Kultura

Twórca astronomiczny, który malował czołgi, koła, litery… a i motyle na stacji metra

Ten fakt z jego biografii jest najczęściej powtarzany: indywidualna wystawa w Guggenheim Museum w roku 1970. Pierwszy Polak, który dostąpił tego zaszczytu. Zadziwiające – nie zdecydował się na dyskontowanie tego niebywałego sukcesu.

Wojciech Fangor (1922 – 2015)

Ktoś powiedział, że sukces miał wpisany w nazwisko: „fan – gor”. Łatwe do zapamiętania na całym świecie, kojarzące się z zabawą. Ale wybitni artyści zawsze podczas pracy twórczej mają „fun” – bo za każdym razem doświadczają czegoś nowego. Jeśli nawet jakiś motyw, rozwiązanie czy ideę powtarzają w cyklu, to nigdy nie jest to prosta repetycja, lecz fascynujące badanie kolejnych wariacji na temat.

Ile jest możliwych kombinacji własnego podpisu?

Z czasem jego sygnatura stała się też marką.

Stulecie urodzin podbija wartość brandu FANGOR.

Nie było wątpliwości, że ta rocznica zostanie zauważona: nazwisko artysty, którego dzieła pobiły aukcyjne rekordy (za kreację polskiego autora), gwarantuje frekwencję w galerii.

A choć w historii sztuki zasług nie ceni się wedle uderzeń aukcyjnego młotka, to stare porzekadło mówi, że obraz ma taką wartość, jaką kolekcjoner jest w stanie za niego zapłacić. Trzeba przyznać, że aukcyjne rekordy Wojciecha Fangora robią wrażenie: niecałe dwa lata temu (grudzień 2020) obraz „M22” uzyskał cenę 7 milionów 300 tysięcy; dwa lata wcześniej inne płótno znalazło nabywcę za nieco poniżej 5 mln.

Więc – tadam!
Świętujmy urodziny mistrza, nawet jeśli on już w zaświatach.

Pokłon mistrzowi

Wojciechowi Fangorowi na setną rocznicę urządzono aż trzy prezentacje. Ta najważniejsza jest w Pałacu Opatów – Oddziale Sztuki Nowoczesnej Muzeum Narodowego w Gdańsku-Oliwie (do 5 lutego 2023, podobnie jak pozostałe), zatytułowana „Poza obraz” – czyli o malarstwie, które na różne sposoby „wchodzi” w przestrzeń. Ekspozycja monumentalna, na dwóch poziomach pałacu; ponad 100 płócien, dopełnionych innymi obiektami (np. meble i rzeźby jego autorstwa) oraz filmami o bohaterze.

Do tego dochodzą dwa mniejsze pokazy: „Fangor. Wielowymiarowy” w Centrum Sztuki Współczesnej – Zamek Ujazdowski (od 18 listopada br.) oraz „Wojciech Fangor. Dziś są moje urodziny” w Mazowieckim Centrum Sztuki Współczesnej „Elektrownia” w Radomiu.
„M22” – kompozycja Wojciecha Fangora z 1969 roku została sprzedana na aukcji za ponad 7 milionów złotych. Fot. PAP/Radek Pietruszka
Na temat Fangora ukazały się setki tekstów, wywiadów i teoretycznych dywagacji. Dodam swoje to i owo o twórczości jubilata, przypominając zarówno te najbardziej spektakularne wydarzenia, jak i te pomniejsze, które – w moim odbiorze – ciekawie dopełniają oficjalny wizerunek Fangora.

Jego biografię można śledzić chronologicznym duktem, wedle wyjazdów, przeprowadzek i zmian adresów; albo biorąc za wytyczne kolejne fazy twórcze, ze szczególnym uwzględnieniem tzw. kroków milowych. A co z kroczkami na pozór mało znaczącymi, za to prywatnie istotnymi?

