Cywilizacja

Demokracja nie chroni przed przemocą

Elementem mitu o procesie cywilizacji jest wyobrażenie, że średniowieczne wojny miały charakter archaiczny, dziki i nieokiełznany, zaś wojny nowoczesne podlegały regułom i normom. W rzeczywistości wojny w odległej przeszłości były co prawda brutalne, ale nie obywały się bez reguł.

Dzięki uprzejmości Instytutu Pileckiego publikujemy fragment książki Jörga Baberowskiego „Przestrzenie przemocy” w tłumaczeniu Kamila Markiewicza.

Mit procesu cywilizacji tak silnie kształtuje nasz dyskurs o przemocy, że wciąż jeszcze ślepo ufamy wielkim obietnicom XIX stulecia – zapewnieniom, że państwowy monopol władzy nie tylko będzie nas chronił przed sobą, lecz także podda takiej „tresurze”, iż nie będzie się u nas działo to, co poza granicami Europy nadal jawi się jako normalność. Jak zauważa Groebner, aby nie utracić optymizmu, trzeba sobie wyobrażać średniowiecze jako „niezwykle zdziczałą” epokę. Jednak umiejętność tłumienia popędów nie zależy od centralizacji władzy politycznej i łagodzenia obyczajów, lecz od możliwości ludzi, pozwalającej im na użycie przemocy lub rezygnację z niej. Państwowy monopol przemocy jest wprawdzie narzędziem wzajemnej ochrony, ale może się on stać również źródłem przemocy, gdy despoci i dyktatorzy wykorzystują swoją władzę do rozpętywania wojen lub szerzenia systematycznego terroru. Proces cywilizacji – jak stwierdza brytyjski socjolog polskiego pochodzenia Zygmunt Bauman – sprawił bowiem, że przemoc uległa redystrybucji, a kontrola środków przymusu znalazła się w rękach nielicznych. Teraz nieliczni mogą decydować o tym, co się ma stać z tymi środkami i jak mają zostać użyte. „Już sama centralizacja i monopolizacja nawet technicznie niedoskonałych środków przymusu – pisze Bauman – pozwoliłaby uzyskać niespotykane dotąd efekty. [...] Przez ostatnie dwieście lat liczba osób, które poniosły gwałtowną śmierć w wyniku owej militaryzacji, nieustannie rosła, osiągając niespotykane dotąd rozmiary”.
Jörg Baberowski „Przestrzenie przemocy”, tłumaczenie – Kamil Markiewicz, Instytut Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego, Warszawa 2022
Przemoc nie znika, jest ona wciąż obecnym, ukrytym zagrożeniem. Jej destrukcyjna siła zależy wyłącznie od tego, w jakich okolicznościach i w jaki sposób jest uruchamiana, sterowana i dawkowana. Zabezpieczenia przed cierpieniem oraz śmiercią nie dają nawet handel i rzemiosło, które pozwalają ludziom nawiązywać pokojowe relacje. Steven Pinker utrzymuje, że wolny rynek premiuje empatię. „Jeżeli wymieniasz się z kimś przysługami albo nadwyżkami, twój partner handlowy jest dla ciebie cenniejszy żywy niż martwy”. To bez wątpienia piękna wizja, ale przeczą jej wszelkie doświadczenia z życia ekonomicznego. Dlaczego kupcy nie mieliby zabijać swoich konkurentów, jeżeli zapewni im to zyski? Dlaczego mieliby rezygnować z zarobienia na biznesie śmierci, jeżeli wojna daje im taką możliwość? Handlarze i spekulanci zaopatrujący armie w broń nie są zainteresowani zakończeniem przemocy, ponieważ czerpią z niej korzyści. Można wręcz powiedzieć, że stanowią niewyczerpane źródło przemocy. Również wymuszający haracze handlarze bronią i sutenerzy są ludźmi biznesu, którzy oferują i sprzedają towar oraz przemocą bronią swojego rynku przed konkurencją. Dlaczego mieliby się wyrzekać siłowych metod działania, skoro gwarantują im one sukces w interesach? Tę prawdę dostrzegał pod koniec XVIII wieku już Benjamin Constant, twórca europejskiego liberalizmu kontynentalnego. Wojna i handel służą temu samemu celowi – przywłaszczeniu sobie tego, co chce się posiadać. System niewolnictwa był produktem kapitalizmu; zdominowali go kupcy wyznający ideologię wolnego rynku i uznający siebie samych za liberałów.

