Kultura

Duma i uprzedzenie. Dlaczego widmo II RP wciąż nie daje nam spokoju?

Postponowanie państwa, tak odległego od ideału, stało się modne. Piłsudski ział nienawiścią do partyjniactwa. Endecy chcieli ograniczenia praw mniejszości narodowych, czyli jednej trzeciej obywateli. Boy-Żeleński toczył wojnę z „ciemnogrodem” (czytaj: Kościołem katolickim).

Odchodzą ostatni przedstawiciele przedwojennej generacji, lecz przepaść dzieląca krytyków i apologetów tamtej Polski stale się pogłębia. Wizja państwa wszechogarniającego sukcesu zderza się obrazem kraju biednego i rozdzieranego wewnętrznymi konfliktami.

Oczywiście, ta debata miała i ma podtekst polityczny. Komuniści szukając uzasadnienia dla swych rządów negowali dorobek poprzedników. Twierdzenie, że dopiero PRL zafundowała milionom Polaków społeczny awans i życie na poziomie godnym XX wieku, było kamieniem węgielnym ówczesnej polityki historycznej. O tym, że skok cywilizacyjny wykonały również kraje rządzone przez prawicę, nie wspominano.

Dziś też stosunek do II RP często zależy od partyjnych afiliacji. Jedni czują miętę piłsudczyków, drudzy do Witosa lub pana Romana, dla innych idolami są inteligenci z kręgu „Wiadomości Literackich”. Niejednoznaczne dziedzictwo międzywojnia można interpretować na różne sposoby.

Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Zabójstwo pierwszego prezydenta, przewrót majowy, procesy brzeskie, obóz w Berezie i antysemickie ekscesy to ulubione tematy pesymistów. Optymiści wolą wspominać okres wybijania się na niepodległość, „cud nad Wisłą”, mocną złotówkę tudzież inwestycje w postaci magistrali węglowej, portu w Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego.

Patrioci i światowcy

Wystawa „Nowy początek” w krakowskim Muzeum Narodowym ma szansę spodobać się wszystkim, bo pokazuje blask II RP bez ukrywania jej cieni. Słowem – kluczem jest tu modernizm, rozumiany jednak inaczej, niż dotąd.

Przyzwyczailiśmy się traktować pęd do nowoczesności jako zjawisko uniwersalne, obecne wszędzie dokąd sięgały wpływy zachodniej kultury i cywilizacji. Dyrektor MNK Andrzej Szczerski przeciwstawia styl międzynarodowy „modernizmowi rodzimemu”, który nie ograniczał się do małpowania idei płynących z centrum, lecz twórczo je interpretował w duchu lokalnych tradycji. Takie podejście rzecz jasna dowartościowuje rzeszę aktywnych w 20-leciu architektów, artystów i designerów, zmywając z nich piętno wtórności i prowincjonalizmu.

W Polsce i innych państwach, które w roku 1918 pojawiły się na mapie Europy, modernizm wpisywał się w ambicje elit władzy. Oczywiście byli i tacy, którzy do „obcej mody” mieli stosunek z założenia niechętny, jednak ton nadawali zwolennicy wyrażenia narodowych aspiracji w nowoczesnej formie. Grunt przygotowali luminarze Młodej Polski, którym synteza swojskości i cudzoziemszczyzny zdawała się czymś oczywistym. Szlachecko-romantyczna tradycja ożeniona ze sztuką ludową i wpisana w najnowsze paryskie trendy - taki był przepis na styl narodowy pod koniec epoki zaborów.

W zmienionej rzeczywistości politycznej modernizm traktowano jako demonstrację możliwości suwerennego państwa, tytułowy „nowy początek”. Polskość w kostiumie art déco prezentowała się nader atrakcyjnie. Przyznawali to nawet zblazowani bywalcy wystaw światowych. Żeromskiemu, władcy inteligenckich umysłów, marzyły się szklane domy. Na przeszkodzie ambitnym planom stanęła jednak finansowa mizeria. Dopiero pod koniec swego istnienia II RP mogła przystąpić do kulturalnej ofensywy.

