Cywilizacja

Jak żyć w obliczu upadku Europy

Poczucie winy jest oczywiście częścią naszego judeochrześcijańskiego dziedzictwa, a winę z powodu grzechu pierworodnego zdaje się niekiedy dzielić tylko krok od winy z powodu kolonializmu. Ale ten krok jest właśnie również decydujący, ponieważ o ile w myśleniu chrześcijańskim można mieć nadzieję, że przez skruchę, spowiedź i odpowiednią pokutę znów skorzysta się z boskiego przebaczenia, o tyle dzisiejsze poczucie winy stało się istną trwałą instytucją kulturową bez żadnych widoków na zmycie z siebie grzechu.

Książka Davida Engelsa „Co robić? Jak żyć w obliczu upadku Europy”, której fragment publikujemy dzięki uprzejmości wydawnictwa Tysol Sp. z o.o. (przekład z języka niemieckiego – Adam Peszke), stanowi diagnozę współczesnego kryzysu Starego Kontynentu. Ale nie jest to wizja pesymisty zwiastującego kataklizm. Omówienie każdej z bolączek uzupełnia recepta, która za każdym razem zatytułowana jest „Co robić?” (stąd i tytuł książki).

Autor to urodzony w roku 1979 belgijski historyk. Był profesorem historii starożytnej na Université Libre de Bruxelles. Od 2018 roku mieszka w Polsce. Pracuje jako główny analityk w Instytucie Zachodnim w Poznaniu.

David Engels jest szefem The Oswald Spengler Society. Patron tej instytucji to żyjący na przełomie XIX i XX wieku znany niemiecki myśliciel, czołowy przedstawiciel europejskiego katastrofizmu. Stowarzyszenie przyznaje nagrody osobom, które w swojej działalności nawiązują do dziedzictwa Spenglera. W gronie laureatów zaś znalazł się słynny francuski pisarz Michel Houellebecq.

I właśnie jego rekomendacja otwiera książkę Engelsa: „Kiedy czytałem «Co robić?», przyszła mi do głowy dziwna, wręcz niestosowna myśl, że gdyby Nietzsche żył dziś, byłby może pierwszą osobą, która pragnęłaby odnowy katolicyzmu. O ile wówczas uparcie zwalczał chrześcijaństwo jako «religię słabych», o tyle dziś uświadomiłby sobie, że na owej «religii słabych» opierała się cała siła Europy i że bez niej Europa jest zgubiona”.


Odzyskać Europę

Kryzys, który zagraża całemu naszemu społeczeństwu, dotyczy ogółu państw europejskich. Dlatego odpowiedź na ten problem – aby mogła być skuteczna – nie może być narodowa, lecz również musi obejmować cały kontynent, wymaga zatem ścisłej instytucjonalnej współpracy, koordynującej narodowe wysiłki.

To w sumie proste i oczywiste stwierdzenie to z pewnością sprawa najbardziej kontrowersyjna wśród obywateli, którym leży na sercu zapobieżenie grożącemu upadkowi naszego kontynentu. Wiele partii „populistycznych” bowiem, chociaż przeważnie opierają one swoje przemyślenia na realistycznej i dobrze uzasadnionej ocenie sytuacji, ma często tendencję do przypisywania Unii Europejskiej winy za większość współczesnych problemów oraz do żywienia nadziei, że powrót do państwa narodowego samoistnie rozwiąże wszystkie kwestie obecnej doby. To jednak, jak już zobaczyliśmy, wielka pomyłka.
Zdaniem autora, „wartości przywoływane w Traktacie Lizbońskim nie są bynajmniej wartościami typowo «europejskimi», lecz tylko uniwersalistycznymi abstrakcjami” Uroczystość podpisania Traktatu Lizbońskiego w Klasztorze Hieronimitów w Lizbonie, 13 grudnia 2007 roku. Fot. Jose Manuel Ribeiro / Reuters / Forum
Jeśli bowiem nawet polityka Unii Europejskiej, jak się wydaje, w dużej części wymknęła się spod efektywnej demokratycznej kontroli obywateli i nie jest już motywowana troską o dobrobyt ludzi oraz o obronę szczególnych wartości i interesów kontynentu, lecz pozostaje raczej pod przemożnym wpływem pewnych nieprzejrzystych rynków i grup nacisku, to państwo narodowe nie znajduje się bynajmniej w lepszej kondycji; wręcz przeciwnie. Także ono uczestniczy w wyzysku człowieka, likwidacji tradycyjnych struktur i niszczeniu wartości duchowych naszej kultury, a kiedy tylko jakieś państwo próbuje wyjść z uciskających ram ideologii uniwersalistycznej i wszechpotężnego ultraliberalizmu, jego sąsiedzi dławią je politycznie i gospodarczo, dopóki nie porzuci samodzielnego kursu, jak to widzieliśmy w Austrii i Grecji, a obecnie możemy obserwować w Polsce i na Węgrzech.