Większość jest co do tego zgodnych: dla mistrza Wojciecha tak samo ważne było pionierskie na światową skalę „Studium przestrzeni” (instalacja malarska złożona z 20 czarno-białych obrazów abstrakcyjnych, rozmieszczonych w galeryjnej przestrzeni na stojakach-sztalugach; zrealizowana wespół z Wojciechem Zamecznikiem w Salonie Nowej Kultury w Warszawie w 1958 roku), jak równie odkrywczy projekt wystroju II linii stołecznego metra.

Ale może z jego własnej perspektywy najbardziej liczyły się przekroczenia Wielkiej Wody? Najpierw tamże, a potem ta ostatnia przeprowadzka z Ameryki do Polski, do Błędowa pod Grójcem, gdzie wraz z żoną Magdaleną zaadaptowali dawny młyn jako miejsce pracy i mieszkania?

Taki szczegół: pośród innych sprzętów, w Błędowie poczesne miejsce zajmował gigantyczny stół plus komplet krzeseł (na co najmniej tuzin osób). Meble niby-ludowe, przemodelowane przez Fangora na Fangorowy sposób. Białe tło, na nim wymalowany obrus z różnymi aluzjami do sytuacji jadalnianych. Każde krzesło ma na oparciu inny portret, zaś na siedzisku… rozmaite żarciki (czasem dosadne) dotyczące tej części ciała, na której się siedzi.

Tu zaiskrzyło poczucie humory artysty. Musiał mieć luz i tolerancję, skoro związał się (ślubnym kontraktem w 1965 roku) z Magdaleną Shummer – potem Fangor, malarką naiwistką, której poetycka figuracja plasowała się na antypodach wizji jej męża. Swoją drogą fizycznie też tworzyli kontrast: on wysoki (górował nad wszystkimi ze swego pokolenia), postawny, silny blondyn o prezencji amerykańskiego aktora; ona sięgająca mu ledwie do ramienia, drobna, ciemna, z grzywą włosów opadających na oczy. Zawsze mu pasował typ filigranowych ślicznych kobiet, który reprezentowała Alina Szapocznikow, przez pewien czas jego bliska przyjaciółka i muza – czego dowodem liczne portrety tej rzeźbiarki.

Szybszy niż czas

Jakimi słowami najlepiej określić Wojciecha Fangora?

O takich jak on mówi się: świadek epoki. Ale tak naprawdę jego to nie dotyczy. Jaki z niego świadek? To, że obok niego przechodziły „wichry historii”, czy że zwiedził spory kawałek świata, nie odcisnęło się w sposób widoczny na jego poszukiwaniach. Fangor nie przyglądał się stuleciu jako widz – przeciwnie, on je tworzył, formował, nadawał wizualny kształt. Na swych własnych warunkach. Wszystko, za co się brał, łączyło się z ryzykiem; wszystko robił bez kunktatorstwa, z nonszalancją i przekorą. W emocjonalnym crescendo.

Rokossowski na Kasztance. Co ze sztuki II RP przejęła PRL

Dawne animozje między artystami wróciły po 1945 roku, stanowiąc zarówno trampolinę dla późniejszych karier, jak i niekiedy przyczynę ich blokady.

zobacz więcej
Poszukajmy innych określeń: nonkonformista. Rewolucjonista. Romantyk. Ta ostatnia cecha widoczna jest w pierwszej fazie twórczości – także w ówczesnej postawie. Syn dobrze sytuowanego, utalentowanego inżyniera i pianistki (z wykształcenia, z zamiłowania poetki), od małego dzielił pasje między sztukę i astronomię. Miał doskonałe podstawy dzięki rodzicom, zapewniającym potomkom klasyczną i bogatą kulturalną edukację. Zwiedzanie (wspólnie z nieco starszym mentorem) zabytków Włoch i Francji przywoływało tradycje „grand tour” – niegdysiejsze dopełnianie edukacji młodzieży z wyższych sfer, praktykowane od XVII wieku.

Ten beztroski okres przerwał wybuch II wojny światowej. Przez pierwsze lata nadal pobierał nauki na prywatnych lekcjach u Tadeusza Pruszkowskiego, który ćwiczył nie tylko jego malarskie umiejętności, lecz także rozwijał intelektualnie. Tragiczna śmierć mistrza (1942), następnie własne, o rok późniejsze przeżycie bliskiej śmierci, kiedy Niemcy postawili go pod ścianą do rozstrzelania i cudem go uniknął – przyspieszyły dojrzewanie psychiczne, emocjonalne i artystyczne Wojciecha.

