Kultura

Odkrył urodę Warszawy, z Wisły uczynił siostrę Canal Grande

Stanisław August zapewne pękał z dumy. Ten jeden jedyny raz wygrał z byłą kochanką: zdołał zatrzymać siostrzeńca Canaletta w Warszawie.

Dla reszty świata Bernardo Francesco Paolo Ernesto Bellotto jest portrecistą miast. Twórcą ikonicznych wizerunków Drezna, Wiednia, Monachium i Turynu. Jednym z malarzy, którzy sprawili, że pod powiekami nosimy obraz Wenecji, nawet jeśli nigdy nie widzieliśmy jej na własne oczy. Dla Polaków to ktoś więcej, niż utalentowany weducista.

Dyrektor Zamku Królewskiego w Warszawie, Wojciech Fałkowski, otwierając wielką wystawę dzieł Bellotta podkreślił, że wrosły one w naszą kulturę tak mocno, że ich autora uważamy za swojaka.

Wizja miasta jako sceny w teatrze życia zawładnęła wyobraźnią legionu nadwiślańskich twórców. Tymczasem nadworny malarz króla Stasia był typowym XVIII-wiecznym kosmopolitą. W Saksonii mieszkał – z przerwami – 20 lat, ale miał problem ze skleceniem zdania po niemiecku. Polskiego też się nie nauczył. Nie musiał. Językiem elit, wśród których obracał się artysta do wynajęcia, był francuski.

Jubileuszowa ekspozycja (Bellotto urodził się 300 lat temu) od maja do sierpnia gościła w Dreźnie. Warszawska jest obszerniejsza, zawiera 150 obiektów, w tym bardzo rzadko prezentowane grafiki i szkice. Nie po raz pierwszy sztuka Wenecjanina łączy narody. W latach 1963-66 jego obrazy wędrowały na trasie Drezno – Warszawa – Kraków – Wiedeń – Essen. Była to pierwsza tego typu niemiecko-polska kolaboracja kulturalna od czasu wojny. Okazała się jaskółką, zwiastującą „nową politykę wschodnią” RFN.

W cieniu wuja

Bernardo został przyjęty do cechu malarzy już jako 16-latek. Z pewnością miał talent, ale ścieżkę do sławy przetarł mu brat matki. Antonio Canale (zwany Canalettem) traktował siostrzeńca jak syna, wziął go do pracowni. Swego czasu on też terminował – u ojca dekoratora. XVIII stulecie było złotym wiekiem teatru i opery, utalentowani scenografowie mieli pełne ręce roboty. Antonio miał jednak większe ambicje: został malarzem. Jego specjalnością były miejskie pejzaże. Uczynił z gatunku drugorzędnego niekwestionowane dzieło sztuki. Mówiono, że na jego płótnach „słońce naprawdę świeci”.

Finansowo był to strzał w dziesiątkę. Gdy nastał Wiek Świateł, weduty stały się pożądaną pamiątką z europejskiej Grand Tour. Republika Świętego Marka, rokokowy odpowiednik Broadwayu i Las Vegas, przyciągała jak magnes bogatych próżniaków z całej Europy. Obrazy Canala szczególnie upodobali sobie Brytyjczycy. Ledwo nadążał z realizacją zamówień, malował na eksport całe cykle weneckie, które inspirowały kilka pokoleń pejzażystów.

Wedutystom pracę ułatwiała camera obscura – drewniane pudełko, przodek otworkowej kamery, lecz jeszcze bardziej liczyła się biegłość w sztuce rysunku. Dlatego Bernardo nigdy nie rozstawał się ze szkicownikiem. Wiernie naśladował styl wuja, nawet eksperci mają czasem poważny problem z odróżnieniem, co malował Antonio, a co młody Bellotto. Gdy laguna ich znużyła, wybrali się na wenecką prowincję. Plonem artystycznych wakacji były capricci czyli fantazje architektoniczne. Wizerunki wymyślonych, antycznych budowli też miały niezgorsze wzięcie.

