Cywilizacja

„Miliony — was. Nas — mrowie…”. Widmo buntu „mięsa armatniego” i zjednoczenia Mongołów krąży nad Rosją?

Apel byłego prezydenta Mongolii Cachiagijna Elbegdordża do rodaków – także tych w Buriacji, Tuwie czy Kałmucji, wysyłanych na wojnę Rosji z Ukrainą – nie wstrząsnął na razie Azją na skalę porównywalną choćby z niepokojami w Dagestanie. Ale, jak przekonali się w XX wieku i Rosjanie, i Chińczycy, irredenty mongolskiej nie należy lekceważyć…

Cachiagijn Elbegdordż jest już emerytowanym politykiem (z urzędu prezydenta ustąpił w 2017, po dwóch kadencjach), a jego macierzysta Partia Demokratyczna jest w tej chwili w opozycji. Zabrał jednak głos za pośrednictwem instytucji znajdującej się trochę na uboczu polityki – na forum Światowej Federacji Mongołów. Dumna nazwa instytucji jest trochę na wyrost – ŚFM mieści się w jednym pokoju biurowca, powstała przed rokiem, strona www trochę kuleje, ma już jednak, co nie bez znaczenia, swoich przedstawicieli w Szwecji, USA i Japonii. Elbegdordż przemawiał po angielsku, ze wstążką w barwach Ukrainy w klapie, wtrącając co jakiś czas frazę po rosyjsku.

Nie bez powodu: trzyminutowe wystąpienie skonstruowane zostało jako apel do prezydenta Władimira Putina. Stosunkowo zresztą niekontrowersyjny, jak na emocje obecne dziś w polityce międzynarodowej. Elbegdordż , absolwent szkoły oficerskiej z czasów sowieckich (1983-1988) zaczął od apelu: „Priezidient, pierekratite wojnu!” (Proszę zakończyć wojnę!).



Nie to jednak zwróciło uwagę dziennikarzy i analityków, lecz dalsza część apelu. Były prezydent, podkreślając swój rodowód z krwi i kości narodu mongolskiego („Jestem jednym z ośmiu synów pasterza”) zaapelował do szeroko pojętych współrodaków. „Od początku tej wojny cierpią mniejszości etniczne zamieszkujące Rosję. Mongołowie Buriacji, Mongołowie Tuwy i Mongołowie Kałmucji ucierpieli straszliwie, są wykorzystywani jako mięso armatnie, setki z nich są ranne, tysiące – zginęły” – stwierdził polityk. I zaapelował: Nie zabijajcie Ukrainców! Nie bierzcie udziału w tej wojnie! Mongolia zapewni wam schronienie! Schrońcie się pod skrzydłami ojczyzny!

Od Nevady po Bajkał

Jak na razie pod skrzydłami Mongolii są raczej skłonni chronić się Rosjanie: chociaż granica mongolska nie przeżywa takiego oblężenia jak lotniska w Moskwie i Petersburgu czy ikoniczne już wysokogórskie przejście graniczne z Gruzją, wizja kraju, który jako jeden z niewielu nie wymaga jeszcze od Rosjan wiz, pociąga wielu. Według doniesień agencyjnych, do Mongolii ciągną setki samochodów. Ktoś z pomysłowych internautów poszedł nawet za ciosem, sięgając po zdjęcie z drugiego końca świata, przedstawiające ośmiopasmowy korek samochodów na pustyni i wrzucił je do sieci z podpisem: „Moskwa – powrót do praojczyzny”.

Ikoniczne zdjęcie z lotu drona przedstawia korek, jaki powstał przed kilku laty po zakończeniu festiwalu Burning Man na pustyni Black Rock w Nevadzie, co nie przeszkadza mu (zdjęciu, nie festiwalowi) krążyć wiralowo po Internecie. W rzeczywistości jednak do Mongolii kieruje się stosunkowo niewielki odsetek uchodźców/uciekinierów/dezerterów/pacyfistów rosyjskich. Znacznie ciekawsza w oczach świata jest pointa krótkiego apelu Cachiagijna Elbegdordża: Mongołowie Buriacji i Tuwy? Czy rzeczywiście istnieją? Ilu ich jest? Czy skłonni są posłuchać apelu byłego prezydenta – i czy to znaczy, że Buriacja się wyludni?