Sen o Nowym Jorku

Modernizm zachodnioeuropejski również nie był wolny od sprzeczności. Uwielbieniu nowych technologii towarzyszyły zachwyty nad afrykańskimi maskami, „sztuką” czasów przedhistorycznych i twórczością dzieci.

Tworzeniu świetlanych wizji przyszłości – apokaliptyczne wizje upadku kultury i zagłady cywilizacji. Apoteozie miasta – apologia wsi i hasła powrotu do natury. Fascynacji „masą i maszyną” – skrajny indywidualizm. Nadzieja na nowy, sprawiedliwy porządek polityczny i społeczny stała się pożywką dla utopijnego myślenia. Sto lat temu naprawdę wierzono, że artysta, architekt i literat mogą i powinni zmienić świat.

Ideowa i estetyczna różnorodność stworzyła pokusę, by pod szyldem modernizmu zmieścić niemal wszystko, co się w sztuce II RP działo: od kosmopolitycznej awangardy do wciąż ponawianych prób stworzenia stylu narodowego. Twórcy krakowskiej wystawy tej pokusie ulegli.
Obraz Wojciecha Kossaka "Dwa światy" w reklamie Polskiego Fiata. Fot. materiały prasowe MNK
Czegóż tu nie ma? Motocykl Sokół 600, funkcjonalne meble spółdzielni „Ład”, jedwabne makaty z Milanówka, wyprodukowany w Wilnie odbiornik radiowy „Largo”, plakaty reklamujące kurorty, zdrowy styl życia i Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem. Ascetyczny konstruktywizm Władysława Strzemińskiego i fotomontaże Jana Marii Brzeskiego sąsiadują z góralszczyzną i „wiejskimi” dziełami Zofii Stryjeńskiej. Bajkowy kubizm Tadeusza Makowskiego i „autoportret astralny” Xawerego Dunikowskiego z pseudogrecką rzeźbą Henryka Kuny oraz dziełami Łukaszowców zafascynowanych włoskim renesansem.

Załapał się nawet Kossak, jako autor obrazu „Dwa światy”, wykorzystanego w reklamie Fiata. W chwilach wolnych od malowania koni pan Wojciech piastował godność prezesa krakowskiego Klubu Automobilowego. Motoryzacyjna obsesja to jeden z wyróżników modernizmu, lecz jak widać ulegali jej również konserwatyści.

Idealnym podsumowaniem umiłowania nowoczesności à la polonaise wydaje się obraz „Zakopane w Nowym Jorku”. Na tle tatrzańskich szczytów drapacze chmur prezentują się dość mizernie. Leon Chwistek, twórca tego dzieła i apostoł awangardy, nigdy nie był w Ameryce.

Biały słoń modernizmu

Wystawa zaczyna się od przygnębiających eksponatów, ilustrujących społeczne problemy II RP, potem jednak dominuje optymizm. Rolę piewcy przemysłu ciężkiego, z którym wiązano nadzieje na lepszą przyszłość, przyjął Rafał Malczewski. Cykl „Czarny Śląsk” spotkał się z życzliwym przyjęciem, ale po „Reportażu malarskim z COP-u” na malarza spadła lawina krytyki. Chwaliła go tylko prasa rządowa. Bardziej z obowiązku niż z przekonania, bo propagandowa użyteczność tych prac była znikoma. Bije od nich chłodem, co każe podejrzewać, że Malczewski junior w głębi duszy nie lubił wielkich pieców i dymiących kominów.

Przedwojenna Polska była krajem kilku narodów. To temat na osobną wystawę, lecz kuratorzy krakowskiej ekspozycji uwzględnili aktywność kulturalną Żydów i Ukraińców. Ze Lwowa sprowadzono „Proroka Eliasza” pędzla Mychajło Bojczuka, który łączył sztukę cerkiewną z nabizmem. Malarz padł ofiarą stalinowskiego terroru, zaś w ZSRR jego dzieła z premedytacją niszczono, jednak styl neobizantyjski wywarł znaczny wpływ także na Polaków. Widać go w pracach Heleny Schrammówny, Zofii Baudouin de Courtenay, zamordowanego przez Niemców Karola Hillera, czy Jerzego Nowosielskiego.

