Cywilizacja

„F jak faszyści, N jak naziści”. Diabolizowana partia Le Penów – mity i fakty

Słynny bon mot generała de Gaulle’a, definiujący w latach 60. Francję jako „naród europejski, rasy białej, kultury grecko-łacińskiej i religii chrześcijańskiej”, przeszedłby przez usta Jean-Marie Le Penowi. Ale jego córce już nie bardzo.

Front Narodowy ma 50 lat. Założona 5 października 1972 r. partia francuskiej prawicy od lat wzbudza kontrowersje, zwłaszcza w mediach i na salonach. Ale po bliższym przyjrzeniu się im widać, że tak jej antagoniści, jak i hagiografowie stworzyli przez te pół wieku obraz daleki od rzeczywistości i bazujący na wielu mitach.

Dla antagonistów i krytyków Front Narodowy jest faszyzującą lub wręcz faszystowską formacją skrajnej prawicy, ocierającą się o nazizm. Ostatnim awatarem płodnego łona ohydnej bestii z „Kariery Artura Ui” Bertolda Brechta, wcieleniem moralnego zła w polityce.

Dla hagiografów, FN to komiksowa wioska Asterixa i jako jedyna opiera się najeźdźcom. To patriotyczne pospolite ruszenie, ostatnia ostoja francuskiej cywilizacji, jedyna nadzieją narodu, „rodzina narodowa”, poza którą są tylko zdrajcy i wrogowie.

Jak to zwykle bywa z mitami w polityce, żaden z nich nie jest prawdziwy, a kontrowersyjność medialna, którą od lat żywi się prasa, radio i telewizja, a następnie media społecznościowe, pada przy weryfikacji faktów.

Skazywany za fakty historyczne

Weźmy na przykład pierwszy z brzegu mit – równie mało finezyjny, co często używany, a stanowiący raczej toporną maczugę, niż rzeczywisty owoc analizy politycznej – czyli oskarżenia o nazizm. „F jak faszyści, N jak naziści” – taki przez całe lata był obowiązkowy slogan, skandowany podczas każdej „antyfaszystowskiej” manifestacji, zwłaszcza za czasów, gdy prezesem FN był Jean-Marie Le Pen. Fakt, że on – z jego posturą, talentem oratorskim oraz skłonnością do kontrowersyjnych wypowiedzi – bardziej się nadawał na ofiarę reductio ad Hitlerum, ale jego córce i następczyni Marine też się dorysowuje wąsiki na plakatach wyborczych.

Dla większości przeciwników to raczej prosta obelga i nie chodzi im o jakieś faktyczne oskarżenia o nazizm, które zawsze stanowią retoryczne nadużycie. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że partia powstała ćwierć wieku po wojnie, już po Maju 1968, który przyniósł nową problematykę społeczną i nowe zagadnienia, a z historycznych sporów zrobił tabula rasa.
Front Narodowy nie ma i w żadnej chwili nie miał w swoim programie absolutnie żadnych odniesień historycznych. Nie był ani partią nostalgików III Rzeszy, kolaboracji czy Vichy, ani nawet zwolenników Algierii Francuskiej, choć bliskość czasowa tej akurat epoki sprawiała, że częściej zajmowano się tym tematem. Ci z polemistów, którzy na serio chcą się bawić w udowadnianie nazistowskich korzeni, przywołują wciąż te same argumenty, a wśród nich osobiste koligacje kilku założycieli.

Nie da się ukryć, i nikt zresztą tego nie ukrywał, że w pierwszej ekipie kierowniczej FN na początku lat 70. było kilka takich osób: Pierre Bousquet, były żołnierz francuskiej dywizji Waffen SS Charlemagne, czy dziennikarz François Brigneau, podczas wojny członek kolaboranckiej milicji. Z drugiej strony było tam tyleż, o ile nie więcej, osobistości z nurtu Résistance czy Wolnych Francuzów (Jean-Maurice Demarquet, Serge Jeanneret, Roger Holeindre), Rolande Birgy, sprawiedliwa wśród narodów świata, a nawet premier IV Republiki i bliski współpracownik generała Charlesa de Gaulle’a – Georges Bidault, który odszedł z gaullistowskiej prawicy na tle wojny w Algierii. Warto przypomnieć przy okazji, że w wyborach europejskich w 1999 r. jedynką listy FN był niejaki… Charles de Gaulle, wnuk generała. Z drugiej strony, podobną listę można sporządzić dla niemal każdej partii działającej w latach 70. we Francji, poczynając od samego François Mitterranda, urzędnika komisariatu ds. jeńców wojennych rządu w Vichy, który z rąk marszałka Philippe Pétaina otrzymał order za osobiste zasługi.

