Historia

Sfotografował Wielki Głód. I jest kłopot. Nie z samymi zdjęciami, ale z ich autorem

Zwłoki na charkowskim chodniku wyglądają jak ciśnięte niedbale łachmany, nogawka spodni furkocze na kości strzałkowej i piszczelowej jak malinowe sztandary na masztach Kremla.

Najpierw rzucają się w oczy nienaturalnie duże stawy palców. Jak pierścionki? Gdzie tam, jak ziarna fasoli: białe, pożywne, parujące, kiedy wyławiało się je łyżką z miski barszczu. Ostatni guzik kapoty – jak przysmażony trochę za mocno pierożek, krągły i ściemniały. Liść wierzby, który przywiało na chodnik, lekki i łukowaty, jest jak skórka chleba, spękana i podbita słodkim miąższem.

Moda na kolorowanie archiwalnych zdjęć znieczuliła w nas umiejętność rozpoznawania kolorów w palecie szarości i czerni, więc trzeba chwili, żeby w dziwnym, sflaczałym kształcie dostrzec brudny lniany worek. Zmieściłby się w nim tuzin główek kapusty, chrzęszczących, ciężkich od soku. Tuzin chlebów, okrągłych i pachnących jak łąka. Pud, albo i półtora puda buraków, rzepy, śliskich, twardych, perłowych ziaren pszenicy. Albo i całe naręcza pokrzywy, lebiody, garście młodych liści, rwanych razem z pąkami i młodym łykiem, prosto z gałęzi. Pędraki, małże skójki z potoku, może złapana w sidła mysz?

Ale worek jest pusty, zmięty, przyciśnięty do chodnika odchyloną w tył głową. Wzrok rozpoznaje po kolei: obrzękłe uszy, drobny nos, posiwiałe z udręki włosy i wreszcie źródło milczenia: „zarosłe usta człowieczego głodu”. To kadr autorstwa Alexandra Wienerbergera, człowieka, który sfotografował Hołodomor.

Badania terenowe nad ukraińskim głodem

Głód, kupowany dzisiaj na raty przez mieszczuchów szukających skutecznej diety, jest powszechnym doświadczeniem ludzkości, jedną z najstarszych jej broni i przyczyną jednej z najboleśniejszych śmierci. Knut Hamsun za opis głodu, który dręczy, dostał literackiego Nobla. Zespół lekarzy, którzy w warszawskim getcie podjęli systematyczne badania nad głodem, który zabija, nie dostał Nobla z medycyny. Zgotowaną przez Niemców Zagładę przeżyło pięciu badaczy: jeden z nich, kardiolog Emil Apfelbaum, wydał po wojnie manuskrypt przechowany przez polskiego internistę, Witolda Orłowskiego.

„Badania kliniczne nad głodem” są pomnikiem szczególnego rodzaju odwagi – i źródłem wiedzy dla tych, którzy chcieliby opisać to doświadczenie w terminach naukowych. Gołym okiem nie zobaczysz przecież zmian funkcji narządów wewnętrznych, zaniku („samozjedzenia”) trzustki ani wypłukania z organizmu elektrolitów, bez stetoskopu nie usłyszysz, jak spowalnia akcja serca. Nie dowiesz się nic o halucynacjach, wyostrzonym węchu, obsesyjnym myśleniu o jednym: pełnych ustach (tu trochę pomaga Hamsun).

Ofiary głodu. Charków, 1933 r. Zdjęcie autorstwa Alexandra Wienerbergera ze zbiorów kardynała Theodora Innitsira (Archiwum Diecezji Wiedeńskiej). Fot. Wikimedia/ Centralne Państwowe Archiwum Filmowe, Fotograficzne i Fonograficzne Ukrainy im. H. Pszechynyja
Gołym okiem – albo przez wizjer aparatu fotograficznego – możesz zaobserwować rozdrażnienie przechodzące w apatię. Powiększenie ślinianek (zgadza się, dziewczynka w czarnej, wiejskiej chuście ma takie pyzate policzki!), obrzęk głodowy (płetwiaste, białe ręce i stopy, nie mieszczące się w łapciach, rozrzucone na jezdni jak kleksy zmieszonego na kołacz ciasta), wreszcie zanik tkanki mięśniowej i tłuszczowej. I to ostatnie na zdjęciach Wienerbergera widać najlepiej: zwłoki na charkowskim chodniku wyglądają jak ciśnięte niedbale łachmany, nogawka spodni furkocze na kości strzałkowej i piszczelowej jak malinowe sztandary na masztach Kremla.