Innym źródłem natchnienia była mitologia słowiańska. Kto spodziewa się ujrzeć rzeźby gwiazdora neopogańskiej sztuki, Stanisława Szukalskiego, dozna rozczarowania. Perkun z drewna dębowego jest dziełem artysty bardziej czcigodnego: Jana Raszki, autora „Czwórki legionowej”, tudzież posągów robotników zdobiących wejście do gmachu krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej.

Przeciwległy biegun modernizmu reprezentował styl okrętowy, który święcił triumfy w drugiej połowie lat 30. Budynki o zaokrąglonych narożnikach wznoszono jak Polska długa i szeroka. Heroldom nowoczesności podobało się też przekształcanie krajobrazu budową zapór wodnych i dróg, którymi dałoby się dojechać wszędzie.

Emanacją takiego myślenia były kolejka na Kasprowy Wierch, pomysł przebicia „ceprostrady” do Morskiego Oka, czy ultranowoczesne obserwatorium na szczycie Popa Iwana, zwane „białym słoniem”.

W czerwcu 1937 roku w Liskowie koło Kalisza urządzono wystawę, dokumentującą rozwój polskiej wsi. Obejrzało ją 100 tysięcy ludzi, w tym prominentni sanatorzy, na czele z prezydentem aktualnym (Mościcki) i planowanym (Rydz-Śmigły).

Jak na wzorcową wieś przystało, Lisków miał domy podłączone do wodociągu, kanalizacji oraz elektrowni, własną szkołę, ośrodek zdrowia, sierociniec, mleczarnię, ba! nawet gazetę. Nakręcony z tej okazji film, świadczy że impreza miała, przynajmniej po części, charakter propagandowy.

Słońce, przestrzeń, zieleń. Jak projektowano w II Rzeczypospolitej

Nawet klamki w gmachach urzędów były przygotowywane na indywidualne zamówienie.

zobacz więcej
W sierpniu dawną Galicję sparaliżował strajk chłopski. Polała się krew. Politycy Stronnictwa Ludowego nie mieli w tej sprawie czystego sumienia, jednak nędza wsi Polski B i C była faktem, takim samym jak nowoczesność Liskowa. Podobnie jak realiów przedwojennego kina nie określały przypomniane przez krakowskich muzealników eksperymenty Themersonów, lecz łzawe melodramaty i salonowe komedie.

Stalowa oaza szczęścia

Jak tu nie zadumać się nad plakatem, streszczającym ambitne zamiary przedwrześniowej ekip rządzącej. W latach 1939-54 Polska miała się przepoczwarzyć w gospodarczą potęgę. Koniec z bezrobociem w miastach, przeludnieniem na wsi i cywilizacyjnym zapóźnieniem. Centralny Ośrodek Przemysłowy to dopiero początek.

Z inwestycji komunikacyjnych największą miał być „szlak Piłsudskiego” czyli autostrada Wilno–Zakopane. Imię Marszałka miała też nosić monumentalna dzielnica, którą chciał zbudować na Polu Mokotowskim Bohdan Pniewski. Wyszło inaczej, ale architekt spadł na cztery łapy i stał się pieszczochem kolejnej władzy, tym razem peerelowskiej.

Nie tylko w tym jednostkowym przypadku można mówić o ciągłości – od sanacji do komuny. Zrealizowano (choć w ubogiej i dość pokracznej wersji) stworzoną przez wykształconych w II RP architektów ideę modernistycznych bloków mieszkalnych. Polska Ludowa przejęła również hasła industrializacji i elektryfikacji, a nawet konkretne plany inwestycyjne. Oczywiście bez wspominania o ich przedwojennym rodowodzie.