Bezdzietny wuj widział w Bernardzie następcę. Pozwolił mu używać swego przydomka jako handlowej marki. W Polsce ów pseudonim tak dalece przylgnął do siostrzeńca, że umieszczenie w tytule wystawy nazwiska „Bellotto” trzeba uznać za akt odwagi. Publiczność mamy konserwatywną, wbicie ludziom do głowy, że prawdziwy Canaletto miał na imię Antonio i nigdy nad Wisłą nie bawił, wydaje się misją skazaną na porażkę.

Przystanek Drezno

Czy uczeń prześcignął mistrza? Zdania są podzielone. Kurator wystawy, Artur Badach twierdzi, że późniejsze dzieła Bellotta łatwo jest odróżnić od obrazów wuja. Używał jaśniejszej palety kolorów, interesował go nie tylko pejzaż miejski ale i natura. Na jego płótnach jest więcej głębi, kontrastów świetlnych, szczegółów, a przede wszystkim więcej życia i ludzi, co nadaje im cech malarstwa rodzajowego.

Przecięciu artystycznej pępowiny sprzyjało rozstanie krewniaków. Antonio wyjechał do Londynu, Bernardo szlifował swój talent w Italii.
W 1745 roku dostał pierwsze zamówienie od koronowanej głowy. Dla króla Sardynii i księcia Sabaudii malował widoki jego stolicy – Turynu. Gdy Bellotto miał 25 lat, uległ pokusie zmiany klimatu. Przeprowadził się do Saksonii. Dołączył do licznej włoskiej kolonii muzyków, aktorów, literatów, architektów, rzeźbiarzy i malarzy, utrzymywanej przez Fryderyka Augusta II z dynastii Wettinów. Panował on również w Polsce, gdzie przylgnęła do niego łatka władcy nieudolnego. Tymczasem August III był wielkim mecenasem i fanem opery. Zgromadził jedną z najlepszych kolekcji dzieł sztuki w Europie.

Jako nadworny malarz Bellotto pobierał sutą pensję w wysokości 1750 talarów rocznie. Miał za co utrzymać powiększającą się rodzinę (spłodził syna i pięć córek). Nie zawiódł oczekiwań chlebodawcy: utrwalił krótkotrwałą świetność „Florencji nad Łabą” serią wedut, eksponowanych w monarszych rezydencjach. Zostałby pewnie w Dreźnie do końca życia, lecz wojna siedmioletnia spustoszyła Saksonię i opróżniła szkatułę Augusta.

W pożarze, wywołanym przez pruskie bombardowanie, spłonął dom artysty. W jednej z bibliotek Wilna zachował się list, w którym Bellotto wylicza swoje straty. Skorzystał jednak z okazji, by zamiast antycznych, sportretować ruiny współczesne. Dwa obrazy, przedstawiające zdemolowane dzielnice Drezna, paradoksalnie robią większe wrażenie, niż dopieszczone weduty, dokumentujące przedwojenną sielankę nad Łabą.

Którędy do Petersburga?

Bellotto jako malarz wyszedł z cienia wuja, jednak śmierć mecenasa postawiła jego przyszłość pod znakiem zapytania. W oczach młodego pokolenia Wettinów malarzowi szkodziła protekcja tyleż wszechwładnego, co znienawidzonego hrabiego Brühla (warto zauważyć, że honorarium za obrazy przeznaczone dla ministra Wenecjanin zaczął się domagać dopiero od jego spadkobierców). Finanse państwa były w tragicznym stanie. Dwór wymówił ulubieńcowi króla Augusta etat. Na otarcie łez zaoferowano mu posadę wykładowcy w Akademii Sztuk Pięknych z pensją 600 talarów rocznie. Musiał to uznać za policzek.

Skoro nie udało się na stałe zaczepić w Wiedniu i Monachium, Bellotto wziął urlop na uczelni, by śladem kolegów wyruszyć w daleką podróż na wschód. Rosja fascynowała cudzoziemców, zwłaszcza tych ambitnych i we własnym mniemaniu niedocenianych w ojczyźnie. W hierarchii zainteresowań Katarzyny II sztuka zajmowała najwyżej trzecie miejscu (po seksie i polityce) jednak nasz bohater dowiedział się, że caryca lubi i kolekcjonuje weduty. Nie był już młodzieniaszkiem, więc zaplanował postój w Warszawie. Tu poznał króla Ciołka i jako doświadczony dworak zrozumiał, że nad Wisłą łatwiej będzie o bezpieczną przystań, niż nad Newą.