Trzy ostrza ludobójstwa

O Wielkim Głodzie na Ukrainie – zbrodni ludobójstwa sprzed 90 lat, coraz szerzej znanej pod rodzimą nazwą Hołodomor – wiemy już dużo. Znana jest skala i strategia rozpoczętej jeszcze w roku 1930 operacji, która miała, by tak rzec, trzy ostrza: pozyskanie maksymalnie dużej ilości produktów rolnych (przede wszystkim zboża) przeznaczonych na eksport; „złamanie” struktury wsi ukraińskiej, sprzeciwiającej się biernie (a czasem czynnie) kolektywizacji rolnictwa; wreszcie – likwidacja istotnej części społeczności ukraińskiej, w oczach Stalina stanowiącej zagrożenie społeczne, jak i narodowościowe.

Dwa z ostrzy ludobójstwa nachodziły na siebie perfekcyjnie jak w nożycach: skuteczna atomizacja społeczności wiejskich, zniszczenie więzi społecznych, skuteczne wykorzenienie wzorców kulturowych, tradycji i jakiejkolwiek myśli o oporze możliwe było tylko za sprawą fizycznej eliminacji ludności na gigantyczną skalę.

Trzecie ostrze jakby odstaje: dziesiątki relacji naocznych świadków mówią oczywiście o rekwirowaniu nie tylko ziarna na siew, lecz wszystkiego, co mogło się nadawać do spożycia (plew, makuchów, wytłoków z olejarni) lecz także – o łanach zbóż gnijących na polach, stertach jarzyn usypanych w stosy i pozostawionych na uciechę robakom, o obstawionych przez wojsko magazynach i pociągach, w których czerniało ziarno. To pokazuje kulawość stalinowskiego państwa – ale i listę jego priorytetów: krzyk umierających milionów stał na niej znacznie wyżej niż dodatni bilans handlowy.

Znamy co do dnia sekwencję kolejnych zarządzeń, wydawanych przez władze sowieckiej Ukrainy lub bezpośrednio przez Mołotowa i Kaganowicza: 7 sierpnia 1932 wydany został „Dekret o ochronie mienia”, zwany prawem pięciu kłosów: za zerwanie najmniejszej ilości zboża na kołchozowym polu otrzymywało się odtąd wyrok 10 lat łagru lub karę śmierci. 18 listopada 1932 roku nakazano chłopom ukraińskim zwrot zaliczek ziarna, 20 listopada rozpoczęto konfiskatę żywego inwentarza.

28 listopada wprowadzono system „czarnych tablic”: wsie, które nie wykonały planów dostaw, miały oddać ich PIĘTNASTOKROTNĄ normę. 24 grudnia rozpoczęła się, prowadzona przez aktywistów partyjnych, Armię Czerwoną i wojska wewnętrzne OGPU akcja konfiskowania wszelkich rezerw zbożowych. W trzy później, by uniknąć masowej ucieczki ludności wiejskiej przed śmiercią głodową, wprowadzono tzw. paszportyzację, czyli de facto przypisanie do ziemi: zakaz opuszczania wsi pod groźbą zsyłki, a na granicach Ukraińskiej SRS postawiono kordony wojska.

Jak policzyć umarłych?

Znamy zasięg klęski , która prócz ziem dzisiejszej centralnej i wschodniej Ukrainy dotknęła również Kubań (wówczas w większości ukraiński) i Mołdawską ARS (wówczas w granicach sowieckiej Ukrainy), a także Zachodnią Syberię i Kazachstan. Znamy nazwiska i losy głównych decydentów i bezpośrednich wykonawców.

