Cywilizacja

XXI wiek – czas Loretty

Inkluzywności nigdy dość i nie wystarczy nie być rasistą, należy być antyrasistą, czyli szukać rasizmu w historii, kulturze i religii białego człowieka. A on jest wszędzie, stoi za wszystkim, z czego (fałszywie) kultura Zachodu może być dumna.

W filmie „Żywot Briana” zrealizowanym przez grupę komików brytyjskich Monty Python jest scena rozmowy pomiędzy działaczami Ludowego Frontu Judei, deklarującego jako swój cel wyzwolenie Judei od Rzymian. Jeden z aktywistów forsuje, by w dyskusji do każdego odwołania do braci (współbojowników) dodawać „i sióstr”. „Co ty z tymi kobietami, Stan?”. „Chcę być kobietą. Odtąd nazywajcie mnie Lorettą i to moje niezbywalne prawo jako mężczyzny” – odpowiada Stan. Dalej idzie to tak:
– Ale dlaczego chcesz być Lorettą, Stan?
– Bo chcę mieć dzieci. To prawo każdego mężczyzny mieć dzieci, jeśli tylko zechce.
– Ale ty nie możesz mieć dzieci.
– Nie prześladuj mnie.
– Nie prześladuję cię, Stan, ale nie masz macicy, gdzie będziesz trzymał te swoje embriony, w pudełku?
– Powiedzmy, że on nie może mieć dzieci ponieważ nie ma macicy. Nie jest to niczyją winą, ale ma prawo mieć dzieci. Będziemy walczyli z ciemiężycielami o twoje prawo, abyś mógł mieć dzieci.
Stan jest zadowolony, a jeden z działaczy LFJ mówi: – To symbolizuje naszą walkę z uciskiem.
– Raczej jego walkę z rzeczywistością – dodaje okrutnie zdroworozsądkowo niedostatecznie obudzony (woke) uczestnik dyskusji.

Film zrealizowano w 1979 roku, kiedy nie było jeszcze żadnego politycznie poprawnego przebudzenia (wokeness), przynajmniej nie było ono nazwane, choć artyści intuicyjnie czują ducha czasu i co w trawie piszczy.

Chaos i odwrócenie pojęć

W roku powstania filmu „Żywot Briana” urodził się w Londynie Douglas Murray, pisarz i dziennikarz, którego tłumaczone w Polsce książki są na dobrą sprawę o tej Loretcie, która, aby zrealizować swoje „prawa”, musi walczyć z rzeczywistością, co – poza chaosem i totalnym odwróceniem pojęć – i tak do niczego nie prowadzi.
Wydawcą polskiej edycji jest Wydawnictwo Zysk i S-ka
„Wojna z Zachodem” to ostatnia książka Murraya, na rynku wydawniczym pojawiła się we wrześniu. Tytuł jest nieco zmieniony, zapewne przez tłumacza i sugeruje wojnę jakichś sił zewnętrznych z kulturowym i cywilizacyjnym, nie ściśle geograficznie rozumianym Zachodem, czyli Europą, Stanami Zjednoczonymi, Kanadą, Australią i Nową Zelandią. Sugerowany atak z zewnątrz zapewne miał zachęcać do lektury, ale jest nieco mylący. Oryginalny tytuł to: „The war on the West”. Czyli „na” Zachodzie i w obrębie Zachodu. Bez samonienawiści i obrzydzenia do siebie oraz rosnącego ciągle wyimaginowanego poczucia winy żadne kulturowe natarcie z zewnątrz nie doprowadziłoby do tego, z czym mamy do czynienia.

Gdy czarni Amerykanie zaczęli zwalać pomniki białych właścicieli niewolników albo tych, którzy z nimi pili herbatę, nie było żadnej reakcji lokalnych władz w miastach amerykańskich. W mediach za to było pełne zrozumienie, a w wiodących – zachwyt. Ruch Black Lives Matter, który powstał po śmierci George'a Floyda, narkomana i recydywisty, był niewątpliwie wpływowy w wojnie kulturowej z Zachodem, a właściwie Zachodu z Zachodem. Krytyczna Teoria Rasy przeniosła się z akademickich sal wykładowych na ulice, które (dosłownie) zapłonęły, co reporterzy telewizyjni, szczególnie z CNN, stojąc na tle dymów i płomieni, relacjonowali jako pokojowe protesty.

