Rozmowy

Całe piekło wychodzi ci na powitanie. Tysiące kroków w samotności

Wiem, że balansuję na granicy pychy, i że pielgrzymka to świetny kandydat na bożka – mówi Roman Zięba, były członek azjatyckiego gangu przemytników, następnie specjalista od sukcesu i trener technik wpływu w IBM. Założyciel wspólnoty Pielgrzymów Bożego Miłosierdzia.

TYGODNIK TVP: Przeszedł pan miliony kroków, to dobre dla zdrowia, Forrest Gump też biegał dla zdrowia. Ale przy okazji zostawił pan spory ślad węglowy – podróż samolotem do Ameryki, ludzie pomagający na trasie, którzy zużywali paliwo, a i pan osobiście paląc w czajniku gałązkami, nie przysłużył się planecie ani ludzkości. Po co to łażenie, nie lepiej pobiegać wokół domu?

ROMAN ZIĘBA:
O korzyściach z chodzenia pisał dużo jeden z pierwszych słynnych Amerykanów, niestrudzony piechur Henry David Thoreau [amerykański pisarz i filozof – red.]. Był zdania, że dzięki naturalnej czynności, jaką jest chodzenie, człowiek może odkrywać głębokie, być może dziś już zapomniane prawdy ukryte w świecie i w swoim wnętrzu.

Jeszcze z niedokończonych studiów medycznych pamiętam doskonałą strukturę trzech stawów: skokowego, kolanowego i biodrowego. Maestria tych konstrukcji wskazuje, że chodzenie w postawie wyprostowanej było jedną z pierwszych cech człowieka, stworzenia innego niż zwierzęta, bo posiadającego marzenia i cel. Dziś przyjmujemy, że to się stało na sawannach subsaharyjskiej Afryki około 2 miliony lat temu. Stamtąd człowiek wyruszył w swoją wędrówkę aż po krańce świata. Wyprostowana postawa uwolniła naszym przodkom ręce. Mogli teraz wytwarzać narzędzia, rysować ochrą w jaskiniach, a potem budować katedry, projektować broń nuklearną i robić selfie.

Dziś chyba wszyscy zadają sobie sobie pytanie: dokąd doprowadziła nas ta wędrówka i co zrobiliśmy z naszymi wielkimi marzeniami. W XXI wieku siedzimy przed komputerem, żeby potem biegać na stacjonarnej bieżni. Ale to nie to samo co zwykły, długotrwały marsz, jak ten z naszych początków, kiedy droga miała prawdziwy sens, bo służyła szukaniu pokarmu i kolonizowaniu nowych terenów, odkrywaniu tajemnic świata.

Dziś wygląda to tak, jakbyśmy dotarli do kresu: wszystko mamy w nadmiarze, szczyty zdobyte, świat wyjaśniony i opisany, więc wymyślamy coraz dziwniejsze rozrywki, bo coraz trudniej o sens. Pandemia, wojna na Ukrainie, wstrząsy społeczne pokazują, że sytość była iluzją. Moje chodzenie jest pewnie jakąś tęsknotą za sensem naszych prapoczątków, gdy nic nie było ani łatwe, ani oczywiste.

W doświadczeniu zwykłego zmęczenia, głodu i pragnienia budzi się uczucie wdzięczności za najprostsze rzeczy. Mieszkańcy wielkich metropolii zapomnieli już, jak smakuje woda i nie znają widoku rozgwieżdżonego nieba. Tymczasem prawdziwy smak wody odkryć można w drodze przez pustynię. Tam też gwiazdy świecą najjaśniej.

Niby wędrował pan samotnie, ale otrzymał pan od różnych ludzi ogromne wsparcie, także materialne. Skoro pielgrzymuje pan w imię wiary, to może lepiej byłoby te pieniądze przeznaczyć na przykład na fundusz dla ofiar księży? Albo na nowego iPada dla wzywającego do wprowadzenia powszechnej sprawiedliwości redaktora „Krytyki Politycznej”?

Kiedyś w Polsce pracowałem dla korporacji, a konkretnie dla IBM. Zajmowałem się m.in. wdrożeniami systemów IT, optymalizacją procesów, zarządzaniem ryzykiem, całą tą ergonomią sukcesu. To były czasy przed moim nawróceniem. Wychowany w ateistycznej rodzinie nie znałem modlitw ani żadnych praktyk religijnych.

