Rozmowy

Siła kobiety wiejskiej

Życie w Irlandii jest może lepsze pod kątem finansowym, ale gorsze, jeśli chodzi o rodzinną atmosferę. Na kominku stało zdjęcie moich rodziców i córka często z nostalgią spoglądała na swoich dziadków. Bardzo za nimi tęskniła. Współlokatorka doradzała mi, żebym schowała fotografię, to dziecko o nich zapomni i będzie święty spokój. Nie rozumiałam, jak można zapomnieć o swoich korzeniach?! – mówi Katarzyna Dobrzyńska, kierowniczka Domu Kultury w Maniowach na Podhalu.

TYGODNIK TVP: 15 października obchodzimy Międzynarodowy Dzień Kobiet Wiejskich – święto ustanowione przez ONZ dla podkreślenia roli pań w rozwoju obszarów wiejskich i walki z ubóstwem. Pani jest taką kobietą: góralka, członkini Koła Gospodyń Wiejskich i miejscowej orkiestry dętej, instruktorka zespołu regionalnego Mali Maniowanie. A oprócz tego pracuje pani zawodowo, jest żoną i matką. Skąd u pani taka aktywność społeczna i tyle sił, żeby tym wszystkim się zajmować?

KATARZYNA DOBRZYŃSKA:
Jako dziecko po prostu obserwowałam życie swoich rodziców, którzy dawali nam przykład, że warto się poświęcić dla drugiego człowieka. Nigdy nikomu nie odmawiali pomocy. Nie narzekali, że muszą coś zrobić. Z zaangażowaniem udzielali się na rzecz swojej wsi. Tata był kapelmistrzem orkiestry dętej, mama pracowała w Domu Kultury. Stąd od najmłodszych lat byłam przez nich zabierana na festyny czy imprezy wiejskie i tak zrodziła się we mnie miłość do tańca, śpiewu, grania na różnych instrumentach.

Aktywność społeczna to moje życie. Lubię być na pełnych obrotach, działać, być wśród ludzi. Zwolniłam tempo tylko na chwilę, kiedy w celach zarobkowych wyjechałam za granicę. Po ślubie mieszkałam sześć lat w Irlandii, ale szybko znudziłam się tamtym życiem. W polskiej parafii oczywiście przyjęli nas serdecznie, nawet jakiś czas byłam w miejscowej orkiestrze dętej, jednak miała niewiele okazji do zaprezentowania się – raz w roku występowaliśmy na paradzie. Dla mnie to było stanowczo za mało.

No i życie w Irlandii jest może lepsze pod kątem finansowym, ale gorsze, jeśli chodzi o rodzinną atmosferę. Na kominku stało zdjęcie moich rodziców i córka często z nostalgią spoglądała na swoich dziadków. Bardzo za nimi tęskniła. Wyjechała z Polski mając dwa lata. Nasza współlokatorka doradzała mi, żebym schowała fotografię, to wtedy dziecko o nich zapomni i będzie święty spokój. Nie rozumiałam, jak można zapomnieć o swoich korzeniach?! Niektórzy mają takie podejście do życia, ja tak nie chcę, nie potrafię. Kiedy więc pojawiła się szansa na prowadzenie w mojej wiosce zespołu regionalnego Mali Maniowanie, to postanowiłam wrócić do Polski.
Drewniana wioska Maniowy miała kilkusetletnią tradycję. Fot. staremaniowy.pl
Zespół nawiązuje do tradycji Podhala, ale też odtwarza zwyczaje mieszkańców dawnej wsi Stare Maniowy, położonej w Kotlinie Nowotarskiej pomiędzy Pieninami a Gorcami, gdzie obecnie znajduje się Jezioro Czorsztyńskie. 25 lat temu wieś zniknęła pod taflą wody, zatopiona przy tworzeniu na Dunajcu zbiornika dla zapory wodnej w Niedzicy. Pani dba o zachowanie pamięci o tej dawnej wsi.