ODWIEDŹ I POLUB NAS
Nawiasem mówiąc, dla Douglasa Murraya także jest oczywiste, że to biały policjant zabił Afroamerykanina George’a Floyda, gdyż klęcząc mu na karku, spowodował jego uduszenie. Oczywiście, niedopuszczalne jest takie traktowanie zatrzymanego, choćby był narkomanem i recydywistą, ale we krwi Floyda wykryto dużą dawkę fentanylu, środka, który w dużych dawkach powoduje zatrzymanie oddechu. Nic to nie pomogło policjantowi, który został skazany na 25 lat więzienia.

Biały „zabił” czarnego, to na całym Zachodzie bezdyskusyjny fakt. Murraya niepokoi reakcja, to, że wynikł z tego kolejny etap rewolucji, na razie kulturowej, który przeniósł się przez Atlantyk do jego ojczyzny. Drży w posadach cały kanon edukacji i kultury, już nie tylko w Ameryce i Kanadzie. Śmierć Floyda niczego nie zaczęła, wiele procesów przyspieszyła i zradykalizowała.

Książka „Wojna z Zachodem” zawiera rozdziały o rasie, historii, religii i kulturze. Autor opisuje świat anglosaski, więc rasa ma tutaj priorytet w aspekcie wspominania niewolnictwa, kolonializmu, imperializmu i występuje w każdym rozdziale, choćby jako punkt odniesienia. Autor daje liczne przykłady walki z białą supremacją i wykluczeniem kolorowych, które jest w świecie zachodnim tym bardziej dominujące, im bardziej go nie ma. Przerażony rasizmem jest świat akademicki, a za nim coraz większe rzesze zwykłych zjadaczy hamburgerów i ryby z frytkami.

Ku Klux Klan w habicie

W kwietniu 2016 roku na Uniwersytecie Indiany, na jednym z kampusów ktoś zauważył około godziny dziewiątej wieczorem członka Ku Klux Klanu. Rozgrzały się do czerwoności studenckie komputery i komórki. „Studenci uważajcie – napisał jeden z nich – ktoś chodzi w stroju KKK z biczem”. Inny wpis był do władz uczelni: „Po kampusie chodzi człowiek w kapturze KKK i z biczem, a wy nie potraficie nic zrobić, by studenci poczuli się bezpieczni”. „Proszę, PROSZĘ, PROSZĘ uważajcie na siebie dziś wieczorem”. Dalej było, żeby nie wychodzić pojedynczo z budynków itp. – po prostu panika.

Każdy może być rasistą. Rewolucja hunwejbinów Zachodu

Tym, co najbardziej szokuje, jest ustępliwość władz, na wszystkich szczeblach i w najrozmaitszych instytucjach.

zobacz więcej
Członkiem KKK okazał się być zakonnik w habicie dominikańskim – rzeczywiście habit jest biały i kaptur posiada – a biczem okazał się być różaniec. Po wyjaśnieniu sytuacji napięcie opadło, co nie przeszkodziło jednemu ze studentów napisać: „Dlaczego nocą po kampusie szlajał się ksiądz, do jasnej cholery!”. Jak widać, można być antyrasistowsko obudzonym (woke) mniej – masy, lub bardziej – najwrażliwsze jednostki.

W czerwcu 2017 roku na Uniwersytet Maryland została wezwana policja po zauważeniu gdzieś w widocznym miejscu „stryczka”. Policjanci znaleźli zawiązaną na supeł białą folię. Podjęto śledztwo w kierunku przestępstwa z nienawiści, ale policja doszła do wniosku, że był to worek na śmieci, służący do „przechowywania i ochrony luźnych przedmiotów w czasie transportu”. Nie z przenikliwą i obudzoną młodzieżą takie numery. Wielu studentów zamieściło zdjęcia białej folii w mediach społecznościowych, zachęcając kolegów do samodzielnego wyciągnięcia wniosków.