Klucz do prawdziwej i zasadniczej przebudowy naszego społeczeństwa leży zatem nie na płaszczyźnie narodowej, lecz europejskiej. Europa cierpi oczywiście z powodu zupełnie świadomie wykreowanego utożsamiania idei europejskiej z jednej strony z ideologią obecnej Unii Europejskiej z drugiej strony, przy czym ta ostatnia skutecznie przekonała obywateli, że popieranie idei politycznego zjednoczenia państw Zachodu musi czynić ich automatycznie obrońcami Unii Europejskiej. To sprzężenie zrodziło z kolei nieszczęśliwą tendencję do przekładania nie aż tak bardzo niezrozumiałej kontestacji Unii Europejskiej na równoczesną kontestację europejskiego projektu – co jest fatalnym błędem, ponieważ powrót do państwa narodowego niemal uniemożliwiłby wszelkie formy rzeczywistej strukturalnej współpracy między państwami europejskimi i tylko ponownie wywołał niebezpieczną gospodarczą i polityczną konkurencję między narodami.

ODWIEDŹ I POLUB NAS
I nawet jeśli postrzegać tę konkurencję także jako źródło bezprecedensowego postępu Zachodu w dobie technologicznej przewagi Europy i bardzo ograniczonej liczby państw narodowych, to w zupełnie odmiennej obecnej sytuacji byłaby ona jednak nader niebezpieczna: konsekwencjami takiego ponownego rozbicia byłyby bowiem nieuchronnie wyprzedaż ostatnich resztek solidarności społecznej, bezsilność małych w stosunku do dużych państw, a przede wszystkim przeobrażenie kontynentu w szachownicę, na której rozgrywałaby się wtedy rywalizacja między innymi siłami politycznymi tego świata, jak choćby USA, Chinami, Rosją, Indiami i światem islamskim.

Co robić?

Tylko jeśli ponownie przyswoimy sobie ideę europejską, będziemy potrafili skutecznie powstrzymać upadek, który zagraża nam ze wszystkich stron – taką jednak ideę europejską, która bardzo się różni od tej, z której czerpią dziś natchnienie instytucje europejskie. Dlatego musimy w codziennym życiu walczyć z całym szeregiem utartych idei.

Europa od Lizbony do Władywostoku

Emmanuel Macron poszukuje geopolitycznej równowagi między Ameryką a Rosją.

zobacz więcej
Nie, Unia Europejska nie jest „nowością” w historii, lecz tylko jedną z wielu – sięgających od Karola Wielkiego po Święte Cesarstwo Rzymskie i od Karola V przez Napoleona po wojny światowe – prób politycznego zjednoczenia kontynentu. Z tego powodu powinna być raczej umieszczana w specyficznie europejskim kontekście historycznym, nie zaś w racjonalistyczno-humanistycznym czy wręcz w kontekście dążeń do utworzenia państwa ogólnoświatowego.

Nie, nie zawdzięczamy tego Unii Europejskiej, że towary i idee swobodnie przepływają ponad wszystkimi granicami: wymiana z jednego końca kontynentu na drugi była prawdopodobnie w średniowieczu czy w XVIII wieku równie duża, jeśli nie większa.

Nie, wartości przywoływane w Traktacie Lizbońskim nie są bynajmniej wartościami typowo „europejskimi”, lecz tylko uniwersalistycznymi abstrakcjami i dlatego można je narzucić dowolnemu państwu, które bezpośrednio lub pośrednio przejęło zewnętrzne formy świata zachodniego, czyli nawet Japonii lub Korei Południowej. Nie, tożsamość europejska nie musi być „konstruowana” przez przepłacanych urzędników, ona istnieje już od co najmniej jednego tysiąclecia i jest tożsama ze zbiorowym duchem kultury, przejawiającym się w podobieństwach sztuki, historii, myślenia czy polityki wszystkich narodów, które żyją w krajach od Portugalii do Rosji i od Norwegii do Grecji.

Zanim więc pojawi się prawdziwie patriotyczna europejska partia polityczna, powinniśmy ze wszystkich sił wzmacniać świadomość tej wspólnej historycznej przeszłości narodów zachodnich, zwalczać niebezpieczną amalgamatyzację uzasadnionych postulatów demokratycznych z nacjonalistycznym atawizmem, a przede wszystkim pielęgnować dumę z naszej przeszłości i wierność owemu unikatowemu duchowi, który od tak długiego czasu ożywia nasz kontynent.

