Kultura

Aktorzy, którzy niszczą sami siebie. Satyra Wildsteina

W normalnym kraju ta sztuka, nawet gdyby jej wytknięto niedoskonałości, powinna stanowić punkt wyjścia do dyskusji. O kondycji teatru, a tak naprawdę o miejscu, w jakie zawędrowała kultura.

Sztuka „Komedianci” Bronisława Wildsteina ukazała się w listopadzie 2021 roku jako część zbiorku „Lew i komedianci”. Jest to debiut znanego pisarza i publicysty, który ma na swoim koncie sporo przedsięwzięć literackich, ale dramatów do tej pory nie pisał. Wystarczy do niej zajrzeć, żeby się przekonać, że raczej nie wystawi jej dziś żaden teatr. Już samo to wystarczy, żeby pogratulować zajęcia się nią Teatrowi Telewizji.

Było z tym przedstawieniem trochę kłopotów. Przygotowujący je znakomity aktor Andrzej Mastalerz (debiutujący jako reżyser w Teatrze Telewizji) nie miał łatwo, kiedy oferował w „Komediantach” kolegom role. Jednych odstraszało nazwisko Wildsteina, kojarzonego z prawicą i lustracją. Innych – krzywe zwierciadło, w jakim przegląda się w tym tekście teatr, zatem ich własne środowisko.

Pewien młody aktor przystąpił już do prób, a po wyjściu z jednej z nich wysłał reżyserowi sms rezygnujący z udziału. To cud, że ostateczny skład tej sporej obsady jest tak solidny. Wymagało to karkołomnych wysiłków.

Pod władzą Kalibana

O czym to jest? Recenzent „Gazety Wyborczej” Witold Mrozek, który nie czekając na przedstawienie w telewizji, zrecenzował sam tekst, zarzucił „prawicowym autorom” skłonność do pastiszów. Jednak to nie jest pastisz konkretnego utworu, ani nawet gatunku.

Owszem aktorzy noszą imiona rozmaitych scenicznych postaci. Owszem, teatrem manipuluje Kaliban z szekspirowskiej „Burzy”, który wygrał symboliczne starcie z Prosperem i przejął jego pozycję pana. Kto pamięta „Burzę”, ten wie o co chodzi – Prospero to symbol ludzkiej mądrości, Kaliban to okiełznana przez tę mądrość bestia. Teraz zamieniają się rolami. Niemniej to nie jest parafraza sztuki czy twórczości Williama Szekspira.

Takim parafrazowaniem (a właściwie kaleczeniem) próbują się zajmować bohaterowie „Komediantów”. Mamy więc pomysł na odwracanie znaczeń: w „Królu Learze”, „Hamlecie”, a nawet w „Medei” Eurypidesa. Ideą przyszłości jest „Faust” Goethego, w którym tytułowy uczony i kuszący go diabeł Mefistofeles mają się zlać w jedną postać.

Owszem dramat Wildsteina posługuje się rozmaitymi aluzjami literackimi. Czekanie na mitycznego, modnego reżysera Lakiego Blusa, który właśnie tym „Faustem” ma przywrócić chylącej się ku upadkowi placówce kultury świetność, przypomina i ma przypominać czekanie na Godota. Ale rzecz jest odrębną i względnie spójną całością. Swoistą przypowieścią dziejącą się w teatrze. Trochę komedią, trochę groteską.

Zespół będący zbiorowym bohaterem sztuki pozbawił uprawnień, a potem pozbył się dyrektora mianowanego przez nielubianą władzę. Teatrem rządzi rada artystyczna, to właśnie nią manipuluje jej przewodniczący Kaliban będący jednym z aktorów. Nie ma już reżyserów, ich rolę przejmują członkowie rady. Zarazem musi się ona opierać jeszcze większym radykałom. Młody Spodek żąda rezygnacji z klasycznej reżyserii. Ma ją zastąpić improwizacja, tworzenie tekstu bezpośrednio na scenie.

