Cywilizacja

Pobiła niechlubny rekord najkrótszego urzędowania na Downing Street 10. Liz Truss odchodzi

Czterdzieści pięć dni – żaden brytyjski premier nie pozostawał na stanowisku tak krótko, jak Liz Truss, która w czwartek 20 października podała się do dymisji. Pani premier pobiła zatem rekord, choć oczywiście nie stanowi on powodu do zadowolenia. Świadczy bowiem, że – wbrew oczekiwaniom, wbrew własnym deklaracjom i przeświadczeniu, że jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu – nie sprostała trudom rządzenia. W poniedziałek na jej następcę został wybrany Rishi Sunak, były minister finansów.

Zaledwie dzień przed swoją dymisją, podczas sesji Izby Gmin, Liz Truss, na zadane przez opozycję pytanie, dlaczego uparcie trwa na stanowisku, odparła krótko: I am a fighter, not a quitter (Jestem wojownikiem, nie odchodzę). Wcześniej utrzymywała, że mimo wszystko poprowadzi konserwatystów do zwycięstwa w wyborach. Choć nikt w to chyba nie wierzył.

Już wcześniej zresztą stało się jasne, że Liz Truss nie jest i raczej nie będzie nowym wcieleniem Margaret Thatcher. Pani premier z lat 1979–1990 dla kobiet czynnych w polityce jest jak wzorzec z Sèvres. Nie tylko w Wielkiej Brytanii. Gdy jakaś kobieta obejmuje gdzieś wysoki urząd, zawsze w tle majaczą pytania, czy ma zadatki na „żelazną damę”. Chodzi nie tyle o politykę, jaką prowadziła Margaret Thatcher, co o cechy przywódcze. Pani Thatcher posiadała je w wysokim stopniu. Nie przypadkiem mawiano, że jest jedynym mężczyzną w gabinecie. Teraz uznano by to za karygodny przejaw seksizmu, niegdyś jednak takie stwierdzenie było wyrazem niekłamanego uznania.

Liz Truss pokazała, że cech przywódczych nie ma, gdy przed zarzutami dotyczącymi polityki gospodarczej, zwłaszcza planowanego obniżenia podatków, broniła się mówiąc, że był to pomysł nie jej, lecz kanclerza skarbu (czyli ministra finansów) Kwasi Kwartenga. Jest bardzo ambitna, zapomniała jednak, że przywódca, firmując politykę, nie powinien zasłaniać się podwładnymi. Ta uwaga jej reputacji nie pomogła.

Pod presją

Czy rezygnacji Liz Truss można się było spodziewać? Tak i nie.

Liz Truss nie będzie drugą Margaret Thatcher

Partię Pracy i Partię Konserwatywną nie różnią kwestie fundamentalne – mówi Maciej Zakrzewski, politolog.

zobacz więcej
Tak – ponieważ w Partii Konserwatywnej, której była liderem, w lawinowym tempie narastał przeciwko niej opór. Już kilkunastu deputowanych publicznie domagało się ustąpienia pani premier, a przebieg głosowania nad uchyleniem zakazu wydobycia gazu łupkowego (odbyło się w środę, 19 października wieczorem) pokazał, że sytuacja wymyka się spod kontroli. Odejście z rządu minister spraw wewnętrznych Suelli Braverman stanowiło sygnał, że może się powtórzyć sytuacja z ostatnich dni rządów Borisa Johnsona. Jego gabinetowi gwóźdź do trumny wbiły właśnie seryjne rezygnacje ministrów.

Nie – ponieważ Liz Truss do ostatniej chwili, o czym świadczy zresztą również wspomniana deklaracja, nie wykazywała gotowości do ustąpienia. Usunięcie jej zaś nie było możliwe, bo wykluczają to zasady Partii Konserwatywnej. Mówią one, że lider, który w wewnątrzpartyjnym głosowaniu uzyska wotum zaufania i zostanie zatwierdzony jako szef ugrupowania, przez rok może czuć się bezpiecznie, bo w tym czasie procedury odwoływania nie można powtórzyć. Może jedynie sam ustąpić – z własnej woli lub pod presją partyjnych kolegów, to bez znaczenia. Skoro Liz Truss została liderem 6 września, miała przed sobą bardzo dużo czasu. Tylko pozornie, jak się okazuje.