Być dumnym ze swojej historii

Duża część obecnej słabości cywilizacji zachodniej wynika z poczucia winy – poczucia winy w obliczu jej kolonialnej przeszłości, w obliczu okropieństw i ludobójstwa podczas wojen światowych, w obliczu wojskowego znaczenia jej odkryć technologicznych, w obliczu inkwizycji, w obliczu wypraw krzyżowych – krótko mówiąc, niekiedy kusi nas, by pomyśleć: z powodu samego jej istnienia. Poczucie winy jest oczywiście inherentną częścią naszego judeochrześcijańskiego dziedzictwa, a winę z powodu grzechu pierworodnego zdaje się niekiedy dzielić tylko krok od winy z powodu kolonializmu. Ale ten krok jest właśnie również decydujący, ponieważ o ile w myśleniu chrześcijańskim można mieć nadzieję, że przez skruchę, spowiedź i odpowiednią pokutę znów skorzysta się z boskiego przebaczenia, o tyle dzisiejsze poczucie winy stało się istną trwałą instytucją kulturową bez żadnych widoków na zmycie z siebie grzechu.
David Engels „Co robić? Jak żyć w obliczu upadku Europy”, przekład z języka niemieckiego – Adam Peszke, Tysol Sp. z o.o., Warszawa 2022
Rzekoma zbiorowa wina Europejczyków przestała bowiem być autentycznym i szczerym uczuciem, stała się zaś bronią: bronią służącą do utrzymywania pół miliarda ludzi w ślepym posłuszeństwie wobec ozdobionej moralistyką polityki autodestrukcji; bronią służącą do wybielania nawet najtchórzliwszych i najbrutalniejszych ataków na europejskie społeczeństwa post factum jako pewnej formy sprawiedliwości wyrównawczej. Oburzanie się na tych, którzy głoszą rzekomą wielokulturowość, nie kierując się wcale duchem prawdziwego otwarcia, lecz tylko nienawiści do samych siebie, uważa się za wykroczenie przeciwko naszej „historycznej winie” jako obywateli Zachodu; bunt przeciwko tym, którzy na całym świecie, a nawet w naszych wielkich miastach mordują niewinne dzieci, kobiety i mężczyzn, by dawać upust swojemu fundamentalizmowi, uchodzi za oznakę „mentalności krzyżowców”; pragnienie ochrony własnej gospodarki przed całkowitą wyprzedażą do Azji Wschodniej lub niepohamowanymi spekulacjami finansowymi uchodzi za szowinizm, wręcz kolonializm itd.

Skutki tej postawy są nieuchronne: reinterpretacja europejskiej historii, uznająca ją za długą serię zbrodni przeciwko ludzkości; indoktrynacja naszej młodzieży w duchu całkowitego wyobcowania od wartości naszej przeszłości, nienawiść do siebie i idealizacja „innego”; a wreszcie rozpuszczenie się tożsamości europejskiej w tyglu zglobalizowanego społeczeństwa, gdzie coraz potężniejsza elita gospodarcza panuje nad bezsilnymi masami, podzielonymi na tak liczne zwalczające się wzajemnie grupy etniczne i sekty, że nie mają one żadnego poczucia wspólnoty z tymi, którzy ich wyzyskują.

Co robić?

Chodzi przede wszystkim o to, by zaprzestać udziału w tym systematycznym wyszydzaniu europejskiej historii oraz odważnie i kompetentnie mu się przeciwstawiać.

Oczywiście w zachodniej historii było wiele zbrodniczych momentów, z których absolutnie nie powinniśmy być dumni; niemoralnie byłoby też chcieć całe pokolenia później gloryfikować czyny wojskowe czy polityczne, które nie tylko – jak tak wiele rzeczy w historii – były powodowane pozbawioną skrupułów żądzą władzy i pieniędzy, lecz również były popełniane z ewidentną pogardą dla cierpienia bądź godności innych ludzi. Czy sprawa dotyczy terreur rewolucji francuskiej, belgijskich okrucieństw w Kongu, postępowania Anglików w Indiach, bestialstw Trzeciej Rzeszy, włoskich zbrodni w Etiopii czy terroru stalinowskiego: rzadko który europejski naród nie ma pod tym względem nic na sumieniu, a powyższe zestawienie nie ma też służyć relatywizacji danego indywidualnego przypadku w kontekście ogólnych rozmiarów zjawiska.

