Kultura

A to Polska właśnie. Nie taka jak dziś

Nawet ksiądz jest w „Chrzcinach” nietypowo sympatyczny. To samo już wystarczy, żeby niektórym krytykom film się nie podobał. Ale zarzucanie mu nieoryginalności to absurd. Jest oryginalny, i jako obraz historyczny, i jako przypowieść rodzinna.

Panie krytyczki Adriana Prodeus i Karolina Korwin-Piotrowska orzekły zgodnie, że w filmie „Chrzciny” Jakuba Skoczenia nie ma niczego nowego. „Pełno było takich filmów o rodzinach” – zawyrokowała ta pierwsza. Ta druga jest skłonna docenić co najwyżej aktorstwo, głównie Katarzyny Figury. Co akurat też nie jest niczym nowym. Figurę wciąż odkrywamy w rolach najbardziej różnobarwnych.

Są też i inne głosy, cieplejsze wobec filmu reżysera, znanego do tej pory z mniejszych form filmowych i zwłaszcza seriali. Który „dużą fabułą” debiutuje w wieku lat 58, co jest dla przemysłu filmowego, z jego wąskimi gardłami, sytuacją typową. Ja odpowiem, że wobec mnogości filmowych historii szukanie sterylnej oryginalności w kinie to zajęcie jałowe i właściwie absurdalne. Wszystko już w jakimś sensie było.

A jednak widzę w „Chrzcinach” całkiem sporo rzeczy nowych. No i oczarował mnie zarówno sam pomysł wyjściowy, jak i poetyka tej komedii, czy może komediodramatu istotnie rodzinnego. Aktorstwo jest tu, prawda, przednie, ale ono żywi się żwawością dialogów i barwnością, celnością obserwacji. „Z pustego i Salamon by nie nalał” – jak mawiał ponoć kiedyś towarzysz Gomułka. Skoczeń i współscenarzysta Iwo Kardel zadbali, aby nie było pusto.

O stanie wojennym na nowo

Pomysł wyjściowy jest prosty. Został już wiele razy zdradzony, kto nie chce wiedzieć, niech dalej nie czyta. Babcia Marianna (gra ją Figura) szykuje chrzciny swojego najmłodszego wnuka, nieślubnego syna swojej córki. ,

Rzecz dzieje się na prowincji, może na typowej wsi, a może w turystycznej miejscowości, na pewno w górach. Tak się pechowo składa, że termin chrzcin wypada 13 grudnia 1981 roku. Dla babci to okazja do pogodzenia mocno skłóconych, rzadko spotykających się dzieci (ma trzech synów i trzy córki). Stan wojenny może ich skłócić jeszcze bardziej, niektóre z nich mogą na dokładkę wyjechać. Seniorka rodu zrobi więc wszystko, aby ukryć informację na temat wydarzeń w kraju. Co niewątpliwie na prowincji jest – początkowo – łatwiejsze niż w mieście.

Kontekst tego szczególnego momentu dla Polski czyni z filmu obraz historyczny. Stan wojenny bywał już tematem dla polskiego kina. Udawało się to nawet w samych latach 80. („Bez końca” Krzysztofa Kieślowskiego). Potem, już po upadku systemu, powstało kilka poważnych dzieł o przełomowych zdarzeniach tamtego czasu: „Śmierć jak kromka chleba” Kazimierza Kutza (o masakrze górników z kopalni Wujek), a ostatnio „Żeby nie było śladów” Jana Matuszyńskiego (o zabiciu Grzegorza Przemyka).

Ale mieliśmy też kultową komedię („Rozmowy kontrolowane” Sylwestra Chęcińskiego) i kryminał („80 milionów” Waldemara Krzystka). Ten ostatni ,ściśle rzecz biorąc, stanem wojennym się kończył.

Bywał też stan wojenny tłem dla obserwacji bardziej ogólnych, życiowo-obyczajowych (apokaliptyczny „Dom zły” Wojciecha Smarzowskiego). Krzystek na samym początku III RP zdążył pokazać reakcje zwykłych ludzi na wprowadzenie stanu wojennego w „Ostatnim promie”. Marek Bukowski spróbował ostatnio w telewizyjnym „Babilonie. Raporcie o stanie wojennym” oddać klimat prozy Marka Nowakowskiego łączącego obserwacje społeczno-obyczajowe z klimatem heroizowanego oporu przeciw juncie Jaruzelskiego. To skądinąd udana próba. Ale dzieje się w Warszawie, miejscu szczególnym.