Mit Bandery czy żywa pamięć o Wielkim Głodzie?

Ukraiński nacjonalizm stanowi dziś raczej rodzaj rekonstrukcji historycznej.

zobacz więcej
Staramy się poznać dokładną liczbę zmarłych w wyniku klęski, choć tu wyzwanie jest największe, nie tylko za względu na stalinowską praktykę likwidowania świadków, niszczenia akt i fałszowania danych. Sprawozdawczość demograficzna w Sowietach w początku lat 30., była, nawet jeśli nie zakłamywana, to wysoce niedoskonała: dbano może o policzenie rąk do pracy, ale kto by się tam przejmował noworodkami? Istniejące zapisy były zresztą ukrywane i preparowane przez NKWD, sfałszowano wyniki spisu powszechnego z 1937 roku.

Zresztą – czy uwzględniać tych, którzy zmarli w łagrach, ponieważ złamali prawo pięciu kłosów, czy tylko tych, którzy skonali z głodu w granicach Ukraińskiej SRS? Czy brać pod uwagę zgony ze strasznej jesieni, zimy i przednówka 1932-1933, czy wszystkie przypadki śmierci głodowej począwszy od roku 1930? A co z ofiarami wyniszczającego niedożywienia, które zmarły w kolejnych latach? Co z niemowlętami, wykarmionymi papką z wierzbiny? Co z zapaścią demograficzną, jakiej doświadczyła Ukraina w kolejnych pokoleniach?

Co z przymusowo przesiedlonymi, którzy już nigdy nie wrócili do rodzinnych wsi? Nic dziwnego, że szacunki strat wahają się od 2,4 mln (Timothy Snyder) do 7,5 mln (David R. Marples). Liczby te, podobnie jak „uśredniona”, najczęściej współcześnie przyjmowana wielkość strat rzędu 4-5,5 mln są oczywiście poza naszą zdolnością pojmowania, poza granicami wyobraźni.

Czy możliwe jest – jeśli ktoś gotów jest podjąć taki ciężar – przybliżenie choć o źdźbło tamtego doświadczenia? Relacje ocalałych, tak, istnieją; ale składane półgłosem, w wiecznie żywym lęku, w 60 lat później, ile są w stanie oddać?

W nazywaniu nienazywalnego zwykle z pomocą przychodziła literatura. Ale i tu niełatwo o wierną relację. „Żółty książę” Wasyla Barki, powieść napisana w latach 60. na emigracji, w Polsce wydana dopiero tej jesieni przez Kolegium Europy Wschodniej, jest jak szkatułka, w którą autor upakował dziesiątki doświadczeń z lat Hołodomoru oraz biblijne obrazowanie i parabole: ważna, potrzebna, poruszająca, nie jest jednak arcydziełem.

Sąsiednia wieś wyje

Zostaje na zawsze w pamięci kilka zdań z powieści „Wszystko płynie” Wasilija Grossmana, jednego z najbardziej przenikliwych rosyjskich świadków komunizmu: „Zawyła wieś, widząc, że zbliża się śmierć. W całej wsi wyli chłopi – nie był to głos rozumu czy duszy, to było jak szum liści na wietrze czy jak szelest słomy. (…) Wychodziłam czasami ze swoim przydziałem w pole i nasłuchiwałam: wyją. Szłam dalej, no, jakby już ucichło, robię jeszcze kilka kroków i znów słyszę – to już sąsiednia wieś wyje. I wydaje mi się, że cała ziemia wyje razem z ludźmi. Boga nie ma, kto usłyszy?” (tłum. Wiera Bieńkowska).

Jedna scena ze wspomnień Lwa Kopieliewa: kobieta, która na klęczkach zbiera łyżką mleko, co z rozbitej butelki ściekło do odcisku kopyta w zamarzniętej ziemi. Ale i tak najmocniejszym chyba obrazem śmierci głodowej w literaturze, jaki znam, jest tych kilka wersów Szymborskiej:

…Tam opodal las
Do żucia drewna, do picia spod kory –
Porcja widoku codziennego,
Póki się nie oślepnie. W górze ptak,
Który po ustach przesuwał cieniem
Pożywnych skrzydeł. Otwierały się szczęki,
Uderzał ząb o ząb.