Czy Unia Europejska przetrwa? Wirus infekuje solidarność

Kiedy kryzys się skończy, Europa będzie musiała zmierzyć się z faktem, iż państwa narodowe mają znaczenie.

zobacz więcej
Ale nie powinniśmy również uogólniać owych momentów jako kwintesencji całej naszej historii. Przede wszystkim należy bowiem pamiętać, że jeśli chcielibyśmy wykreślić z ksiąg dziejów świata wszystkie historyczne czyny, które prędzej czy później doprowadziły do wojny, wyzysku, masakr czy ludobójstwa, to szybko znaleźlibyśmy się przed pustymi stronami, a demonizowanie Europy musielibyśmy najlepiej od razu zastąpić diabolizacją całej ludzkości – z czego pożytek byłby nader niewielki. Nie powinniśmy bowiem zapominać, że wszystkie inne kultury dźwigają równie wielki ciężar swojej historycznej „winy”, co kultura zachodnia: od strasznych skutków maoistowskiej rewolucji kulturalnej przez ludobójstwo Ormian czy islamską masakrę milionów Hindusów po straszne proskrypcje republiki rzymskiej.

To oczywiście nie oznacza, że powinniśmy chować się za winą innych cywilizacji lub wręcz wykorzystywać ją jako cyniczny pretekst do twierdzenia, że jesteśmy teraz poniekąd „kwita”. Wręcz przeciwnie, oznacza to, że musimy sobie uświadomić przerażającą rzeczywistość historii jako całości, zanim wybierzemy z niej poszczególne momenty.

Przestańmy zatem oddawać się naiwnemu urojeniu, że wystarczy w dosłownym i przenośnym sensie rozbroić Europę i Zachód, by nagle mieć do czynienia z pokojową i szczęśliwą ludzkością, i uświadommy sobie wreszcie, że zanim będzie możliwe prawdziwe przeobrażenie, wolę zmian muszą w równym stopniu żywić wszyscy, oraz że prawdziwa siła nie polega na dobrowolnej rezygnacji z obrony, lecz na umiarze w korzystaniu z instrumentów naszej potęgi, których jednostronne wyrzeczenie się byłoby oznaką całkowitej historycznej naiwności. Bądźmy więc ostrożni, byśmy nie stali się ofiarami naszej tendencji do szukania wszystkich błędów (i wyłącznie błędów) w nas samych i do czerpania w paradoksalny sposób naszego poczucia wyższości z rozmiarów nie naszej potęgi, lecz naszego moralnego samozadowolenia. A przede wszystkim: pomyślmy też o tym, że oprócz ciemnych kart zachodniej historii istnieją również niezapomniane i wspaniałe karty licznych odkryć kulturalnych, medycznych, technologicznych, naukowych, duchowych i religijnych, za które cała ludzkość może nam być wdzięczna do dziś i które stanowią poniekąd odwrotną stronę medalu. Dlatego powinniśmy również zadbać o to, by nie obciążać barków naszych dzieci balastem winy ich pradziadków oraz dopomóc im w znalezieniu tyleż pozbawionego uprzedzeń, co obiektywnego podejścia do naszej zbiorowej przeszłości – również historia powinna znać przedawnienie; przedawnienie nie pamięci, lecz prawa do odwetu.

– David Engels
Autor jest belgijskim historykiem. Był profesorem historii starożytnej na Université Libre de Bruxelles. Od 2018 roku mieszka w Polsce. Pracuje jako główny analityk w Instytucie Zachodnim w Poznaniu


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Książka Davida Engelsa „Co robić? Jak żyć w obliczu upadku Europy” będzie tematem programu „Co dalej?” we wtorek 4 października o godzinie 7 w TVP Polonia oraz o godzinie 17.55 w TVP Kultura

Fot. autora – PAP/Albert Zawada
Zdjęcie główne: „Unia Europejska nie jest «nowością» w historii, lecz tylko jedną z wielu – sięgających od Karola Wielkiego po Święte Cesarstwo Rzymskie i od Karola V przez Napoleona po wojny światowe – prób politycznego zjednoczenia kontynentu” – pisze autor. Na zdjęciu: koronacja Karola Wielkiego, rysunek z XIX wieku. Fot. Getty Images / Bettmann
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Polska chętnie daje wizy i pracę cudzoziemcom z całego świata
Tylko w ubiegłym roku przyjęliśmy pół miliona imigrantów zarobkowych.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Morderczy lek. Sto razy silniejszy od morfiny
Powoduje apatię lub euforię, zawroty głowy, zaburzenia pamięci, lęki nocne i spowolnienie akcji serca.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Demokracja nie chroni przed przemocą
Dlaczego kupcy nie mieliby zabijać swoich konkurentów, jeżeli zapewni im to zyski?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Mundial po arabsku. Islam i sport
Można zmienić obywatelstwo, ale trudno się odciąć od wiary. Niełatwo przerobić chrześcijanina na muzułmanina.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Czy islamiści infiltrują armię francuską? Być może już 30 proc....
Imamowie w koszarach, meczety w bazach wojskowych, żywność halal w kantynach.