Drewniana wioska miała kilkusetletnią tradycję, ludzie się trzymali razem, kultywowali góralskie tradycje. Jednak te tereny bywały zalewane przez Dunajec, więc podjęto decyzję o budowie zapory i przesiedleniu wsi. Ludzie starsi protestowali, nie chcieli zmian. Byli przyzwyczajeni do poprzedniego życia. To był dla nich trudny czas. Młodzi reagowali różnie. Część liczyła na lepsze domy z wygodami i je uzyskali. Moi rodzice mogli na przykład zamieszkać w bardziej komfortowych warunkach, mieć łazienkę w środku budynku. Może nie ucieszyli się (bo jednak nie była to radość), ale pozytywniej podchodzili do sytuacji.

Przeprowadzka na nieco wyżej położony teren rozpoczęła się w latach 70. ubiegłego wieku. Do przesiedlenia zakwalifikowano 363 z 385 istniejących wówczas domów, do tego przeniesiono lub odtworzono cmentarz, trzy kaplice i budynki użyteczności publicznej. Niestety, na nowym miejscu nie można było budować domów w góralskim stylu. Projekt był narzucony z góry. Szkoda, zachowana byłaby różnorodność, a teraz jest dość jednolicie, jeśli chodzi o układ i zabudowę wioski. Nikt też nie myślał o zachowywaniu tradycji czy pamiątek z dawnej wsi. Myślano tylko o tym, jak zagospodarować ludzi na nowym miejscu.

Zbiornik ostatecznie napełniono w roku 1997. To był przykry widok. Zalewana była ojcowizna i część mieszkańców miało poczucie straty. Do dziś zresztą to towarzyszy mieszkańcom – już Nowych Maniów. Jest nawet taka przyśpiewka: Maniowy, Maniowy nad wodom dziedzina przechodzi się po nij góralsko dziywcyna. Aby pamięć o tamtych czasach nie zaginęła, mój brat Marek prowadzi stronę internetową, na której gromadzi zdjęcia starej wsi. Ja natomiast próbuję odtworzyć tamto życie, choćby właśnie przez działalność w zespole regionalnym. To nie tylko nauka dawnego tańca i śpiewu, ale także wychowanie dzieci w duchu tradycji naszych przodków.

Jak powstał pani zespół regionalny i co pokazujecie na scenie?

Powstał 2 lutego 1994 roku z inicjatywy ówczesnego wójta gminy Czorsztyn Stanisława Wojtaszka. Pierwszymi instruktorami zespołu zostali znani w regionie działacze Związku Podhalan: Maria i Józef Staszel z Nowego Targu. Zespół przyjął nazwę Mali Maniowianie, a za patrona obrał sobie zmarłego w 1992 roku długoletniego proboszcza parafii Maniowy, śp. ks. Antoniego Siudę.

Dzikie Baby podbijają polską wieś

Te kobiety to wulkan energii połączonej z pasją i lokalnym patriotyzmem.

zobacz więcej
Dołączyłam do zespołu mając 16 lat. Zawsze lubiłam śpiewać i odgrywać różne scenki rodzajowe czy obyczajowe. Wtedy nie mieliśmy innych zajęć, nie było przecież komórek czy komputerów. Na próbę więc biegło się z radością, bo była to jedyna atrakcja na wsi. Można się było spotkać z rówieśnikami i wyjechać na występy do różnych regionów Polski, by przy okazji zobaczyć inne miejsca. Prywatnie takie wyjazdy byłyby znacznie trudniejsze.

Instruktorem zespołu jestem od 2010 roku. Obecnie gromadzimy 60 dzieci od piątego do 16. roku życia – głównie z Maniów, ale są też dzieci z okolicznych miejscowości. Wprowadzamy różne programy i treści, przede wszystkim związane z życiem dawnej wsi Maniowy. Opracowaliśmy wiele scenek obyczajowych, m.in. Wesele i Jasełka Góralskie, Kolędnicy, Konkurs Jodła Góralskiego, Hałdamas, Polywacka, Na polanie przy pasyniu, Składacka, Zabawy przy Dunajcu, Jak się downij dzieci bawiły, Wilijo świyntego Jyndrzeja.