Panowie znaleźli wspólny język, gdyż obaj byli sybarytami i nuworyszami. Ojciec Poniatowskiego, spryciarz i awanturnik, wżenił się w książęcy ród Czartoryskich. Bellotto, jak wielu artystów, miał kompleks niskiego pochodzenia. Dopisywał sobie do nazwiska szlacheckie “de”. Capriccio, będące dziś w zbiorach Zamku Królewskiego w Warszawie, ozdobił autoportretem w stroju weneckiego patrycjusza. Wyciąga na nim rękę we władczym geście, za plecami mając dwóch służących.

Stanisław August zapewne pękał z dumy. Ten jeden jedyny raz wygrał z byłą kochanką, zdołał zatrzymać siostrzeńca Canaletta w Warszawie. Ostatecznie przekonały go iluzjonistyczne malowidła, które Wenecjanin zaprojektował dla Zamku Ujazdowskiego. Monarcha planował w nim zamieszkać, z myślą o tej chwili dodatkowo zamówił u Bellotta serię widoków Rzymu. Po kilku latach i wydaniu na remont pięciu milionów złotych Poniatowskiemu się odwidziało, przeznaczył zamek na koszary.

Warszawskie lato bez końca

Sto węgierskich dukatów miesięcznie „z wygodnym mieszkaniem, opałem i innymi korzyściami” wystarczyło, by usatysfakcjonować przybysza z Drezna. Odpłacił się hojnemu monarsze, malując dwie wersje „Elekcji Stanisława Augusta”.

Rzeczpospolita karczochem Europy. Prawdziwe okoliczności pierwszego rozbioru

Spożyjemy hostię: Polskę – pisał król Prus. Manifest zaborców zaczynał się: „W imię Trójcy Przenajświętszej!”

zobacz więcej
Jest to jedyne w oeuvre Wenecjanina dzieło jawnie propagandowe, sugerujące – na przekór faktom – że wybór kandydata wyznaczonego przez carycę był narodowym świętem jedności. Malowane 12 i 14 lat po fakcie, musiało zdumieć ludzi obdarzonych dobrą pamięcią. Na pierwszym planie Bellotto umieścił bowiem aktualnych stronników i ulubieńców Poniatowskiego, którzy we wrześniu 1764 roku znajdowali się zgoła gdzie indziej, zaczynając od własnej rodziny. W historycznym kadrze zabrakło też miejsca dla wojsk rosyjskich, czuwających nad bezpieczeństwem skorumpowanych lub zastraszonych elektorów.

Przepustką do pośmiertnej sławy malarza w Polsce okazały się jednak weduty. Kosztowały go wiele trudu, żalił się że musi ślęczeć cały rok nad jednym płótnem. Jak to Włoch, przesadzał, jednak cyzelowanie każdego detalu z pewnością było zajęciem czasochłonnym. Od czasów weneckich Bellotto nieco skorygował swój styl, ale wciąż najważniejsza była architektura. To dla niej rezerwował promienie słoneczne, ludzi często umieszczając w cieniu. Liczył się efekt, a ten był zniewalający.

Pod pędzlem mistrza nawet plebejskie Powiśle nabrało dostojeństwa.

Niemal wszyscy komentujący podkreślają dokumentacyjne walory tej sztuki, porównując ją wręcz do fotografii. No cóż, realizm ma różne oblicza. Siostrzeniec Canaletta był bystrym obserwatorem, perfekcyjnie operował perspektywą i – jak na Wenecjanina przystało – kolorem. Jego obrazów nie należy jednak traktować jako stuprocentowo wiarygodnych świadectw. W głębi duszy, w zgodzie z rodzinną tradycją, pozostał dekoratorem. Dążył do ideału, który jak wiadomo w przyrodzie nie istnieje. Bez skrupułów modyfikował krajobraz, przesuwał budowle i zmieniał ich rozmiary.