Od chwili, gdy pani premier zrezygnowała z realizowania programu gospodarczego, z jakim ubiegała się o przywództwo, i ster rządów na tym polu przekazała w ręce Jeremy’ego Hunta, jako nowego kanclerza skarbu, niczego już od niej nie oczekiwano poza tym, by się nie wtrącała i pozwoliła działać innym. Słowem – by przypomnieć pamiętne słowa prezydenta Francji Jacquesa Chiraca z 2003 roku: powinna skorzystać z okazji, by siedzieć cicho.

Przypomnijmy zatem, jak doszło do tego, że Liz Truss, która została liderem torysów z poparciem 57 proc. członków partii, pokonując Rishi Sunaka, kanclerza skarbu w rządzie Borisa Johnsona, straciła wszystko. Odchodzi jako premier, który niczego po sobie nie zostawił, poza prezentem dla opozycyjnej Partii Pracy w postaci 36-punktowej przewagi nad torysami. Gdyby wybory miały odbyć się teraz, labourzyści by je wygrali.

„Zbyt wcześnie, zbyt szybko”

„Jeżeli ktoś zapyta, czy premier Liz Truss nadal jest u władzy, odpowiedź brzmi: jest na stanowisku, ale władzy nie ma” – tymi słowy dziennik „Daily Mail” skomentował sytuację szefowej brytyjskiego rządu parę dni przed dymisją. Tego samego zdania był przychylny przecież konserwatystom tygodnik „The Spectator”. W poniedziałek 17 października, rozważając, czy pod koniec tego tygodnia Liz Truss będzie nadal sprawować rządy, ocenił sytuację krótko: „Już ich nie sprawuje”.
Złośliwi twierdzą, że jedynym osiągnięciem Liz Truss było wykonanie ostatniego zdjęcia królowej Elżbiecie II. 6 września 2022 najdłużej panująca monarchini Wielkiej Brytanii przyjęta Truss na audiencji w szkockim zamku Balmoral i powierzyła jej misję sformowania rządu. Dwa dni później Elżbieta II zmarła, w jubileuszowym roku swego 70-lecia na tronie. Fot. Jane Barlow - WPA Pool/Getty Images
Te lapidarne uwagi – dodajmy, że nieodosobnione – trafnie ujęły istotę rzeczy: Liz Truss, choć zachowała stanowisko, straciła wpływ na rozwój wydarzeń.

W ostatnich dniach swego urzędowania – na własne życzenie, choć na pewno wbrew swym pragnieniom – pani premier znalazła się w cieniu wspomnianego Jeremy’ego Hunta, nowego kanclerza skarbu mianowanego na miejsce zdymisjonowanego Kwasi Kwartenga. Stało się to w piątek 14 października, po trzech zaledwie tygodniach faktycznej pracy gabinetu. Liz Truss, przypomnijmy, objęła stanowisko 6 września, ale śmierć królowej Elżbiety II, uroczystości pogrzebowe i żałoba trwająca jeszcze siedem dni po pogrzebie sprawiły, że rząd przystąpił do pracy z opóźnieniem.

Popełnione przezeń błędy sprawiły, że Jeremy Hunt został obsadzony w roli męża opatrznościowego i to na nim, nie na Liz Truss, skupiły się oczekiwania – i partii konserwatywnej, i kół biznesowych, i rzeszy zwykłych Brytyjczyków. Pytanie fundamentalne brzmiało: co jeszcze da się uratować? Czy nowy minister zdoła doprowadzić do uspokojenia sytuacji na rynkach? Czy poprawią się notowania funta po drastycznym załamaniu? Co z zadłużeniem państwa? Liz Truss zamierzała sfinansować swe plany z pożyczek, Jeremy Hunt jednak nie chce powiększać zadłużenia państwa. Czy w czasie, gdy problemem numer jeden są rosnące koszty utrzymania, co w decydującej mierze wiąże się ze wzrostem cen energii, rząd zdoła skutecznie pomóc tym, którzy pomocy potrzebują?

ODWIEDŹ I POLUB NAS
Weźmy zasiłki socjalne i emerytury, jeden z najbardziej kwestionowanych punktów programu Liz Truss. Ich waloryzacja, według planu rządu, miała być adekwatna do tempa wzrostu wynagrodzeń, podczas gdy przeciwnicy pani premier obstawali przy wskaźniku zależnym od stopy inflacji. Albo planowane zamrożenie rachunków za energię w gospodarstwach domowych na poziomie 2500 funtów przez dwa lata. Jeremy Hunt zamierzał skrócić ten czas do pół roku, na okres próbny, po którym dokonana zostanie ocena skuteczności tego rozwiązania.

