Cywilizacja

Miliarderzy chcą naprawiać świat

Już dziś widać, że Musk – w kooperacji z gubernatorem DeSantisem – chciałby w przyszłości mieć więcej do powiedzenia w Ameryce. Być kimś w rodzaju „platynowego donatora” z filmu „Nie patrz w górę”, ekscentrycznego miliardera, który dzięki gigantycznym dotacjom wpłaconym podczas kampanii na rzecz kandydata do Białego Domu zyskał po jego wyborze kluczowy wpływ na podejmowane przez niego decyzje.

Elon Musk, najbogatszy człowiek na świecie z majątkiem wycenianym na 218 mld dolarów, założyciel takich firm jak Tesla i Space X, od dawna budził powszechne zainteresowanie. Jego wizjonerskie pomysły i publiczna aktywność były z pewnością elementem starannie przemyślanego wizerunku, dzięki któremu zyskiwał nowych wyznawców i ciągle trafiał na pierwsze strony gazet.

Urodzony w Południowej Afryce 51-letni Musk należy bowiem do nowego pokolenia miliarderów, którzy nie zadowalają się wyłącznie zarabianiem wielkich pieniędzy, ale chcą być również światowymi celebrytami i kreatorami przyszłego świata. Dolly Singh, była szefowa działu talentów w firmie Space X, nazwała niedawno Muska „połączeniem Einsteina, Tesli i Rockefellera”. Trudno powiedzieć, czy to trafne porównanie, można być jednak pewnym, że Musk za kogoś takiego się uważa i musiał być z takiego peanu na swoją cześć bardzo zadowolony.

Plan dla Ukrainy

Niedawno Musk zapragnął jeszcze bardziej niż do tej pory wpłynąć na losy świata. 3 października miliarder opublikował na Twitterze swój „plan pokojowy” dla Ukrainy, w którym zaproponował przeprowadzenie pod nadzorem ONZ nowego referendum w sprawie przynależności czterech ukraińskich obwodów okupowanych przez Rosję (ługańskiego, donieckiego, zaporoskiego i chersońskiego). Dodatkowo Ukraina powinna – jego zdaniem – pogodzić się z utratą Krymu. Na koniec dorzucił jeszcze postulat neutralności Ukrainy oraz prawnego zagwarantowania dostaw wody na Krym, który uzależniony jest od ujęć znajdujących się w okolicy Chersonia.

Plan Muska, wychodzący naprzeciw oczekiwaniom Kremla, wywołał duży wstrząs na Zachodzie, a przede wszystkim na Ukrainie. Miliarder uchodził tam bowiem za sojusznika w krwawej walce z moskiewską agresją, o czym świadczyło wykorzystywanie przez wojska ukraińskie sieci satelitów komunikacyjnych Starlink. Zbudowana przez Muska sieć zapewnia obrońcom nieprzerwaną łączność i dostęp do internetu, a więc usługi nie do przecenienia w warunkach wojny, gdy niszczona jest tradycyjna infrastruktura.

Co więcej, po ogłoszeniu planu pokojowego przez Muska, wojska ukraińskie prowadzące kontrofensywę pod Ługańskiem i Chersoniem, zaczęły nagle informować o zakłóceniach łączności satelitarnej. Miliarder najwyraźniej dawał do zrozumienia, że nie będzie wspierał swoją technologią ukraińskich akcji militarnych na terenach zajętych wcześniej przez Moskwę.

Elon Musk uzasadnił swoją nagłą woltę obawami o przyszłość świata. Jego zdaniem Kijów nie może siłą odbijać oderwanych terytoriów, a zwłaszcza Krymu, bo Władimir Putin odpowie na takie próby atakiem nuklearnym, co doprowadzi ostatecznie do zagłady świata. „Jestem wielkim fanem Ukrainy, ale nie III wojny światowej” – napisał 6 października.