Czy to portret polskiego teatru?

Po raz pierwszy oglądałem spektakl Wildsteina-Mastalerza w czerwcu na festiwalu Dwa Teatry w Zamościu. Wywołał on opory nawet wśród artystów o konserwatywnej orientacji, choć właściwie potwierdzał co do ogólnej wymowy ich diagnozy i obawy. Padały argumenty, że autor mocno nagiął realia. – Teatr tak nie wygląda – tak brzmiały zastrzeżenia.

Mam wrażenie, że w tych polemikach kryła się niezgoda na tak radykalny opis sytuacji. Jeśli polski teatr jest w aż tak ślepym zaułku, ludzie, którzy wciąż go współtworzą, mają kłopot. Może nie chcą się do tego przyznać.

Zarazem w narzekaniach jest trochę racji. Wildstein nie oddaje teatralnej rzeczywistości wiernie. Dekonstrukcyjna rewolucja nie ma w polskim teatrze natury ściśle pokoleniowej. Podziały dotyczą raczej poszczególnych generacji. Jeśli od biedy można się było doszukiwać odruchu młodszych przeciw starszym w aktywności tak zwanych „ojcobójców” sprzed ponad 20 lat, dziś wszystko mocno się skomplikowało. Mam wręcz wrażenie, że komplikuje się coraz bardziej.
"Komedianci, czyli Konrad nie żyje" Bronisława Wildsteina, reżyseria Andrzej Mastalerz. Fot. printscreen/ vod,tvp.pl
Co więcej inna jest natura owej rewolucji. Owszem, były teatry w których przeciw niechcianym dyrektorom wystąpiły ograniczające ich władzę „rady artystyczne” (choćby w Starym Teatrze w Krakowie), ale to jednak rzadkie incydenty.

Częściej progresywne nowinki przychodzą wraz z mocnymi, zwykle apodyktycznymi dyrektorami korzystającymi z przynajmniej przyzwolenia samorządów (tu najświeższego przykładu dostarcza Monika Strzępka w warszawskim Teatrze Dramatycznym). Także władza reżyserów nie doznała uszczerbku. Przeciwnie, to ich wybujałe ego dominuje często nad aktorami, którzy bywają (choć nie zawsze) rzecznikami zdrowego rozsądku i większej komunikatywności. Tu tak nie jest.

Zapowiedzią „oświeconego autokraty” jest wprawdzie postać Lakiego Blusa. Tyle że on jest zbyt odległy, nierealny aby powiedzieć nam cokolwiek o teatralnych mechanizmach przejmowania i dystrybuowania władzy. Za to zespół, który obserwujemy, staje się amorficzną masą niezdolną właściwie do istnienia. Trynkulo, inny członek rady, zapijaczony prześmiewca, też wyjęty z „Burzy” (tam był wiecznie nietrzeźwym marynarzem) wyraża to powtarzaną kilkakrotnie uwagą: „Nas nie ma”.

Warto mieć świadomość nieadekwatności tych realiów tylko, że… sztukę Wildsteina trudno uznać za realistyczne sprawozdanie z życia teatralnego świata. Owa opisywana tu jako model eliminacja najpierw autorów, a potem reżyserów, jest jedynie sugestywną metaforą. Metaforą kryzysu i rozpadu kultury jako takiej.

Wildstein widzi ją jako przerwanie ciągłości treści, podważenie tradycyjnych wartości i tradycyjnych myśli, ale nadaje jej też karykaturalną postać instytucjonalną. Nie całkiem odpowiadającą rzeczywistości, ale chodzi tu zdecydowanie o coś innego. To wyraz lęku konserwatywnego myśliciela wywołanego kierunkiem, w którym zmierza twórczość artystyczna.