Cała sprawa jest, jak to bywa z byłymi imperiami, mocno skomplikowana i wielowątkowa. Imperium stworzone przez Dżyngis-chana było – do dziś – największe na świecie, zostawiając daleko w tyle nie tylko starożytny Rzym i Aleksandra Wielkiego, lecz również Wielkie Księstwo Litewskie od morza do morza, Chiny, ZSRS, Imperium Brytyjskie i bliższe nam w czasie fenomeny. U szczytu potęgi, czyli w połowie XIII wieku, zajmowało 33 miliony kilometrów kwadratowych, rozciągając się, jak wiemy, od Krakowa, Legnicy i Splitu po Morze Japońskie.

Gif z Czyngis-chanem

Popularne w ubiegłej dekadzie gify, czyli chętnie używane przez historyków małe programiki, pozwalające ukazywać zmiany powierzchni danego zjawiska w funkcji czasu, pokazują to doskonale: czerwona plama Mongolii rozlewa się niepowstrzymanie na północ, zachód, południe i wschód.

Rozwój i podział Imperium Mongolskiego (1206-1294) na mapie ze współczesnymi granicami). Autor: Strokey44 i Sting, CC BY-SA 2.5, Wikimedia
Znacznie mniej jest gifów, które pokazywałyby kurczenie się i rozpad imperiów. A tak właśnie stało się z dziedziną Czyngis-chana: gdy pokłóciły się wnuki, gdy Ugedejowie porośli sadłem, a opanowane Chiny „przejęły” wydmuszkę, okazało się, że samych Mongołów jest o wiele za mało na panowanie nad tak rozległym obszarem. Większość z nich – bagatela, kilka milionów! – pozostała na obszarze środkowo-północnej Azji, między tundrą, pustyniami a jeziorem Bajkał. Kilka „wysepek” populacyjnych pozostało w kotlinach bardziej na południe Azji, aż po Dżungarię. Jeszcze w XVII wieku Ojraci, jedno z „odpryskowych” plemion Ordy, zapuściło się aż nad dolną Wołgę.

Prawnuków chanów odróżniały rysy twarzy, wyraźnie inne niż u większości ludów azjatyckich, przynależność do tej samej grupy językowej i wiara: zdecydowana większość z nich, mimo nacisków ze strony muzułmańskich czy chrześcijańskich władców, pozostała wierna buddyzmowi. Najciężej było nadwołżańskim Ojratom, którym przyszło przyjąć najpierw nadaną im przez turkojęzycznych sąsiadów i przejętą przez Rosjan nazwę „Kałmuków”, a potem i panowanie rosyjskie. Reszta postordyńców funkcjonowała jako luźna federacja plemion pod protektoratem odległego Pekinu. Zamieszkiwali północne obrzeża słabnącego imperium chińskiego, zajmując pozycję pośrednią między „u Pana Boga za piecem” a „gdzie diabeł mówi dobranoc”, karmiąc się legendami o dawnej chwale i nastawiając twarożek z wielbłądziego mleka.

Wielkie zawirowanie na ziemiach mongolskich zaczyna się u progu XX wieku, w chwili rozpadu Chin – i jest to wir, który relacjonowany szczegółowo, rozsadziłby skromne ramy tego artykułu. Tym bardziej, że rozdmuchiwaniem wiru ściśle zainteresowane były dwie inne potęgi w tym regionie: Rosja i Japonia, zawsze chętne osłabieniu Chin poprzez utworzenie jakichś formacji państwowych na ich obrzeżach. Stąd rychło po wybuchu w Chinach rewolucji w 1911 roku część Mongolii (tzw. Zewnętrzna, w praktyce – położona dalej od Pekinu) ogłosiła niepodległość pod protektoratem Rosji, tworząc jedno z niewielu w XX wieku państw teokratycznych.