Elementem mitu o procesie cywilizacji jest również wyobrażenie, że średniowieczne wojny miały charakter archaiczny, dziki i nieokiełznany, zaś wojny nowoczesne podlegały regułom i normom. W rzeczywistości wojny w odległej przeszłości były co prawda brutalne, ale nie obywały się bez reguł. Już w starożytności zdarzały się wprawdzie konflikty mające na celu całkowite zniszczenie przeciwnika, aby zwyciężeni nie mieli szans kiedykolwiek powstać przeciwko zwycięzcom; toczono jednak również ograniczone wojny na niewielką skalę, które mogły się zakończyć, gdy tylko pokonani dostarczyli zakładników i zapłacili okup. Również w czasie średniowiecznych wojen i wendet zwaśnione strony potrafiły osiągnąć porozumienie, o ile tylko słabsza strona na czas się podporządkowała, wyrzekła się roszczeń lub dostarczyła zakładników. Liczba ludzi szlachetnie urodzonych była niewielka i dlatego istniała niewypowiedziana zasada, że po bitwie zwycięzcy pozostawiają zwyciężonych przy życiu, jeżeli ci są chrześcijanami i należą do tego samego stanu. Zabijano sługi, ale nie ich panów. Triumfatorzy, którzy następnym razem mogli ponieść klęskę, nie byli zainteresowani zgładzeniem elity nieprzyjaciela. Jak pisze Johannes Burkhardt, wysławiająca wojnę ideologia bellicyzmu powstała dopiero w XIX wieku. W epoce wczesnonowożytnej wojnę traktowano jako nieuniknione zło, a nie jako radosne święto.

Demokracja nie może funkcjonować w ustroju liberalnym

Dlaczego liberalizm zawiódł? Na pytanie odpowiada amerykański politolog.

zobacz więcej
Wprawdzie w europejskich wojnach XIX i XX wieku odwoływano się do zasad, które miały chronić ludność cywilną i jeńców wojennych, jednak zasady te wynaleziono wyłącznie dlatego, że niszcząca moc nowoczesnej machiny wojskowej przekroczyła wszelkie granice. Wszystkie europejskie państwa narodowe utrzymywały armie, które mogły sprowadzić na przeciwników śmierć i zniszczenie. Cywilizowana wojna narodziła się z równowagi strachu, a wszyscy jej uczestnicy wiedzieli, że przekroczenie granic może skutkować ich własną zagładą. Jeżeli pomimo to ktoś odważył się celem wojny uczynić zniszczenie nieprzyjaciela, ryzykował swoje własne istnienie, czego przykładem może być front wschodni w czasie II wojny światowej. Pokusa przekraczania granic była zawsze silna, gdyż destrukcyjny potencjał nowoczesnej broni sprawił, że wszystko stało się możliwe. W nowoczesnych wojnach osiągnięcia cywilizacji mogły się obrócić przeciwko niej samej. Garstka wydająca rzeszom rozkazy związane z prowadzeniem wojny nie uczestniczyła przecież sama w zabijaniu, co więcej, mogła się powoływać na „prawa wojny”. By znieść tabu zabijania, wystarczyło obwieścić, że barbarzyństwo stało się koniecznością.

Wojny inscenizowali i wszczynali rządzący, a nie żołnierze, którzy musieli je prowadzić. Zmuszali oni swoich poddanych do noszenia mundurów i zabijania ludzi, którym wypowiedzieli wojnę. W rękach nowoczesnego państwa niszczycielska siła osiąga nieznane wcześniej rozmiary – karabiny maszynowe, czołgi, działa, eskadry bombowców i broń chemiczna uśmiercają miliony. W okamgnieniu miasta mogą ulec zagładzie, a całe dywizje zostać zgładzone atakiem z powietrza. Tego, na co armie przeszłości potrzebowały lat, nowoczesna machina wojenna dokonuje w ciągu kilku tygodni. „Okoliczność, że artefakt uzbrojenia może spowodować olbrzymie różnice ilościowe w zdolności do zadawania obrażeń, które mogą być wykorzystywane przez mniejszości – pisze Popitz – stanowi jedną z konsekwencji wytwórczej inteligencji człowieka”.
Chęć zniszczenia nieprzyjaciela przez Niemców na froncie wschodnim obróciła się przeciwko nim. Na zdjęciu: niemieccy jeńcy wojenni wzięci do niewoli przez siły sowieckie podczas drugiej wojny światowej, 23 lipca 1941 roku. Fot. Daily Mirror Library/Mirrorpix/Mirrorpix via Getty Images)
Monopol przemocy państwa jest bronią, którą dyktatorzy, despoci i tyrani mogą wykorzystać również przeciw własnemu społeczeństwu. Nowoczesne państwo dysponuje bowiem nie tylko środkami nadzoru swoich obywateli, kontrolowania każdego ich kroku, lecz może także zamykać ich w więzieniach i obozach, wysiedlać lub zabijać. Hitler bez skrupułów i problemów sterylizował lub mordował osoby upośledzone i zamykał przeciwników reżimu w obozach koncentracyjnych. Miliony ludzi padły ofiarą terroru Stalina – umierały z głodu, były zsyłane na Syberię lub tereny Azji Środkowej bądź uśmiercane według ustalonych kontyngentów, przy czym w zasadzie nikt nie stawiał oporu. Możliwości techniczne korespondowały z morderczymi fantazjami dyktatur totalitarnych, które nie zapewniały swoim społeczeństwom pokoju i stabilizacji, lecz niosły im śmierć i zniszczenie. Tam zaś, gdzie pozostawiały za sobą spaloną ziemię oraz wywoływały wojny domowe, masakry i pogromy, traciły kontrolę nad wydarzeniami.