Zgodnie z logiką satyry

Jeśli ja mam wobec czegoś wątpliwości, to wobec zbyt publicystycznych wstawek, które odnoszą się do współczesnych sporów politycznych. Z jednej strony pokazana tu ekipa majstruje przy sztuce, z drugiej czuje się zmuszona (głównie przez Kalibana, ale w pewnym momencie i przez przemawiającego z ekranu Lakiego) do opowiadania się po „słusznej stronie”, potępiania nielubianej władzy, obrony uchodźców czy ludzi LGBT. Mamy też przedstawioną karykaturalnie akcję demaskowania rzekomego „molestatora” (który wkrótce staje się „gwałcicielem”)

Jest to wszystko pokazane nawet zabawnie, ale może zbyt doraźnie. Z pewnością zaś te kawałki ułatwią oponentom pogardliwe potraktowanie całego tekstu jako „prawicowej propagandy”. Witold Mrozek już to zrobił, ale i recenzentka „Rzeczpospolitej” także.

Za to dekonstrukcyjne wysiłki „reformatorów”, owe wszystkie przerabiane na naszych oczach „Hamlety” „Medee” i „Króle Leary”, mające potwierdzić całkiem nowe antypatriarchalne, feministyczne czy areligijne przesłania – to jest nieźle, choć naturalnie w skrócie lapidarnej satyry, uchwycony kawałek współczesnej teatralnej rzeczywistości. Ta satyra ma skądinąd swoje prawa.

Wybaczam, choć znowu z wątpliwościami, decyzję aby pokazać artystyczną gromadkę jako bandę ludzi niezbyt mądrych, o intelektach niewspółmiernych do ambicji. Prawdziwi aktorzy jawią mi się jako ciekawsi, bardziej różnorodni, piszę to na podstawie mojej znajomości tego świata. Tylko powtórzę raz jeszcze: to nie jest tekst realistyczny.

Skądinąd zwykli odbiorcy, nie zawodowi recenzenci, zwracają uwagę i na to, że jest to także opowieść o każdej ludzkiej zbiorowości, o każdej instytucji nękanej plagą intryg, donosów i toksycznych relacji. Podkreślali to też niektórzy grający w „Komediantach” aktorzy (pozwalało im to zapewne lepiej znieść satyrę na siebie). Do pewnego stopnia tak jest. Chociaż Wildsteinowi zależy na wychwyceniu wyjątkowości procesu tworzenia kultury i manipulowania kulturą.

W polskim teatrze jest przyzwolenie na patologie. Choćby takie jak donosy

W spektaklach, w których króluje relatywizm i brzydota, kłamstwo i zło, raczej mnie państwo nie zobaczycie - mówi aktor.

zobacz więcej
Zarazem, choć może wolałbym portret zbiorowy bardziej skomplikowany, pamiętam też o czymś innym. W manipulowaniu klasyką w realnym teatrze widać wiele motywów: odruchowy nawyk ubierania wszystkiego we współczesny kostium, rozmaite zabawy formą graniczące jednak z manią szukania doraźnych kontekstów. Powiedziałbym że na tym tle Kaliban i jego koledzy, jakby nie byli karykaturalni, prezentują się nawet lepiej niż ich rzeczywiste odpowiedniki.

W „Komediantach” przenicowanie wszystkiego prowadzi do pustki i poczucia bezsensu. W życiu rozmaite kramiki obsługujące bieżącą ideologię i politykę poprzez „uwspółcześnianie” mają się wciąż nie najgorzej. Nie mniej istotne zresztą jak naginanie klasyki jest wypieranie teatru literackiego przez krzykliwe interwencyjne montaże współczesne. Pożeranie własnego ogona kosztem sensu i zdrowego rozsądku wcale nie kończy się zatkaniem teatralnej maszynerii. Owszem, rzecznicy tradycyjnego teatru liczą na „przesyt”, ale chyba wciąż do niego daleko.

