Cywilizacja

Czy Putin użyje broni jądrowej?

Już sam atak rosyjskiej armii wydawał nam się czymś ostatecznym. Wielu myślało, że ani polska armia, ani tym bardziej armia ukraińska nie wytrzymają nawet kilku dni. Tymczasem wojna trwa i – chociaż okrutna – jest możliwa do wygrania. Putinowi zależy na tym, abyśmy się bali. Abyśmy myśleli, że gdy użyje broni nuklearnej, świat się skończy.

To jest coś, co trzeba sobie wreszcie wyobrazić. Wybuch jądrowy. Podobny do tego, jaki zniszczył w 1945 roku dwa japońskie miasta. Podobny także w skali, bo współczesna taktyczna broń jądrowa posiada głowice o zbliżonej mocy. Czyli niewyobrażalnie wielki i katastrofalny, a jednocześnie – jak porównać go z możliwościami – zgoła nieduży. Wystarczająco jednak przerażający.

Tylko jak to zrobić, aby nie popaść w panikę? I czy jest potrzebne, aby wyobrażać sobie zniszczenie? A może to nie jest potrzebne, ale jest konieczne? Bo nadszedł czas, w którym w każdej chwili, gdy zajrzymy znowu na Fejsbuka, albo gdy usiądziemy przed telewizorem, albo gdy zadzwoni ktoś bliski, możemy dowiedzieć się, że właśnie stało się to. To, o czym nigdy nie myśleliśmy jako o czymś realnym. Co przez dziesiątki lat traktowaliśmy jako całkowicie niemożliwe. Niewyobrażalne.

Może się okazać, że to niewyobrażalne będziemy sobie musieli wyobrazić. I powinniśmy być na to gotowi.

Oczywiście nigdy nie jesteśmy gotowi na zło i katastrofę. Ale w lutym także obudziliśmy się rankiem i nie byliśmy gotowi na wojnę. A jednak ona z nami zamieszkała. Teraz podobnie może stać się z bronią jądrową. Może w każdej chwili stać się rzeczywistością. Nie obrazkiem z filmów. Nie wspomnieniem z lekcji przysposobienia obronnego. Nie plakatem antywojennym. Codziennością. Taką, z którą będziemy się budzili i zasypiali.

Więc lepiej ją znać. I lepiej oswoić się z myślą, że gdy usłyszymy informację, że Rosjanie jej użyli, to nie będzie to koniec świata. Atak rosyjskiej armii także wydawał nam się czymś ostatecznym. Wielu myślało, że ani polska armia, ani tym bardziej armia ukraińska nie wytrzymają nawet kilku dni. Tymczasem jest inaczej. Wojna trwa i – chociaż okrutna – jest możliwa do wygrania. Putinowi zależy na tym, abyśmy się bali. Abyśmy myśleli, że gdy użyje broni jądrowej, świat się skończy. Nie skończy się.

Zagłada

Przez dziesiątki lat użycie broni jądrowej skłonni byliśmy sobie wyobrażać jako wstęp do zagłady ludzkości. Coś, co uczyni Ziemię jedną wielką Hiroszimą. I nauczyliśmy się nie wierzyć wojskowym, w podświadomości mając, że owładnięci są jakąś manią zniszczenia. Sprzyjała temu oczywiście kultura masowa. Pamiętaliśmy nakręconą niedługo po kryzysie kubańskim słynną czarną komedię „Dr Strangelove”, która pokazywała obłęd (dosłownie!) amerykańskiego (oczywiście!) generała, niosący śmierć całemu światu. Tak się bowiem jakoś dziwnie zawsze składało, że jak przychodziło do pokazywania śmiercionośnej obsesji wojskowych, Amerykanie zawsze wybierali swoich własnych…
Jak przychodziło do pokazywania śmiercionośnej obsesji wojskowych, Amerykanie zawsze wybierali swoich … Peter Sellers w słynnej czarnej komedii „Dr Strangelove”. Fot. Sunset Boulevard/Corbis via Getty Images
Mieliśmy też w pamięci o dwie dekady późniejszy film „The Day After”, który pokazywał zagładę atomową poprzez losy zwykłych ludzi. Takich, co to się pobierają, kłócą, kochają, odchodzą, znowu schodzą. A wszyscy chcą żyć. Podobnie jak widzowie. Wojna była jakby tłem dla dziejącej się w środku Ameryki ludzkiej historii. Gdzieś w Europie Związek Radziecki atakował RFN, przekraczał Ren i wtedy po raz pierwszy NATO używało broni jądrowej. A potem sytuacja wymykała się spod kontroli…