Poza Europą Europejczycy i tak mogli dopuszczać się rzeczy, które na Starym Kontynencie nie były już możliwe. Żaden generał nie wpadłby na myśl, że i w Afryce należy chronić ludność cywilną, a jeńców wojennych traktować zgodnie z zasadami konwencji genewskiej oraz konwencji haskiej. Przeciwnicy byli słabi, nie mogli się bronić ani dokonać odwetu, dlatego można ich było zabijać wedle upodobania. Pewien mieszkaniec wioski w Togo, który stał się świadkiem spustoszenia dokonanego w ostatniej dekadzie XIX wieku w jego kraju przez wojska kolonialne, wspominał, że żołnierze niemieccy zachowywali się w sposób „niecywilizowany” i „nieludzki”. Relacjonował, że „porywali córki tubylców, gwałcili ich kobiety oraz przeczesywali i plądrowali całe wioski”. ODWIEDŹ I POLUB NAS W asymetrycznych wojnach kolonialnych XIX i XX stulecia zwyciężonych traktowano bez pobłażania, gdyż nie uznawano ich za równorzędną stronę walczącą i odczuwano dla nich pogardę. Konwencja haska o prawie wojny lądowej dotyczyła wyłącznie konfliktów między narodami „cywilizowanymi”, te zaś, które uznawano za „niecywilizowane”, były wyjęte spod prawa. Na takie lekceważenie biali panowie mogli sobie jednak pozwolić tylko dlatego, że nie musieli się spodziewać odwetu. W rzeczywistości wojen kolonialnych nie istniała równowaga strachu. Opór raz na zawsze można było zdławić w zarodku, zabijając i wywożąc pokonanych oraz pozbawiając ich zasobów niezbędnych do życia. W takich okolicznościach nikt nie miał względu na kobiety i dzieci, nikt nie rozróżniał między walczącymi a cywilami. Podczas toczonych w drugiej połowie XIX wieku wojen o niepodległość Kuby hiszpańskie wojska ekspedycyjne pustoszyły wioski i pola, niszczyły źródła utrzymania powstańców, brały zakładników i zsyłały chłopów do warownych wsi oraz miast, gdzie buntownicy nie mieli już z nich pożytku.

Niewinność Niemców. Jak kamuflują dziś swój nacjonalizm

I za co Polacy powinni być im wdzięczni.