Jego argumenty nie spotkały się z powszechnym uznaniem, przynajmniej na Twitterze, na którym ogłosił swój plan. W sondzie skierowanej do użytkowników serwisu, Musk zapytał ich, czy są gotowi poprzeć jego propozycje. Blisko 60 proc. odpowiedziało negatywnie. Miliarder zakwestionował ten wynik, twierdząc, że na taki rezultat głosowania wpłynęły boty, czyli zaprogramowane fikcyjne konta. „Największy atak botów, jaki widziałem” – podsumował Musk.
Rakieta SpaceX Falcon 9 wynosi na orbitę kolejną partię satelitów komunikacyjnych Starlink. Fot. Red Huber/Getty Images
Do sondy Muska i jego planu pokojowego odniósł się również sam Wołodymyr Zełenski, który w odpowiedzi umieścił własną ankietę z pytaniem do internautów, którego Elona Muska wolą? Tego wspierającego Ukrainę, czy tego, który pomaga Rosji? Najbardziej nerwowo zareagował były ambasador Ukrainy w Niemczech. Znany z niewyparzonego języka Andrij Melnyk odpisał Muskowi, aby „spier...ał”, dodając, że teraz „żaden Ukrainiec nie kupi jego pierd..onej Tesli”.

Co mają wybory do wojny

Natychmiast też pojawiły się pytania i spekulacje na temat przyczyn zwrotu Muska w stronę Moskwy. Bo rzeczywiście na Kremlu z wielką satysfakcją przyjęto propozycje miliardera, dostrzegając w nich głębokie pęknięcie w szeregach bloku wspierającego Ukrainę.

Jedną z odpowiedzi może być strach przed nuklearną zagładą. Podziela go mnóstwo ludzi na świecie, ale zdecydowana większość z nich nie ma możliwości wpływania na losy świata. Musk – przynajmniej w pewnym zakresie – taki wpływ ma, więc postanowił go wykorzystać. Jednak nawet, jeżeli rzeczywiście się obawia zagłady, to przecież ktoś musiał go w tych niepokojach utwierdzić. Być może ma jakieś przecieki z najwyższych kręgów władzy w Waszyngtonie. A może po prostu – co jest bardziej prawdopodobne – przyjmuje izolacjonistyczne argumenty trumpistów.

Republikanie chętnie wykorzystują wojnę na Ukrainie do wewnętrznych celów politycznych, zwłaszcza że trwa zaciekła kampania przed listopadowymi wyborami do Kongresu, w których Partia Republikańska uchodzi dziś za faworyta. Trumpiści twierdzą, że Joe Biden swoją nieudolną polityką wobec Rosji doprowadził do zaostrzenia sytuacji na świecie i do wybuchu wojny, co amerykańskiego podatnika kosztuje dziś fortunę.

Niedawno Kevin McCarthy, szef republikańskiej mniejszości w Izbie Reprezentantów, zapowiedział nawet, że w przypadku zwycięstwa republikanów, zostanie zmniejszona pomoc wojskowa i finansowa dla Ukrainy. „Nie będzie więcej wystawiania czeków in blanco” – zastrzegł. Elona Muska – w odróżnieniu od większości rekinów amerykańskiego biznesu – nie da się zaliczyć do zwolenników Bidena, co zresztą sprawiało, że uchodził w tym środowisku za outsidera. Politycznie najbliżej mu do republikańskiego gubernatora Florydy Rona DeSantisa uważanego za potencjalnego kandydata w wyborach prezydenckich w USA za dwa lata.

Najpopularniejszy gubernator Ameryki. Dla lewicy modelowy faszysta

Jeżeli kogoś spośród Konserwatystów można nazwać gwiazdą, będzie to Ron DeSantis – sól w oku władz w Białym Domu.

zobacz więcej
DeSantis od początku wojny na Ukrainie, ostro krytykował politykę zagraniczną Bidena i choć nigdy nie opowiadał się przeciwko Ukrainie, to unikał również wyraźnego potępiania Moskwy. Ostatnio bronił też decyzji Muska o zaprzestaniu finansowania łączności satelitarnej dla Kijowa, sugerując że Ukraińcy atakujący pomysły pokojowe miliardera, „sami gryźli rękę, która ich karmi”.