(Straszliwa ironia jest w tym, że wiersz „Obóz głodowy pod Jasłem” Wisława Szymborska poświęciła pamięci jeńców sowieckich, zamęczonych tam przez Niemców. Ironia podwójna – w tym, że za drutami pod Jasłem znaleźć się przecież mogli i ci, którzy w 1932 rekwirowali zboże, i ci, którzy jakimś cudem te rekwizycje przeżyli, jedni i drudzy zmobilizowani w 1941. A ironia potrójna – to wersy „Nocą na niebie błyskał sierpień i żął na śnione chleby. / Nadlatywały ręce z poczerniałych ikon, / Z pustymi kielichami w palcach” – brzmiące tak, jakby poetka wiedziała jednak o Hołodomorze; w każdym razie wiedziała więcej, niż odważyła się napisać).
Głodująca dziewczynka w Charkowie. Fot. Wikimedia/ Alexander Wienerberger/Archiwum Diecezji Wiedeńskiej
Ale kto czyta dziś wiersze? Obraz przemawia z siłą tysiąca słów, książki i artykuły potrzebują ilustracji, kotwicy dla bezradnej ilustracji. Jak wpisać skurcze głodowe, biegunkę i agonię w kiczowatą „ukraińską” scenografię, która podsuwa nam leniwa wyobraźnia? (czarnobrewe w białych chustkach, słonecznikowe pola, podmiejska uliczka zalana letnim słońcem, gliniane dzbanki na sztachetach płotu)?

I tu właśnie pojawia się Wienerberger ze swoją Leicą.

Fotoreporterzy z SS

Nie był pierwszy. „Fotografia a ludobójstwo” to temat książek i seminariów, daleki od zamknięcia. Niewykluczone, ze poczet fotografów, kierujących obiektyw na to, jak likwidowany jest naród otwiera Armin T. Wegner, lekarz wojskowy, oddelegowany do Niemieckiego Korpusu Sanitarnego wspierającego działania Szóstej Armii Ottomańskiej w Syrii i Mezopotamii. Wegner sfotografował „szlaki śmierci”, którymi wędrowali ku swej zagładzie Ormianie. Przeniesiony karnie pod naciskiem władz tureckich do Europy zdołał przemycić w pasie munduru negatywy, dające nam dzisiaj wyobrażenie o Mec Jeghern, pierwszym dwudziestowiecznym ludobójstwie.

Najobszerniej sfotografowana została, rzecz jasna, Zagłada: bez żenady dokumentowali ją oficerowie z Politische Abteilung Erkennungsdienst (to spod ich ręki pochodzi najszerzej chyba znane zdjęcie chłopca w przykusym płaszczyku, do którego celuje SS-Rottenführer Josef Blösche), naciskali spust migawki, jedyny, jaki był im dany, polscy więźniowie Auschwitz (Wilhelm Brasse, fotografik z Żywca) i zamknięty w łódzkim getcie Mendel Grossman. Ale Hołodomor? Skąd sprzęt, klisze, determinacja, czapka-niewidka?

Życiorys Alexandra Wienerbergera da się, przynajmniej w pierwszych latach, wpisać w kilka środkowoeuropejskich „matryc” biograficznych. Urodzony w 1891 roku w zamożnej wiedeńskiej rodzinie, nominalnie czesko-żydowskiej, sam uważał się za Austriaka. Dumny student Wydziału Filozoficznego trafił jako jednoroczny ochotnik na front karpacki i dostał się do rosyjskiej niewoli w roku 1915. ODWIEDŹ I POLUB NAS Jak wielu jeńców austro-węgierskich nie żywił szczególnego przywiązania do upadającej monarchii, był za to pod wrażeniem rozmachu i ideałów dwóch rewolucji, których doświadczył w Rosji w roku 1917, z których już pierwsza przyniosła mu wolność. Nie został fellow-travelerem komunizmu jak beztroski obieżyświat Jaroslav Hašek ani jego funkcjonariuszem, jak Béla Kun czy Mátyás Rákosi; uznał jednak, że może zbudować sobie życie w Moskwie, gdzie zdążył się ożenić.