Mali Maniowianie występują podczas uroczystości kościelnych, wiejskich lub gminnych. Regularnie wyjeżdżają na festiwale folklorystyczne w Polsce i za granicą. Byli już m.in. w Nowym Sączu i Zakopanem, w Macedonii czy na Słowacji. Co roku biorą udział w konkursach i przeglądach regionalnych, takich jak m.in. Nuta Dunajca, Góralskie serce, Tatrzański Festiwal Dziecięcych Zespołów Regionalnych „Złote Kierpce”, konkursy Muzyk Podhalańskich czy młodych toniecników i śpiywoków góralskich, albo gawędziarzy i recytatorów góralskich. Zdobywają nagrody i wyróżnienia.

Prezentujecie też, jak dawniej ubierano się na Podhalu. Co charakteryzuje te stroje?

Mówimy przede wszystkim o odświętnym ubraniu. Męska odzież to kapelusze, portki (sukienne spodnie), a także cuchy (czarne i białe) pełniące rolę wierzchniego nakrycia. Ponadto są to koszule i spinki do ich spinania, kamizelki, pasy oraz buty (wysokie z cholewami typu węgierskiego, półbuty, buty do kostek i przede wszystkim kierpce). Mężczyźni nosili dwa typy kamizelek: krótkie do pasa, szyte z ciemnych sukien, oraz długie ze skór baranich, zwane kożuszkami lub serdakami. Nieodłącznym elementem męskiego stroju była kiedyś fajka oraz ciupaga.

Z kolei podhalański strój kobiecy ulegał modom. Jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku były to samodziały lniane, przeznaczane między innymi na szale, koszule oraz spódnice w kolorze indygo (farbanice) i fartuchy. Stosowano również brokaty, z których szyto gorsety, i tafty. W drugiej połowie XIX w. zaczęto naśladować przyjeżdżające na Podhale kobiety z miast. Góralki zaczęły wtedy nosić kaftaniki (katanki) szyte z gładkich tkanin oraz chusty o wzorach tureckich. Coraz częściej spódnice szyto z ciemnych tkanin tybetowych w drobne kwiatki lub owoce, a do nich zakładano gorsety oraz brązowe kożuszki (zwykle do stroju codziennego).
Dla relaksu Katarzyna Dobrzyńska doprawia frędzle do chust góralskich. Fot. archiwum KD
Z czasem pojawiły się wizytki, czyli bluzki zakładane do długich, szerokich, kopiastych spódnic. Na aksamitnych gorsetach coraz częściej wyszywano haftem koralikowym motywy lilii czy dziewięćsiły. W późniejszych latach doszły do tego krótsze spódnice. Koszule miały coraz większe kołnierze, a całe ich rękawy zdobiono ażurowymi, białymi haftami. Na gorsetach pojawiły się też wyszycia cekinami i powszechne stało się sznurowanie ich szeroką, najczęściej czerwoną wstążką. Na nogach góralki, oprócz kierpców, coraz częściej pojawiały się sznurowane trzewiki i półbuty. Nie mogło zabraknąć czerwonych korali i chust. Kiedyś mężatki musiały nosić taką chustę na głowie w miejscach publicznych, na przykład jak szły do kościoła. Dziś nosi się je jako ozdobny element na ramionach.

Pani sama haftuje chusty i dokłada do nich frędzle, czy to trudna sztuka?