Po wojnie, jak wielu mu podobnych, przeżył szok: nie widział dla siebie miejsca w komunistycznej Polsce. W 1945 usiłował wyjechać do Stanów Zjednoczonych, lecz okazało się to możliwe nie wcześniej, niż za dziesięć lat.

Mimo to nie należał do przegranych. W 1946 zdał jako ekstern egzamin do reaktywowanej Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, od razu otrzymując propozycję asystentury. Oferty nie przyjął, decydując się w końcu na pedagogikę (już na stanowisku docenta) w 1953, na tej samej uczelni. W tych ciężkich powojennych czasach imał się dość wariackich przedsięwzięć, nie mających nic wspólnego ze sztuką: uprawiał sad, handlował wiktuałami, woził ludzi ciężarówką po zburzonej Warszawie. Jednocześnie, malował pejzaże i portrety (ten okres został zasygnalizowany w retrospektywie w Pałacu Opatów).

„Pod koniec lat 40. zbladły moje muzealne tęsknoty estetyczne. (…) Żyje się dziś, teraz i istotne są impulsy, które wynikają z bieżących doświadczeń, z życia. A tęsknota za dawnymi dobrymi czasami to sentymentalna, bezpłodna słabość” – napisał po latach.

Sukces „Matki Koreanki” i tragedia ojca

Wtedy, pod koniec lat 40. szukał prostoty, skrótu i formy zrozumiałej przez tzw. zwykłych ludzi. Doszedł do czegoś, co można określić mariażem sztuki ludowej z kubizmem (widać tu fascynację sztuką Picassa).

Zaraz potem nastąpił kolejny przełom: rok 1949. Wojciech uznał nieprzydatność indywidualnych poszukiwań i włączył się do propagandy socjalizmu. Jednocześnie, aresztowano jego ojca za próby odbudowy przedwojennej pozycji, przez co został uznany wrogiem społeczeństwa, ze skazaniem na śmierć. Po ośmiu latach Wojciechowi udało się wyjednać dla ojca ułaskawienie i zwolnienie, po osobistej interwencji u premiera Józefa Cyrankiewicza.
Malarz, grafik i rzeźbiarz Wojciech Fangor był współtwórcą polskiej szkoły plakatu. Wystawa w Toruniu przygotowana w setną rocznicę urodzin artysty. Fot. PAP/Tytus Żmijewski
Czy był piewcą komunistycznej ideologii?

Gdyby wziąć za wyznacznik socrealistyczne, wymowne politycznie plakaty, wizerunki Lenina czy słynne propagandowe dzieło „Matka Koreanka” (nagroda na Ogólnopolskiej Wystawie Plastycznej, 1951) – można mieć takie pojęcie o „tamtym” Fangorze. Zarazem w owym czasie namalował obrazy wręcz prześmiewcze, jak najgorzej odczytane (i słusznie) przez cenzorów, np. „Postacie” z 1950 roku.

„Postacie” to para hożych, młodych i prymitywnych z aparycji robotników, połączonych gestem przyjaźni i wspólnoty, w opozycji do których stoi samotnie wymalowane pańcia, ubrana w zachodnim, „burżuazyjnym” stylu. Konflikt dwóch ideologii, tej słusznej, niosącej w przyszłość i tej zepsutej, „zgniłej”, odrzuconej przez nowe socjalistyczne społeczeństwo. Z pozoru malarstwo zdecydowanie przedstawiające, figuralne i łatwe w odbiorze. Czyżby? Wcale nie przyjęto tego z entuzjazmem. Podobnie jak raptem rok wcześniejsze „Dwie mężatki” Andrzeja Wróblewskiego, praca niemal bliźniacza w przesłaniu (z serii „Kontrasty społeczne”).

Jednemu nie można zaprzeczyć: wszystko, co Fangor tworzył, nawet w okresie socrealizmu, świadczyło o jego wirtuozerii warsztatowej i umiejętności panowania nad formą.