Ten film stanowił potężny emocjonalny argument przeciwko doktrynie odstraszania nuklearnego, czyli przeciwko zasadzie wzajemnie zagwarantowanego zniszczenia. Nazwa tej zasady jest na pierwsze wrażenie dość przerażająca, a jej skrót po angielsku (MAD – szalony) brzmi niczym parodia, ale idea za nią stojąca ma sens.

W przypadku broni o takiej mocy, gdyby jedna ze stron mogła zniszczyć zasoby drugiej przy pomocy pierwszego uderzenia, wówczas stosunkowo łatwo kierownictwo państwa mającego przewagę mogłoby dojść do wniosku, że niespodziewany atak się opłaca. Moralność zeszłaby na drugi plan, bo któż sądzi zwycięzców? Jedynym sposobem na zachowanie pokoju jest więc zapewnienie, że każde z nuklearnych mocarstw przetrwa pierwsze uderzenie drugiego i będzie mogło zadać cios odwetowy. W takim przypadku o zwycięstwie nie może być mowy, więc lepiej nie zaczynać.

Doktryna MAD była ochoczo krytykowana przez radzieckich propagandystów, którzy mieli nadzieję, że przez odwołanie się do zwykłego ludzkiego strachu („chce się żyć”) i przedstawianie Amerykanów jako owładniętych szaloną wizją rozpętania wojny nuklearnej sprawią, że nacisk własnej opinii publicznej pozwoli rozbroić Zachód i uzyskać przewagę nuklearną. Ci, którzy pamiętają setki tysięcy ludzi koczujących pod bazami NATO w Niemczech Zachodnich i w Wielkiej Brytanii, domagających się jednostronnego rozbrojenia, wiedzą, o czym piszę.

Oczywiście nie należało zaniedbywać własnej opinii publicznej, więc film został pokazany w polskiej telewizji już dwa miesiące po jego premierze w Stanach Zjednoczonych, w styczniu 1984 roku, jeszcze za życia Jurija Andropowa, ówczesnego sekretarza generalnego KC KPZR. Krajowi propagandyści uznali, że przedstawia on Amerykanów w wystarczająco złym świetle. Wszak to oni jako pierwsi używają broni nuklearnej, a atak wojsk Układu Warszawskiego na RFN jakoś tak ginie pod przerażającymi obrazami ludzi umierających od choroby popromiennej, pozbawionych nadziei na ratunek.

Osiemnaście milionów pacyfistów. Czyli jak karcono imperialistów za to, że pierwsi zdobyli „atom”

Światowego Ruchu Obrońców Pokoju by nie było, gdyby nie to, że Stalin wciąż jeszcze nie posiadał broni jądrowej, choć fizycy, agenci i więźniowie w kopalniach uranu robili co mogli, żeby zmienić ten niepożądany stan rzeczy.

zobacz więcej
Film rzeczywiście budził przerażenie. Jeden z amerykańskich publicystów niedawno wspominał na łamach „The Atlantic”, że do dziś pamięta ciszę na korytarzach jego liceum w dzień po „Dniu po”. Film w oczywisty sposób apelował do mantry „chce się żyć”.