W Wielkiej Brytanii Ku Klux Klanu nie było, ale było Imperium. Przed jednym z budynków Uniwersytetu Oksfordzkiego stał pomnik Cecila Rhodesa. Rhodes, niewątpliwy imperialista, co automatycznie dopisuje mu rasizm w pakiecie, studiował w Oriel College w drugiej połowie XIX wieku. Zapisał uniwersytetowi sporą sumę pieniędzy, którą w testamencie przeznaczył na nowy budynek uczelni i program stypendialny. Wśród warunków przyznawania stypendiów był jeden mówiący, że wobec kandydatów nie można stosować kryteriów rasowych ani wyznaniowych. Pierwszy czarnoskóry beneficjent skorzystał ze stypendium pięć lat po śmierci fundatora.

Pomnik Rhodesa w Oksfordzie być może by ocalał, gdyby nie zjawisko błyskawicznego pochodu antyrasizmu przez kontynenty. Najpierw obalono pomnik Cecila Rhodesa w Kapsztadzie – tamtejszemu uniwersytetowi zapisał sporo ziemi. Oksford nie mógł być gorszy, zwłaszcza że do akcji przystąpili stypendyści Rhodesa z Południowej Afryki. Lider ruchu „Rhodes Must Fall” (Rhodes musi upaść) sądzi, że pomnik jest przykładem „strukturalnej przemocy” i że nie ogranicza się ona do pomnika: „strukturalna przemoc to np. program nauczania, brak czarnych profesorów. (…) Oksford jako przestrzeń jest, szczerze mówiąc, rasistowski. Rażąca przemoc, napaści i rasizm są nie do przyjęcia na uniwersytecie, który ma być rzekomo inkluzywny”.

Szekspir zbyt biały

Winston Churchill prawdopodobnie darzył sentymentem Imperium Brytyjskie, ale w przeciwieństwie do Cecila Rhodesa, który Imperium umacniał, Churchill był syndykiem masy upadłościowej po nim. Nie broni to jego pomnika w Londynie przed napisami sprayem, że był rasistą. Douglas Murray uważa, że uderzenie w Churchilla, to uderzenie w brytyjskość, czyli to, co łączy mieszkańców Wysp, ze względu na zasługi wojenne premiera. Tu już nikt nie preparuje cytatów i nie dopisuje strasznego słowa na „n” jak Rhodesowi. Atak jest tym bardziej zajadle bezsensowny, im mniej rys można znaleźć na postaci atakowanego.

Inkluzywności nigdy dość i nie wystarczy nie być rasistą, należy być antyrasistą, czyli szukać rasizmu w historii, kulturze i religii białego człowieka. A on jest wszędzie, stoi za wszystkim, z czego (fałszywie) kultura Zachodu może być dumna.
Ray Fearon i Tara Fitzgerald w sztuce „Makbet” Williama Szekspira w reżyserii Iqbana Khana, wystawianej w The Globe Theatre w Londynie. Fot. Robbie Jack/Corbis via Getty Images
W maju 2021 roku Shakespeare's Globe Theatre w Londynie zapragnął stać się antyrasistowski poprzez „zdekolonizowanie” Szekspira. Na seminariach w Globe jeden z ekspertów cytował Lizandra ze „Snu nocy letniej”: „Któż chciałby postawić Gawrona przy gołębicy?”, co wykazuje, że Szekspir kojarzy biel z pięknem, a czerń z brzydotą.

W tym samym roku czasopismo „School Library Journal” zorganizowało debatę na temat nauczania Szekspira w amerykańskich szkołach. Według jednej z ekspertek dzieła Szekspira są pełne: „problematycznych, przestarzałych idei z dużą dozą mizoginizmu, rasizmu, homofobii, klasizmu, antysemityzmu i wrogości do czarnych kobiet”. A jedna z nauczycielek przyznała, że już wcześniej zrezygnowała z Szekspira, chcąc odejść „od skupiania się na narracji białych, cisgenderowych, heteroseksualnych mężczyzn”. Inna nauczycielka stwierdziła, że nauczyciele muszą „zakwestionować białość” tezy, że dzieła Szekspira są „uniwersalne”.