Liz Truss swej koncepcji nie broniła, zresztą znalazła się w sytuacji tym bardziej trudnej, że takie właśnie, ograniczone w czasie rozwiązanie proponowała Partia Pracy. Pani premier nie bardzo mogła stanąć przed Izbą Gmin i, akceptując plany Jeremy’ego Hunta, przyznać pośrednio rację opozycji. Wybrała więc milczenie i niewiele znaczące ogólniki, takie jak stwierdzenie, że błędem było to, iż swe plany chciała realizować „zbyt wcześnie i nazbyt pośpiesznie”.

„Nie chowa się pod stołem”

Nie miała zresztą dobrego wyjścia. Musiała pogodzić się z tym, że Jeremy Hunt skasował niemal wszystko, co stanowiło fundament jej programu. Na przykład obniżenie podatków, które miało przynieść ożywienie gospodarcze i pobudzić wzrost. Choć perspektywa płacenia niższych podatków zawsze i wszędzie przyjmowana jest z radością, tym razem opinia publiczna zareagowała niechętnie. Skorzystać mieli wszyscy, ale najbardziej najbogatsi – tak odebrali Brytyjczycy planowane zniesienie najwyższej, 45-procentowej stawki podatkowej.
Bukmacher oferuje zakłady, kto zostanie następnym przywódcą Partii Konserwatywnej i premierem Wielkiej Brytanii po rezygnacji Liz Truss ze stanowiska, 20 października 2022. Fot. Dan Kitwood/Getty Images
Dla nowego kanclerza skarbu wzrost gospodarczy nie był celem priorytetowym. Jeremy Hunt myślał przede wszystkim o zrównoważeniu budżetu, dlatego zapowiedział cięcia w wydatkach – co Liz Truss z kolei wykluczała. Poza pomniejszymi sprawami, takimi jak obniżenie opłat skarbowych, Hunt poszedł więc inną drogą. Dodajmy, że odrzucił też inny ważny punkt programu Liz Truss, czyli podnoszenie wydatków na obronę, tak by w 2026 roku osiągnęły one poziom 2,5 proc. PKB, a w dalszej przyszłości doszły do 3 procent.

Liz Truss nie jest uważana za dobrego mówcę i nie znajduje upodobania w wystąpieniach publicznych. Gdy jest to możliwe, woli, by reprezentowali ją inni, unika też wywiadów telewizyjnych. Ale to także nie poprawiało jej pozycji, zwłaszcza gdy współpracownicy musieli się za nią tłumaczyć. W środę 19 października, podczas cotygodniowej godziny pytań w Izbie Gmin, pani Truss pojawiła się osobiście, ale dzień wcześniej wysłała Penny Mordaunt, minister ds. kontaktów z parlamentem, która przy okazji musiała zapewniać deputowanych, że „pani premier nie chowa się pod stołem”. W co uwierzyło pewnie niewielu.

Penny Mordaunt to rywalka Liz Truss w staraniach o przywództwo, w dodatku przez dłuższy czas zdecydowanie ją wyprzedzała. Było tak w pierwszym etapie, rozgrywającym się w łonie frakcji parlamentarnej, kiedy to deputowani drogą eliminowania kolejnych kandydatów wskazują dwie osoby, z których ogół członków partii dokonuje ostatecznego wyboru. Gdy Penny Mordaunt odpadła, poparła Liz Truss i temu zawdzięcza wejście do rządu. Pani premier bowiem stanowiska ministerialne powierzyła wyłącznie swym zwolennikom, łamiąc tradycję nakazującą włączenie do gabinetu również przeciwników. Ta dobra zasada, niepisana lecz respektowana, służy zaleczeniu ran po kampanii, w której zawsze ścierają się sprzeczne racje i interesy, osobiste ambicje i najdziwniejsze układy.

Kto następny?

Rany nie zostały zatem zaleczone i konserwatyści są podzieleni jak nigdy dotąd. W dodatku wszystkie wydarzenia tego roku – mniejsze i większe skandale za rządów Borisa Johnsona, mało budująca kampania wybierania lidera, chaos pierwszych tygodni rządów Liz Truss – skumulowały się, z fatalnym dla PK skutkiem. Zawisło nad nimi widmo wyborczej klęski.