Kiedy Jean-Marie Le Pen wypowiadał rozmaite kontrowersyjne opinie na temat okresu 1939-1945, za które zresztą bywał skazywany przez francuskie sądy, to były one w większości kontrowersyjne jedynie dla jego przeciwników politycznych, i to tych młodszego pokolenia. Kiedy w 2005 r. powiedział na przykład, że „we Francji okupacja niemiecka nie była szczególnie nieludzka”, to nie jest to żadna „apologia zbrodni przeciw ludzkości”, jak chciałby sąd, który skazał autora tych słów na trzy miesiące więzienia i 10 tys. euro grzywny, ale prosta konstatacja faktu historycznego. Każdy historyk, zdolny obiektywnie porównać bilans okupacji nad Sekwaną i nad Wisłą, to potwierdzi.

Machina propagandowa działała na pełnych obrotach. Dwa tygodnie nienawiści

Lindenberg nie wahał się potępić tych żydowskich intelektualistów, którzy popełnili niewybaczalną zbrodnię „skręcenia w prawo”.

zobacz więcej
Działacze i sympatycy nie mogli doprosić się prezesa, żeby po prostu przestał zabierać głos na ten temat, bo każda wypowiedź zostanie przekręcona i wykorzystana przeciw niemu. Temperament, pewność siebie i zamiłowanie do kalamburów brało niejednokrotnie górę nad politycznymi kalkulacjami. Nie przekładało się to co prawda na „protokół 4,90%”, jak w wypadku znanego polskiego polityka prawicowego (tego pułapu głosów nie przekraczał Janusz Korwin-Mikke w wyborach o Sejmu i na urząd prezydenta RP; tylko raz uzyskał 5,2% głosów, ale posłem wtedy nie został – przyp. red.), ale ułatwiało propagandzie ustawianie sobie FN do bicia.

Wydaje się, że wraz z przejęciem partii przez Marine Le Pen moda na diabolizowanie przez hitleryzację straciła na znaczeniu. W jednym z pierwszych swoich telewizyjnych wywiadów nowa prezes odpowiedziała wprost na zaczepki dziennikarza: „O czym pan mówi? Urodziłam się w 1968 roku”.

Miał wszystko: młodość, talent, autorytet etc.

Jeśli chodzi o założenie samego ugrupowania, to często przedstawia się je jako osobiste dzieło Le Pena. Faktycznie, jeśli prześledzić historię partii, to absurdem byłoby negowanie piętna odciśniętego przez „Menhira”, wybitną osobistość, znakomitego oratora, prawdziwego trybuna ludowego. Jego styl – polityka rządzącego żelazną ręką – znany był wszystkim, którzy mieli okazję się doń zbliżyć. Gdyby Francuzi znali popularny w krajach za żelazną kurtyną bon mot „mówię: partia, myślę: Lenin”, to z pewnością zaadoptowaliby ją dla Frontu Narodowego. FN to Jean-Marie, nie sposób temu zaprzeczyć, ale nie zawsze tak było.

Front Narodowy został powołany w 1972 r. jako rodzaj platformy wyborczej skupiającej pozaparlamentarną prawicę, prawicę narodową, a nawet centroprawicowych gaullistów obrażonych na Generała za Algierię Francuską. Spiritus movens przedsięwzięcia był mały, ale energiczny i radykalny ruch Ordre Nouveau (Nowy Ład), który opracował program i strategię na wybory parlamentarne w 1973 r. Brakowało tylko jednego: niekontrowersyjnego i symbolicznego lidera ponad podziałami. Organizatorzy chcieli, by stanowisko szefa partii objął Dominique Venner, cieszący się wówczas autorytetem w środowisku narodowej prawicy ze względu na jego zasługi jako działacza i intelektualisty, ale ten postanowił już wtedy odejść z bieżącej polityki.