Ja pamiętam nie ciszę, ale gwałtowne rozmowy na uniwersyteckich korytarzach. Trudno nam było wytrzymać napięcie. Z jednej strony zaczął się właśnie rok 1984, czyli rok końca Związku Radzieckiego, jak wierzyli wszyscy z nas, którzy znali przynajmniej tytuł książki Andrieja Amalrika, więc pokonanie komunizmu jakimikolwiek środkami wydawało się nam upragnione i w zasięgu ręki. Z drugiej strony był bardzo realistyczny obraz atomowej zagłady, a niebo zasnute smugami wznoszących się rakiet międzykontynentalnych zapadało w pamięć. I ginący ludzie, którzy „chcieli żyć”. Jak i my.

Bylibyśmy zapewne bardzo zdziwieni, gdybyśmy się wtedy dowiedzieli, że obraz zrobił kolosalne wrażenie na samym Ronaldzie Reaganie, który po obejrzeniu go przed publiczną emisją zanotował:

„Potężny film, wart swoich 7 milionów dolarów. Działa bardzo mocno i wprawił mnie w przygnębiający nastrój. Do tej pory nie udało im się sprzedać żadnego z 25 spotów reklamowych i myślę, że wiem, dlaczego. Czy pomoże przeciwnikom broni jądrowej, nie wiem. Moja własna reakcja była taka, że powinniśmy zrobić wszystko, żeby mieć czym odstraszać i żeby nigdy nie doszło do wojny nuklearnej.”

Bardzo możliwe, że „The Day After” pokazano by wtedy także w Związku Radzieckim, bo znakomicie nadawał się do wykorzystania w polemikach przez partyjnych realistów, którzy z góry odrzucali możliwość, że „miłujący pokój” Związek Radziecki mógłby kiedykolwiek zaatakować pierwszy, a korzystali z ogólnego poczucia, że wszyscy „chcą żyć”, jednak „kagiebowskiego liberała” Andropowa zastąpił twardogłowy partyjniak Konstantin Czernienko i film musiał poczekać na Michaiła Gorbaczowa.
Radzieccy propagandyści doskonale potrafili wykorzystać zwykły ludzki strach. Na zdjęciu: antynuklearna demonstracja w Bonn, październik 1983. Fot. Alain MINGAM/Gamma-Rapho via Getty Images
Wyemitowano go w 1987 roku, mniej więcej w okresie konferencji w Reykjaviku i intensywnych rozmów rozbrojeniowych. Prędko potem Gorbaczow i Reagan podpisali układ rozbrojeniowy INF i oba kraje zaczęły niszczyć rakiety średniego zasięgu, bo w nich upatrywano – słusznie – największego zagrożenia, gdyż były bronią, która najłatwiej mogła być użyta jako pierwsza. Podpisując układ, obaj podpisali się także pod zdaniem, które inni ludzie prędko uznali za swoje: „wojna nuklearna nie może zostać wygrana i nigdy nie powinna być toczona”.

Pieredyszka

Można powiedzieć, że wtedy świat na jakiś czas przestał się bać zagrożenia nuklearnego, a właściwie lepiej powiedzieć, że o nim zapomniał. System komunistyczny zaczynał upadać, po obu stronach jeszcze istniejącej, ale już mocno dziurawej „żelaznej kurtyny” niszczono rakiety, James Bond zajmował się unieszkodliwianiem południowoamerykańskiego barona narkotykowego, a sympatyczny Gorbaczow reklamował pizzę. Kto mógł sobie wyobrazić, żeby ten miły człowiek, albo potem ten zapijaczony niedojda Jelcyn, mógł wysłać do boju nuklearną triadę? Przez chwilę mogliśmy się tego obawiać w czasie puczu Janajewa, ale ileż on trwał? Raptem parę dni.