U nas na Podhalu były tzw. chusty metrówki czy chusty kaźmiyrkule, nazywane tak od wełny kaszmirowej. Dziś ten materiał jest trudnodostępny i bardzo kosztowny. Samo rękodzieło jest bardzo czasochłonne, więc teraz głównie doprawiam frędzle. Są z jedwabnych nici. Mają około 40 centymetrów długości. Przywiązuje się je do chusty i robi się z nich węzełki, tak żeby powstał konkretny wzór. To nie jest aż tak skomplikowane, ja sama się tego nauczyłam – rozplotłam starą chustę i po nitce do kłębka doszłam do tego, jak je pleść. Traktuję to zajęcie jako odskocznię od codziennej pracy. To jest bardzo relaksujące. Robię takie kolorowe chusty dla siebie, najbliższych, ale też na licytacje charytatywne.

Porozmawiajmy teraz o muzyce. Od najmłodszych lat gra pani w lokalnej orkiestrze dętej, jak powstała ta pasja?

Miłość do muzyki zaszczepił we mnie tata. Sam od 10. roku życia grał w orkiestrze dętej w Kluszkowcach. Później zajmował się tym w wojsku i następnie w Zakładach Skórzanych „Podhale”. W domu cały czas słychać było dźwięk instrumentów. Mnie i bratu przed snem ojciec grał na saksofonie „Pszczółkę Maję”. Kiedy bywał zarobkowo na weselach, to zawsze mu dawaliśmy woreczek, żeby nam przyniósł swojską kiełbasę. Nie mieliśmy gospodarstwa rolnego, dlatego ten wyrób był rarytasem. W tamtych czasach zresztą nie było takiego dobrobytu, jak teraz, nawet ciasto z wesela było wielkim smakołykiem dla dziecka. Lubiliśmy się budzić wcześnie rano, aby sprawdzić, czy na stole jest coś z wesela. I nigdy się nie zawiedliśmy.

Wydziedziczono baców. Mówiono, że owce niszczą góry. Teraz wracamy!

Fujara ma dwa metry długości. Końcówka jest subtelna. Dwojnica ma sześć otworów i zarazem wcale. A trombita musi być szczelna. O co chodzi i jak to się robi?

zobacz więcej
W 1986 roku dzięki pomocy strażaków i ludzi dobrej woli tata założył orkiestrę dętą w Maniowach – taką, jaka była w dawnej wsi. Działa teraz przy Centrum Kultury Gminy Czorsztyn. Na początku nowi członkowie uczyli się gry na instrumentach w naszym domu. Miałam wtedy 11 lat i bardzo lubiłam się przysłuchiwać próbom. To była męska orkiestra, grał w niej już mój brat. Miał dobry słuch i rodzice wysłali go do szkoły muzycznej. Ja mu tego pozazdrościłam i sama zapisałam się na naukę gry na flecie poprzecznym. Nie wiem, dlaczego wybrałam taki instrument, być może z tego powodu, że jest taki delikatny i kobiecy. W trakcie nauki w szkole muzycznej jako 13-latka wstąpiłam do zespołu. Bardzo dobrze wspominam ten czas, bo byłam jedyną dziewczyną w tego typu kapeli na Podhalu. Panowie przyjęli mnie ze szczególną otwartością, być może dlatego, że byłam córką kapelmistrza. (śmiech) Nie było więc żadnych docinek. Zawsze była rodzinna atmosfera.

Po 33 latach członkostwa nadal z radością idę na próbę orkiestry. To chyba jest uzależnienie. Jak się gra, to się czuje ogromną radość i pokój w sercu. Teraz jest to bardziej kobieca orkiestra, bo wielu mężczyzn wyjechało do pracy za granicę. Ale mi to nie przeszkadza.

Wciąż jednak miała pani mało wrażeń, więc wzięła się za naukę gry na fujarce.

Fujarka wzbudziła we mnie ciekawość, kiedy byłam w zespole regionalnym. Pierwszą z nich kupiłam na festiwalu rzemiosła ludowego w Kieżmarku na Słowacji. Tak się zakochałam w tej grze, że mam już trzy rodzaje tego instrumentu.