Krajobraz po brudnej bitwie. Poglądy nie mają znaczenia, liczą się stanowiska

Jak brytyjscy konserwatyści wybierają lidera.

zobacz więcej
Wyborów nie będzie, bo decyzja w tej sprawie należy do partii rządzącej, a PK nie ma powodu, by je przyspieszać. Ale pytanie, jakie nurtowało i kierownictwo partii, i szeregowych deputowanych jest jasne: co będzie w styczniu 2025 roku, gdy skończy się kadencja obecnego parlamentu? Deputowani mają powód do niepokoju, bo odwrót wyborców oznacza, że ich mandaty są zagrożone. Dlatego z ich punktu widzenia zmiana lidera była wprost konieczna. Za odejściem Liz Truss, jak wynika z sondażu instytutu YouGov, jest aż 55 proc. członków partii. Wielu żałuje, że poparło ją w wyborach.

Rok 2022 przejdzie więc do historii jako czas, w którym Wielka Brytania mieć będzie aż troje premierów. Są kraje, w których nie jest to żadnym ewenementem, Wielka Brytania jednak do nich nie należy. Choć ostatnio pojawiały się satyryczne rysunki z sugestią, że jeśli chodzi o stabilność rządów, Brytyjczycy mogliby brać przykład z Włochów. Rezygnacja Liz Truss sprawia, że na porządku dziennym staje kwestia, kto mógłby ją zastąpić. Lider ma być wybrany w przyspieszonym trybie, już w przyszłym tygodniu, z ominięciem długiej procedury, jaką zastosowano latem.

Kto nim zostanie? Wśród potencjalnych kandydatów pierwsze miejsce zajmuje Rishi Sunak, niedawny rywal pani Truss (48 proc.),w ostatnich tygodniach mało widoczny. Za nim są Penny Mordaunt (25 proc.) i popularny minister obrony Ben Wallace (10 proc.). Jeremy Hunt, który już dwukrotnie starał się o przywództwo (w tym roku i w 2019, gdy bez powodzenia rywalizował z Borisem Johnsonem), nie jest zainteresowany. Może Boris Johnson? Niedawny premier ma nadal wielu zwolenników, którzy przypominają, że to on zapewnił partii wielkie zwycięstwo w wyborach z grudnia 2019 roku. Aż 63 proc. członków partii deklaruje, że nie ma nic przeciwko powrotowi Johnsona na Downing Street.

Wszyscy oni jednak mają poważnego rywala w postaci kogoś, kto w siedzibie premiera mieszka na stałe, nie musi się wyprowadzać, gdy zmieni się układ sił, cieszy się popularnością, o jakiej nie ma co marzyć żaden polityk i kto często przypomina, że kolejni szefowie rządu są na Downing Street tylko przelotem. To Larry, ukochany kot Brytyjczyków, na etacie oficjalnego myszołapa w urzędzie premiera, gwiazda serwisów przygotowywanych przez ekipy telewizyjne przed urzędem premiera i zarazem utalentowany komentator, oceniający na bieżąco wydarzenia polityczne. First Cat oczywiście skomentował odejście Liz Truss, i to już w parę minut po ogłoszeniu jej rezygnacji, informując na Twitterze, iż „król Karol III zwrócił się do niego z prośbą, by zechciał objąć stanowisko premiera”.

Może to nienajgorszy pomysł?
Kot Larry na Downing Street 10 podczas oświadczenia Liz Truss, w którym ogłosiła swoją dymisję z funkcji premiera, 20 października 2022 r. Fot. Yui Mok/PA Images via Getty Images
– Teresa Stylińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: 20 października 2022 w Londynie: Liz Truss na Downing Street po swoim oświadczeniu, że rezygnuje z funkcji premiera Wielkiej Brytanii. Za jej urzędowania funt spadł do najniższego w historii poziomu w stosunku do dolara. Fot. Leon Neal/Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Polska chętnie daje wizy i pracę cudzoziemcom z całego świata
Tylko w ubiegłym roku przyjęliśmy pół miliona imigrantów zarobkowych.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Morderczy lek. Sto razy silniejszy od morfiny
Powoduje apatię lub euforię, zawroty głowy, zaburzenia pamięci, lęki nocne i spowolnienie akcji serca.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Demokracja nie chroni przed przemocą
Dlaczego kupcy nie mieliby zabijać swoich konkurentów, jeżeli zapewni im to zyski?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Mundial po arabsku. Islam i sport
Można zmienić obywatelstwo, ale trudno się odciąć od wiary. Niełatwo przerobić chrześcijanina na muzułmanina.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Czy islamiści infiltrują armię francuską? Być może już 30 proc....
Imamowie w koszarach, meczety w bazach wojskowych, żywność halal w kantynach.