Felietony

Reparacje słuszne i niesłuszne

Na czym polega wymierzanie sprawiedliwości klimatycznej? Bogata Holandia będzie płaciła ubogiemu Pakistanowi, choć oba kraje emitują mniej więcej tyle samo dwutlenku węgla (Pakistan nieco więcej) i Pakistan zwiększa swoje emisje dwudziestokrotnie szybciej niż Holandia.

Reparacje, jak wiadomo, dzielą się na słuszne i niesłuszne. Te niesłuszne to oczywiście reparacje, jakich domaga się Polska (pardon, obecne władze) od Niemiec. Te słuszne to są reparacje klimatyczne, bo cokolwiek jest związane z klimatem, dobre jest.

Gdyby zapytać demonstrujące przed budynkiem, w którym odbywał się ostatni zjazd klimatyczny, młode dziewczyny trzymające w rękach kartoniki z napisem „Zapłaćcie za straty i szkody!”, o jakie właściwie straty i szkody chodzi, z oburzeniem zapewne odpowiedziałyby, że to widać gołym okiem. Trzecia część Pakistanu pogrążyła się w wodzie przez powódź i nie była to jedyna wielka powódź w tym roku, Wyspy Marshalla znikną z powierzchni oceanu za sto lat, a może prędzej. Mało?

Rozmowa z nimi o tym, że tegoroczna powódź w Pakistanie była jedną z wielu w historii tego kraju, że w przeszłości zdarzały się – co prawda w krajach sąsiadujących – o wiele większe powodzie, więc w gruncie rzeczy nie wydarza się nic, do czego ludzkość nie byłaby od stuleci przyzwyczajona, nie miałaby sensu. Gdy w grę wchodzi poczucie racji i moralnego oburzenia, dyskusja traci sens. Podobnie jak rozmowa na ten sam temat z politykami krajów dotkniętych tak wielkimi katastrofami, jak Pakistan. Tylko, że tu wchodzą w grę pieniądze i to niemałe, więc dyskusja także traci sens.

Pakistan stał na czele państw domagających się utworzenia funduszu reparacyjnego i toczenie z jego przedstawicielami akademickiej dyskusji o tym, jak to w przeszłości z powodziami było, mogłoby być poważnie utrudnione, bo jego przedstawiciele dysponowali świeżymi przekazami medialnymi pokazującymi, jak dramatyczne wydarzenia miały miejsce w ich kraju.

W Szarm el-Szejk kraje dotknięte problemami związanymi z naturalnymi katastrofami klimatycznymi, po prostu zażądały pieniędzy i zagroziły, że nie opuszczą miejsca obrad do czasu, aż nie zostanie utworzony fundusz reparacyjny. Bo tak właśnie fundusz pomocy tym krajom jest nazywany i przedstawiany aktywistkom podobnym do tych, jakie trzymały w rękach kartoniki z napisami żądającymi zapłaty za „straty i szkody”.
We wrześniu, po monsunowych deszczach, Pakistan nawiedziła powódź. Fot. AKHTAR SOOMRO / Reuters / Forum
Kraje bogate, które miały stworzyć ów fundusz, nie próbowały podważyć sensu powołania funduszu i stojącej za tym idei. Najbardziej martwiło je, że te pieniądze mogą trafić do Chin, co byłoby – nawet wobec panującego powszechnie zamętu pojęciowego – nieco zbyt grubym nadużyciem. W terminologii używanej przez uczestników obrad COP27 mówi się bowiem o zadośćuczynieniu „krajom rozwijającym się”, a Chiny są na mocy przyjętej trzy dekady temu definicji ONZ właśnie krajem rozwijającym się. W ONZ nikt najwidoczniej nie przyjrzał się bliżej temu, co działo się potem, i tak już zostało.

Chińczycy zresztą skwapliwie wykorzystują swój status i w Szarm el-Szejk jak zwykle występowali w tak zwanej Grupie 77 plus Chiny, czyli w zespole najbiedniejszych krajów walczących o fundusze od krajów bogatych. Cóż trudnego w zabieganiu o to, aby bogaci płacili biednym za szkody, które samemu się powoduje? Na tym polega artyzm polityki międzynarodowej.