Robili go sobie juhasi podczas wypasu owiec. Fujarki wykonuje się z czarnego bzu, dlatego że ma dość miękki miąższ. Kiedy się go usunie, to trzeba wyciąć idealnie dziurki, zrobić ustnik, stroik. Nie zawsze wychodzi za pierwszym razem. U nas robiło się też wierzbowe fujarki. Dzieciaki wypasały gęsi i próbowały na nich grać. Dźwięk jest dość subtelny i taki kojący. Cały czas można odkrywać nowe dźwięki i kombinacje melodyczne. Na wyjazd zawsze zabieram jedną z nich, a nuż może się przydać. I też zarażam tym instrumentem dzieci na warsztatach muzycznych. Chcą się na nim uczyć grać, bo nie wymaga dobrego słuchu muzycznego i bardzo je to wciąga.

Aż trudno uwierzyć, że dzieci wychowane na smartfonach, nie nudzą się takimi warsztatami.

Cieszę się, że są jeszcze dzieci, które chcą poznawać dawne tradycje. W tym roku po raz pierwszy uczestniczyliśmy w Międzynarodowym Festiwalu Dziecięcych Zespołów Regionalnych Święto Dzieci Gór w Nowym Sączu. To była dla nich wielka radość i motywacja do dalszej pracy. Do tej pory to przeżywają.
Choć trzeba przyznać, że kiedyś dzieci były bardziej otwarte i chłonne. Nowoczesne technologie zrobiły swoje. Trzeba je dosłownie wypędzać z domu i uczyć wspólnej zabawy, bo nie wiedzą, jak to robić. Ale nie ma złej młodzieży, trzeba ją jedynie zmobilizować do pracy na rzecz szczytnego celu i ona chętnie się zaangażuje. Dotąd się nie zdarzyło, żeby podopieczni nie pomogli mi w organizacji festynu, czy w innych lokalnych działaniach. Uczą się odpowiedzialności i pracy społecznej. Wychowujemy je też w duchu wiary katolickiej, uczestnicząc w różnych świętach religijnych.

Na rzecz lokalnej społeczności działam również w Kole Gospodyń Wiejskich…

Od kilku lat obserwujemy renesans Kół Gospodyń Wiejskich w Polsce. Ustawa z 2018 roku nadała im osobowość prawną i teraz mogą ubiegać się o dotację na różne cele, co panie skrzętnie wykorzystują, łącząc tradycje z nowoczesnością. A jak to wygląda w pani wsi?

Prawdę mówiąc, nie podoba mi się wejście w nowoczesność. Dzieci mają ją teraz wszędzie. Dlatego my przede wszystkim nawiązujemy do naszych korzeni, historii tego miejsca. Kultywujemy dawne obyczaje i obrzędy.

Na spotkaniach uczymy na przykład dzieci pieczenia moskoli. To takie placki grulane – grulami u nas się nazywa ziemniaki. Ugotowane się ubija, posypuje mąką i piecze na blasze. Jada się je polane masłem czosnkowym lub ziołowym lub po prostu bez niczego. A teraz podam nasz przepis w gwarze ludowej: Moskole placki grulane. Uwarzone grule cza przepyuścić bez pucek, wrobić mąki, formuwać kulki, potym rozklepać na płasko i piyc na blachaf pieca z dwóf stron, jeś z masłym albo suche.

Oprócz uczenia starych przepisów potraw, pokazujemy, jak wyglądały dawne prace polowe. Latem chłopcy młócili cepami zboże. Trzeba było je rytmicznie wybijać, do czasu, aż im wyszło. Dzieci są tym zajęciami tak zachwycone, że nie chcą z nich wychodzić.

Naszą kolejną inicjatywą było stworzenie Izby Regionalnej w remizie strażackiej, która gromadzi pamiątki i sprzęty gospodarskie z domów ze Starych Maniów. I tam mamy: czarną izbę – czyli kuchnię, białą izbę – czyli pokój oraz sień – czyli dzisiejszy korytarz. Są tam zgromadzone m.in. stare żelazka, meble, warsztat tkacki, łóżka, lampy naftowe, młynek żarnowy, drewniane balie, kredens, ławy czy przedmioty rolnicze, jak choćby grabie czy kosy. Realizujemy tam ponadto ogólnopolski projekt „Patriotyzm jutra”, w którym młodzież razem z seniorami będzie odnajdywać na historycznych już zdjęciach domy w Starych Maniowach. Chcemy opisać dawną wieś z nazwiskami ludzi, którzy tam mieszkali.