W gronie konsultantów biznesowych i informatyków prowadziliśmy wtedy trochę przewrotnie dyskusje na temat: „Czy istnieje jakaś technologia, która zmieniła życie człowieka jakościowo, a nie tylko ilościowo?”. Pytanie z pozoru jest absurdalne, bo przecież mamy ratujące życie antybiotyki, przeszczepy organów czy choćby windę dla niepełnosprawnych. Ale jednak gdy przyjrzeć się tym wynalazkom, to widać, że poprawiają parametry ilościowe: długość życia, czas pokonania drogi etc.
Fot. archiwum Romana Zięby
Doszliśmy do tego, że aby mówić o poprawie jakości życia, trzeba wejść w obszar wartości. A z tym biznes ma kłopot. Bo nawet taki szlachetny z pozoru CSR (Corporate Social Responsibility) kryje sprytny sposób budowania marki. Podobną presję świata czuje dziś Kościół, który od swojego początku był zapatrzony w niebo i zajmował sie sprawiedliwością ewangeliczną. A czym zajmuje się dziś? Coraz więcej środowisk uczyniłoby z niego chętnie jakąś duchową agendę ONZ, która skupiłaby się na sprawiedliwości społecznej czy politycznej.

Kogo dziś na poważnie intersuje zbawienie duszy? Bo oczywisty przedmiot pożądania rosnącej większości to dłuższe życie, mniej cierpień, zmartwień i niepewności.

190 dni na piechotę przez drogi i bezdroża Ameryki, jak pan pisał, to „modlitwa miliona kroków”. Wyruszył pan ze 150 dolarami w kieszeni oraz zeszytem ze spisem intencji, w jakich pan wędrował. Po drodze często słyszał pan pytanie: „why?”, dlaczego pan idzie?”. Po co męczył się pan tak przez pół roku?

Pytanie: „but why?” słyszałem bardzo często. Żeby dać na nie uczciwą odpowiedź, musiałem najpierw szczerze odpowiedzieć sam sobie. To może dziwne, ale ja jestem raczej typem domatora. Kiedyś bardzo ceniłem sobie domowe ognisko, stabilność, relacje z bliskimi. Kiedy w brutalny sposób straciłem to wszystko, wyruszyłem w drogę bez zabezpieczeń, chyba dlatego, żeby odrzeć się z iluzji.

Stawiając się podczas wędrówki w sytuacji niepewności, chciałem zabić w sobie kłamstwo, którym krzywdziłem siebie i bliskich. Czułem, że to kłamstwo jest zrośnięte ze mną, że na kolejnych spowiedziach jestem recydywistą tych samych grzechów. Ruszając co roku w nową pielgrzymkę, pragnąłem dotkąć wreszcie swojego „centrum”, miejsca, które Thomas Merton [urodzony we Francji amerykański zakonnik trapista i pisarz – red.] nazwał „le point vierge”, punktu wolności. Cały czas wierzę, że to jest możliwe jeszcze tu, na ziemi.

Droga to mój sposób rozmowy z Bogiem. Mówiąc językiem ikony, utożsamiałem ten punkt z doskonałym wzorcem, obrazem Boga, który zdeponował On w każdym z nas. Może prowadzi mnie nadzieja, że w końcu dojdę do mojego domu. Tego prawdziwego. Wiem, że balansuję na granicy pychy, że być może cel umieściłem sobie specjalnie za wysoko, i że pielgrzymka to świetny kandydat na bożka.

Przejście przez USA dwoma trasami, które na mapie utworzyły znak krzyża [oprócz Romana, inną trasą z Kanady do w Meksyku szedł Wojciech, drogi przecinały się pod Denver, tworząc symboliczny krzyż – red.] było trzynastą dużą pielgrzymką naszej wspólnoty. Wiem, że to może wyglądać jak romantyczna eskapada, ale – jak pisał Thoreau: „To, co dla jednych wydaje się błahą włóczęgą, dla wędrowca może być braniem na barki prawdziwej odpowiedzialności”.