Jean-Marie Le Pen był wiec drugim wyborem. Najmłodszy deputowany pużadystów w 1956 (od nazwiska Pierre’a Poujade’a, twórcy Union de Défense des Commerçants et Artisans, partii protestu drobnych przedsiębiorców; zdobyli wtedy 53 miejsca w Zgromadzeniu Narodowym – przy. red.), potem wybrany powtórnie jako niezależny, który wziął urlop z parlamentu, żeby walczyć na ochotnika jako podoficer w Algierii. Miał wszystko co trzeba: młodość, talent, autorytet etc. W latach 1963-1966 dał się poznać jako szef komitetów Jeana-Louisa Tixier-Vignancoura, który to adwokat i figura prawicy nieskutecznie startował w wyborach prezydenckich.
Prawnik Jean-Louis Tixier-Vignancour (w środku) i Jean-Marie Le Pen, około 1960 r. Fot. André SAS / Gamma-Rapho via Getty Images
Kiedy powstawał Front Narodowy, Le Pen był od kilku lat na długim urlopie od polityki i zajmował się wydawaniem płyt. W październiku 1972 r. znalazł się więc na czele nowej partii, najpierw jako niemalże figurant, ale już na wiosnę 1973 r. los sprawił, że został jedynym kapitanem na pokładzie. Ministerstwo spraw wewnętrznych rozwiązało wtedy Ordre Nouveau, a przy okazji trockistowską Ligę Rewolucyjną – typowe cięcie po skrzydłach, co sprawiło, że Front Narodowy został jedyną strukturą narodowej prawicy. Od tego momentu Le Pen zaczął odciskać swoje piętno.

Nie znaczy to jednak, że Front Narodowy stał się organizacyjnym i ideowym monolitem. To kolejny mit zrodzony w wyobraźni przeciwników, którzy są przekonani, że ugrupowanie oskarżane o totalitaryzm samo musi być totalitarne, ale chętnie podejmowany także przez zwolenników FN, poszukujących dodającego otuchy obrazu zgodnej rodziny, zjednoczonej wokół wyższego ideału politycznego.

Ani partia, ani program monolitem nigdy nie były. Od samego początku FN był niezwykle zróżnicowany ideowo, stanowiąc coś w rodzaju pospolitego ruszenia, skupionego wokół najmniejszego wspólnego mianownika ideowego, określonego w pierwszej wersji programu w 1973 r., który od tego czasu niewiele się zmienił: ordynacja proporcjonalna do parlamentu, bardzo ścisłe regulacje dotyczące imigracji, armia zawodowa (ten punkt zrealizuje prezydent Jacques Chirac w 1997 r.), obrona handlu, rzemiosła i klasy średniej (echa pużadyzmu młodego Le Pena), polityka wspierania rodziny, odpolitycznienie urzędów państwowych i oświaty. Nie było jeszcze kwestii suwerenności i zjednoczenia europejskiego.

ODWIEDŹ I POLUB NAS
W innych kwestiach, zwłaszcza gospodarczych, program partii lawirował od reaganowskiego liberalizmu do protekcjonizmu, od atlantyzmu do izolacjonizmu, w zależności od tego, kto akurat zajmował się tym tematem. Niektóre punkty były też celowo odsuwane na drugi plan, aby z biegiem lat w końcu zupełnie wypaść z programu. Na przykład w drugiej połowie lat 80. mury francuskich miast pokrywały plakaty FN z żądaniem przywrócenia zniesionej w 1981 r. kary śmierci, dziś temat zupełnie niemodny. Co do tzw. reform obyczajowych lat 2010, jak homośluby, to FN nawet nie uznał za stosowne zabrać głosu.

Nawet jeśli od 1972 r. FN okrzepł, scentralizował się i z luźnej konfederacji w momencie powstania przerodził się w profesjonalną partię polityczną, to w sferze ideowej bardzo długo pozostał wielonurtowy. Byli tam i tradycyjni katolicy, i neopoganie, i zwykli patrioci, i robotnicy, i burżuazja etc. Spora karierę w łonie partii zrobiło określenie „rodzina narodowa”: każdy członek rodziny zachowuje własną tożsamość, ale działają razem. Przed transformacją partii pod batutą Marine Le Pen przestrzegano nawet w wewnętrznych przetasowaniach swego rodzaju niepisanych parytetów, ale dziś zeszło to na drugi plan.