Mała stabilizacja à la russe

Zaczął od niewielkiego laboratorium chemicznego, założonego z przyjaciółmi w lecie 1917 roku, i choć życie jego w warunkach komunizmu wojennego, a później NEPu, toczyło się raz na wozie, raz pod wozem (w 1919 próbował ucieczki do Austrii, trzy lata spędził jako więzień Łubianki) ostatecznie władze sowieckie doceniły jego talenty inżynieryjne, mimo, że był chemikiem-samoukiem. W drugiej połowie lat 20. kierował już produkcją w fabryce farb i lakierów, a na przełomie dekad – nawet przy produkcji materiałów wybuchowych!

W roku 1928 pozwolono mu nawet, co zdarzało się przecież nieczęsto, na wyjazd do rodziny w Austrii, skąd przywiózł sobie zresztą drugą żonę, Lilly Zimmermann (jego pierwsze małżeństwo rozpadło się rok wcześniej). W 1932 odebrał nominację na dyrektora technicznego fabryki tworzyw sztucznych w Lubuczanach, a w pierwszych miesiącach następnego roku został oddelegowany na podobne stanowisko do Charkowa.

Tak naprawdę nie wiemy, co sprawiło, że self-made man, pogodny mieszczanin, który sprowadził sobie z Austrii aparat fotograficzny, żeby utrwalić wizerunek małej Margot na sankach i patefon, żeby potańczyć z Lilly w przydziałowym pięciopokojowym mieszkaniu, skierował obiektyw z pyzatych policzków córeczki na opuchniętą twarz nieznanej mu dziewczynki. Jego relacja w opublikowanych w 1939 roku wspomnieniach („Hart auf hart. 15 Jahre Ingenieur in Sowjetrussland. Ein Tatsachenbericht”) napisana jest patetycznym językiem i jakby skrojona pod gusty publiczności.

„Boże Ciało” Komasy, film wielki i mądry. Powalczy o Oscara

Wielki film „z życia kleru”, mroczne barwy patologii, bezkarność silnych, ludzie niepełnosprawni i popieprzeni. Festiwal w Gdyni 2019.

zobacz więcej
Jej pierwsze zdanie („Kiedy przy świetle latarki grzebałem pod maską samochodu, jakiś kierowca podszedł do mnie, stanął i zapytał, czy jestem obcokrajowcem”) dzieli od podniosłego apelu i zobowiązania („Drogi towarzyszu – podniósł rękę – jesteś cudzoziemcem, w porównaniu z nami jesteś wszechmocny, masz możliwość opuszczenia tego lochu. Powiedz, co z nami robią! Europa musi nam pomóc! (…) – Nie odchodź stąd, zanim nie obiecasz mi, że będziesz krzyczał! (…) – Tak – powiedziałem – obiecuję ci: oto moja ręka!”) zaledwie pięć wersów. No cóż, tak nie rozmawiano na charkowskiej ulicy zimą 1933 roku. Ale to nieważne.

Papierki po cukierkach

Ważnych jest tylko przeszło sto zdjęć zrobionych przez Wienerbergera. Na szarych kadrach w formacie pocztówkowym można zobaczyć dzieci, dzieci, dzieci, które dopełzły do Charkowa i teraz kucają na stercie przydrożnego tłucznia, bezdomne i oszołomione. Zapomniały swojego imienia i wioski, pamiętają tylko sytość; kiedyś była. Na ludnej ulicy, pod szumiącymi liśćmi sadu, przy płocie leżą ciała zmarłych: płot jest tak porządny i akuratny, z równo rozmieszczonymi sztachetami, że wydaje się, jakby ktoś brał z nich miarę na trumnę, ale przecież wiadomo, że wrzucą ich widłami na wóz asenizacyjny.