Ostatecznie Musk zdecydował się na dalsze utrzymywanie Starlinka na Ukrainie, choć nie będzie on działał na terenach okupowanych przez Rosję. Nie wiadomo też, czy miliarder wkrótce nie zmieni zdania, bo – jak sam podkreślił – utrzymywanie łączności satelitarnej na potrzeby Ukrainy kosztowało go dotąd 80 mln dolarów, które powinien mu zwrócić Pentagon.

Musk w czerwcu zapowiedział publicznie, że prawdopodobnie poprze kandydaturę DeSantisa na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Należy więc sądzić, że z gubernatorem Florydy łączą go podobne poglądy. W tym także na kwestie dotyczące Ukrainy i Rosji. Przy tej okazji łatwo więc przewidzieć, jaką politykę zamierza prowadzić republikańska ekipa po wygranych wyborach. I jak ważną rolę w tym wyścigu może odegrać coraz bardziej zaangażowany politycznie Elon Musk.

Rosyjski sufler

Niektórzy spekulowali, że za pomysłami Muska stoi sam Putin. I że miliarder przedstawił swój plan pokojowy po wcześniejszej rozmowie telefonicznej z kremlowskim dyktatorem. Musk zaprzeczył, utrzymując, że ostatni raz rozmawiał z Putinem 18 miesięcy temu i że rozmowa dotyczyła wówczas planów eksploracji kosmosu.

Fiona Hill, była doradczyni Donalda Trumpa ds. Rosji i autorka wielu wartościowych książek o Rosji i Putinie, uważa jednak, że moskiewski dyktator lubi łechtać ludzi z wielkim ego i wykorzystywać to potem politycznie do swoich celów. Sugeruje, że Muskowi może sprawiać satysfakcję fakt, że Putin przychylnie odnosi się do jego starań o zakończenie konfliktu. Ale żeby zabiegać o tę przychylność, Musk musi szerzej wyjść naprzeciw oczekiwaniom Kremla.

I wychodzi. „Czy się to komuś podoba, czy nie, Krym jest postrzegany przez Rosję jako rdzenna część jej terytorium. Krym ma również krytyczne znaczenie dla bezpieczeństwa narodowego Rosji, ponieważ jest to południowa baza jej marynarki wojennej. Z ich punktu widzenia utratę Krymu można byłoby porównać do utraty przez USA Hawajów i Pearl Harbor” – napisał w tym tygodniu. „Jeśli Rosja stanie przed wyborem: stracić Krym lub użyć bomb atomowych na polu walki, to wybierze to drugie. Już odcięliśmy Rosję w każdy możliwy sposób, co więc jeszcze mają do stracenia?” – pytał. I po raz kolejny dał tym samym do zrozumienia, że należy uznać rosyjskie pretensje wobec Ukrainy.
Celem misji kosmicznych wykonywanych przez Space X ma być stworzenie możliwości zasiedlenia przez ludzkość Marsa. Na zdjęciu: Elon Musk na Międzynarodowym Kongresie Astronautycznym w Adelajdzie w 2017 r. Fot. Mark Brake/Getty Images
Warto tu zauważyć pewien charakterystyczny szczegół. Otóż Musk, pisząc w swoim planie pokojowym o Krymie, określił oddanie półwyspu Ukrainie mianem „błędu Chruszczowa”, który w 1954 roku przekazał półwysep pod kontrolę Kijowa. To określenie („błąd Chruszczowa”) jest charakterystyczne dla rosyjskiej propagandy historycznej i trudno sobie wyobrażać, aby Musk użył go spontanicznie. Istnieje zatem pewna poszlaka, że rzeczywiście pomysły, które zawarł w swoim planie pokojowym, podsuflował mu ktoś z Rosji, albo przynajmniej ktoś mocno powiązany z Rosją.