Po odwilży Fangor natychmiast zmienił front – zwrócił się ku abstrakcji.
I dość szybko opuścił kraj. Pomimo sukcesów zrobiło mu się to za ciasno. Poczuł, że „teraz lub nigdy”. Że musi spróbować sił na szerszym forum.

Na Zachód przez oko

W 1961 wyjechał stosując fortel – „lewe” zaświadczenie od okulisty, że musi przejść operację oka w Wiedniu. Najpierw „tylko” do Austrii, a stamtąd do Nowego Jorku na półroczne stypendium.

To był jego pierwszy skok za ocean – jeszcze nie na długo. Rok później znów znalazł się w Europie Zachodniej, we Francji. Przez dwa lata usiłował się odnaleźć nad Sekwaną – a choć przyznawał się do frankofilskich sympatii, Paryż go rozczarował. Potem był Berlin i Anglia, aż wreszcie, w 1966, ponownie Stany Zjednoczone. Tym razem zadomowił się tu na długo. Nie wracał do Polski przez prawie 40 lat.

Żył intensywnie. Tworzył, wystawiał, nauczał, a także zajmował się astronomią, swą pasją od dzieciństwa.

Na to wszystko legitymacją (przeliczalną na pieniądze) był sukces.

W połowie lat 60., kiedy w modzie był op-art, prace Fangora podpadały pod ten trend, zarazem odbiegając od dokonań innych. Określono je jako „romantyczne”. Tak postrzegano za oceanem kompozycje z kołami i falami, łudzące oko pulsowaniem, wibrowaniem, przenikaniem.

Nasz artysta osiągał ten efekt wirtuozerią „klasyczną”, pędzlem i farbą olejną na płótnie, bez użycia technicznych nowalijek. Tak to robił, że jego abstrakcje wyzwalały emocje nieczęste w przypadku sztuki nieprzedstawiającej – jakieś niepokoje egzystencjalne, świadomość dobra, piękna, prawdy.

Kto nie pomstuje na koronawirusa? Najpewniejsza inwestycja na czas kryzysu

Zaraza pomaga artystom sztuk wizualnych, ongiś zwanych pięknymi.

zobacz więcej
Przez dekadę eksperymentował i rozwijał swoją własną wersję sfumata (termin wywodzący się z włoskiego słowa dym, fumo). Jednak w przeciwieństwie do mistrzów renesansu nasz malarz nie pokazywał postaci. Tematem uczynił sam sposób rozwiewania, roztapiania form, owo rozwiewanie się jak dym.

To okazało się strzałem w sam środek tarczy!

Ten fakt z jego biografii jest najczęściej powtarzany: indywidualna wystawa w Guggenheim Museum w roku 1970. Pierwszy Polak, który dostąpił tego zaszczytu.

Zadziwiające – Fangor nie zdecydował się na dyskontowanie tego niebywałego sukcesu. Amerykańscy galerzyści namawiali go na seryjną „produkcję” obrazów, dzięki którym zyskał sławę. Nasz artysta nie ugiął się pod ich naciskami, nie zgodził na powielanie koncepcji.

Osiadł w Nowym Meksyku w pobliżu Santa Fe, gdzie odpowiadała mu niczym nie ograniczana przestrzeń, otwarta aż po kosmos… I nieograniczone możliwości eksperymentowania.

Od dziecka był fanem astronomii, samodzielnie konstruował lunety i teleskopy, a na terenie swej amerykańskiej posiadłości w Summit wybudował profesjonalne obserwatorium z obrotową kopułą, pozwalające na całoroczne podglądanie ciał niebieskich. Nie bez powodu mawiał o sobie: „Jestem malarzem astronomicznym”. Pod koniec lat 70. zrobił kolejną woltę – powrócił do figuracji. Tym razem za motyw przewodni obrał… mały ekran, który zdominował życie milionów, czy nawet miliardów odbiorców na świecie.