Czerwoni, biali i szaleni

Niedługo ono trwało: w 1915 słabnąca w I wojnie światowej Rosja zgodziła się na mocy tzw. traktatu kiachtańskiego przekazać protekcję w ręce Pekinu, dwa lata później zaś zaczęła się prawdziwa zawierucha. Do gry dołączyła Japonia (na razie w roli obserwatora), liczni Rosjanie „czerwoni”, „biali” (jak ataman Grigorij Siemionow, usiłujący stworzyć antybolszewicką Republikę Dalekowschodnią) i po prostu na poły szaleni, jak baron Roman Nicolaus von Ungern-Sternberg, ulubiony bohater powieści sensacyjnych już od czasów Ferdynanda Ossendowskiego.

Nigdzie zaś łatwiej niż w pyle pustyni nie przychodziło czubkiem szaszki lub nahajki żłobić granic Mongolii Wschodniej, Mongolii Zachodniej, Mongolii Wewnętrznej, Mongolii Zewnętrznej, Wielkiej Mongolii, Mongolskiej Republiki Ludowej oraz – tak – również Republiki Buriato-Mongolskiej ze stolicą w Czycie. Funkcjonującej trochę w fantazji, trochę na wielbłądziej skórze, a trochę w strefie buforowej między terenami bolszewickimi a Republiką Dalekowschodnią – ale za to aż przez trzy lata, od 1917 po 1920!
Buriacjo-Mongolia. Fot. XAMER212, Praca własna, CC BY-SA 4.0, Wikimedia
W połowie lat 20., gdy trochę opadł kurz, podniesiony kopytami kawalerzystów i szkicami domorosłych kartografów, okazało się, że na geopolitycznej scenie w tym regionie pozostały: Mongolska Republika Ludowa (od 1924 roku), która rychło doświadczy stalinizmu w najostrzejszej postaci, z Wielką Czystką i łagrami na pustyni, i stanie się, na pół wieku przed Albanią, pierwszym państwem oficjalnie ateistycznym; Tannu-Tuwa, miniaturowe państewko, istniejące w latach 1921-1944, uznane jedynie przez ZSRS i Mongolię, a światu znane wyłącznie za sprawą znaczków pocztowych, stanowiących nie lada rarytas (emisja znaczków pocztowych stanowiła jeden z poważniejszych przejawów funkcjonowania tuwińskiej państwowości).

Trzecim podmiotem okazały się dwie sowieckie republiki autonomiczne, kilkukrotnie zmieniające swoje nazwy i granice związkowe: jedna Buriato-Mongolska (trochę bardziej na wschód od Bajkału), zaś druga, dla równowagi, Mongolsko-Buriacka (trochę bardziej na zachód od Bajkału). Obie szczęśliwie zostały zjednoczone w 1923 w Autonomiczną Republikę Mongolsko-Buriacką (od 1958 – Buriacką), która płynnie i spokojnie przekształciła się w latach 1990-1992 w Republikę Buriacji.

Wymierający naród tytularny

Bardzo to miłe, jednak, mimo wszystkich ukłonów w stronę narodu tytularnego, Buriaci od początku XX wieku nigdy nie stanowili większości w żadnej z wyżej wspomnianych formacji, zaś współcześnie stanowią ok. 30% populacji. Rosjanie, dla porównania – 66%. Inna rzecz, że dane te pochodzą ze spisu sprzed 12 lat i do wczoraj mogły się znacząco zmienić na korzyść Buriatów. Dynamika jest jednoznaczna: w spisie z roku 1959 stanowili ledwie 20%. Może więc do wczoraj zdążyło ich być już 40%?

Do wczoraj. Bo do dziś już nie.

