Historia

Wszyscy byli za kapitulacją Warszawy, tylko nie Starzyński

Starzyński szybko przekonał się, że łaska rodaków na pstrym koniu jeździ. Gdy wrócił do ratusza, na biurku już czekały na niego listy krytykujące go, a nawet potępiające, zarówno za zbyt późne poddanie stolicy, jak i za sam opór.

Niski, korpulentny, o zapędach dyktatorskich, nawet w pelerynie Stefan Starzyński nie przypominał superbohatera. Do tego niewiele brakowało, a nie byłoby go w walczącej Warszawie. Choć w pierwszych dniach kampanii wrześniowej nadal pełnił obowiązki prezydenta, czekał na przydział frontowy.

Podobnie jak wielu jego kolegów z obozu sanacyjnego, Starzyński lepiej czuł się w mundurze niż w garniturze; w trakcie I wojny światowej walczył jako żołnierz Legionów Polskich. Gdy więc otrzymał powołanie do 8. pułku artylerii ciężkiej w Toruniu, miał jasny plan: przygotować Warszawę do walki (budowa barykad, wyłączenie wody i gazu w sektorach obronnych itd.), przekazać miasto swojemu zastępcy – ciągłość władzy byłaby zachowana, a potem ruszyć na front.

Dlaczego został? Można by rzec, otrzymał nowy rozkaz – generał Kazimierz Sosnkowski, we wrześniu 1939 roku krótko pełniący rolę koordynatora obrony Warszawy, polecił mu, „aby pozostał na miejscu […], gdzie będzie potrzebniejszy aniżeli w pułku”. Starzyński wezwania usłuchał i ostro zabrał się za przygotowania obronne. Był powszechnie znany jako tytan pracy, efekty przyszły więc niemal natychmiast.

Trzeba wytrwać

Jeszcze raz Sosnkowski: „Około dwudziestej trzeciej odprawa [z udziałem Starzyńskiego – przyp. red.] została zakończona. […] Już w dwie godziny później mieszkańcy Warszawy pracowali przy budowie barykad, a ulicami miasta ciągnęły tłumy ludności cywilnej, kierując się ku ustalonym punktom zbiórki”.

Czuwał nad tym Starzyński – prezydent miasta, a od 8 września Komisarz Cywilny przy Dowództwie Obrony Warszawy. W warunkach wojny okazał się być wybitnym gospodarzem, zapewniającym stolicy względny ład i bezpieczeństwo. To on powołał do życia namiastkę policji, Straż Obywatelską (w szczytowym momencie 7000 funkcjonariuszy), to on wymuszał otwarcie, zamkniętych na początku września, piekarni, aptek czy banków, to on nadzorował powstanie sieci punktów przeciwpożarowych itd.

Największą sławę zyskał jednak za sprawą przemówień, wygłaszanych codziennie na antenie Polskiego Radia. Co ciekawe przed wojną niemal wszystkie przemówienia czytał z kartki, a z mikrofonem zetknął się najwyżej kilka razy. Tymczasem we wrześniu 1939 roku każdy radiowy występ Starzyńskiego oznaczał tysiące włączonych odbiorników i tysiące podniesionych na duchu słuchaczy. Czym zdobył ich zaufanie? Naturalnością? Szczerością? Charyzmą? Pewnie wszystkim po trochu, był słuchany zarówno wtedy, gdy mówił o niemieckim czołgu, zdobytym przez mieszkanki Woli, jak i o tym, że kupcy, którzy nie otworzą sklepów, narażą się na surowe konsekwencje. A także, gdy przepraszał za chrypkę, bo głos to jego główne narzędzie pracy...

W mundurze (nie w garniturze, mimo legendy utrwalonej m.in. w filmie „Gdziekolwiek jesteś panie prezydencie”) i z teczką spędzał całe dni, urzędując w warszawskim ratuszu albo wizytując różne miejsca na terenie stolicy. Jego mieszkaniem stał się gabinet. Wszystkich zarażał optymizmem i wiarą, że Warszawa może się bronić długo i skutecznie. Był tego tak pewny, że nie mógł się nadziwić osobom domagającym się kapitulacji.
Lepiej czuł się w mundurze niż w garniturze. Stefan Starzyński, prezydent Warszawy. Fot. NAC/IKC
Takie głosy pojawiły się już w połowie września i nasilały się z każdym dniem. Nie mogło być inaczej – choć Starzyński i jego współpracownicy opanowali chaos pierwszych wojennych dni, to głód, zimno i bezdomność coraz bardziej dawały się we znaki mieszkańcom oblężonego miasta.

Prezydent próbował temu zaradzić – np. 16 września polecił stołecznym barom i restauracjom oszczędzanie jedzenia i serwowanie ludziom tylko jednego posiłku (tzw. eintopf – „potrawa jednogarnkowa”) – ale jego działania były kroplą w morzu potrzeb.