Ruszamy po to, żeby dziękować za to, że po drastycznym upadku dostaliśmy nową szansę i po to, żeby „modlić się krokami za siebie i za innych”. To modlitwa bez słów, której nie można przegadać, ale wierzymy, że słychać ją w niebie.

Wróćmy do reakcji zwykłych mieszkańców USA, dla których musiało być szokiem, że komuś chce się tak daleko iść na piechotę. Żeby choć na rowerze albo na motocyklu… Przecież jak sam pan pisze w książce „Krzyż Ameryki. Dziennik z pieszej drogi przez kontynent”, Stany Zjednoczone to kraj, gdzie nawet „dwieście metrów do sklepu pokonuje się samochodem”.

Pieszy wędrowiec pchający wózek przez kraj kierowców i wielkich przestrzeni budzi najpierw podejrzliwość i skojarzenie z bezdomnością, a po chwili zaciekawienie i chęć wysłuchania historii: skąd, dokąd i dlaczego. Może ten kontrast pomiędzy powolnym tempem pojedynczych kroków i szybkim światem stechnicyzowanego pragmatyzmu otwierał przestrzeń dla wyjątkowego spotkania, gdzie obie strony okazywały się sobie potrzebne?

Amerykanie, którzy wolność mają „wpisaną w genotyp”, wyczuwali, że nie mam w porfelu karty kredytowej, że nie jestem ekstremalnym turystą ani coachem survivalu. Dlatego pomagali. Chcieli nie tylko dać schronienie, nakarmić czy wesprzeć finansowo, ale wyczuwałem, że w jakiś sposób pragną stać się częścią tej pielgrzymki.

Jak w Kalifornii czy jak w Teksasie? Podzielone (i poróżnione) Stany Zjednoczone

Czy to koniec USA jako federacji?

zobacz więcej
Niekiedy rozmowa przekształcała się we wzajemne świadectwo. Łączyła nas wtedy wiara we wspólny ideał, największe z ludzkich marzeń. Dziś uważam, że wyznania napotkanych ludzi, często intymne, były największym skarbem, jaki otrzymałem w drodze. Te historie złożyły się na obraz Ameryki, który potem spróbowałem oddać w książce.

Ameryka z perspektywy pieszej wędrówki wygląda zupełnie inaczej. Wielkie przestrzenie, ale i bieda, opuszczenie, ludzie marginesu. Wszędzie jednak spotykał się pan z przejawami ludzkiej solidarności i życzliwości. Szczególnie uderzające są pana opisy spotkań z imigrantami oraz Indianami.

Ameryka to kraj wielkich kontrastów. W pieszej wędrówce tym wyraźniej je widać. Np. w Kaliforni kilkaset tysięcy milionerów mieszka obok 120 tysięcy bezdomnych. Bogactwo Krzemowej Doliny sąsiaduje z biedą dzielnic emigrantów. W zamożnym Denver widziałem miasto namiotów wzdłuż rzeki w centrum miasta. Nie wspominając o West Side w Chicago, czy o miastach – widmach w Pasie Rdzy.

Ale właśnie z prostymi ludźmi, ubogimi, bezdomnymi albo doświadczonymi przez cierpienie bądź utratę, nawiązywałem kontakt najszybciej. To oni pomagali najchętniej. Może dlatego, że byliśmy do siebie dość podobni. Dziecinny wózek, który pchałem, wypłowiałe od słońca ubranie, pokazywały, że idę z daleka i że dźwigam jakiś ciężar, że z czymś się zmagam.

Ja i oni tworzyliśmy razem dziwną wspólnotę trudnych życiowych doświadczeń, jakiejś bezsilności wobec losu, ale też nadziei, że istnieje dla nas rozwiązanie, jakaś dobra przyszłość. Ameryka to kraj zbudowany na marzeniu o lepszym, spełnionym życiu.

Z kolei Indianie w rezerwatach nie otwierają się łatwo na białych przybyszy. Traumy historii są nadal żywe. Jednak za każdym razem w nawiązaniu rozmowy pomagał nam jakiś przypadek. Raz był to orzeł kołujący nad prerią, innym razem przyjaciel Polak, z którym mój rozmówca służył kiedyś w Iraku.