Słowa prezydenta Elbegdordża o mięsie armatnim nie są przesadzone. Potwierdzają je – na nieżyczliwe ucho i oko świadka moskiewskiej inwazji na Ukrainę – liczne doniesienia o nadreprezentacji Buriatów w cieszących się najgorszą sławą jednostkach wojskowych, dokonujących tam zbrodni wojennych. Z Buriacji pochodzić miała 64 Samodzielna Brygada Zmechanizowana, która dokonała masakry w Buczy (w rzeczywistości stacjonuje w Chabarowsku), Buriatem miał być jej sadystyczny dowódca Azatbek Omurbekow (w rzeczywistości jest narodowości karakałpackiej). W sieci pojawiają się kolejne zeznania apatycznych i otępiałych, jakby ludzkiego mięsa się obżarli, buriackich jeńców…

Są i twardsze dane – opublikowała je ostatnio Rajana Dugar de Ponte, etnografka i aktywistka buriacka, od lat czynna na emigracji we Francji. Według jej szacunków, opartych o oficjalne dane rosyjskie, ale i Sił Zbrojnych Ukrainy, Buriaci, którzy stanowią 0,4% populacji Rosji, jednocześnie czynią blisko 3% poległych żołnierzy, do których przyznaje się Moskwa.

Żylaste mięso armatnie

To oznacza – pisze Dugar de Ponte – że śmiertelność Buriatów w przedziale 18-45 lat wzrosła od początku konfliktu o 70%, zaś w najbardziej obiecującym populacyjnie przedziale 18-30 lat – o 270%! Etnografka pisze, powołując się na relacje krewnych, o wyludnionych w pierwszych dniach poboru wioskach i ałusach, o stolicy republiki Ułan-Ude, z której „znikło” 5 tysięcy mężczyzn – i o wielopiętrowej strategii mobilizacyjno-PR-owej Moskwy, na którą składa się kilka elementów.

Śmiertelność Buriatów w wieku 18-30 lat wzrosła od początku konfliktu na Ukrainie o 270%

W pierwszej kolejności – werbunek ochotników z regionów o katastrofalnym bezrobociu i zadłużeniu, gdzie armijny kontrakt był jedyną dla młodego człowieka szansą.

Po wtóre – o wyjątkowych zaletach buriackiego „mięsa armatniego”: zaprawieni do morderczej pracy w stepie, posłuszni „starszym”, więc subordynowani, mniej pijący niż Rosjanie – w warunkach improwizowanej wojny polowej, jaką rozpętała Moskwa, są niezawodni…

Po trzecie – czują mniejszy emocjonalny związek z obywatelami Ukrainy; ryzyko, że wśród ofiar znajdą się krewni, znajomi, koledzy ze studiów, z internatu czy z wycieczki, jest niemal zerowe. Po piąte zaś – jakże łatwo w „podświadomym” przekazie przerzucić brzemię winy za zbrodnie (lub bodaj ich część) na „mongolskich dzikusów”! Stara, dobra szkoła Trzeciej Rzeszy, wysyłającej do najbrudniejszej roboty formacje Łotyszy, „kałmuków” i ludzi Dirlewangera.

Zarówno Elbegdordż, jak Dugar de Ponte i – czego można się spodziewać – większość buriackich i mongolskich elit zdaje sobie sprawę z tych zagrożeń: demograficznych, politycznych i wizerunkowych. Co jednak mogą zrobić?

Tu mówi się powszechnie po rosyjsku, a Moskwa jest dla wielu osób centrum świata

Jednak w sensie kulturowo-cywilizacyjnym wpływ komunizmu szybko przemija.

zobacz więcej
Być może nie tak mało. Za wcześnie na ocenę, jaki odsetek uciekinierów, koczujących na przejściach granicznych z Mongolią stanowią dziś Buriaci i Tuwińcy (z Kałmucji jest do Mongolii nieco dalej), z pewnością jednak szczególnie oni mogą liczyć na życzliwe przyjęcie. Oni też odnajdą się w Ułan-Bator – obyczajowo i językowo, nierzadko odnawiając związki klanowe i rodzinne. Zaś argument moskiewskich cyników, którzy wysyłają do walki buriackich poborowych jako obojętnych na ukraińską sprawę, też może się okazać obosieczny. W Ułan-Ude można już usłyszeć ten sam argument, co w dagestańskiej Machaczkale: „Walka o jedność słowiańską, jak powtarza prezydent? A co nam do tego? To nie nasza wojna!”.