W 1939 roku Rzeczpospolita była jedynym dużym krajem w Europie, który nie zdołał osiągnąć gospodarczego poziomu sprzed pierwszej wojny światowej. Najmniej aktywów posiadały ziemie wschodnie. Zachwyt cudzoziemskich podróżnych egzotyką Polesia czy Pokucia był trochę dwuznaczny, gdyż w podobnym stylu relacjonowali oni wyprawy do afrykańskiej dżungli.

Poza tym rodzący się na Kresach przemysł turystyczny też wymagał wsparcia centrali. Prawdopodobnie Polska rozwijałaby się szybciej, gdyby była państwem totalitarnym, jak III Rzesza i ZSRR. Ale wtedy nikt by jej dobrze nie wspominał.

Na ekonomię II RP zwykle patrzymy przez pryzmat polityki nakręcania koniunktury oraz państwowego interwencjonizmu. Piłsudczycy stali się jednak etatystami z musu, nie z przekonania. Słabość rynku wewnętrznego i niechęć obcego kapitału do inwestycji w kraj o wspaniałej historii i niepewnej przyszłości blokowały co śmielsze pomysły. Impuls do rozwoju mógł się pojawić tylko w rządowych gabinetach.

Niestety, gwiazda Eugeniusza Kwiatkowskiego rozbłysła zbyt późno, zaś New Deal w amerykańskim stylu zrujnowałby budżet państwa. COP, promowany skrzydlatym słowem Melchiora Wańkowicza, był projektem na miarę ówczesnych możliwości. A i tak zarzucano wicepremierowi i jego ludziom, że tworzą „oazę szczęścia” w widłach Wisły i Sanu kosztem innych dzielnic.

Faszyści i fachowcy

Akuszerami czarnej legendy II RP nie byli komuniści, lecz sfrustrowani inteligenci. Żeromski w „Przedwiośniu” wytykał polskim politykom brak odwagi, jaką według niego miał Lenin. Kaden-Bandrowski kpił z „radości z odzyskanego śmietnika”.

Postponowanie państwa, tak dalece odległego od ideału, stało się modne. Piłsudski ział nienawiścią do partyjniactwa i sejmokracji. Endecy chcieli ograniczenia praw mniejszości narodowych, czyli jednej trzeciej obywateli. Boy-Żeleński toczył wojnę z „ciemnogrodem” (czytaj: Kościołem katolickim).

Miłosz został poetą, bo nie podobała mu się polska rzeczywistość. Pod koniec życia ze zgrozą obserwował postępującą idealizację dwudziestolecia. By jej przeciwdziałać, 88-letni noblista rzucił na rynek opasłą antologię artykułów prasowych, poświęconych ciemnym stronom Niepodległej. Było ich wiele: kontrast bogactwa i ubóstwa, etniczne konflikty, arogancja urzędników, „przestarzałe” wzorce kulturalne i obyczajowe”. Wileńszczyzna, ojczysta kraina Miłosza, we wszystkich statystykach plasowała się znacznie poniżej średniej krajowej, co zapewne wywarło wpływ na jego światopogląd.
Leon Chwistek, „Zakopane w Nowym Jorku”, Fot. materiały prasowe MNK
Poeta miał wyraźną obsesję na tle narodowców, których utożsamiał z faszystami. Sanację oceniał znacznie łagodniej, chwalił Kwiatkowskiego jako „fachowca”, zauważył nawet, że kryzys gospodarczy i moralny bardziej dotknął państwa bogatsze, tudzież lepiej zorganizowane od Polski. We wstępie podkreślił, że „był to okres bogaty w dobrą wolę, poświęcenie, bohaterstwo, twórczość naukową, literacką i artystyczną”.

Ucieczka w przyszłość

Jeśli wystawę „Nowy początek” zdominował jakiś temat, jest nim architektura. Na jednym ze zdjęć można podziwiać modernistyczny gmach Urzędu Pocztowo-Telegraficznego w Gdyni. Za tę inwestycję ówczesny minister łączności zapłacił posadą. Zawyżono bowiem wielokrotnie koszt budowy, w grę wchodziła korupcja.