Hasło „Gospodarka, głupcze” wydawało się streszczać problemy większości ludzi, nie tylko w Ameryce. Jedyne zagrożenie mogło przyjść ze strony operetkowo wyglądających dyktatorów w niewielkich krajach, których należało powstrzymać przed uzyskaniem broni nuklearnej, ale było to stosunkowo łatwe, bo przewaga „wolnego świata” była miażdżąca. Czym innym było jednak zadawanie się z Kimem czy Saddamem, którzy mogli mieć jedną, góra kilka bomb, a czym innym stawanie wobec mocarstwa posiadającego ich tysiące. Ci pierwsi mogli najwyżej dokonać jednostkowego zbrodniczego czynu zanim zostaliby zniszczeni, mocarstwo zaś było zdolne do zagłady świata.

A to mocarstwo pogrążało się w chaosie, którego uosobieniem zdawała się katastrofa okrętu podwodnego Kursk z 2000 roku. Chiny zajęte były biciem rekordów wzrostu PKB i produkowaniem wszystkiego, co się da w ilościach hurtowych, a nad wszystkim panowały Stany Zjednoczone. Panowały zgoła niedobrotliwie i czasami niezbyt mądrze, ale dla naszej części świata były uosobieniem zwycięstwa nad komunizmem, więc nie patrzyliśmy im na ręce zanadto uważnie. Co tu dużo mówić, era unilateralizmu była dla nas dobra i nawet, jak Wuj Sam robił głupstwa, to przecież był to nasz Wuj i czuliśmy się przy nim bezpiecznie.

Czy społeczeństwa Zachodu są gotowe do walki o coś więcej niż własne potrzeby?

Bez mocnego poczucia narodowej tożsamości Ukraińcy nie mieliby w sobie ducha do stawiania czoła rosyjskim najeźdźcom.

zobacz więcej
Bogata Europa stopniowo się rozbrajała, udając, że się zbroi pewna, że w razie czego Amerykanie ją uratują. Ale w razie czego właściwie? Kto miałby atakować Niemcy, Francję czy Włochy? Libijczycy? Bo przecież nie Rosjanie, którzy kupowali najlepsze apartamenty i lokowali swoje niewyobrażalne majątki w modnych klubach piłkarskich! Polska także udawała, że się zbroi, chociaż nasz przypadek to – w odróżnieniu od Niemiec – raczej sprawa biedy i bałaganu, aniżeli wygodnictwa i arogancji.

Broń nuklearna w tym zajętym dobrobytem świecie jakby nie istniała, to znaczy istniała, ale jej obecność była wyparta z kolektywnej świadomości. Amerykański liberalny publicysta Tom Nichols określił to zjawisko mianem „wielkiego nuklearnego zapomnienia”. Być może wyrazem tego zapomnienia był tekst innego Amerykanina, który na stronie libertariańskiego z kolei Cato Institute stwierdzał, że broń nuklearna nie ma znaczenia, a obawy przed jej użyciem określał mianem „fantazji”.

W sposób bardziej systematyczny ujęli to autorzy opublikowanego w roku 2010 studium zamówionego przez rząd Szwajcarii, zatytułowanego „Delegitymizacja broni nuklearnej: badanie zasadności odstraszania nuklearnego”, w którym stwierdzali, że „czas, aby rozważyć uznanie ewentualności, że odstraszanie nuklearne nie jest istotne dla międzynarodowego bezpieczeństwa w XXI wieku”.

Drabina czy wir?

Tymczasem na wschodzie zaczęły się dziać rzeczy niepokojące i świadomość tego powoli przesączała się do zachodnioeuropejskich społeczeństw. Bardzo powoli. W Rosji od początku prezydentury Władimira Putina regularnie dochodziło do zabójstw politycznych, czasem zabójstwa lub próby otrucia niewygodnych osób miały miejsce zagranicą. Po zdławieniu Czeczenii, Rosjanie wkroczyli do Gruzji i do Syrii. Próbowali politycznie opanować Ukrainę. Gdy działania polityczne się nie powiodły, sięgnęli po agresję wojskową.