To dla pana już trzynasta taka piesza pielgrzymka. Szedł pan już z Ziemi Świętej i z Irlandii do Polski. Wędrował pan do Moskwy, a z pielgrzymki przez Turcję przyszedł z panem pies. Jest nawet film dokumentalny z pielgrzymki z obrazem „Jezu, ufam Tobie” z Łodzi do Rzymu: szli wtedy z panem byli więźniowie, było dużo emocji, iskrzyło między wami właściwie do samych bram Watykanu.

Od pierwszej pielgrzymki w 2011 r. przez kolejne lata dołączali do naszej pielgrzymującej wspólnoty ludzie po wyrokach, wychodzący z uzależnień, którzy doświadczyli w życiu skrajnej bezsilności, ale właśnie w tej niemocy odkryli światło i poczuli nadzieję. O tamtej drodze w 2016 r., gdy czterech byłych więźniów pchało wózek wielkości samochodu z Polski do Watykanu, powstały nawet dwa filmy dokumentalne.

To była niezwykła pielgrzymka. Nasz wehikuł rozwijał prędkość do 5 km na godzinę. Szliśmy, żeby dziękować i błogosławić, bez zabezpieczonych środków czy noclegów, przez 6 krajów, w tym przez góry Bośni, tunele we włoskich Apeninach. W deszczu i spiekocie, często zatrzymywani przez policję, która nie mogła przypisać naszego pojazdu do żadnej kategorii w kodeksie drogowym, więc zawsze nam się udawało.

Na końcu papież Franciszek przesłał ten nasz obraz do Egiptu, gdzie wprowadzono go do katedry w Kairze jako znak modlitwy o pokój na Bliskim Wschodzie. To nam pokazało wyraźnie, że pielgrzymki, w które wyruszamy, nie są tylko naszymi osobistymi pomysłami, ale że to część misji Kościoła. Nigdy zresztą nie idziemy bez błogosławieństwa naszego biskupa. Po tym, co każdy z nas, Pielgrzymów Bożego Miłosierdzia, ma w swoim życiorysie, posłuszeństwo jest dziś dla nas kluczowe.

Wróćmy do początków tej historii. Jest pan szczęśliwym mężem i ojcem, ma pan doskonałą pracę w międzynarodowej korporacji, piękne wspomnienia z podróży po orientalnym świecie i nagle słyszy pan walenie do drzwi. Następny obraz to grupa antyterrorystów rzucających pana na glebę…
W dużej amerykańskiej firmie technologicznej jestem odpowiedzialny za szkolenia z ryzyka, zajmuję się zarządzaniem projektami, definiowaniem celów, jestem ekspertem od „mechaniki sukcesu” i nagle, bez ostrzeżenia zatrzaskuje się za mną żelazna sztaba więziennej celi. Kariera, plany, marzenia, cała kontrola nad rzeczywistością, jaką myślałem, że mam, nagle runęły. Z eksperta od sukcesu staję się przykładem porażki.

Trafi pan do aresztu. Jak tam było? Bili? Gwałcili?

Nie spotkało mnie najgorsze, ale kilka razy byłem świadkiem drastycznych scen. Musiałem szybko się dostosować do więziennych reguł. O dziwo, przez więźniów byłem od początku traktowany z szacunkiem, bo miałem dobre „białko” [w przestępczym slangu: dokumenty zawierające m.in. przyczynę osadzenia w areszcie lub więzieniu – red.], czyli paragraf: grupa zorganizowana. To budzi szacunek. Międzynarodowy przemyt, broń, grozi mi duży wyrok. Nie mogę pokazać, że jestem załamany. Potem dowiedziałem się, że śledczy byli przekonani, iż moja praca w korporacji byłą tylko przykrywką, że nadal koordynowałem lewe biznesy w Azji [Zięba przed laty, po przerwanych studiach medycznych, kilka lat działał na Dalekim Wschodzie w grupie przestępczej zajmującej się przemytem do USA złota, pieniędzy i ludzi – red.].

W więzieniu dowiaduję się o śmiertelnej chorobie żony. Czuję, że lecę głową w dół w ciemność bez dna. Gdy siedzę z grypsującymi w 12-osobowej celi, pięć telewizorów pokazuje te same sceny: walące się wieże World Trade Center. Upada stary porządek świata, a w tym samym czasie obraca się w ruinę całe moje życie.