O aferze przypomina Grzegorz Piątek – autor pasjonujący się stykiem XX-wiecznego budownictwa i polityki. Tytuł jego najnowszej książki, „Gdynia obiecana" jest rzecz jasna ironiczny. Piątek ze swadą podważa legendę miasta, w międzywojniu nazywanego oknem Polski na świat.

Bałtycki port miał być wizytówką odrodzonego państwa, idealnym miejscem do zrobienia kariery w amerykańskim stylu. Opinia publiczna chciała w to wierzyć. Antoni Słonimski z głupia frant obiecywał, że wszystkie krytyczne uwagi o stanie naszej gospodarki będzie poprzedzał skrótem „m.ż.G.s.r.” czyli „mimo że Gdynia się rozbudowuje”.

Zdaniem Piątka inwestowanie wielkich sum w kaszubską wioskę było dla Polski „ucieczką w przyszłość” od realnych problemów kraju, zaś wykreowana przez propagandę wizja nowoczesnej metropolii pomijała niewygodne fakty. Tysiące osadników, przybyłych z głębi kraju, przeżyły rozczarowanie. Obietnica awansu społecznego spełniła się dla niewielu.

Planiści skupieni na budowie portu, który miał zwycięsko rywalizować z Gdańskiem, zaniedbali dzielnice mieszkaniowe. Wille na Kamiennej Górze, imponujące gmachy urzędów i portowe instalacje były przedmiotem słusznej dumy. W „mieście sukcesu” panowała jednak drożyzna, istniały slumsy, bezrobotni, włóczędzy i żebracy. Co gorsza, centrala nie wierzyła, że gdynianie potrafią rządzić się sami. Władzę sprawował komisarz przysłany z Warszawy.

Melchior Wańkowicz pisał w 1938 roku: „Gdynia to jak piękne usta człowieka, w którego organizmie tłuką się wszystkie chore organy”. Mocarstwowe aspiracje II RP zostały boleśnie zweryfikowane, lecz ani wojna ani okupacja nie położyły kresu polskiemu marzeniu o nowoczesności. Sandomierz nie został co prawda sercem gospodarczym kraju, jak przewidywali twórcy COP, ale Gdynia prosperuje.

Rywalizacja modernizmu kosmopolitycznego z rodzimym trwa, również w siedzibie krakowskiego Muzeum Narodowego. Niestety, „Nowy początek” przyciąga mniej zwiedzających, niż urządzona piętro wyżej wystawa obrazów kosmopolki Tamary Łempickiej.

– Wiesław Chełminiak

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Wystawa „Nowy początek. Modernizm w II RP” z cyklu „4 × nowoczesność” jest czynna w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego w Krakowie do 12 lutego 2023 roku
• Grzegorz Piątek „Gdynia obiecana. Miasto, modernizm, modernizacja 1920–1939 „, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2022
ODWIEDŹ I POLUB NAS
Zdjęcie główne: "Autoportret - idę ku słońcu", rzeźba Xawerego Dunikowskiego na wystawie w Muzeum Narodowym w Krakowie Fot. materiały prasowe MNK/ Mykyta Platonov
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Ludwik XV - sybaryta ożeniony z Polką: „Po nas choćby potop”
Jako pierwszy zniknął konny posąg króla w Paryżu. Zastąpiła go gilotyna.
Kultura Poprzednie wydanie
Popkulturowi tropiciele zbrodni
Niektórzy stali się świrami, a reputacja innych zawsze była naganna.
Kultura Poprzednie wydanie
Parszywa dwunastka, czyli oblicza władzy
Z „Żywotów cezarów” znamy anegdotę o kościach, które „zostały rzucone”, czy pieniądzach, które nie śmierdzą.
Kultura wydanie 20.01.2023 – 27.01.2023
Ścierki sióstr wizytek
Malarze bez dłoni, rąk, bez nadziei, zesłani… Obrazy styczniowych powstańców.
Kultura wydanie 20.01.2023 – 27.01.2023
Ptak, który mówił
Urzekał bezpośredniością. Zero gwiazdorowania – Andrzeja Dudzińskiego wspomina Monika Małkowska.