Przy okazji nie wahali się przed pokazem siły wobec reszty świata. Zestrzelenie w 2014 roku malezyjskiego Boeinga wykonującego lot nr MH17, jakże bardzo przypominało zestrzelenie koreańskiego KAL007 u szczytu potęgi Związku Radzieckiego, w roku 1983, roku w którym Reagan wygłosił słynne przemówienie nazywające Związek Radziecki „Imperium Zła”. Było to ćwiczenie wytrzymałości Zachodu: w obu przypadkach prawie trzysta cywilnych ofiar i kompletna bezkarność.

W końcu zaczęły się pojawiać akcenty nuklearne. W 2013 roku Rosjanie poinformowali, że będą ćwiczyć atak nuklearny na Warszawę. Sprawa nie wzbudziła w opinii publicznej na Zachodzie większego zainteresowania, ale czemu się dziwić, skoro ówczesny szef BBN, generał Stanisław Koziej skomentował to lekko, mówiąc że „Każde wojsko po prostu musi swoje mechanizmy trenować. Rosjanie ćwiczą, nie można się oburzać, że ćwiczą, bo inaczej byśmy się oburzali, że w ogóle mają wojsko.” O żadnej nocie dyplomatycznej, czy oficjalnym wyrażeniu oburzenia nie było mowy. Nasi oficjele starali się zachować kulturalnie i nie zauważać tego, co się dzieje, a w każdym razie nie nazywać rzeczy po imieniu.
Październik 1986. Pierwsze spotkanie na szczycie w Reykjaviku: Michaił Gorbaczow i szef radzieckiego MSZ Eduard Szewardnadze po jednej stronie i Ronald Reagan i sekretarz stanu George Shultz po drugiej. Fot. Ronald Reagan Library/Getty Images
Pięć lat później zaczęło być już groźnie: NATO oficjalnie stwierdziło, że Rosja złamała układ rozbrojeniowy, który zawarli w 1987 roku Gorbaczow i Reagan. W odpowiedzi Stany Zjednoczone oznajmiły, że nie czują się nim związane. Zimna wojna zakończyła się wraz z zawarciem tego układu i zniszczeniem przenoszących głowice jądrowe rakiet średniego zasięgu, a teraz, po 30 latach „pieredyszki”, gdy układ INF zakończył żywot, zachodni świat został zmuszony do powrotu do logiki „drabiny eskalacyjnej”, choć trzeba było jeszcze rozpętania wojny na Ukrainie, aby zdał sobie z tego sprawę.

Pojęcie „drabiny eskalacyjnej” wprowadził na początku lat 60. XX wieku Herman Kahn, amerykański teoretyk wojny nuklearnej. Był on promotorem koncepcji odstraszania („deterrence”), opowiadał się za zachowaniem zdolności do przetrwania uderzenia jądrowego i zadania drugiego uderzenia. Pracował nad koncepcją „drabiny eskalacyjnej”, która była niczym innym, jak systematyzacją posunięć, które mogły prowadzić do eskalacji konfliktu i przemiany sporu politycznego w militarny, najpierw konwencjonalny, następnie nuklearny, a potem do nuklearnej katastrofy. Dzięki jego koncepcjom ludzkość przetrwała następne ćwierć wieku, ale jako nagrodę dostał tylko to, że Stanley Kubrick uczynił go pierwowzorem postaci demonicznego doktora Strangelove w swoim filmie o szalonych Amerykanach wywołujących wojnę światową. Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju…

Ponieważ jednak od czasów Kahna minęło ponad pół wieku, więc nie możemy się zadowolić jego przestarzałą koncepcją drabiny. Nowoczesna koncepcja zakłada „wir eskalacyjny”. Jej autorem jest Christopher Yeav, naukowiec który w latach 2010-2015 stał na czele naukowców służących w US Air Force Global Strike Command. Dlaczego wir? Bo składają się nań cztery osie działań: konwencjonalnych, cyber, kosmicznych i nuklearnych. Eskalacja następuje na tych osiach niezależnie, a czasem zależnie od siebie i ostatecznie otrzymujemy coś w rodzaju nieregularnego wiru, który może zamrzeć, ale może też zamienić się w niepowstrzymaną karuzelę, z której nie ma ucieczki. Dostępna w sieci prezentacja tego modelu, sporządzona doktora Yeav, pozostawia odbiorcę dość bezradnym, bo kończy się slajdem zawierającym jedno słowo: Pytania?