Ciąg rozłamów i diabolizacja

Wszystkie chwyty dozwolone. Jak się broni elita

Cały establishment zorganizował się przeciwko Marine Le Pen, do czego publicznie wzywali nawet psycholodzy!

zobacz więcej
Wielonurtowość siłą rzeczy musiała prowadzić do podziałów i niesnasek. Właściwie cała historia Frontu Narodowego, od samego powstania i przejęcia przez Jean-Marie Le Pena, aż po teraźniejszość, to jeden wielki ciąg rozłamów. Z FN odchodzili, by niekiedy doń powrócić, liczni działacze, wielokrotnie z czołowych stanowisk, czasem samotnie, czasem z mniejszą lub większą grupa „wiernych”. Niewielu jest weteranów sprzed pół wieku w dzisiejszym RN (w 2018 r. Front national zmienił nazwę na Rassemblement national – RN, Zjednoczenie Narodowe). Większość zniknęła w odmętach historii i wycofała się z polityki. Kto dziś pamięta te wszystkie egzotyczne nazwy, jak Partia Nowych Sił, Komitety Nowej Przestrzeni czy Ruch Pracy i Ojczyzny? A partii Le Pena czego jak czego, ale trwałości odmówić nie można.

Najgroźniejszy dla formacji i jej prezesa był bez wątpienia pucz Bruno Mégreta z 1999 r., który sam zainteresowany pogardliwie nazywał „puczykiem”. Mégret, wówczas numer 2 Frontu Narodowego z pretensjami do nieformalnego stanowiska delfina, wyprowadził z partii ponad połowę radnych regionalnych, eurodeputowanych i merów, a także prawie wszystkich aparatczyków wyższego szczebla. Udało mu się również pozyskać większość partyjnych intelektualistów oraz działaczy młodzieżowych. Le Pen został na łupinie, z garstką wiernych, ale sympatycy i wyborcy nie zawiedli.

Odbudowanie pozycji wyborczej zajęło jakiś czas, ale Mégret wkrótce odszedł z polityki i powrócił na bezpieczne stanowisko w administracji państwowej, podczas gdy Le Pen trzy lata później wszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich, by zmierzyć się z Jacquesem Chirakiem. Konsekracja dla tego, który w 1974 r. zdobył 0,74% głosów, a w 1981 nie zdołał nawet wystartować z braku podpisów.

Druga tura wyborów w 2002 r. przejdzie z pewnością do historii i widnieć będzie w podręcznikach. Masowe manifestacje „antyfaszystowskie” – po części spontaniczne, a po części wyreżyserowane przez klasę polityczną – zwłaszcza z udziałem młodzieży, były zjawiskiem nie widzianym nigdy wcześniej w tej skali. Trwający dwa tygodnie uliczny festiwal hipertrofii moralności, by użyć formuły Arnolda Gehlena, był faktycznym apogeum diabolizacji Frontu Narodowego.

Jednak diabolizacja, czyli uznanie Frontu Narodowego za partię innej natury niż wszystkie inne, z którą z powodów moralnych nie wolno wchodzić w alianse, nie zawsze stanowiła konsensus. W latach 70. nie było takiej potrzeby: FN osiągał w wyborach wyniki w okolicach kilku procent głosów, wręcz bliżej 1%, a jeszcze w 1980 r. miał tylko 270 członków. Dość daleko od partii masowej, pierwszej partii Francji ćwierć wieku później. Kiedy od lat 1983-1984 zaczął osiągać, zwłaszcza lokalnie, wyniki rzędu kilkunastu czy dwudziestu kilku procent, był postrzegany jako jedna z partii, owszem skrajna i kontrowersyjna, ale nie naznaczona jeszcze piętnem moralnego wykluczenia.
Jean-Marie Le Pen we francuskiej telewizji na planie programu „L'Heure de vérité”. Za nim siedzą trzy jego córki – Marie-Caroline, Yann i Marine- oraz prawicowy polityk Jean-Pierre Stirbois. 16 października 1985 r. Fot. Jacques Pavlovsky/Sygma via Getty Images
W 1986 r. prezydent François Mitterrand uznał nawet Front Narodowy za pożyteczne narzędzie do ograniczenia wpływów klasycznej centroprawicy. Wprowadzenie wtedy przezeń ordynacji proporcjonalnej pozwoliło narodowcom na objęcie 35 mandatów, które w założeniu sprytnego makiawelisty miały zubożyć stan posiadania gaullistów. Jednak francuska klasa polityczna szybko powróciła do ordynacji typu JOW (jednomandatowe okręgi wybocze) w dwóch turach, co spowodowało, że partia z poparciem 15%, 20%, a nawet 25% w skali kraju pozbawiona była odpowiedniej reprezentacji w parlamencie przez następnych 30 lat.