Biznesmeni nowego typu

Niewykluczone, że Elon Musk naprawdę poczuł się zbawcą świata, który ma misję uratowania go przed zagładą. Wśród jego licznych przedsięwzięć wiele wpisuje się w tę jego misję. Nawet sztandarowe projekty Muska takie jak elektryczne samochody Tesli czy załogowe statki kosmiczne produkowane przez Space X są uzasadniane troską o przyszłość świata. Bo zadaniem Tesli jest – oczywiście oprócz zarabiania pieniędzy – walka o klimat, a dalekosiężnym celem misji kosmicznych wykonywanych przez Space X ma być stworzenie możliwości zasiedlenia przez ludzkość Marsa oraz innych planet. Bo kiedyś Ziemia przestanie się nadawać do życia.

Można utopić miliony albo spełnić marzenia. Kosmiczny biznes

Inauguracja pierwszego turystycznego lotu w kosmos zapowiedziana została na lato tego roku, a inna prywatna firma ma wysłać na orbitę amerykańskich astronautów.

zobacz więcej
Musk bardzo martwi się asteroidami przelatującymi blisko Ziemi oraz kruchością gatunku ludzkiego. Należąca do niego firma Neuralink pracuje nad stworzeniem wszczepialnych interfejsów mózg-maszyna, dzięki którym człowiek zyska dodatkowe możliwości. Musk chciałby, aby dzięki badaniom finansowanym przez jego firmę niepełnosprawni mogli odzyskać pełnię sił.

W tych zapowiedziach jest z pewnością sporo autopromocji, Musk chce bowiem uchodzić za demiurga i kreatora nowej rzeczywistości. Są nawet podejrzenia, że to on stworzył bitcoina – kryptowalutę umożliwiającą dokonywanie opłat poza kontrolą banków i instytucji państwowych – i sporo na nim zarobił. Wcześniej przecież miał doświadczenia z tworzeniem internetowych serwisów płatniczych takich jak X.com czy PayPal, którego był głównym udziałowcem i od którego zaczęła się jego wielka światowa kariera.

Elon Musk nie jest tu żadnym wyjątkiem. Jest po prostu bardziej głośny od innych i skupia na sobie więcej uwagi. Właściwie cały amerykański biznes nowej generacji widzi się dziś w roli awangardy kształtującej przyszły, wspaniały świat. Nieprzypadkowo trzonem tego biznesu jest branża technologiczna. Bo to właśnie nowoczesna technologia ma być tym, czym dla dawnych pionierów postępu była nauka, traktowana nie tylko jako narzędzie służące poznawaniu natury, ale również jako podstawa – nie zawsze uzasadniona – do kwestionowania rzeczywistości i przebudowy społeczeństwa. Niekiedy brutalnej i rewolucyjnej.
        ODWIEDŹ I POLUB NAS     Jeśli ktoś widział film „The Circle”, to być może pamięta przedstawioną w nim korporację technologiczną, której pracownicy – w zamian za przywileje i dobre zarobki – tworzą kolektyw absolutnie podporządkowany pracodawcy. Oczywiście filmowa wizja toksycznej sekty prowadzonej przez charyzmatycznego technologicznego guru jest przerysowana, ale dość dobrze oddaje kierunek, w którym zmierzają współczesne wielkie korporacje. Na ich czele stoją dziś biznesmeni zupełnie innego typu niż kiedyś. Zazwyczaj pełni pasji i wykształceni na przesiąkniętych lewicową atmosferą uczelniach (choć to akurat nie jest przypadek Muska), którzy używają swoich koncernów nie tylko w roli maszyn do zarabiania, ale również jako taranów wykuwających nową rzeczywistość. To właśnie ta przyświecająca im wielka misja przeprowadzenia światowej rewolucji: technologicznej, społecznej i kulturowej, odróżnia nowe pokolenie biznesmenów od ich poprzedników wywodzących się ze starych burżuazyjnych rodów.