Ukraińcy są podobni do Polaków sprzed stu lat. Znają słabości Rosji

Czy Putin wygra?

zobacz więcej
Być może stopień nieprzewidywalności tego wiru jest jakimś wyjaśnieniem, dlaczego amerykańscy politycy i wojskowi nie są skłonni do szafowania groźbami ataku jądrowego w odpowiedzi na groźby rosyjskie. Zniszczenia, jakie mogą być dokonane przy pomocy działań nienuklearnych są równie potężne i uciekanie się do broni ostatecznej wydaje się coraz mniej konieczne zwłaszcza, że atomowe tabu jest bardzo silnie zakorzenione w umysłach. Ten, kto użyje broni jądrowej będzie w przekonaniu opinii światowej zbrodniarzem ostatecznym.

Teoria odpowiedzi

Autor książki efektownie zatytułowanej „Bomba”, Robert D.Kaplan opisuje przeprowadzoną w 2016 roku, za prezydentury Baracka Obamy grę wojenną, która miała odpowiedzieć na pytanie, jak zareagować na tak zwany deeskalacyjny atak jądrowy.

„Deeskalacyjny” to kolejne słowo, którego musieliśmy się nauczyć, żyjąc w świecie zamieszkałym przez przywódców pokroju Władimira Putina. Oznacza ono, że agresor używa broni jądrowej dla zastraszenia przeciwnika i oczekuje od niego zaakceptowania swoich zdobyczy, bo wejście na ten sam poziom agresji i użycie takiej samej broni oznacza „eskalację”, a tej przecież nikt nie chce, więc należy iść w kierunku przeciwnym, czyli „deeskalować”. W ludzkim języku oznacza to: „poddać się”.

W tej grze wojennej Rosjanie atakowali jedno z państw bałtyckich i używali taktycznego pocisku jądrowego, aby powstrzymać NATO od wejścia do walki w obronie sojusznika. Uczestnicy gry mieli rozstrzygnąć, jak zareagować. Decyzje były podejmowane przez dwie grupy: jedna z nich składała się z szefów instytucji odpowiadających za bezpieczeństwo państwa, druga zaś z zastępców. Szefowie uznali, że należy odpowiedzieć na tym samym poziomie i w ten sam sposób. Ponieważ nie chcieli zagrozić opadem radioaktywnym obywatelom sojuszniczego kraju i własnym żołnierzom, a nie chcieli też „eskalować”, czyli atakować bezpośrednio Rosji, podjęli decyzję o zdetonowaniu ładunku na Białorusi.
        ODWIEDŹ I POLUB NAS     Zastępcy byli zdania, że trzeba zastosować odpowiedź konwencjonalną i postawić Rosjan w moralnie nieznośnej sytuacji wobec reszty świata. Wygrać konflikt politycznie, zadając jednocześnie dotkliwe straty militarne. Wśród zastępców znajdowali się Colin Kahl i Avril Haines. Oboje obecnie są ludźmi odpowiadającymi za bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych. Kahl jest zastępcą sekretarza obrony, a Haines szefową wywiadu i odpowiadała za akcję ujawniania zamiarów rosyjskich przed inwazją na Ukrainę, między innymi odwiedzając w listopadzie 2021 roku Warszawę. Można sądzić, że oni będą doradzać prezydentowi, aby nie używał broni jądrowej w przypadku ataku Rosjan. Można sądzić, ale nie można być pewnym.