Polska podzielona niesymetrycznie

Skoczeń sięgnął po prowincję. Bynajmniej nie po to aby pokazać ją jako obojętną. Owszem, ci ludzie, po części się z niej tylko wywodzący, ale po części na niej wciąż mieszkający, na co dzień zaaferowani są czymś innym: życiową krzątaniną, osobistymi kłopotami. Ale miewają zdanie, dzielą się na tle stosunku do władzy, przeżywają. Można sobie wyobrazić inny obraz, ale ten bez wątpienia jest prawdopodobny.
Zarazem to chyba pierwszy film, który owe polskie spory rzuca w przestrzeń jednej rodziny, wielodzietnej, kilkupokoleniowej. Nie widziałem do tej pory podobnej opowieści, przynajmniej filmowej. Kinga Dębska pokazała wprawdzie wielkomiejską, mniej liczną rodzinę w „Zupie nic”, żyjącą w kilka lat po stanie wojennym, wciąż w cieniu rządów Jaruzelskiego, tam jednak nie stawiano nikogo wobec najbardziej dramatycznych ocen i wyborów. Film został wręcz zaliczony do nurtu sentymentów wobec tamtych czasów. Także twórcy „Chrzcin” na ludzi z czasów PRL patrzą ciepło. Ale na kontekst polityczny jednak ostrzej.

Dianna Dąbrowska, krytyczka przeze mnie ceniona, zauważa, że ten dom „na końcu świata” staje się metaforą podzielonej Polski. I podzielonej polskiej rodziny. Widzi w tym też analogie do czasów obecnych, do potężnej społeczno-politycznej polaryzacji.

Ja się z tym zgadzam, podobieństwa się nasuwają. Aczkolwiek twórcy filmu nie wpadają w pułapkę symetryzmu. Byłby on wobec czasów PRL, a już zwłaszcza wobec jaruzelskiej pacyfikacji społeczeństwa, nieprawdziwy.

Główną wojnę toczą dwaj synowie Marianny: katolik i przeciwnik komunizmu Tadek (Michał Żurawski) i PZPR-owski funkcjonariusz związkowy Wojtek (Tomasz Schuchardt). Chwilami wydają się być jednakowo zawzięci, nietaktowni, niedorzeczni, zwłaszcza, kiedy kłócą się o religię i sprawy obyczajowe.

Ale choć przecież Wojtek podaje różne uzasadnienia dla swoich związków z systemem, gdzieś w tle pozostaje nawet nie do końca jasny dramat rodzinny, to w rozmowie z księdzem proboszczem (Andrzej Konopka) przyznaje, że żyje w zakłamaniu. I ma tego poczucie. Na dokładkę w finale filmu historia spychana przez Mariannę na drugi plan, niespodziewanie upomina się o rodzinę. Przychodzi wręcz do jej domu, chwyta za gardło. W obliczu zagrożenia, w obronie siostry, skłóceni domownicy się jednoczą. ODWIEDŹ I POLUB NAS Mam zastrzeżenia wobec samego zakończenia. Nie będę go streszczał, wydało mi się zbyt lightowe, zanadto nacechowane złudzeniami o połączeniu wszystkich Polaków. A jednak jest w tym filmie prawda o tamtych czasach, także w ich wymiarze politycznym, można by rzec dziejowym.

Gdzie te katolickie matki?

A zarazem… A zarazem to jest podróż do Polski której już nie ma. Polski twardych katolickich matek, próbujących utrzymać wszystkich i wszystko w kupie, nie zawsze fortunnymi metodami.

I z jednej strony niby naturalne, że się wyemancypowaliśmy spod władzy takich Mariann. Już tu, w roku 1981, młodzi się emancypują na różne sposoby. Irena, jedna z córek (Marta Chyczewska) wbrew matce żyje z żonatym facetem. Owszem Tereska (Agata Bykowska), inna córka, pogrąża się w pełnym rozgoryczenia konserwatyzmie po tym, jak rzucił ją mąż, ale już trzecia z córek, Hanka (Marianna Gierszewska), matka nieślubnego syna Karola próbuje sama kierować własnym życiem. Brat katolik jest u progu rozwodu, podobnie jak brat z PZPR, Najmłodszy, szalony i dziecinny Tolo (Maciej Musiałowski) hula także na własny rachunek.

Pokazuje nam się to wszystko jako proces, w dużej mierze naturalny, co nie znaczy, że zawsze przynoszący szczęście. Zarazem jednak gdzieś spod spodu wyziera pytanie, czy ta emancypacja nie przyniosła wylania dziecka z kąpielą. Jak bardzo by mama i babcia nie była dolegliwa, to przecież ta jej władza oznacza także rodzinną więź. ,

W finale rodzina się jednoczy. Czy tak samo byłoby dzisiaj? Nie wiem. Wiem, że opowiada nam się to bez publicystycznego zadęcia, bez przekonania o słusznym zwycięstwie „nowego” nad „starym”. To wyróżnia ten film dodatkowo na tle innych, prawda licznych, o tematyce rodzinnej. Filmów niepolskich i polskich.

Nawet ksiądz Andrzeja Konopki jest tu jakoś nietypowo sympatyczny, raczej miotany rozterkami niż stereotypowo obłudny. To samo już chyba wystarczy, żeby niektórym krytykom się nie bardzo podobało.