Pierwszy był Gates

Za głównego guru nowej rewolucji uchodzi założyciel Microsoftu Bill Gates. Prawica i obrońcy tradycyjnego ładu widzą w nim – w dużym stopniu słusznie – inicjatora gwałtownych zmian społecznych w dzisiejszym świecie. W 2015 roku Gates przewidział, że kolejny kryzys światowy zostanie spowodowany nie przez wojnę lecz przez pandemię. I choć jego wypowiedź odnosiła się do obaw wywołanych przez epidemię eboli, która rok wcześniej zaatakowała Afrykę Zachodnią, to zwolennicy teorii spiskowych dostrzegli w tym dowód, że Gates „wymyślił” niedawną pandemię, aby pod jej pretekstem wywrócić dotychczasowy świat do góry nogami.

Gates oczywiście pandemii nie wymyślił, bo jest ona faktem. Jednak faktem jest również to, że szok wywołany pandemią rzeczywiście stał się okazją do gwałtownych zmian. I do wielkiego skoku na kasę wykonanego przez światowe koncerny technologiczne.
Za głównego guru nowej rewolucji uchodzi założyciel Microsoftu Bill Gates. Na zdjęciu z 2017 roku: ówczesny prezydent Barack Obama oraz Melinda i Bill Gatesowie na konferencji w Nowym Jorku organizowanej przez ich fundację. Fot. Jamie McCarthy/Getty Images
Oskarżenia pod adresem Gatesa mają pewne uzasadnienie. Założyciel Microsoftu, gdy zarobił swoje sto miliardów dolarów, zajął się wraz z – obecnie już byłą – żoną, „naprawianiem” świata. W ramach tego „naprawiania” skupił się przede wszystkim na walce ze zmianami klimatycznymi. To w dużym stopniu dzięki finansowanym przez niego kampaniom zawdzięczamy promocję energetyki odnawialnej, samochodów elektrycznych czy wegańskiej żywności. Trudno jednak przy tym nie zauważyć, że koncerny technologiczne zarobiły na tym kolejne miliardy dolarów. Dlatego niektórzy wątpią w szczere intencje Gatesa.

On sam chętnie przeznacza zarobione kiedyś pieniądze na projekty „naprawiania świata”. Wśród nich znajdują się fundusze na tworzenie spółdzielni rolnych w Afryce zajmujących się... produkcją soi. Gates ma nadzieję, że dzięki temu zwiększy się podaż surowca niezbędnego do wytwarzania wegańskiej żywności, a przy okazji zarobią na tym afrykańscy rolnicy, co poprawi sytuację ekonomiczną regionu i nieco ukróci emigrację zarobkową miejscowej ludności do państw rozwiniętych. Inna rzecz, że tworzenie sojowych monokultur może w przyszłości okazać się zabójcze dla lokalnej przyrody.

Generalnie Gates ma rację, gdy daje do zrozumienia, że przeludnienie Afryki i wywołana nim bieda są poważnym problemem dla świata. Inna rzecz, że proponowane rozwiązania to nie tylko uprawa soi, ale również promocja aborcji. Zresztą nie tylko w Afryce. To fundacja Billa i Melindy Gatesów należała – według mediów – do czołowych sponsorów udanej kampanii na rzecz legalizacji aborcji w Irlandii w 2018 roku.

Ostatnio założyciel Microsoftu zajął się nowymi projektami. Wśród nich jest zbudowanie „ekologicznego” silnika dla statków morskich oraz opracowanie technologii przyciemniającej światło słoneczne, aby uzyskać efekt globalnego ochłodzenia.

Czy Elon Musk przywróci na Twitterze wolność słowa?