Aktorzy i ich iluminacje

Chwilami niektórzy bohaterowie „Komediantów” doznają iluminacji. Pragmatyczny Stefano usiłujący wystawić „Króla Leara”, dochodzi do wniosku, że w dawnych postaciach (a więc i rolach) było coś niewyczerpanego, „dlatego wciąż do nich wracamy”. Trynkulo, choć przyjmuje na siebie rolę rzecznika rewolucji błazeńskiej, ośmieszającej dawne przesłania, odkrywa z kolei: „Kiedy wszyscy są błaznami, błazna nie ma”. I wyraża nagle żal za dawnym teatrem.

A kiedy niemal w finale Spodek snuje wizję teatru, gdzie nie ma już widowni, gdzie wszyscy „uczestniczą”, młody aktor Ferdynand woła przerażony: „Jeśli nie ma widzów, nie ma aktorów”. To wtedy Trynkulo odpowiada: „Nas nie ma”. Stefana gnębią podobne obawy: czy nie powstał swoisty mechanizm samounicestwienia.

Tajemnicze są motywy i racje Kalibana, to animującego rewolucję, to próbującego jej nakładać rozmaite wędzidła. W ostateczności to on jest do pewnego stopnia świadom ograniczonej perspektywy odtwórcy, czyli aktora, co wyraża w swoim monologu do lustra. I on wydaje się być zarazem zaaferowany najbardziej przyziemnymi motywami, choćby zabiegami o zdobycie głównej roli. Tyle że w świecie, w którym aktorów właściwie już nie ma, te jego gorączkowe wysiłki tak jakby tracą sens.

Mastalerz nadał sztuce Wildsteina, chwilami posługującej się trudnym językiem dyskursu, imponujące, zawrotne tempo. Klimat pewnej niesamowitości to efekt scenografii Marka Chowańca. Scena rzeczywistego teatru imienia Jaracza w Łodzi jest tu trochę graciarnią, ale momentami jednak rozległą pustą, przestrzenią świata. Pomagają także zdjęcia Arkadiusza Tomiaka, wydobywające z szarej przestrzeni nadwyraziste twarze. Napięcie jest eskalowane przez muzykę Gruzina Giji Kanczelego.

Etykietki zamiast debaty

A zarazem pomimo całej tej upiornej aury aktorzy grają to na ogół lekko, niczym komedię. Tylko kilka scen, a czasem ujęć nabiera bardziej posępnego zabarwienia, zwłaszcza finał, kiedy to większość zespołu odgrywa nad powalonym Kalibanem coś na kształt chocholego pląsu przerzucając się cytatami z rozmaitych klasycznych sztuk. Trudno z kolei nie zapamiętać momentów szczególnie śmiesznych, jak choćby dodanego przez reżysera zbiorowego ryku młodych buntowników.

W normalnym kraju, w normalnej rzeczywistości, ta sztuka, nawet gdyby jej wytknięto niedoskonałości, mogłaby stanowić punkt wyjścia do dyskusji. Powinna stanowić. Byłaby to debata o kondycji teatru, ale tak naprawdę o miejscu, w jakie zawędrowała kultura. Samo postawienie tematu jest racją dla pokazania tej sztuki na największej narodowej scenie telewizyjnej, choć niektórzy mogą ją uznać za zbyt hermetyczną, elitarną

W Polsce zastępuje dyskusję nalepianie antagonistom na czoła pogardliwych etykietek. Przedsmakiem był tekst Mrozka przyjmującego wszelkie odstępstwa od politycznej poprawności hunwejbińską agresją, co skądinąd jest dobrym potwierdzeniem diagnozy Wildsteina.
ODWIEDŹ I POLUB NAS Z kolei po samej premierze zapanowała cisza. Przemilczanie jest może nawet skuteczniejszą receptą niż zawrzaskiwanie. To ostatnie mogłoby przecież kogoś zachęcić do obejrzenia, spektakl jest zawieszony na VOD [dostęp pod tekstem – red.]. A do tego nie można przecież dopuścić.

