnością de facto północnej części Kosowa. I tyle.

I dlatego, gdy kosowscy policjanci i nauczyciele, a co ważniejsze – radni podali się do dymisji, Prisztina nie miała innego wyjścia, jak rozpisać w opustoszałych gminach na 18 grudnia wybory tymczasowe i wprowadzić tam „swoją”, czysto kosowską policję.

Urna w drzazgi

A miejscowi Serbowie nie mieli w tej sytuacji innego wyjścia, jak zademonstrować niezadowolenie pod rozpoczynającymi działalność komisjami wyborczymi.
„Nie martw się, jesteśmy tutaj, czekamy” – napisano na graffiti nielegalnej serbskiej grupy w Kosowie, nazywanej Brygadą Północną. Namalowano je na przystanku autobusowym w pobliżu Zubin Potok przy drodze wiodącej do przejścia granicznego z Serbią, gdzie grupy takie jak ta utworzyły blokadę. 11 grudnia 2022 r. Fot. Ferdi Limani/Getty Images
I gdy tak demonstrowali, zaczęli się przepychać. I zaczęła się szarpanina, i poszła w pleksiglasowe drzazgi urna. A jeden z tych przepychających się to Dejan Pantić, policjant, który podał się do dymisji (choć złe języki twierdzą, że niezależnie od etatu w policji, opłacany był przez Belgrad).

I 10 grudnia, w piątek, kosowska policja aresztowała Panticia pod zarzutem terroryzmu i naruszania porządku konstytucyjnego. I teraz nikt nie wie, gdzie jest. A wstawiali mu stenty. Więc nad przekazaniem mu leków na nadciśnienie i osłabiających reakcję immunologiczną biedzi się już specjalny wysłannik USA i prezydent Serbii.

W międzyczasie prezydent Kosowa Vjosa Osmani oświadczyła, że przekłada wybory lokalne na kwiecień. Będzie cieplej. Prezydent Serbii Vučić postawił policję i wojsko w stan gotowości. Osmani również postawiła policję i wojsko w stan gotowości. Również siły KFOR (czyli oddziały NATO delegowane do pilnowania porządku w Kosowie) zostały postawione w stan gotowości. Obie strony oskarżają się nawzajem o terroryzm i uprowadzanie zakładników oraz apelują o umiar i nieuleganie prowokacjom. Obie chcą tylko praworządności. Ruch między czterema gminami Północy a resztą Kosowa jest wstrzymany. Na przełęczy Jarinje jest minus osiem.

I można by to uznać za wieczne koło przemian, lokalny bałkański wir (ładny mi wir, który od ćwierć wieku napędza poczucie tymczasowości, nieporównywalne z tym, które znali mieszkańcy Ziem Zachodnich), gdyby nie kolejny element.

Orły Wagnera

Rosja. Rosja, która wspiera Serbię tak gorąco, że Grupa Wagnera poinformowała przed tygodniem, 8 grudnia, o otwarciu w Belgradzie „nowego centrum kulturalno-informacyjno-szkoleniowego »Orły«”. Orły mają za zadanie, jak informuje oświadczenie Grupy Wagnera, umacniać więzi przyjaźni, współpracę w dziedzinie obronności oraz ścigać „rosyjskich liberałów, prowadzących w Serbii działalność antypaństwową”. Serbskie ugrupowania narodowe już wyrażają nadzieję, że jeśli ktoś przywróci porządek w Kosowie i przyjdzie z pomocą uciśnionym Słowianom – to wagnerowcy.

Oczywiście wizja otwarcia frontu (bodaj i partyzanckiego, low intensity) między siłami serbskimi wspomaganymi przez wagnerowców, a kosowskimi wspieranymi przez NATO jest słaba. Wygląda jak pisana przez polskiego speca od geopolityki, prowadzącego własny kanał na YouTube i jakby przekonanego, że świat zbudowany jest niczym z klocków Lego: proszę, tu pivocik, tu desant, a tu oś solidarności Naddniestrze-Węgry-Serbia, którą dojść mogą aż do bazy Camp Bondsteel, do Tirany i do Adriatyku rosyjskie czołgi…

To są bzdury, oczywiście. Ale na takie bzdury, oprócz geopolityków z YouTube’a, zwracać musi uwagę jeszcze jeden gatunek ludzi: kwatermistrzowie, którzy na wypadek nawet najmniej prawdopodobnej operacji muszą zagwarantować zapasy i odwody. Żywność i amunicję. Logistykę i rezerwy. Które teraz, zamiast do Jasionki i dalej na wschód, polecą do Camp Bondsteel.

I dlatego jest tak ważne, żeby Dejan Pantić dostał swoje leki przeciwmiażdżycowe. Chociaż sam jest sobie chyba trochę winien: sądząc ze zdjęć, pół Kosowa oddałby za dobrą świnkę z rożna.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Łotewscy żołnierze służący w misji NATO w Kosowie (KFOR) przeprowadzają inspekcję nowych blokad drogowych, ustawionych przez mniejszość serbską w Mitrovicy w Kosowie, 15 grudnia 2022 r. Na początku miesiąca na północny kraju doszło do eksplozji, słyszano strzały z karabinu i syreny przeciwlotnicze. Fot. Vudi Xhymshiti/Anadolu Agency via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jak rozpoznać rosyjskiego trolla
Rozmawiałem z niektórymi z nich – pisze Piotr Kościński.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
W Kościele Anglii homomałżeństw nie będzie
Są księża żyjący w stałym związku z partnerem tej samej płci. Chcą, by uchylono im nakaz wstrzemięźliwości.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Gdy maszyna podejmuje decyzję za człowieka…
Jedni dzięki elektronice tracą pracę, ale inni zyskują.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Putina do wojny sprowokował Zachód? Meandry polityki realnej
„We are Godzilla” – mówi amerykański politolog o swoim państwie.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
„Msza” z Robloksa: niewinna zabawa czy szyderstwo?
„Artur, przyszykuj kadzidło” – to jedno z najbardziej kultowych haseł stycznia w polskim internecie.