Cenzura zawsze zaprowadzana jest dla dobra obywateli, dla demokracji, dla praworządności…

zobacz więcej
Dziś – po wybuchu wojny na Ukrainie – o Gatesie mówi się nieco mniej. Wygląda bowiem na to, że przyćmiła go wschodząca gwiazda Elona Muska. Musk ma inne poglądy, wywodzi się z innego środowiska (nie jest nawet Amerykaninem), ale z Gatesem łączy go wielka pycha wyrażająca się w przekonaniu, że może nadawać kierunek światu i przy okazji sporo na tym zarobić.

Podziękowania z Pekinu

Od dawna wiadomo, że kontrola nad przepływem informacji daje władzę. Jeśli jednak ta kontrola ma globalny zasięg, to uzyskana w ten sposób władza staje się naprawdę ogromna. To właśnie przypadek amerykańskich koncernów technologicznych, które działając od ćwierćwiecza w branży internetowej zdołały zbudować sobie monopol informacyjny na niespotykaną dotąd skalę.

I nie chodzi tylko o popularne serwisy społecznościowe w rodzaju Facebooka, Twittera, ale również o sklepy z aplikacjami (App Store czy Google Play) i usługi tzw. chmury – czyli serwery, na których przechowywane są dane setek milionów użytkowników internetu. W tej ostatniej branży największym potentatem jest Amazon należący do najbogatszego do niedawna człowieka na świecie – Jeffa Bezosa.

Ktoś, kto – tak jak Elon Musk – chce kreować rzeczywistość, nie może pozostawać z boku. Miliarder już kilka miesięcy temu upatrzył sobie Twittera, który w ostatnich latach stał się dla wielu ludzi na świecie najważniejszą platformą służącą wymianie informacji. Ten, kto ma kontrolę nad Twitterem może mieć wielki wpływ na to, co ludzie myślą i za czym się opowiadają. Bo serwis nie jest wcale prostą aplikacją, gdzie każdy pisze, co chce. Oczywiście można pisać wszystko, ale całość kontrolują algorytmy. To one decydują, które treści są promowane, a które pomijane. Posty niepoprawne można blokować. Zatem wolność słowa, ale tylko w ustalonych granicach. A te granice wyznacza właściciel.

Wszystko wskazuje na to, że Musk przejmie Twittera. Jego starania o zakup serwisu budziły w Stanach Zjednoczonych wiele emocji, zwłaszcza wśród przedstawicieli liberalnego establishmentu obawiającego się, że niepoprawny i sprzyjający republikanom Musk może stanowić zagrożenie dla ich pozycji. Zakup Twittera przebiegał i nadal przebiega z wieloma przeszkodami, ale nie chodzi tu wyłącznie o kwestie polityczne. Musk nie lubi bowiem przepłacać i zawsze dąży do tego, aby kupować jak najtaniej. Twitter nie jest tu żadnym wyjątkiem.

Musk potrafi nawet celowo nadszarpnąć swój wizerunek, jeżeli może mu się to opłacić biznesowo. We wrześniu 2018 roku publicznie pił whiskey i palił skręta z marihuany. Zdaniem niektórych zrobił to dlatego, aby doprowadzić do spadku cen akcji Tesli. Gdy rzeczywiście ceny akcji spadły, zaczął je wykupywać, zwiększając tanim kosztem swoje udziały w firmie. Po pewnym czasie akcje ponownie zdrożały, a wraz ze wzrostem ich cen, powiększył się majątek Muska.
Czy Elon Musk kupi Twitter? Fot. Yui Mok/PA Images via Getty Images
Dlatego pojawiają się spekulacje, że inicjatywa pokojowa Muska w sprawie Ukrainy też może mieć biznesowy charakter i związana jest z jakąś jego grą finansową. Pretekstu do takich hipotez dała inna – równolegle zgłoszona propozycja polityczna Muska, w której miliarder opowiedział się za utworzeniem na Tajwanie specjalnej strefy administracyjnej zarządzanej z Pekinu, która – jak stwierdził w rozmowie z „Financial Times” „byłaby w miarę do przyjęcia, choć prawdopodobnie nie uszczęśliwi wszystkich”.