W świecie, w którym ksiądz na kampusie wzbudza popłoch i agresję, kultura przedchrześcijańska też nie jest bezpieczna. Pewna szkoła w Massachusetts zakazała czytania Homera jako elementu kanonu „problematycznych tekstów nieżyjących białych mężczyzn”.

Z powrotem przez Atlantyk i – w 2020 roku British Library: „zobowiązała się wobec swoich pracowników i użytkowników, iż stanie się organizacją aktywnie antyrasistowską i podejmie wszelkie niezbędne kroki, aby urzeczywistnić to zobowiązanie”. Stworzono listę autorów w jakikolwiek sposób związanych z kolonializmem i imperializmem. Lista zawierała trzysta nazwisk, w tym Oskara Wilde’a, lorda Byrona i George'a Orwella. Rudyarda Kiplinga uznano za winnego, bo do najważniejszych tematów jego twórczości należało imperium brytyjskie. No rzeczywiście, nieładnie. Lista była publikowana w internecie. Miała zapewne odstraszać od czytania i skłonić do antyrasistowskich refleksji tych, co już czytali. Murray nie mówi, jakie skutki i dla kogo miała czarna lista przynieść.

Na razie przyniosła skutki dla jej twórców. Rodzina wybitnego współczesnego poety brytyjskiego Teda Hughesa (zmarł w 1998 roku) zażądała przeprosin i je publicznie otrzymała. Hughesa powiązano z żyjącym w XVI wieku Nicolasem Ferrarą, który kolonizował Amerykę. Rzekomo hańbiącego przodka znaleziono Hughesowi w czasach Szekspira. Cóż za inkwizytorski zapał. Tylko, że Ferrara był przeciwny niewolnictwu i zmarł bezpotomnie.

Nuty – wykluczająca, biała narracja

Nonsensów i absurdów podszytych antyrasizmem jest w książce „Wojna z Zachodem” o wiele więcej. Jeżeli opuścić świat historii i kultury i liczyć na rozsądek w tych bardziej obiektywnie mierzalnych dziedzinach, to można się przeliczyć. W edukacji na przykład matematyki coraz głośniej o poglądzie, że 2+2 nie musi wcale być 4 – to przejaw białej supremacji, a niebiali mogą mieć swoją narrację. Wykluczające uczniów o innych niż biały kolorach skóry jest w ogóle wymaganie odpowiedzi uważanych przez białych nauczycieli za poprawne. Podobnie z wymaganiem punktualności i składania w terminie prac domowych – to przejaw „białego paternalizmu”.

Komu bije Krzywa Dzwonu. Rzecz o buncie BLM

Porządni Afroamerykanie cierpią wskutek kryminalnych działań – by tak rzec – swoich „czarnych owiec”.

zobacz więcej
W nauczaniu muzyki najlepsze, a może już „najlepsze”, uniwersytety amerykańskie coraz gorzej się czują, wymagając zapisu nutowego, co też jest białą, wykluczającą narracją. Postępowców uwiera muzyka klasyczna jako muzyka białych i to, że w orkiestrach grających klasykę jest za mało czarnych muzyków. Echo tych amerykańskich niepokojów i przebudzeń odzywa się szybko, jak zawsze, za Atlantykiem. W czasach pandemii ludzie się nudzili i mieli czas na podejmowanie decyzji – British Touring Opera zwolniła połowę składu orkiestry, aby dążyć do różnorodności. Był też odzew bardziej fundamentalnej natury.

W marcu 2021 roku profesorowie wydziału muzycznego Uniwersytetu Oksfordzkiego otrzymali pismo, w którym przeczytali: „w związku z międzynarodowymi demonstracjami Black Lives Matter rada wydziału zaproponowała wprowadzenie zmian mających na celu zwiększenie różnorodności studiów licencjackich”.