zobacz więcej
Oddziały francuskie, które w połowie XIX wieku podbijały Algierię, tłumiły opór, sięgając po bezlitosny terror. Ścinano głowy mieszkańcom wsi i burzono ich domy; w niektórych okolicach po przejściu Francuzów nikt nie zostawał przy życiu. Alexis de Tocqueville uznawał Arabów za ludzi „półdzikich”, którzy zawsze woleli się posługiwać „czuciem niż myśleniem”. Z tego powodu oficerowie sił kolonialnych uważali, że nie muszą ich traktować jako ludzi mających równe prawa. Również zwyciężeni byli świadomi, że w tej walce na śmierć i życie nic nie mogą zyskać, a nawet w wypadku złożenia broni nie będą oszczędzani. Po druzgocącym zwycięstwie nad armią włoską w 1895 roku Etiopczycy nie pozwolili nikomu ujść z życiem. Kastrowali jeńców i ścinali im głowy, okaleczali pozostawione na polu bitwy zwłoki nieprzyjaciół i dokonali straszliwej zemsty na miejscowych askarysach, którzy walczyli po stronie włoskiej. Tak oto po obu stronach obowiązywało prawo odwetu. Walka kończyła się, gdy zwyciężony został zabity lub przynajmniej wypędzony. Wspaniałomyślność traktowano by jako oznakę słabości.
Teoretyk zachodniej demokracji Alexis de Tocqueville uznawał Arabów za ludzi „półdzikich”, którzy zawsze woleli się posługiwać „czuciem niż myśleniem”. Na zdjęciu: mężczyzna i kobieta z Algieru, XIX-wieczna litografia. Fot. Icas94 / De Agostini Picture Library via Getty Images
Żadna demokratyczna baza i kulturowa nadbudowa nie powstrzymywały elit europejskich państw narodowych przed sprowadzaniem śmierci i zagłady na regiony świata, których nie uznawali za cywilizowane. Zakazaną przemoc przenosili do kolonii, gdzie bezkarnie mogli czynić rzeczy, których odmawiali sobie w Europie. Już w 1751 roku szkocki filozof David Hume wynalazł uzasadnienie dla takich praktyk, na które władcy kolonialni mogli się powoływać zawsze i wszędzie. Jak pisał, ktoś, kto nie chce stosować się do reguł, nie może oczekiwać sprawiedliwości w walce, „i gdyby jakiś cywilizowany naród wojował z barbarzyńcami, którzy nie przestrzegają nawet reguł wojny, naród ów również musiałby od nich odstąpić, gdyby nie służyły one już żadnemu celowi; musiałby też sprawić, by każde starcie i potyczka okazały się jak najkrwawsze i zgubne dla agresorów”. „Dzicz” wywoływała pokusę pozbywania się wszelkich hamulców, które utrzymywały w ryzach wojujących na terenie Europy. Tymi, którzy zabijali, gwałcili i grabili, byli ludzie cywilizowani. Nikt w Europie zdawał się nie widzieć, co się dzieje w Afryce. Ojczyzna kolonizatorów leżała gdzieś daleko, a poza granicami świata mieszczańskich wyobrażeń moralnych wszystko wydawało się możliwe. Aby się usprawiedliwić, wystarczyło ukazać przeciwników jako dzikich barbarzyńców i już zamiast o rzezi można było mówić o wyprawach pacyfikacyjnych. Dzieje najnowsze nie są historią procesu cywilizacji, lecz historią koncentracji władzy. Ta jednak w żaden sposób nie wyjaśnia jeszcze natężenia stosowanej przemocy. „Chwieje się i kruszy, ale jeszcze trwa – pisze Denis Johnson – mam tu na myśli zbiorową halucynację, której uległa ludzkość, wizję planety narodów zjednoczonych, wielką iluzję, że państwo narodowe wprawdzie jeszcze nie funkcjonuje prawidłowo, ale pewnego dnia będzie funkcjonować, oraz że rządy, które w każdym roku dwudziestego stulecia zabijały średnio milion cywili, zamiast ich chronić i im służyć – co rzekomo było ich intencją – kiedykolwiek zakończą wzajemne wojny”.

Ludziom przychodzi zapłacić cenę za swoje ucywilizowanie, gdy w ich świat wdziera się wojna i przemoc. Celem procesu cywilizacji jest – jak pisze Jan Philipp Reemtsma – „uczynienie nas bardziej podatnymi na urazy”. Przemoc bowiem nie znika – zmieniają się tylko jej formy i jej natężenie. Jak to ujmuje socjolog Markus Schroer, „zmienia twarz i przenosi się w rzeczywistość, w której się jej dotąd nie spodziewano”. To, co dziś odbieramy jako przyjazne, jutro może ujawnić brzydkie, agresywne oblicze. Żaden proces cywilizacji nie powstrzymywał kiedykolwiek ludzi przed ranieniem się i zabijaniem. To nie od ustawicznej kontroli afektów i wewnętrznej „tresury”, lecz od otoczenia i okoliczności zależy, czy wybiorą przemoc, czy też opowiedzą się przeciw niej. Decydują wyłącznie konkretne sytuacje i możliwości.

– Jörg Baberowski

Autor jest historykiem niemieckim, profesorem na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie. Ma na swoim koncie przełomowe prace dotyczące dziejów Rosji i Związku Sowieckiego. Po polsku ukazały się do tej pory „Czerwony terror: historia stalinizmu” (2009) oraz „Stalin: terror absolutny” (2014)


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Fot. autora – Common Wikimedia

Tytuł fragmentu książki pochodzi od redakcji
Zdjęcie główne: Starcie „żółtych kamizelek” z francuską policją podczas protestu przeciw ustawie o globalnym bezpieczeństwie, Paryż, 30 stycznia 2021 roku. Fot. Julien Mattia/Anadolu Agency via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jak rozpoznać rosyjskiego trolla
Rozmawiałem z niektórymi z nich – pisze Piotr Kościński.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
W Kościele Anglii homomałżeństw nie będzie
Są księża żyjący w stałym związku z partnerem tej samej płci. Chcą, by uchylono im nakaz wstrzemięźliwości.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Gdy maszyna podejmuje decyzję za człowieka…
Jedni dzięki elektronice tracą pracę, ale inni zyskują.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Putina do wojny sprowokował Zachód? Meandry polityki realnej
„We are Godzilla” – mówi amerykański politolog o swoim państwie.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
„Msza” z Robloksa: niewinna zabawa czy szyderstwo?
„Artur, przyszykuj kadzidło” – to jedno z najbardziej kultowych haseł stycznia w polskim internecie.