Uderzające, że na płótnach Bellotta nawet najbardziej oddalone przedmioty widać wyraźnie. Barwy też nie tracą intensywności, a to przeczy prawom optyki. Mistrz zapominał o redukowaniu intensywności światła i cienia w zależności od miejsca. W jego Warszawie panuje wieczne lato, zawsze świeci słońce. Zabawne, że weduty Wenecjanina uznano za koronny dowód rozkwitu stolicy w „epoce stanisławowskiej”. Tymczasem tak naprawdę oglądamy metropolię saską.

Sposób na nieśmiertelność

Korona długo chwiała się na głowie Poniatowskiego, naród szlachecki chciał go zdetronizować. Dopiero po zdławieniu przez Rosjan konfederacji barskiej i pierwszym rozbiorze ruszyły inwestycje, które miały zmienić oblicze stolicy. Ich ukończenia malarz nie doczekał. Zmarł nagle, w listopadzie 1780 roku. Król długo jeszcze wypłacał pensję wdowie i dwóm niezamężnym córkom. Z katalogu kolekcji Stanisława Augusta wynika, że posiadał on 60 obrazów siostrzeńca Canaletta. ODWIEDŹ I POLUB NAS Varsavianiści ubolewają, że mistrz nie raczył unieśmiertelnić swym pędzlem pałacu Saskiego, Starego Miasta, Marywilu, Leszna, czy ulicy Nowy Świat, które wyglądała wówczas zgoła inaczej niż po XX-wiecznej „rekonstrukcji”. Pozostawił nam jednak w spadku coś o wiele cenniejszego – legendę rozkwitającej stolicy upadającego państwa.

Odwiedzający Warszawę cudzoziemcy opisywali ją jako miasto kontrastów, gdzie wspaniałe pałace i kościoły sąsiadują z ruderami, tudzież nędznymi chałupami. Geniusz Bellotta sprawił, że wzrok zatrzymuje się na tych pierwszych.

Bóg okazał się dlań łaskawy. Oszczędził świadkowania ostatecznej kompromitacji mecenasa, zagładzie Rzeczpospolitej, przebudowie Warszawy w duchu klasycystycznym oraz upadkowi republiki św. Marka, najstarszego państwa w Europie. Grobowiec w stołecznym kościele Kapucynów nie przetrwał. Siostrzeniec Canaletta pokonał jednak czas w stopniu niedostępnym dla konkurentów. Jego weduty posłużyły jako wzór rekonstruktorom historycznych dzielnic Drezna i Warszawy. Rzeczywistość dostosowała się do fantazji artysty.

– Wiesław Chełminiak

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Wystawa „Bernardo Bellotto. W 300. rocznicę urodzin malarza” w Zamku Królewskim w Warszawie jest czynna do 8 stycznia 2023 roku
Zdjęcie główne: "Panorama Warszawy od strony Wisły" (fragment), Bernardo Bellotto, obraz ze zbiorów Zamku Królewskiego w Warszawie. Reprodukcja PAP/ Jan Morek Janusz Rosikoń
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Duma i uprzedzenie. Widmo II RP wciąż nie daje nam spokoju
Na tle tatrzańskich szczytów nowojorskie drapacze chmur prezentują się dość mizernie…
Kultura Najnowsze wydanie
Efekt Pugaczowej. Czy piosenkarka zmusi Rosjan do myślenia?
Celebrytka wiedziała, jak dobrze żyć z każdą władzą.
Kultura Poprzednie wydanie
Twórca astronomiczny, który namalował motyle na stacji metra
Dzięki niemu warszawskie metro stało się największą na świecie galerią sztuki.
Kultura Poprzednie wydanie
Inna Europa Józefa Mackiewicza
W całej swojej twórczości zmagał się z pytaniem, „Czy różne narody mogą mieć wspólną ojczyznę?”
Kultura Poprzednie wydanie
Jerzy Połomski, architekt piosenki
Komponować nie potrafił, pisać tekstów nie zamierzał.