A może sprawy pójdą i o krok dalej? Idea „panmongolizmu” tliła się przez chwilę przed stu laty, bardziej w opiumowych rojeniach barona Sternberga niż w rzeczywistości. Co jednak stoi na przeszkodzie by ją – niczym kulkę opium – rozdmuchać? W Mongolii, prócz wspomnianego na wstępie Kongresu, czynny jest „Ruch na rzecz jedności narodu mongolskiego” w Buriacji – Ruch Jedności Nagadal oraz „Ludowa Partia Buriacko-Mongolska”. Owszem, były to przez lata formacje kanapowe, ale w wielkim stepie, gdzie od małego ćwiczy się jazdę, łatwiej niż gdzie indziej jednym skokiem z kanapy trafić w siodło…

Pieszczoty uszu

A najzabawniejsze jest w tym odwrócenie znaków. 123 lata temu, w roku 1899, wielki rosyjski filozof Władimir Sołowjow w swoim słynnym „Krótkim traktacie o Antychryście” zabawił się ułożeniem czterowiersza, opiewającego groźny – i wydumany – panmongolizm. W przekładzie Wiktora Woroszylskiego te cztery wersy brzmią następująco:

Choć imię dzikie – panmongolizm! –
Mnie jednak mile ucho pieści,
Jakby majestat wzniosłej doli,
Od Boga danej, w nim się mieścił…


Większość świata zna ten cytat nie z traktatu Sołowjowa, lecz z nierównie bardziej znanego, późniejszego o pokolenie wiersza Aleksandra Błoka „Scytowie” (1918), w którym został użyty jako motto.

Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie Scytowie, a gdzie cywilizacja mongolska – ale Sasza Błok postraszył Zachód tak, jak lubił.

Miliony — was. Nas — mrowie, mrowie, mrowie.
Spróbujcie, zmierzcie wy się z nami!
Tak, my — Azjaci! my — dzicy Scytowie
Z pożądliwymi skośnymi oczami!


I Zachód przestraszył się Scytów w budionnówkach, i bał się ich – przez wiek. Co jednak, jeśli w cztery pokolenia po Sołowjowie, w trzy po Błoku, panmongolizm zacznie pieścić uszy chińskie, europejskie i amerykańskie?

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Wielkie widowisko w Serglen w ajmaku centralnym Mongolii z użyciem 500 kawalerzystów w mundurach z XIII wieku. Na 800-lecie Czyngis-chana urządzono Festiwal Eurazji i przedstawiało zjednoczenie plemion mongolskich pod jego rządami. 20 lipca 2006. Fot. In Pictures Ltd./Corbis via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Polska chętnie daje wizy i pracę cudzoziemcom z całego świata
Tylko w ubiegłym roku przyjęliśmy pół miliona imigrantów zarobkowych.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Morderczy lek. Sto razy silniejszy od morfiny
Powoduje apatię lub euforię, zawroty głowy, zaburzenia pamięci, lęki nocne i spowolnienie akcji serca.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Demokracja nie chroni przed przemocą
Dlaczego kupcy nie mieliby zabijać swoich konkurentów, jeżeli zapewni im to zyski?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Mundial po arabsku. Islam i sport
Można zmienić obywatelstwo, ale trudno się odciąć od wiary. Niełatwo przerobić chrześcijanina na muzułmanina.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Czy islamiści infiltrują armię francuską? Być może już 30 proc....
Imamowie w koszarach, meczety w bazach wojskowych, żywność halal w kantynach.