Na zebraniu wydziału muzycznego nazwano notację muzyczną „kolonialnym systemem reprezentacji”, a obecny program studiów cechuje skupienie na „białej muzyce europejskiej z okresu niewolnictwa”. System notacji „nie pozbył się związków ze swoją kolonialną przeszłością”, czyli związków z czasami Wolfganga Amadeusa Mozarta i Ludwiga van Beethovena. Gra na instrumencie klawiszowym i dyrygentura nie powinny być nauczane na kursie podyplomowym, ponieważ odnośny repertuar „strukturalnie skupia się na białej muzyce europejskiej”, powodując „wielki niepokój kolorowych studentów”. A teraz z zupełnie innej beczki – dyskomfort kolorowych zwiedzających ogrody botaniczne wywołują w Anglii też wiktoriańskie żeliwne bramy, przez które się do nich wchodzi.

O ile antyrasizm swoją dynamiką przypomina walkę klasową w ujęciu Józefa Stalina, która miała się zaostrzać wraz z postępem w budowie socjalizmu – zaostrza się i radykalizuje im mniej rzeczywistego rasizmu – o tyle określenie roli BLM w antyrasizmie wymyka się wszelkim porównaniom i analogiom. BLM jest jak nosorożec w „Nosorożcu” Eugène Ionesco: dezorganizuje, przeraża, masakruje psychicznie, atakuje wszystko. Tylko, że tamto zagrożenie wymyślił pisarz, twórca teatru absurdu, a to nie jest teatr.

Zachód przegrywa sam ze sobą. Uniwersytety i media wpajają wstyd i poczucie winy za rasizm, niewolnictwo i kolonializm. Oczywiście, niewolnictwo było wyłącznie transatlantyckie i Imperium Osmańskie, arabski Bliski Wschód i same plemiona afrykańskie nie miały nigdy z handlem niewolnikami nic wspólnego. Samoponiżany Zachód nie ma legitymacji moralnej nauczania praw człowieka na przykład Chin. Państwo Środka oburzało się najgłośniej na arenie międzynarodowej śmiercią George'a Floyda.

Przeprasza, że żyje

Historia Zachodu jest do napisania od nowa, a kultura – do wykasowania. Co zamiast? Pustka, brak tożsamości i wszelkich punktów odniesienia. Po unieważnieniu wszystkiego zapanuje szczęście ludzkości, bez białej dominacji i wykluczeń. Aby to się spełniło, wstyd i poczucie winy należy wpajać młodym ludziom, żeby ich nie opuściły do końca życia.

W pandemii jeden z amerykańskich uniwersytetów rozpoczął zajęcia zdalne na pierwszym roku, prosząc studentów o podanie w specjalnej aplikacji swojego miejsca zamieszkania. W odpowiedzi każdy student dostał informację o tym, na ziemiach jakich plemion rdzennych Amerykanów (u nas jeszcze się mówi bezkarnie Indian) stoi jego dom. USA to wielki kraj i nie wiadomo, czy w każdym stanie da się to zrobić, ale pomysł tak wyrafinowany, że Orwell by się nie powstydził.
Studenci przed Oriel College Uniwersytetu Oksfordzkiego, wzywający do usunięcia posągów postaci z epoki kolonialnej, w tym Cecila Rhodesa i królowej Wiktorii. Cecil Rhodes był brytyjskim biznesmenem i politykiem w RPA, który pełnił funkcję premiera Kolonii Przylądkowej w latach 1890-1896. Fot. Chris Ratcliffe/Getty Images
Coraz bardziej rządzą fanatycy, wsparci ignorancją swoją i rządzonych. W rewolucji francuskiej też szybko zaczęło dominować to, co najbardziej fanatyczne i prymitywne. Prostych analogii w historii nie ma, ale trzeba mieć nadzieję, że jakiś skorumpowany Dyrektoriat zastąpi tych jakobinów. Bo o tym, że jakaś wersja przewodniczącego Mao poskromi tych hunwejbinów, nawet biały, cisgenderowy, heteroseksualny mężczyzna boi się pomyśleć. Zresztą, byłoby to z deszczu pod rynnę.

To, że ta Loretta, czy też ten Stan z „Żywotu Briana” z początku tekstu, co to niezbywalne prawa wbrew rzeczywistości, znormalnieje sam(a) z siebie nie ma co liczyć. Natomiast szkoda, że historie podawane przez Douglasa Murraya w „Wojnie z Zachodem” to nie dalszy ciąg sceny z filmu Monty Pythona. Panowie mieli absurdalną wyobraźnię, ale nie aż tak daleko posuniętą jak obecna rzeczywistość w świecie anglosaskim.