Jednak nawet tacy tędzy ideolodzy jak John Kerry i Franz Timmermans zdawali sobie doskonale sprawę, że płacenie Chinom za straty spowodowane emisją CO2, która w nieomal trzeciej części jest dziełem tego kraju, to byłoby o wiele mostów za daleko. Kerry nie miałby pewnie dokąd wracać, gdyby podpisał cokolwiek, z czego miałyby korzystać Chiny. Nawet nie Republikanie, a sami Demokraci zrobiliby zeń polityczną miazgę.

Zgodzono się więc na formułę, która zapewnia, że pieniądze dostaną owszem, kraje rozwijające się, ale koniecznie takie, które poniosły „straty i szkody”. Można rozumieć, że Kerry z Timmermansem mają cichą nadzieję, że nie poniosą ich Chińczycy. Wszystko jest jednak w dzisiejszym świecie kwestią definicji i percepcji, więc zapewne w przyszłości największa nawet powódź spowodowana wylaniem rzeki Jangcy nie spowoduje żadnych „strat i szkód” godnych uwagi Ojców Porozumienia Klimatycznego.

Bogini klimatycznego szaleństwa

Gdyby to wszystko, co mówi szesnastoletnia Szwedka, powtarzał ktoś dorosły, nikt by nawet nie zwrócił uwagi.

zobacz więcej
Wróćmy jednak do określenia „reparacje”, bo sam pomysł, że emisje CO2 mają bezpośredni wpływ na powódź w Pakistanie, jest – jakby to rzec – nieco kontrowersyjny. Konkretnie, nie ma na to naukowych dowodów. Nie zamierzam bawić się tutaj w zaprzeczanie samemu procesowi zmiany klimatycznej, który widać gołym okiem, a nie tylko na wykresach Międzynarodowego Panelu, jednak nawet najtężsi wyznawcy klimatyzmu nie są w stanie przeprowadzić jasnego wywodu pokazującego, że taki związek przyczynowo-skutkowy istnieje. Zbyt wiele jest tu zmiennych wchodzących w grę i zbyt silna pamięć o innych katastrofalnych powodziach, które miały miejsce w odległej przeszłości, gdy jeszcze nikomu nie przychodziło do głowy, aby zajmować się zmianami klimatycznymi i ich wpływem na życie na Ziemi. Sama wspomniana tu rzeka Jangcy w latach 30. ubiegłego wieku spowodowała wiele katastrofalnych powodzi, w których zginęły dziesiątki tysięcy ludzi.

Mówi się więc o „rosnącym wpływie” zmian klimatycznych na katastrofy naturalne, ale ponieważ pojęcie reparacji dotyczy szkody wyrządzonej, więc dość trudno jest na podstawie tego „rosnącego wpływu” udowodnić nie tylko, że ktoś tę szkodę wyrządził, ale że ktoś konkretny jest jej winny. Dlatego chyba słowo „reparacje” jest stosowane raczej na użytek młodych demonstrantów, zaś w oficjalnych dokumentach mowa jest o funduszu pokrywającym „straty i szkody”.

Tu zresztą także delegacja amerykańska wykazała się zmysłem realizmu, bo nawet taki apostoł klimatyzmu jak John Kerry walczył jak lew, aby w dokumentach nie znalazła się wzmianka o „zobowiązaniach” i „rekompensatach”. Są to bowiem pojęcia prawne, które mogłyby doprowadzić do nieobliczalnych skutków, gdyby ktoś chciałby wytoczyć Stanom Zjednoczonym proces. Co innego więc mówienie o „ratowaniu planety”, a co innego podejmowanie konkretnych finansowych zobowiązań. Tu znajduje się jedna z owych słynnych „czerwonych linii”, o których tyle się ostatnio rozmawia.