Jednak magia teatru

Na koniec wielkie uznanie dla aktorów. Czujny, perswazyjny, żonglujący własnymi nastrojami Kaliban Mastalerza i zmęczony, wypalony, najmniej wesołkowaty pomimo błazeńskiej pozy Trynkulo Dariusza Kowalskiego – ich dziwne, nacechowane zatracaniem własnych tożsamości dialogi są esencją tej sztuki. Nie zawaham się nazwać tych dwóch ról wybitnymi.

Mariusz Ostrowski w roli wiecznie czegoś nie rozumiejącego Stefana znakomicie wygrywa defekty swojej postaci. To jego zmarszczone czoło od nieustającego wysiłku aby myśleć – mistrzostwo świata. A przecież i on, i Sebastian Konrad jako dwupłciowy Ariel, zdają się zarazem odrobinę bronić swoich postaci. Jakby wbrew logice totalnej karykatury przyjętej w niemal wszystkich momentach przez Wildsteina. Tam gdzie autor wreszcie trochę odpuszcza swoim postaciom, ci dwaj świetnie z tego korzystają.

Bardziej jednowymiarowe są postaci kobiece: Aleksandry Batko (Miranda) i Agnieszki Skrzypczak (Albertynka). Tu zręczna karykatura dominuje nad czymkolwiek innym. Tak te postaci jednak napisano.

Znakomicie bawi się za to rolą niemądrego destruktora Spodka Kacper Matula. Tu mam wrażenie swoistego porozumienia między aktorem i bohaterem, choć skądinąd jest to postać nieznośna. Daje się zauważyć mistrz Łukasz Lewandowski w epizodzie oślizgłego dziennikarza Maski. Żurnaliści wypadają tu skądinąd jeszcze gorzej niż aktorzy. W roli przerażonego, jakby trochę osobnego Ferdynanda prezentuje się sugestywnie, z niewielką liczbą słów, Jakub Zając.

Obsadzając Janusza R. Nowickiego w roli starego aktora Prospera, Mastalerz utrafił w sedno. Nieco archaiczny patos jego deklamacji przypomina nam jakby w migawkowym skrócie o całej ewolucji teatru: od tradycyjnego po dekonstruowany ponad miarę. Nawet Prospero ulega skądinąd logice współczesności.

Ale na marginesie mam jeszcze jedną obserwację: choć wstawki z przedstawień także są nacechowane intencją parodiowania, to przecież odnajdujemy w nich, podobnie jak w kilku ułamkowych dialogach o sensie grania na scenie, odrobinę magii. To jest magia teatru jako takiego.

Mam wrażenie, a ten spektakl tylko je utwierdza, że nie cały teatr dał się zapędzić w matnię sugerowaną przez finał „Komediantów”. Wciąż chcę traktować tę sztukę jako przestrogę. Na ile przestrogę na wyrost? Tu każdy będzie miał inne zdanie. Moje jest mieszaniną ostrożnego optymizmu i głębokiego niepokoju.

– Piotr Zaremba

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Komedianci, czyli Konrad nie żyje
Zdjęcie główne: "Komedianci, czyli Konrad nie żyje" Bronisława Wildsteina, reżyseria Andrzej Mastalerz. Fot. printscreen/ vod,tvp.pl
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Duma i uprzedzenie. Widmo II RP wciąż nie daje nam spokoju
Na tle tatrzańskich szczytów nowojorskie drapacze chmur prezentują się dość mizernie…
Kultura Najnowsze wydanie
Efekt Pugaczowej. Czy piosenkarka zmusi Rosjan do myślenia?
Celebrytka wiedziała, jak dobrze żyć z każdą władzą.
Kultura Poprzednie wydanie
Twórca astronomiczny, który namalował motyle na stacji metra
Dzięki niemu warszawskie metro stało się największą na świecie galerią sztuki.
Kultura Poprzednie wydanie
Inna Europa Józefa Mackiewicza
W całej swojej twórczości zmagał się z pytaniem, „Czy różne narody mogą mieć wspólną ojczyznę?”
Kultura Poprzednie wydanie
Jerzy Połomski, architekt piosenki
Komponować nie potrafił, pisać tekstów nie zamierzał.