Jest i wóz, z rozkołysanymi parami bosych pięt; i zwłoki w przydużych ubraniach, jakby rozrzucone na czystej charkowskiej ulicy gigantyczne papierki po cukierkach grylażowych, które tak lubił towarzysz Stalin. I zdjęcie przybitej do pnia eleganckiej, sporządzonej w masowym nakładzie tablicy z rzeczowym napisem „Kategorycznie zabrania się urządzania w tym miejscu pogrzebów” („Zdies’ kategoriczeski wosprieszczajetsja proizwodit’ pochorony”).

Monochromatyzm przedwojennych zdjęć znów okazuje się handicapem: nie da się określić daty powstania tego ostatniego zdjęcia, nie sposób orzec, czy biel w tle to kwitnąca tarnina, czy czapy śniegu. A może to po prostu „Na czarny ślad opada / Złamanej cień jabłoni”.

Jest i kłopot. Nie z samymi zdjęciami: z Wienerbergerem.

Zdjęcia zostały przemycone na Zachód najpewniej za pośrednictwem austriackiej lub niemieckiej poczty dyplomatycznej. Inżynier wraz z żoną i córką też został wypuszczony do Austrii w roku 1934 i czym prędzej przekazał zdjęcia kardynałowi Theodorowi Innitzerowi. Ten wykorzystał swojego bliskiego współpracownika, koordynatora katolickich misji pomocowych podczas głodu na Powołżu w roku 1921, dr Ewalda Ammende, by dotrzeć z materiałami z Charkowa do sekretariatu Ligi Narodów.

Było to jedno z pierwszych świadectw Hołodomoru, jakie znalazło się w rękach polityków Zachodu. W miesiąc później broszurę ze zdjęciami, zatytułowaną „Prawda o Rosji” („Rußland, wie es wirklich ist”) opublikował Front Ojczyźniany (Vaterländische Front), stanowiący polityczne zaplecze kanclerza Dollfussa. W rok później ukazały się w osobnym wydawnictwie propagandowym „Czy Rosja musi głodować” autorstwa Ewalda Ammende, nie ujawniono jednak nazwiska fotografa.

Alexander Wienerberger nie był nazistą; w 1938, w przeddzień Anschlussu, wysłał nawet rodzinę do Wielkiej Brytanii. Był antykomunistą. Nader łatwo, zbyt łatwo, przyszło mu jednak przyjąć przeraźliwie prostacką wersję antykomunizmu, popularną (choć nie jedyną) na europejskiej prawicy lat 30., a kanonizowaną przez propagandę III Rzeszy: wersję, w której kreatorami, wykonawcami i beneficjentami sowieckiego komunizmu byli niemal wyłącznie Żydzi, a bolszewizm jako taki nie był niczym więcej, jak „żydowskim spiskiem”.

Czego nie zrobił Walter Durranty

Wienerberger podziela ten punkt widzenia w swoich wydanych w 1939 roku wspomnieniach: przeklina w nich „żydokomunę”, piętnuje „żydowskich komisarzy” i chlubi się, że zdjęcia jego autorstwa znalazły się na wystawach objazdowych, krążących po Trzeciej Rzeszy i demaskujących „zagrożenie żydowskie”.
Alexander Wienerberger i jego aparat fotograficzny na wystawie w Kijowie w listopadzie 2022. Fot. Volodymyr Tarasov / Ukrinform/Future Publishing via Getty Images
Głupota, konformizm, sformułowania fatalne w roku 1939, nie do przyjęcia w powojennym świecie. I – zdjęcia wozów, uginających się od trupów jak od ziarna po udanych żniwach. Zdjęcia robione z prześwitu płaszcza, znad kierownicy, zza gazety. Zdjęcia, których nie zrobił ani Walter Durranty, ani dyplomaci – angielscy, francuscy czy polscy – których nie brakowało przecież w Charkowie, do 1934 stolicy Ukraińskiej SRS. I nie wywinąłby się austriacki inżynierek, gdyby został wtedy przyłapany ze swoją Leicą – mimo jego wiedzy o kazeinie i ebonicie, mimo jego przydatności dla przemysłu lekkiego Kraju Rad.