Istnienie kordonu sanitarnego od samego początku też jest w dużej mierze mitem. Dopiero w latach 90. lewicy udało się szantażem moralnym narzucić centroprawicy zasadę niewchodzenia w sojusze, nawet na szczeblu lokalnym.

Wcześniej przepływy między FN a prawicą były zjawiskiem dość powszechnym: lokalne porozumienia wyborcze, wspólne listy w drugiej turze, politycy zmieniający barwy klubowe w jedną lub w drugą stronę etc. W wyborach regionalnych w 1986 r. prawica przejęła władzę dzięki poparciu radnych FN w siedmiu regionach, w tym w czterech powierzając im stanowiska wiceprzewodniczących. Dziesięć lat później było już zupełnie inaczej: Le Pen zdobył w wyborach prezydenckich 15%, FN rządził w kilku dużych miastach, jak Tulon, ale dzięki nieustannej polityczno-medialnej nagonce, lewicy udało się w praktyce narzucić centroprawicy koncept kordonu sanitarnego. W marcu 1998 r. centroprawicowi przewodniczący regionów wybrani (w tajnym głosowaniu!) przy poparciu radnych FN, nawet bez żadnego formalnego sojuszu, na wyścigi podawali się do dymisji zostawiając władzę socjalistom, byle tylko nie zostać posądzonym o to, że „rządzą dzięki faszystom”. Sojusz z FN, a nawet zwykle poparcie stało się czymś w rodzaju złego mzimu, zdolnego skazić najszlachetniejsze zaangażowanie polityczne.

Czas Marine Le Pen

Jedna z formuł, której lewicowi rządcy dusz używają do diabolizacji Frontu Narodowego, to że jego program i cele polityczne są rzekomo „sprzeczne z wartościami republikańskimi”. Czy to znaczy, że to partia niekonstytucyjna? Absolutnie nie. Gdyby tak było, gdyby proponowała punkty łamiące francuskie prawo i konstytucję, to zdelegalizowanie jej byłoby czystą formalnością. Francuskie sądy są niczym szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen: mają ku temu odpowiednie narzędzia i ich używają. Kto definiuje owe „wartości”? Nikt. Żaden krytyk w ogóle nie sili się na definicję, czym mają być owe mityczne „wartości republikańskie”, niczym szaman, który na złe mzimu recytuje inkantacje.

Za francuskimi intelektualistami takie zaklęcia powtarzają także polscy publicyści, osiągając niekiedy spore poziomy absurdu, jak np. publicysta „Krytyki Politycznej” [Jakub Majmurek na Twitterze], który pisze bez drgnięcia okiem, że „nie-biała, nie-katolicka ludność Francji w całej politycznej praktyce RN nigdy nie jest traktowana jak pełnoprawni obywatele”. Pisze tak o partii, która od samego początku optuje za asymilacjonizmem i nie stosuje rozróżnienia według ras i wyznania.

Zyskuje sympatię młodych Francuzów. Marine Le Pen odczarowana?

Wynik sondażu był tak zaskakujący, że prasa zastanawiała się, czy w ogóle podać go do wiadomości.