W podziękowaniu za tę „konstruktywną” propozycję fabryka Tesli w Szanghaju, która odpowiadała w ubiegłym roku za mniej więcej połowę globalnej sprzedaży koncernu, została przez władze w Pekinie zwolniona z podatków.

Trudno jednak powiedzieć, jakie zyski chciałby uzyskać Musk w Rosji. Chyba, że nie chodzi tu wcale o Rosję, ale o biznes prowadzony w Ameryce i na świecie. Być może Musk znowu gra na spadek cen akcji? A może naprawdę wymyślił sobie, że doprowadzi do zakończenia wojny, co jeszcze bardziej wzmocni jego pozycję. Nie tylko biznesową ale i polityczną.

Oczywiście wiążą się z tym poważne niebezpieczeństwa. Już dziś widać, że Musk – w kooperacji z gubernatorem DeSantisem – chciałby w przyszłości mieć więcej do powiedzenia w Ameryce. Być kimś w rodzaju „platynowego donatora” z filmu „Don't look up” („Nie patrz w górę”), ekscentrycznego miliardera, który dzięki gigantycznym dotacjom wpłaconym podczas kampanii na rzecz kandydata do Białego Domu zyskał po jego wyborze kluczowy wpływ na podejmowane przez niego decyzje.

Trudno czasem uniknąć wrażenia, że rzeczywistość coraz bardziej przypomina tę z filmu, a wyłonieni w demokratycznych wyborach politycy tracą na znaczeniu na rzecz różnych celebrytów skupiających na sobie większą uwagę publiczności.

I nie chodzi tu nawet o wpływowych miliarderów w rodzaju Muska, ale o postaci znacznie mniejszego formatu, samozwańczych ekspertów z YouTube, popularnych blogerów czy o zwykłych hochsztaplerów nabijających sobie popularność wskutek coraz wyraźniejszego kryzysu zaufania do instytucji publicznych na Zachodzie. Niewykluczone zresztą, że za tymi nowymi „autorytetami” stoją ludzie realnie wpływowi, którzy promują w ten sposób własne interesy.

Elon Musk jest dowodem na to, że za sprawą wielkich pieniędzy i rozwoju mediów społecznościowych, dotychczasowy zachodni model demokracji, w którym najważniejszą rolę odgrywał proces wyborczy, zostaje na naszych oczach zastąpiony przez plebiscyt, w którym o naszej przyszłości – w tym o kwestii wojny i pokoju – będzie decydować liczba kliknięć i lajków.

– Konrad Kołodziejski

Autor jest doktorem nauk społecznych i publicystą. Był wykładowcą w Instytucie Rosji i Europy Wschodniej Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ.


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Elon Musk na tegorocznej edycji Met Gala Celebrating w Nowym Jorku. To impreza powszechnie uważana za najbardziej prestiżowe wydarzenie ze świata mody, a zaproszenie na nią jest wysoce pożądane. Fot. NDZ/Star Max/GC Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Polska chętnie daje wizy i pracę cudzoziemcom z całego świata
Tylko w ubiegłym roku przyjęliśmy pół miliona imigrantów zarobkowych.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Morderczy lek. Sto razy silniejszy od morfiny
Powoduje apatię lub euforię, zawroty głowy, zaburzenia pamięci, lęki nocne i spowolnienie akcji serca.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Demokracja nie chroni przed przemocą
Dlaczego kupcy nie mieliby zabijać swoich konkurentów, jeżeli zapewni im to zyski?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Mundial po arabsku. Islam i sport
Można zmienić obywatelstwo, ale trudno się odciąć od wiary. Niełatwo przerobić chrześcijanina na muzułmanina.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Czy islamiści infiltrują armię francuską? Być może już 30 proc....
Imamowie w koszarach, meczety w bazach wojskowych, żywność halal w kantynach.