Traci pan wszystko. Rodzinę. Pracę. Dotychczasowe całe życie. Ale pisze pan w książce, że tam, w celi pośród beznadziei zobaczył pan „małe światełko”.

W celi czytam Biblię. W Księdze Rodzaju odkrywam opis stworzenia człowieka z prochu. Po wyjściu na wolność wiem na pewno, że nie chcę żyć tak jak kiedyś. Zresztą i tak nie mam już do czego wracać. Nie mam moralnego prawa do wykonywania zawodu specjalisty od sukcesu. Czuję obrzydzenie do biznesu, nowych technologii. Odrzuca mnie świat rządzony przez oszustwo i manipulację dla zysku.

Jestem typowym neofitą, który pod jedną pachą nosi Biblię, pod drugą dzieła Jana od Krzyża [katolicki święty, zakonnik, karmelita, mistyk, jeden z najwybitniejszych poetów hiszpańskich – red.] i chce spać na ziemi jak św. Franciszek. Zaraz po wyjściu na wolność zapisuję się na pielgrzymkę, podczas której więźniowie na przepustkach pchają wózki z niepełnosprawnymi. Ma być trudno, ma boleć. Wyobrażam sobie, że tylko tak mogę zniszczyć w sobie to kłamstwo, które czuję stale w sobie, które oblepia mnie od środka.

Spowiedź życia odbywam u więziennego kapelana. Po raz pierwszy nie wstydzę się łez przed facetem.

Czy neofita, dumny ze swojej nowej drogi życiowej, potrafi odnaleźć w sobie cnotę, jaką jest pokora?

Modlitwa kroków to chyba najbardziej pokorna modlitwa. Nie można jej przegadać. Gdy wyruszasz w drogę w jakiejś intencji, wtedy nie ma wyjścia: trzeba dopełnić ofiarę trudu. Do raz obranego celu trzeba po prostu dojść.

Wtedy rzecz jasna całe piekło wychodzi ci na powitanie. Ale gdy wiesz, że dobrze rozeznałeś, że ta droga jest potrzebna, wtedy w kryzysach zaciskasz mocniej różaniec i znowu pojedyncze kroki sumują się w tysiące. Wiesz, że Bóg jest blisko i że to On uzdalnia.

Kończąc pielgrzymkę przy dawnym World Trade Center, zniszczonym w ataku 11 września 2001 r., napisał pan: „Najważniejsze decyzje podejmujemy rozpięci na krzyżu (…) W kosmicznej samotności i w największym cierpieniu, nawet jeśli nigdy wcześniej nie byliśmy wolni, to teraz mamy wreszcie prawdziwą wolność wyboru: prawda albo kłamstwo, światło albo ciemność, życie albo śmierć. Jedna z dwóch dróg: łotra po prawej albo łotra po lewej stronie. Wieczny lęk albo wieczna miłość”.

Wolność wyboru... Bóg daje ją każdemu z nas. To wielki, niepojęty skarb. Ale żeby go przyjąć, trzeba najpierw zrobić dla niego miejsce. Wędrówka, do której zaprasza nas Jezus to droga oddawania całego tego nadbagażu, który w życiu gromadzimy i o którym myślimy, że jest nam niezbędny.

Częstochowa, do której nie wolno pielgrzymować i Matka Boża, królowa... Chin

Każdy kościół katolicki w Chinach jest „dyskretnie” obserwowany przez nieumundurowanych funkcjonariuszy bezpieki.

zobacz więcej
Nasze życie najczęściej wygląda jak garaż w typowym amerykańskim domu. Jest tam wszystko, wszelkie rupiecie odkładane latami. Pamiętam, jak zdziwiło mnie, że Amerykanie trzymają swoje samochody przed domem, prawie nigdy w garażu. Tam po prostu nie ma miejsca.

Kiedyś dobrze się panu powodziło w biznesie. Teraz chodzi pan na pielgrzymki i pisze ikony. Pewnie to panu sprawia duchową satysfakcję, ale – zejdźmy na ziemię – jak z tego wyżyć?