Jest jeszcze jedna przyczyna, dla jakiej jako odpowiedź na atak nuklearny bardzo poważnie rozważane są inne niż nuklearne środki odpowiedzi. Pisze o niej była zastępczyni sekretarza generalnego NATO, a wcześniej negocjatorka układu New START, Rose Gotemuller, która sprzeciwia się nuklearnemu wyścigowi zbrojeń, ponieważ jej zdaniem „innowacje obronne zapewnią nie tylko przekształcenie sposobu prowadzenia wojny, ale także podważą zasadność i przydatność broni jądrowej.” Postęp w technologiach wykrywania i rozpoznania oznacza, że już niedługo będzie można namierzać tę broń i eliminować ją, podejmując decyzje w czasie realnym.

Dalej Gotemuller wspomina o takich technologiach, sztuczna inteligencja, czy roje dronów, które będą w stanie przeprowadzić skoordynowany atak i zaleca, aby środki które miano by przeznaczyć na doskonalenie arsenału atomowego przeznaczać na takie właśnie technologie. „Nadejdzie dzień – pisze Gotemuller – w którym kraje posiadające broń nuklearną będą musiały zakwestionować jej przydatność do odstraszania przeciwnika, gdyż będzie zbyt podatna na atak”.
Czy Rosjanie użyją broni nuklearnej, żeby zatrzymać Ukraińców, z którymi w sposób konwencjonalny nie są sobie w stanie poradzić? Na zdjęciu: próba międzykontynentalnego pocisku balistycznego na kosmodromie w Plesiecku. Fot. Russian Defence Ministry / Zuma Press / Forum
Każdy kto czytał mające już ponad pół wieku opowiadanie Stanisława Lema „Niezwyciężony”, w którym obdarzona samoświadomością chmura niewielkich kryształków pokonuje potężny, dysponujący energią jądrową pojazd, jest sobie w stanie to z łatwością wyobrazić.

Pozostaje oczywiście pytanie, jak daleko jest owa przyszłość, o jakiej pisze Rose Gotemuller. I czy będziemy mieli okazję przekonać się o tym już w najbliższym czasie. Krótko mówiąc, czy Rosjanie zdecydują się użyć broni nuklearnej, żeby zatrzymać pochód wyzwoleńczej armii ukraińskiej, z którą w sposób konwencjonalny nie są sobie w stanie poradzić.

Nie koniec świata

Czy Putin zaatakuje? Odpowiedzi na to pytanie nie ma i pozostaje wiara w taki czy inny rozwój wypadków. Wiara wsparta wiedzą. Na korzyść ewentualności użycia taktycznej broni jądrowej przemawia oczywiście to, że byłby to jedyny środek – przynajmniej w rozumieniu Putina i jego otoczenia – jaki mógłby odwrócić losy wojny, która w tej chwili nieuchronnie zmierza dla nich do klęski.

Putin zrobił dwie rzeczy, które mogą mu umożliwić taki atak: anektował ukraińskie terytoria, co według rosyjskiej doktryny wojennej usprawiedliwia użycie broni nuklearnej „w obronie kraju” i rozpoczął przygotowania propagandowe, które miałyby zdjąć zeń odium złamania „nuklearnego tabu”. W swoim przemówieniu w dniu uroczystego ogłoszenia aneksji powiedział, że to nieprawda, iż nigdy nie użyto broni jądrowej, bo przecież użyli jej Amerykanie, bombardując Hiroszimę i Nagasaki. Nie rozwinął tej myśli, ale logicznie mogłoby z tego wynikać, że w istocie żadne „tabu” nie istnieje, więc użycie broni jądrowej teraz byłoby w istocie zwykłym działaniem wojennym, do którego szlak przetarli już inni.

Śledzenie tej narracji w rosyjskiej propagandzie może być wartościową wskazówką co do zamiarów Putina, bo przywiązuje on wielką wagę do propagandowej podbudowy swoich działań.