Czy podobne problemy miał Franz Timmermans wolno wątpić, bo w żaden sposób nie zależy on od wyborców, więc może dysponować nie swoim budżetem w sposób dowolny. Na szczęście jest Ameryka, która nie straciła do reszty poczucia realizmu. Dzięki temu także Europejczycy mogą na razie czuć się bezpieczni od pozwów klimatycznych składanych przez sprytnych enterprenerów z biednego Południa. Wolno sądzić, że zwłaszcza przedsiębiorcy z Nigerii prędko złapaliby wiatr w żagle.
W lipcu ubiegłego roku, po gwałtownych ulewach również Belgię nawiedziła powódź. Fot. YVES HERMAN / Reuters / Forum
Ale równanie zostało po raz kolejny potwierdzone, a wygląda ono tak: kraje rozwinięte zniszczyły Planetę, rozwijając się, z czego wynika, że kraje rozwijające się poniosły i ponoszą straty i doznają szkód, więc kraje rozwinięte mają za to zapłacić. To się nazywa „sprawiedliwość klimatyczna” i na rozmaitych uczelniach na Zachodzie pracują naukowcy, którzy się nią zajmują. Teraz do tego równania dodano jeszcze jeden element, a mianowicie, że kraje rozwinięte z powodu tego, że się rozwijały są odpowiedzialne za „straty i szkody” teraźniejsze.

Fakt, że kraje rozwinięte po drodze coraz bardziej zdawały sobie sprawę z tego, że są sprawcami zanieczyszczeń atmosfery, i w związku z tym coraz bardziej je redukowały, a przy okazji ich rozwijania się zaczęły się rozwijać także kraje nierozwinięte, co wpłynęło pozytywnie na życie ich obywateli, najwyraźniej uchodzi uwagi wszystkich zaangażowanych w wymierzanie „sprawiedliwości klimatycznej”. Podobnie jak fakt, że katastrofy klimatyczne zdarzają się także w krajach bogatych. Zapewne aktywiści myślą sobie, że „dobrze im tak”, skoro te katastrofy wywołali.
        ODWIEDŹ I POLUB NAS     Pojawia się jednak kolejny problem. Problem o charakterze poznawczo-semantycznym. Bogata Europa z bogatymi Stanami Zjednoczonymi, Kanadą i Japonią są odpowiedzialne za niespełna trzecią część światowej emisji CO2. W dodatku tej emisji nie zwiększają, tylko ją redukują. Tymczasem kraje rozwijające się powiększają emisję bardzo dynamicznie, bo… się rozwijają. I nie chcą nawet słyszeć o tym, żeby emisje redukować, bo najpierw chcą się rozwinąć. Całkiem słusznie. Każdy na ich miejscu używałby argumentu, że on też chce, żeby obywatele jego kraju osiągnęli odpowiedni poziom życia. A że nie da się tego osiągnąć inaczej, jak zwiększając emisję CO2? No, nie da się.

Logika całego procesu jest więc taka, że tak zwana bogata Północ, która zdążyła się rozwinąć ma płacić tak zwanemu biednemu Południu za katastrofy naturalne wywołane przez ów rozwój, czekając na to, aż biedne Południe dostatecznie się rozwinie, po drodze emitując mnóstwo CO2. Będzie to, co prawda – w myśl tej logiki – także powodowało nowe katastrofy, ale w pewien subtelny sposób Ojcowie Porozumienia Klimatycznego dokonują rozróżnienia między emisją złą, która wymaga zadośćuczynienia, a emisją moralnie obojętną, która takiego zadośćuczynienia nie wymaga.

Niebawem Płock będzie leżał nad morzem. Zmiany klimatyczne przyspieszyły

Choć na naszą wyobraźnię najbardziej działają sceny trzęsień ziemi, to jednak w skali globalnej powodzie wywołują największe straty ekonomiczne.

zobacz więcej
W ten sposób bogata Holandia będzie płaciła ubogiemu Pakistanowi, choć oba kraje emitują mniej więcej tyle samo dwutlenku węgla (Pakistan nieco więcej), zaś Pakistan zwiększa swoje emisje dwudziestokrotnie szybciej niż Holandia. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby bogata Holandia po prostu pomagała biednemu Pakistanowi się rozwijać, ale najwyraźniej sama pomoc nie wystarcza i trzeba czegoś więcej: nazwania pomocy biedniejszym krajom „reparacjami” w imię „sprawiedliwości klimatycznej”, co sprawia, że wytwarzanie tego samego CO2 zyskuje zupełnie inne znaczenie moralne w zależności od tego, w jakim kraju zachodzi.