Na przekór sławie

Pamiętam szok i rozczarowanie polskiej publiczności, gdy w roku 1990 urządzono mu wystawę retrospektywną, sumującą półwiecze twórczości. Było to jeszcze przed powrotem artysty do Polski, więc imponująca frekwencja, uwaga wszystkich mediów. I zdumienie: jak to, on przestał malować op-artowskie, pulsujące koła i fale? Wrócił do malowania wnętrz, ludzi i pejzaży? Czyżby zabrakło mu weny?

Przeciwnie. Pokazane wtedy po raz pierwszy w Polsce „obrazy telewizyjne” były równie pionierskie i wizyjne – wkrótce mały ekran miał zawładnąć naszą wyobraźnią, świadomością, wyborami. Fangor to zauważył. Zachwyciło go migotanie na ekranie, telewizyjny odpowiednik impresjonizmu. Uchwycił też samotność ludzi i coraz intensywniejszą obecność szklanego gościa.

Nie była to jedyna niespodzianka zgotowana przez artystę rodzimym odbiorcom. Przypomnę choćby tę: w 2010 roku łódzka galeria Atlas Sztuki pokazała… czołg. Z podpisem Fangora. Wyciętą w styropianie maszyną wojenną T-34 „piękną i udaną” (wedle jego słów), której oryginał powstał pod koniec lat 30. XX wieku, artysta przywołał wspomnianą powyżej traumę własnego rozstrzelania, na szczęście niedoszłego. Jednak przyznawał, że jeszcze długo po wojnie prześladował go odgłos szybkich marszowych kroków.
Nie tylko w tym przypadku, także wielokrotnie przed i po tym Fangor mieszał przeszłość i aktualność. Oprócz makiety czołgu, na wspomnianej wystawie zaprezentował obraz „Styczeń 1945” – odwołanie do płótna „Czołg” (1950) z czołgiem właśnie i czterema pancernymi. Samokrytyka czy gorzka ironia?

Autor tak to tłumaczył: „Wyzwolenie okazało się pełne sprzeczności i zagrożeń. Przyniosło nadzieję, ale i strach przed nowym systemem, nadchodzącym za czołgami”.

W kolejnych latach prezentował „Palimpsesty” – stare rysunki powiększone komputerową metodą, „zaatakowane” abstrakcyjnymi formami doklejonymi na pierwszym planie, zakłócającymi czytelność pierwotnej kompozycji. Tak jakby czas kładł się warstwami i utrudniał odczytanie oryginału. Czyż nie jest tak w życiu?

Litery jako obrazy

Nie ma potrzeby pisać o najgłośniejszej fazie twórczości Fangora – o dekadzie cudownie oszczędnych, zarazem genialnie bogatych, wciągających, wręcz wsysających w głąb obrazów z kołami lub falami. Kształty bez konturów, namalowane tak, że zacierał się podział między tym, co na płaszczyźnie płótna, co poza i przed nim. Interpretacji było wiele; komentarze na ogół entuzjastyczne.

Na przekór tym zachwytom warto przytoczyć opinię z 1962 roku Pierre’a Restany, francuskiego krytyka i teoretyka sztuki, twórcy nowego realizmu. W owym czasie Restany był „bogiem”, Fangor jeszcze w ogóle nie liczył się. Francuski krytyk zobaczył (w Maroko, gdzie nasz artysta był zaproszony przez króla tego kraju na sympozjum artystyczno-krytyczne) jeden obraz z kołem i… ochłodził zapał autora: „Co to jest za temat KOŁO? Jesteś Polak, wy macie takie polskie charakterystyczne sprawy w języku, na przykład takie „cz”, albo jakieś „ó” czy „ę”. Macie takie SWOJE znaki. Z tego zrób obrazy. A nie tam koło…”.

Nie wiadomo, czy ta krytyka spowodowała, że w późniejszych latach Fangor istotnie potraktował litery jako materiał i temat obrazów oraz form przestrzennych.

Jeszcze pod koniec pobytu w Santa Fe, w 1998, namalował cykl obrazów-sygnatur, czyli takich, dla których materią i tematem stał się jego własny podpis. Z czasem przerodziło się to w przestrzenne, rzeźbiarskie sygnatury, ustawiane w plenerze (m.in. w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku).