Co zrobić z takim świadectwem? Ołeksandr Zinczenko, ukraiński historyk, publicysta i dokumentalista, zajmujący się współczesnymi dziejami Ukrainy i ZSRS (jest m.in. autorem filmu dokumentalnego i książki „Godzina papugi”, jednej z pierwszych na Ukrainie publikacji o zbrodni katyńskiej) postanowił doprowadzić do wydania wspomnień Wienerbergera z 1939.

„To trudna książka o skomplikowanej rzeczywistości historycznej” – rozpoczyna szkic, w którym tłumaczy zamiar publikacji, przypominając kolejne paradoksy: w roku 1933 o zbrodni ludobójstwa mówili publicznie politycy III Rzeszy; prezydenci Stanów Zjednoczonych i Francji milczeli. „Fakt, że to naziści nagłaśniali sprawę Hołodomoru, nie dyskredytuje pamięci o jego ofiarach” – pisze Zinczenko, podkreślając cynizm polityków III Rzeszy, grę propagandową, jaką prowadzili, sięgając po Wielki Głód i po zbrodnię katyńską.

Zgrzyt relacji, zgrzyt Leiki

Relację inżyniera, który stał się świadkiem ludobójstwa, trzeba będzie rozbroić, przywołując wiele kontekstów: od przedwojennego antysemityzmu, przez „realizm” polityków Zachodu, niegotowych na konfrontację ze Stalinem ani interwencję na rzecz milionów jego ofiar, po relacje austriacko-niemieckie w przededniu Anschlussu.

Wspomnienia Wienerbergera ukażą się nakładem portalu i wydawnictwa „Istoriczna Prawda”. Tymczasem jednak w Kijowie przez kilka dni otwarta była wystawa „Leica, która ujrzała Hołodomor”. Prawnuczka inżyniera, mieszkająca w Wielkiej Brytanii Samara Pearce, przekazała organizatorom należący do Wienerbergera aparat fotograficzny i album ze zdjęciami z Charkowa i z Moskwy, najpewniej wykonany przez samego ich autora.

„Das Arbeitparadies” („Robotniczy raj”) – zatytułował on ironicznie album: nakreślone białą kredką litery świetnie kontrastują z czerwonym płótnem okładki, które przez 90 lat nie zblakło ani trochę. W środku zdjęcia charkowskich slumsów, strzępy suszonej ryby i znów ta dziewczynka w czarnej chuście, której obrzmiałe kolana wyglądają jak tykwy, znów wózki pełne zwłok, rozrzucone na trotuarze ręce i łachmany, na które opada uliczny kurz, żyzny jak tutejsza ziemia.

Zjadliwa była ironia Wienerbergera, ale czym jest wobec wywiezienia przez Rosję w tym roku, na 90. rocznicę Hołodomoru, pół miliona ton zboża z ukraińskich silosów?

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Leica, która widziała Hołodomor. Eksponat z wystawy w Kijowie, listopad 2022. Fot. Volodymyr Tarasov / Ukrinform/Future Publishing via Getty Images
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Konfederacja warszawska, czyli tolerancja nie w porę
Polskie czarownice palono na podstawie kodeksów niemieckich.
Historia Najnowsze wydanie
Och, ty durniu! Dlaczego wstydzisz się nazywać Bułgarem?
Języki narodowe Europy Środkowo-Wschodniej kształtowały się na polu literatury chrześcijańskiej.
Historia Poprzednie wydanie
Koniec demokracji na Litwie
Towarzystwo Trzeźwości dostało koncesję na prowadzenie karczem i restauracji.
Historia Poprzednie wydanie
Czy można walczyć z największą armią świata?
Część poborowych, która opuściła Warszawę, błąkała się po lasach i okolicy.
Historia Poprzednie wydanie
Gdzie jest Rubens z Kalisza?
Czy arcydzieło spłonęło? A może padło łupem złodziei?