Pojęcie tego wymaga naprawdę delikatnego rozumu, aby użyć określenia pewnego Żyda z Liskowca, który tłumaczył swojej żonie sens udanej transakcji sprzedaży niejadalnej krowy na użytek 11. kompanii marszowej 91. pułku, w którym na Wielką Wojnę maszerował Szwejk.

Na marginesie warto jeszcze zauważyć, że utworzenie funduszu „reparacyjnego” w najmniejszym stopniu nie będzie zachęcało krajów korzystających z niego do zmniejszania emisji. Taki cel miało, przynajmniej w teorii, utworzenie przed dziesięciu laty przez kraje bogatej Północy stumiliardowego funduszu przeznaczonego na wprowadzanie nowych technologii energetycznych w krajach biednego Południa. Korzystanie z takiego funduszu miało cel, którego realizacja, znowu przynajmniej w teorii, miała doprowadzić do zmniejszenia globalnej emisji CO2.

A fundusz reparacyjny? Po prostu będzie używany na odbudowę po zniszczeniach. A emisje będą wzrastać. To znaczy te słuszne emisje, bo te niesłuszne maleją, a może odwrotnie, sam już nie wiem.

Na koniec coś naprawdę optymistycznego. Masa problemów poznawczo-semantycznych z „reparacjami klimatycznymi” będzie zapewne prowokowała krytykę, z którą trzeba się będzie jakoś uporać. Nie można przecież pozwolić na to, aby krytyka przekształciła się w jałowe krytykanctwo. Co to, to nie.

Nad Szarm el-Szejk zajaśniało więc światło z Waszyngtonu, a zaświecił je felietonista „The Washington Post”, pan Henry Olsen, który ostrzegł, że ta znakomita decyzja, aby rekompensować biednym za złe emisje, nie dostrzegając ich własnych emisji, może wywołać w krajach bogatych falę, czego? Ależ oczywiście, drodzy Państwo, zgadliście: oczywiście falę populizmu. W dodatku pan Olsen od razu ustalił, że chodzi o niezwykle groźną odmianę populizmu, a mianowicie prawicową. Na dowód przytoczył protesty farmerów holenderskich, którzy niegodziwie broniąc się przed bankructwem spowodowanym wprowadzaniem ostrych regulacji klimatycznych, stali się groźnymi populistami.

Metodę pana Olsena można nazwać „populizmem indukowanym” lub „midasowym” i jest ona tyleż prosta, co użyteczna. Polega ona na ustaleniu obowiązującej interpretacji rzeczywistości i uznania wszystkich, którzy się jej sprzeciwiają za populistów, a więc za ludzi, z którymi nie należy dyskutować. No, jeszcze z lewicowymi populistami można by podyskutować, bo oni – jak wiadomo – są powodowani szlachetnymi po budkami, ale z prawicowymi? Nigdy!

Ostrzegając więc wszystkich, którzy zechcą podjąć jakąkolwiek dyskusję na temat idei „reparacji klimatycznych”, na co się narażają, chciałbym jednocześnie zachęcić zainteresowanych do śledzenia całej sprawy. Bo w Szarm el-Szejk dopiero zgodzono się na fundusz, a wszystkie szczegóły, zwłaszcza takie, kto i ile ma zapłacić oraz kto, ile i na jakich zasadach (jeżeli w ogóle na jakichś) będzie inkasował, zostaną ustalone w przyszłym roku. A wtedy może się okazać, że w większej liczbie bogatych krajów, które dotykane są właśnie wieloma kryzysami z kryzysem wojennym na czele, ujawnią się niebezpieczni populiści.

– Robert Bogdański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Protest aktywistów klimatycznych w Szarm el-Szejk podczas szczytu klimatycznego COP27. Fot. MOHAMED ABD EL GHANY / Reuters / Forum
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Sny Pana Pióro. Śmierć artysty
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Davos
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Czego Ordo Iuris chce pilnować w hotelach?
Katolickiej moralności? A może prawa przedsiębiorcy do rozporządzania swoją własnością?
Felietony Najnowsze wydanie
Elitarna wyprzedaż garażowa
Jest i kolekcja fajek Jerzego Urbana (10 701 zł), ale ja przecież nie palę.
Felietony Poprzednie wydanie
Dlaczego Babiš nie chce pomóc Polsce?
To były agent komunistycznej bezpieki, a dziś sojusznik Macrona i Verhofstadta.