„Gołe baby” i „momenty” zamiast mięsa i cukru. Erotyka w filmach PRL

Mąż wystąpił o rozwód, kiedy zobaczył ją w filmie nagą.

zobacz więcej
No i te smaczki. Partyjny brat w finale okazuje się i solidarny, i tak naprawdę nawet jakoś tam wciąż bliski wierze ojców. Zarazem choć dwaj starsi zawzięcie drą koty, to gdy zbytnio hałasuje najmłodszy, Tolo, dostaje burę. – Jak ty się odzywasz do starszego brata – grzmi Wojtek z PZPR w obronie katolickiego Tadka. Lepsze to było? Gorsze? Nie wiem. Ale niosło jakiś ład, nawet jeśli można sobie z niego po latach dworować.

Bez gwary, ale prawdziwie

Czy nie mam wobec tego filmu zastrzeżeń? Bohaterowie mówią zbyt literacką polszczyzną, a powinni pewnie bardziej góralską. Choć oczywiście żądanie od aktorów, aby dialogowali gwarą, może się kończyć poczuciem nadmiernej sztuczności. Pada parę sformułowań stanowczo z czasów trochę bardziej współczesnych niż początek lat 80. ubiegłego wieku. Mam też wątpliwości, czy pokazany w finale szef patrolu ZOMO nosiłby zarost. Owszem, Jacek Lenartowicz, który go gra, zwykle bywa brodaty. Ale czy to wystarczy jako okoliczność?

Zarazem jest w tym filmie tak duża porcja odrobinę naiwnej prostoty, tyle świeżości. Nawet gdy rodzajowość postaci i sytuacji jest brana chwilami w nawias, choćby odrobinę groteskową muzyką Pawła Lucewicza.

Rola Figury, miotającej się zawzięcie w poszukiwaniu ładu, dialogującej chytreńko z Matką Boską, nabiera istotnie wręcz szekspirowskiego wymiaru. Aktorka jest babcią zabawną, ale też godną, niezależnie od tego ile by nie popełniła kiksów. Czuje się wciąż jej potężny, ekspansywny temperament.

Ale świetna jest też reszta familii. Żurawski, Chyczewska, Bykowska, Gierszewska są tacy zwyczajni w swoich życiowych zapętleniach, że im najzwyczajniej w świecie wierzymy. Schuchardt ma obecnie świetny czas aktorski. Tu nie boi się śmieszności swojej postaci, Wojtka PZPR-owca, bo przecież całkiem udatnie go broni.

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Dopełniają tego obrazu świetne role drugoplanowe: Jakuba Wieczorka (Kazik, kochanek Ireny), wspomnianego już Andrzeja Konopki (Ksiądz) czy Tomasza Włosoka (Janek, siostrzeniec Księdza). Piotr Ligęza, niegdyś Fabian Duda z „Rancza”, tworzy wyśmienity, uroczo przerysowany portrecik Fotografa, prowincjonalnego podrywacza.

Na koniec zostawiłem Macieja Musiałowskiego jako Tola, najmłodszego z braci. To że ma on wielką charyzmę wiedzieliśmy od czasów „Hejtera” Jana Komasy. Tu tworzy najzabawniejszą postać filmu, co młodym aktorom nie wychodzi z reguły tak dobrze jak starszym. Jest na początku infantylny, wręcz głupiutki, a przecież ten jego absurdalny pełen anarchicznej ruchliwości, wigor jakoś się nam udziela. I budzi coraz większą sympatię.

A to Polska właśnie. Nie całkiem taka, jaką oglądamy dzisiaj. Ale tym bardziej warto ją sobie przypomnieć. I zadumać się nad zaletami i wadami rozmaitych transformacji, także tych obyczajowych.

– Piotr Zaremba
Plakat: Galapagos Films/ materiały prasowe
„Chrzciny", reż. Jakub Skoczeń. Premiera 18 listopada 2022. Produkcja: Andersa Street Art and Media, Mushchelka Production, Telewizja Polska. Współfinansowanie: Polski Instytut Sztuki Filmowej
Zdjęcie główne: Katarzyna Figura i Andrzej Konopka w filmie "Chrzciny", reż. Jakub Skoczeń. Fot. Grzegorz Ziemiański/ Galapagos Films/materiały prasowe
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Ludwik XV - sybaryta ożeniony z Polką: „Po nas choćby potop”
Jako pierwszy zniknął konny posąg króla w Paryżu. Zastąpiła go gilotyna.
Kultura Poprzednie wydanie
Popkulturowi tropiciele zbrodni
Niektórzy stali się świrami, a reputacja innych zawsze była naganna.
Kultura Poprzednie wydanie
Parszywa dwunastka, czyli oblicza władzy
Z „Żywotów cezarów” znamy anegdotę o kościach, które „zostały rzucone”, czy pieniądzach, które nie śmierdzą.
Kultura wydanie 20.01.2023 – 27.01.2023
Ścierki sióstr wizytek
Malarze bez dłoni, rąk, bez nadziei, zesłani… Obrazy styczniowych powstańców.
Kultura wydanie 20.01.2023 – 27.01.2023
Ptak, który mówił
Urzekał bezpośredniością. Zero gwiazdorowania – Andrzeja Dudzińskiego wspomina Monika Małkowska.