Na korzyść tezy, że Rosjanie jednak nie zdecydują się na atak nuklearny przemawiają moim zdaniem trzy argumenty. Pierwszy to obawa w społeczeństwie rosyjskim. Oczywiście żaden ośrodek badania opinii społecznej nie postawił teraz pytania, co pan/pani sądzi o tym, żeby zbombardować Ukrainę taktyczną bronią jądrową. Ale nieco ponad rok temu, w czerwcu 2021 roku Centrum Lewady zadało pytanie, czy obawiasz się użycia przez Rosję broni jądrowej. I połowa respondentów odpowiedziała, że obawia się bardzo lub po prostu obawia się. To dużo.

Walkę tygrysów najlepiej obserwować ze wzgórza. Chiny wobec wojny Rosji z Ukrainą

Czy powstanie sojusz Moskwy z Pekinem, który będzie miał na celu unicestwienie Zachodu?

zobacz więcej
Drugi argument to brak poparcia Chińczyków, a właściwie nie tyle brak poparcia, co półoficjalnie wyrażone stanowisko negatywne. Niedawno komentator oficjalnego dziennika chińskiej partii komunistycznej „Global Times”, przeznaczonego dla czytelników zachodnich, Hu Xinjin napisał tekst o wojnie na Ukrainie, w którym znacząco odszedł od zwykłej propagandowej nowomowy, jakiej używa to pismo. Pisał o wysokim morale armii ukraińskiej, o jej zwycięstwach i otwarcie rozważał konsekwencje użycia broni jądrowej, używając porównania z puszką Pandory i postulował „zaciągnięcie hamulca” w tej niebezpiecznej sytuacji konkludując: „Proszę nie zapominać, że w militarnym konflikcie między mocarstwami nuklearnymi nie może być zwycięzcy. Ktokolwiek próbuje całkowicie powalić przeciwnika musi być szalony.”

W świecie totalitarnej propagandy jest to nie wprost wyrażenie opinii przez kierownictwo partii o tym, co sądzi o działaniach sojusznika, któremu przyrzekł współpracę, która „nie zna granic”.

Trzeci wreszcie argument to determinacja Ukraińców. Bliski współpracownik prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, Anatolij Jermak, opublikował kilka dni temu w amerykańskim liberalnym piśmie „The Atlantic” tekst, w którym napisał wprost o rosyjskich groźbach: „My wiemy, że oni nie blefują. Ale nie boimy się. Dla nas ta walka ma znaczenie egzystencjalne i nie mamy innego wyjścia, jak ją prowadzić.”

Publikacja tego tekstu w piśmie bliskim ideowo rządzącym Demokratom była też obustronnym sygnałem, że zarówno Ukraina, jak i Stany Zjednoczone są zdeterminowane niezależnie od środków, jakie podejmie przeciwnik.

Dlatego powinniśmy sobie wyobrazić wybuch. Ale nie po to, aby wzbudzać w sobie strach, ale by niezależnie od tego, co zrobi Putin i jego terrorystyczne państwo, być przekonanym, że nie będzie to koniec świata i znajdą się środki, aby pokonać je, nie niszcząc naszego życia.

– Robert Bogdański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Przez dziesiątki lat użycie broni jądrowej uważaliśmy za wstęp do zagłady ludzkości. Na zdjęciu: 18 kwietnia 1953 rok próba nuklearna na pustyni Nevada. Fot. Everett / Forum
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Polska chętnie daje wizy i pracę cudzoziemcom z całego świata
Tylko w ubiegłym roku przyjęliśmy pół miliona imigrantów zarobkowych.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Morderczy lek. Sto razy silniejszy od morfiny
Powoduje apatię lub euforię, zawroty głowy, zaburzenia pamięci, lęki nocne i spowolnienie akcji serca.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Demokracja nie chroni przed przemocą
Dlaczego kupcy nie mieliby zabijać swoich konkurentów, jeżeli zapewni im to zyski?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Mundial po arabsku. Islam i sport
Można zmienić obywatelstwo, ale trudno się odciąć od wiary. Niełatwo przerobić chrześcijanina na muzułmanina.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Czy islamiści infiltrują armię francuską? Być może już 30 proc....
Imamowie w koszarach, meczety w bazach wojskowych, żywność halal w kantynach.