zobacz więcej
W ten sposób dochodzimy do kolejnego mitu. Mimo, że krytycy określają FN, a dziś RN, mianem „skrajnej prawicy”, a sympatycy mianem „prawicy narodowej”, to tak naprawdę nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością. Ewolucja programowa FN z jednej strony, a z drugiej ześlizg francuskiej sceny politycznej na lewo sprawiają, że ugrupowanie de facto zajęło miejsce gaullistowskiej centroprawicy, która z kolei przez ostatnie pół wieku przesunęła się na lewo. Dzisiejsze postulaty RN w kwestiach nawet najbardziej kontrowersyjnych, jak polityka migracyjna albo stosunek do brukselskiego eurocentralizmu, to po prostu program gaullistowskiej RPR (Rassemblement pour la République – Zgromadzenie na rzecz Republiki) z lat 80. i 90. XX wieku. Wiele z dzisiejszych wypowiedzi Marine Le Pen mogłoby spokojnie znaleźć się w ustach takich liderów gaullistów, jak Charles Pasqua, a nawet Jacques Chirac przed wygraniem wyborów prezydenckich. A słynny bon mot generała de Gaulle’a, definiujący w latach 60. Francję jako „naród europejski, rasy białej, kultury grecko-łacińskiej i religii chrześcijańskiej”, przeszedłby przez usta Jean-Marie Le Penowi, ale jego córce już nie bardzo.

Jeszcze jedna ciekawa obserwacja ilustrująca to zagadnienie: w latach 80. partia Le Pena przyciągała polityków i działaczy centroprawicy. To wtedy Front Narodowy zasilił cały kontyngent wybitnych działaczy i intelektualistów z kręgu Club de l’Horloge ze wspomnianym Bruno Mégretem na czele, którzy nie mogli znaleźć dla siebie miejsca w UDF (Union pour la démocratie française – Unia na rzecz Demokracji Francuskiej, zaplecze prezydenta Valéry’ego Giscarda d’Estainga) ani RPR. W XXI wieku RN też przyciąga osobistości z innych partii, ale raczej z lewicy, jak Florian Philippot, autor strategii dediabolizacji określający się jako lewicowy gaullista, który przyszedł z otoczenia Jean-Pierre’a Chevènementa, byłego socjalistycznego ministra, ale antybrukselskiego. Niekiedy te transfery są jeszcze bardziej egzotyczne, jak na rzekomą „skrajną prawicę”: poseł José Évrard był przez dziesięciolecia prominentnym działaczem Francuskiej Partii Komunistycznej, a Andréa Kotarac, radny regionalny z Lyonu, przeszedł z… mélenchonistów (skrajnie lewicowy trybun Jean-Luc Mélenchon stworzył populistyczną La France Insoumise).

Czy to radykalna zmiana? Czy rację ma politolog Jean-Yves Camus twierdząc, że ideologia odgrywa w RN coraz mniejszą rolę? A może tak naprawdę zawsze była na drugim miejscu, a na pierwszym stał niesprecyzowany do końca patriotyczny projekt polityczny obrony Francji i francuskiej wspólnoty narodowej przed rozmaitymi zagrożeniami? Może tego po prostu żąda elektorat, a partia idąc za jego wolą zmienia się, jak zmienia się francuski naród? Wyborcy – a dziś już dwie trzecie Francuzów przynajmniej raz w życiu zagłosowało w jakichś wyborach na partię Le Pen – to żadni radykałowie. To po prostu patrioci, ludzie bez żadnej szczególnej formacji politycznej, kochający swój kraj, przywiązani do bardzo ogólnie i mgliście rozumianego modelu francuskiego, często reagujący na problemy dnia codziennego – brak bezpieczeństwa, kryzys gospodarczy, zniechęcenie do elit politycznych – i odnajdujący się w dyskursie Frontu Narodowego.

– Adam Gwiazda

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Jean-Marie Le Pen i jego córka Marine, przewodnicząca Frontu Narodowego, podczas obchodów święta Joanny d'Arc 1 maja 2011 roku w Paryżu. Fot. Franck Prevel/Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Polska chętnie daje wizy i pracę cudzoziemcom z całego świata
Tylko w ubiegłym roku przyjęliśmy pół miliona imigrantów zarobkowych.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Morderczy lek. Sto razy silniejszy od morfiny
Powoduje apatię lub euforię, zawroty głowy, zaburzenia pamięci, lęki nocne i spowolnienie akcji serca.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Demokracja nie chroni przed przemocą
Dlaczego kupcy nie mieliby zabijać swoich konkurentów, jeżeli zapewni im to zyski?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Mundial po arabsku. Islam i sport
Można zmienić obywatelstwo, ale trudno się odciąć od wiary. Niełatwo przerobić chrześcijanina na muzułmanina.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Czy islamiści infiltrują armię francuską? Być może już 30 proc....
Imamowie w koszarach, meczety w bazach wojskowych, żywność halal w kantynach.