Nie chce mi się wierzyć, że „dobrzy chłopcy” służyli diabłu

Janosik zbójował jedynie półtora roku, raczej nigdy nie stanął na polskiej ziemi. Miał zaledwie 25 lat, jak został powieszony na haku. Nie była to jednak znacząca postać w porównaniu do harnasiów działających na naszym terenie.

zobacz więcej
W naszym Kole dbamy także o to, aby wyróżniać się strojem. Każda z nas ma inne spódnice, gorsety, bluzki czy buty. A w większości Kół panie zazwyczaj ubierają się identycznie. Wyglądają jak żołnierze od linijki, tymczasem strój regionalny to przecież nie mundur. Kobieta nigdy nie lubiła, aby któraś z jej koleżanek miała taką samą sukienkę. Ja na przykład lubię niebieski kolor i chętnie go eksponuję w swoim ubiorze regionalnymi, jak i na co dzień.

Kładzie pani nacisk na tradycje, ale współczesna kobieta wiejska chyba lubi również nowoczesne trendy, dba o swój rozwój osobisty, jest otwarta na edukację i karierę zawodową.

To prawda. W dawnych czasach moja babcia była w pełni zależna od męża. Siedziała w domu i pilnowała dzieci oraz pomagała mu w polu. Powoli to się zmieniało. Moja mama już była aktywna zawodowo, a obecnie nie widzę różnic między kobietami ze wsi i miasta. Edukacja nie jest już taka droga i nieosiągalna, jak kiedyś, więc wiele kobiet wiejskich kończy studia. Są dzięki temu bardziej niezależne. Mają swoje pieniądze i też swoje zdanie. I dobrze, bo można przecież realizować się na różnych polach. Tak jak to robią panie z Koła Gospodyń Wiejskich. Kiedyś się zrzeszały jedynie pod kątem rolniczym, zajmowały się na przykład sprzedażą kurcząt, sprowadzeniem paszy czy sadzonek. Dziś ich celem jest głównie edukacja dzieci i młodzieży.

Współczesne kobiety na wsi mniej także ulegają przesądom czy zabobonom. Kiedyś, będąc w ciąży, nie można było popatrzeć przez dziurkę od klucza. Czerwona wstążeczka przywiązana do łóżeczka noworodka, aby odpędzić złe uroki, również była częstym widokiem. Teraz już nie.

Ale ciężko mi tak do końca porównywać naszą wieś z innymi, ponieważ u nas nie ma gospodarstw rolnych – żyjemy głównie z turystyki, jak większość górali na Podhalu.

Jak mężczyźni na wsi zapatrują się na aspiracje kobiet?

Chyba nie maja z tym problemów, a najczęściej kobiety wspierają, Niektórzy może nadal chcą, żeby żona była cały czas w domu. Ja nie mam z tym problemu i gdyby mąż miał wystarczające zarobki, to chętnie zostawiłabym swoją pracę zawodową. Nie byłoby to dla mnie żadną ujmą. Uwielbiam gotować czy piec, więc mogłabym się zająć gospodarstwem domowym i też czułabym się spełnioną kobietą. Ile wtedy mogłabym zrobić chust! (śmiech)

Mężczyźni na wsi również coraz chętniej zajmują się dziećmi, to dla nich staje się wręcz normą. Zdarzają się oczywiście kobiety wyzwolone, które wybierają współczesny model – wpierw chcą rozwijać tylko swoją karierę lub rodzą dzieci w późnym wieku. Ale to osobisty wybór każdej kobiety, cieszę się że mają możliwość decydowania o swoim życiu.
Nowe Maniowy mają swój urok, głównie ze względu na niezwykłe widoki na Tatry. Fot. Lucjan Siedlarczyk
A jak pani godzi te wszystkie obowiązki z byciem żoną i matką?