Wyobrażenie sobie, że na rożnych radach wydziałów – szczególnie muzycznego w Oksfordzie – przewodniczy John Clesee, jest ozdrawiające. Jak by się człowiek turlał po kanapie! Jest właściwie kluczem do zdrowej i miłej lektury wszystkich znanych po polsku książek Murraya – „Przedziwnej śmierci Europy”, o zastąpieniu Brytyjczyków w czasie dwóch pokoleń całkiem kimś innym; „Szaleństwa tłumów. Gender, rasa, tożsamość” i ostatniej.

Tyle tekstów na zjadliwie absurdalne skecze i wychodzi nic śmiesznego. Murray nie bawi się w Monty Pythona, jest poważny, zatroskany, choć łagodnie ironiczny. Z niezwykłą kulturą omawia fakty, wydarzenia i procesy, które aż się proszą o satyrycznie ostre potraktowanie. Douglas Murray powściągliwie polemizuje, tłumaczy oczywistości, że Zachód to Kant, Hegel, ponadto Haendel, kultura zawsze ciekawa innych, którzy nigdy nie ujawniali ciekawości niczym poza sobą. Że Imperium zniosło niewolnictwo, a Royal Navy ścigała handlarzy po morzach i oceanach. Koszty abolicji były dla Brytanii ogromne. Państwo wypłacało odszkodowania firmom, które na braku niewolników straciły, o czym mało kto wie.

Trochę z dużym nakładem pracy i energii tłumaczy, że biały nie jest wielbłądem. Czasem ma się wrażenie, że przeprasza, że żyje. Wrażenie mylne zapewne, bo Murray jest powściągliwy: miał szansę uformować się jeszcze w takiej kulturze myśli i słowa, co nie dane już jest – według tego, co pisze o uczelniach po obu stronach Atlantyku – obecnym studentom. Ton narracji Douglasa Murraya nie ukrywa łagodnego pesymizmu, a zarazem nadziei, że przemawia do takich jak on i że ta myśl i sposób podejścia do świata się rozpowszechni. No cóż, pisze dużo, przenikliwie i bezkompromisowo. Ostra inteligencja idzie u Murraya w parze z nieprzeciętną pracowitością i energią. Dobrze, że jest, a co dalej, to się zobaczy.

My Polacy możemy być spokojni, nasza chata z kraja. Nie mieliśmy niewolników ani u siebie, ani w koloniach, choć są już próby zastąpienia ich chłopami pańszczyźnianymi jako elementem kulturalnie zawstydzającym i paraliżującym. Ale gdzie tam! Każdy Polak jest przecież ze szlachty.

– Krzysztof Zwoliński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Od lewej: Eric Idle jako Stan-Loretta, John Cleese w roli Rega, przywódcy Ludowego Frontu Judei oraz Michael Palin i Sue Jones Davies (Judith) jako działacze LFJ. Kadr z filmu „Żywot Briana” w reżyserii Terry’ego Jonesa, według scenariusza Johna Cleese’a i Grahama Chapmana.
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Polska chętnie daje wizy i pracę cudzoziemcom z całego świata
Tylko w ubiegłym roku przyjęliśmy pół miliona imigrantów zarobkowych.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Morderczy lek. Sto razy silniejszy od morfiny
Powoduje apatię lub euforię, zawroty głowy, zaburzenia pamięci, lęki nocne i spowolnienie akcji serca.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Demokracja nie chroni przed przemocą
Dlaczego kupcy nie mieliby zabijać swoich konkurentów, jeżeli zapewni im to zyski?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Mundial po arabsku. Islam i sport
Można zmienić obywatelstwo, ale trudno się odciąć od wiary. Niełatwo przerobić chrześcijanina na muzułmanina.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Czy islamiści infiltrują armię francuską? Być może już 30 proc....
Imamowie w koszarach, meczety w bazach wojskowych, żywność halal w kantynach.