Pamiętam moment, gdy wróciłem z pielgrzymki przez Rosję. W ogłuszającej ciszy rosyjskiego stepu poczułem, że jedynym sposobem na pustkę jest modlitwa oddania wszystkiego. Tam dotarło do mnie, jak małym okruszkiem jestem w czeluści kosmosu i jak bardzo zależy na mnie Stwórcy Wszechświata. Nieustanna modlitwa kroków przeniosła mnie w inny wymiar.

Po powrocie do Polski ciężko mi było wrócić do świata. Rozmawiałem z Wojtkiem o tym, czy można w normalnej codzienności żyć tym duchem drogi, który objawia się w samotnej drodze z różańcem. Właściwie cały czas szukam odpowiedzi na to pytanie. Wierzę, że istnieje taki rodzaj najgłębszej duchowości, której nie przeszkadza wypełnianie codziennych obowiązków.

Dziś żyję z ikon. Wykonuję prace na desce i polichromie dla świątyń. Prowadzę też warsztaty pisania ikon. Nie reklamuję się. Praktycznie nie zabiegam o klientów. Działa reklama szeptana: jedni polecają mnie drugim.

Nie ma kokosów, ale co ma przyjść, przychodzi. W „Jaskółce w katedrze”, nowej książce, nad którą pracuję tytułowa jaskółka to ptak, który lata pod sufitem i śpiewa podczas mszy w afrykańskich kościołach. Pisałem dużą ikonę Trójcy Świętej na ścianie ołtarzowej kościoła koło Kibeho we Rwandzie.

Te ptaki to wielcy wędrowcy. Dwa razy w roku pokonują morderczy dystans z północy Europy aż do subsaharyjskiej Afryki. „Jaskółka w katedrze” to nie tylko zamyślenia nad pielgrzymowaniem, ale szukanie odpowiedzi na pytanie o ikonę. W jaki sposób milcząc, tak wiele potrafi przekazać.

Zastanawiam się, gdzie się teraz pan wybierze. Ukraina? Może Mariupol – ostatecznie to miasto poświęcone Maryi – choć pewnie dopiero po wyzwoleniu przez Ukraińców taka pielgrzymka byłaby możliwa. ODWIEDŹ I POLUB NAS Rozmawiałem o tym z Sergiejem, moim nauczycielem ikon, który jest Ukraińcem i mieszka pod Lwowem. Stanowczo odradził mi pieszą wędrówkę przez Ukrainę w obecnym czasie: „Tam strzelają do każdego. Nie zdążysz się wytłumaczyć, kim jesteś”. Nie wiem. Może zbyt szybko zrezygnowałem.

Nie porównuję się do św. Franciszka, ale on nie zawahał się pójść do ówczesnego Mariupola, jakim była egipska Damietta z wielkim obozowiskiem Krzyżowców szykujących się do starcia z wielkim wrogiem, sułtanem Malikiem al-Kamilem.

Nie uzyskawszy zgody legata papieskiego, Franciszek postanowił na własną odpowiedzialność, bez broni, przedrzeć się na stronę muzułmanów. Muzułmanie byli zaskoczeni odwagą bosego mnicha, więc zaprowadzili go przed oblicze sułtana. Mam przekonanie, że Franciszek nie chciał go nawróćić. Szedł, żeby z miłości podzielić się z nim swoim największym skarbem. Gdy kochasz, śmierć nie ma do ciebie dostępu.

– rozmawiał Paweł Burdzy

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Fot. archiwum Romana Zięby
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Sztuczne zarodki w sztucznej macicy
Mogą być wykorzystywane do testów toksyczności np. leków.
Rozmowy Najnowsze wydanie
W 1939 roku III Rzesza walczyła przeciwko… polskim faszystom
Niemcy i Rosja podpisały wtedy wyrok śmierci na całą Europę Środkową.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Między lekarstwem a trucizną
Większość produktów z konopi to proszek CBD z Chin zmieszany z tanim olejem.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Rosyjski historyk: Pokonanie Ukrainy jest już niemożliwe
Putin obawia się protestów, więc z dużych miast powoływany jest mały odsetek rekrutów – mówi prof. Boris Sokołow.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Amerykański ekspert: Ukraina nie odzyska Krymu
Polska jest obecnie jest w najkorzystniejszym momencie w dziejach, jak nigdy wcześniej przez wszystkie wieki – mówi oficer wojsk pancernych USA Robert Forczyk.