To kwestia dobrej organizacji czasu. Choć chcę zaznaczyć, że wiele udaje się zdziałać, ponieważ w obowiązkach domowych pomaga mi moja mama i bardzo wspiera moje działania. Córki mam już prawie dorosłe, jedna ma 15 lat, druga 20 lat. Są zajęte nauką, więc nie trzeba im tak poświęcać uwagi, jak wcześniej. Ale to nie oznacza, że się mijamy, wręcz przeciwnie. Wraz ze mną są zaangażowane w działalność zespołu regionalnego i orkiestry, więc jesteśmy razem na próbach i występach.

Mąż panią wspiera?

Tak. Miał świadomość przed ślubem, kogo sobie bierze na całe życie (śmiech). Już wtedy byłam bardzo aktywna społecznie. Jest cierpliwy, wyrozumiały i pomaga mi w organizacji różnych wydarzeń wiejskich, gdy na przykład trzeba coś przywieźć. Wtedy jest na posterunku, więc działamy wspólnie rodzinnie.

Oczywiście taka aktywność wymaga pewnych wyrzeczeń, jest mniej czasu dla siebie. Ale ja nie potrzebuję wyjazdów na wczasy, dla mnie najlepszym odpoczynkiem może być kilka godzin spokoju w domowym zaciszu. Poza tym na wszystko jest właściwy czas. Jak wyszłam za mąż, to w pierwszej kolejności chciałam mieć dzieci. Dopiero po ich urodzeniu zajęłam się swoją edukacją. Maturę zdawałam 13 lat po skończeniu liceum, a studia zrobiłam dopiero w 2016 roku. Najpierw zrobiłam kierunek związany z zarządzaniem kulturą, potem ukończyłam pedagogikę przedszkolną i wczesnoszkolną. Studiowałam więc to, co chciałam. Jak widać, nigdy nic straconego.

Maniowy to pani miejsce na ziemi?

Nowe Maniowy mają też swój urok, głównie ze względu na niezwykłe widoki na Tatry. Dlatego mieszkańcy dużych miast tak chętnie się tutaj osiedlają, szukają wytchnienia od miejskiego zgiełku i estetycznych doznań.

Tu się urodziłam. Jestem wychowana w duchu solidarności z mieszkańcami wsi i przekonaniu, że warto coś robić dla swojej małej ojczyzny. Na szczęście Pan Bóg mi w tym błogosławi, bo daje mi na to wszystko czas.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Po 33 latach członkostwa w orkiestrze regionalnej nadal z radością idę na próbę. To chyba jest uzależnienie. Jak się gra, to się czuje ogromną radość i pokój w sercu. Fot. archiwum Katarzyny Dobrzyńskiej
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
To parafie miejskie stają się dziś bardziej żywymi wspólnotami
Gdy wzrasta poziom życia wartością dla człowieka stają się potrzeby duchowe.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Zabijała dzieci na raty
Eugenia Pol znalazła po wojnie przyjazne środowisko w strukturach komunistycznego państwa.
Rozmowy wydanie 11.11.2022 – 18.11.2022
Odradza się nowa Rzeczypospolita Wielu Narodów
Prof. Antoni Dudek: Nasza prawdziwa szansa na przyszłość jest na Wschodzie.
Rozmowy wydanie 4.11.2022 – 11.11.2022
W Rosji jest 200 Putinów. Tylko czekają, aby zastąpić obecnego
Im dłużej ta wojna trwa, tym większe będzie zagrożenie użycia broni jądrowej.
Rozmowy wydanie 4.11.2022 – 11.11.2022
Nie próbowałem być bohaterem, chciałem tylko przeżyć
Pierwszy polski pilot, który 1 września 1939 strącił niemiecki bombowiec.