Literniczo-przestrzennymi konstrukcjami bawił się do końca. Na jednej z ostatnich wystaw w sopockiej Państwowej Galerii Sztuki zbudował z liter imię „Magda” – imię żony. W przeciwieństwie do wcześniejszych, czarno-białych litero-rzeźb, „Magda” była wielobarwna: dominujące kolory to błękit, żółć i biel. Wysoka na ponad 2 m, pozwala widzowi przechadzać się między ażurowymi kształtami. Podobnie stało się z rzeźbiarsko-literniczą dedykacją dla kolekcjonera sztuki Jerzego Staraka.

ODWIEDŹ I POLUB NAS
Te prywatne rozgrywki stanowią dopowiedzenie do wariacji na temat liter, składających się na nazwy II linii warszawskiego metra (2007–2012). W tym przypadku dochodzi do codziennej konfrontacji dzieła artysty z tysiącami użytkowników publicznego środka transportu. Zaczęło się od projektu wejścia do metra (2007). Sygnalna litera „M” kojarzyła się z motylem i szybko zyskała powszechną aprobatę. Następstwem była oferta zaprojektowania ścian zatorowych siedmiu stacji II linii. Fangor zdecydował się na wariacje na temat nazw stacji. „Wybór tematyki zgodny był z linearnością długich na 120 metrów ścian zatorowych, dawał możliwości dwuznacznej gry kolorystycznej pomiędzy literą a jej tłem, oraz ujawniał kierunek ruchu pociągu, bo jest czytany od lewej do prawej, a litery mają pochyłość kursywy” – tak autor wyjaśniał założenia koncepcji.

Jak wiadomo, były problemy z wprowadzeniem tego projektu w życie, m.in. znaleźli się oponenci, dla których ideałem wystroju stacji metra była maksymalna neutralność, zakładająca możliwość wprowadzenia wielkoformatowej czy filmowej reklamy.

Stanęło na koncepcji Fangora. Wykorzystał przy tym całe swoje życiowe doświadczenie – jako plakacisty, malarza, autora environment. Nie wiem, jak państwo – ale jestem wdzięczna Wojciechowi Fangorowi za wizjonerstwo i upór. Dzięki temu warszawskie metro stało się największą na świecie galerią sztuki.

– Monika Małkowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Wystawy – wszystkie czynne do 5 lutego 2023:
„Fangor. Poza obraz” w Muzeum Narodowym w Gdańsku – Oddział Sztuki Nowoczesnej, ul. Cystersów 18 w Gdańsku-Oliwie.
„Fangor. Wielowymiarowy” w Centrum Sztuki Współczesnej – Zamek Ujazdowski, ul. Jazdów 2 w Warszawie (od 18 listopada).
„Wojciech Fangor. Dziś są moje urodziny” w Mazowieckim Centrum Sztuki Współczesnej „Elektrownia” w Radomiu, ul. Mikołaja Kopernika 1.
Zdjęcie główne: Wystawa „Fangor” w Centrum Sztuki Współczesnej „Znaki Czasu” w Toruniu, maj 2022. Fot. PAP/Tytus Żmijewski
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Duma i uprzedzenie. Widmo II RP wciąż nie daje nam spokoju
Na tle tatrzańskich szczytów nowojorskie drapacze chmur prezentują się dość mizernie…
Kultura Najnowsze wydanie
Efekt Pugaczowej. Czy piosenkarka zmusi Rosjan do myślenia?
Celebrytka wiedziała, jak dobrze żyć z każdą władzą.
Kultura Poprzednie wydanie
Inna Europa Józefa Mackiewicza
W całej swojej twórczości zmagał się z pytaniem, „Czy różne narody mogą mieć wspólną ojczyznę?”
Kultura Poprzednie wydanie
Jerzy Połomski, architekt piosenki
Komponować nie potrafił, pisać tekstów nie zamierzał.
Kultura wydanie 11.11.2022 – 18.11.2022
Jak dobrze wstać skoro świt. Burzliwe dzieje pewnego obrazu
Malarz, który umarł jako człowiek szanowany i bogaty.