Sytuacji nie poprawiał fakt, że komunikaty władz zaczęły tracić rzeczowy ton i przeistaczać się w huraoptymistyczną narrację, mającą mało wspólnego z wojenną rzeczywistością. Przykładowo, 18 września podpułkownik Wacław Lipiński, szef propagandy Dowództwa Obrony Warszawy (DOW) ogłosił w radiu: „Nastrój wojska jest doskonały, porządek panuje wszędzie wzorowy. Żywności i amunicji jest pod dostatkiem”. Podobnie pisała prasa, która informowała m.in. o bitwie okrętów brytyjskich z jednostkami Kriegsmarine koło Gdyni. Z dzisiejszej perspektywy są to klasyczne fake newsy, choć miały one służyć podniesieniu morale wojska i społeczeństwa.

Starzyński uczciwiej stawiał sprawę: nie ukrywał, że Warszawa jest przez Luftwaffe równana z ziemią, że ofiarami niemieckich nalotów są szpitale, schroniska i szkoły. Równocześnie jednak przekonywał, że trzeba wytrwać, nie wolno się poddać, że stolica jest przykładem dla całego kraju, stawiającego czoła wrogiemu najazdowi.

Przedsmak piekła

Czy honor jest ważniejszy od pokoju? Czy bez Józefa Becka „pasalibyśmy Niemcom na Uralu krowy”?

„Myślałem, że mam za sobą sto dywizji, a miałem gówno” – powiedział.

zobacz więcej
Niestety, każdy kolejny dzień zwiększał prawdopodobieństwo kapitulacji. 23 września – parę godzin po najsłynniejszym przemówieniu Starzyńskiego („Nie za lat pięćdziesiąt, nie za sto lat, lecz dziś widzę wielką Warszawę...”) Niemcy zbombardowali elektrownię na Powiślu i Warszawa została bez prądu. 24 września wskutek uszkodzenia Stacji Filtrów jej pracownicy musieli przerwać dostawy wody. Luftwaffe obróciła w ruinę szereg budynków (m.in. Politechnikę Warszawską, pałac Krasińskich, gmach Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych). 25 września to „czarny/lany poniedziałek”: 400 samolotów zrzuciło na stolicę około 630 ton bomb, do tego ostrzał artyleryjski z ponad 1000 dział.

Ostateczny bilans strat wyniósł: 12% zniszczonych budynków, wśród cywilów 10 tysięcy zabitych i 50 tysięcy rannych.

Warszawa ostatniej dekady września to „miasto braków”: braku prądu, braku wody, braku jedzenia, braku mieszkań, braku lekarstw itd. Komentarze podpułkownika Tadeusza Tomaszewskiego, szefa sztabu DOW nie pozostawiają złudzeń: „Wiele koni leżało zabitych, a zgłodniali, zdesperowani ludzie wycinali scyzorykami, nożami płaty ścierwa”, „Przejechać Warszawę w ów [wrześniowy] wieczór było sztuką i wymagało […] przejazdów, by móc ominąć kaniony ognia […]. Ulice zasłane były szkłem na całej szerokości, tnąc pieszym obuwie, przecinając opony samochodom”.

Niemcy wprost zapowiedzieli, że to wstęp do piekła, jakie zgotują miastu, jeśli się nie podda.

Co na to Starzyński? Zwolennicy powiedzieliby, że cechowała go niezłomność, krytycy – że nieodpowiedzialność granicząca z głupotą. Choć prezydent Warszawy zdawał sobie sprawę z sytuacji, twardo opowiadał się za dalszym oporem. Na posiedzeniu Dowództwa Obrony Warszawy i Komitetu Obywatelskiego (skupiającego czołowych warszawskich polityków), które odbyło się 26 września, przekonywał, że miasto dysponuje zapasami: 1300 ton zboża starczy na 2 miesiące, ryżem, tłuszczami i konserwami można gospodarować jeszcze przez 3 tygodnie, a wodę „będziemy dowozić do mieszkańców beczkowozami z Wisły”. Na argumenty, że Warszawa stanie się cmentarzyskiem, „niczym tur potężny pochylił łeb w stronę żałujących róż i siłą wielkiej wiary i przekonania odwalił: »Trzy razy tak piękną odbudujemy«”.

Można zrozumieć te emocje, ale przedłużanie obrony skutkowałoby tylko większymi zniszczeniami. Jedynym rozsądnym wyjściem była kapitulacja, za którą prócz Starzyńskiego opowiedzieli się praktycznie wszyscy cywile i niemal wszyscy wojskowi (stanowisko prezydenta wsparł tylko pułkownik Marian Porwit).
Warszawa, Nowy Świat, szkielety zabitych koni leżące przy Pałacu Staszica. Fot. Autorstwa Ryś (tylko nazwisko) - Warszawa stolica Polski, Społeczny Fundusz Odbudowy Stolicy, wyd. II, Warszawa 1949, s. 66, no ISBN, Domena publiczna/ Wikimedia
Uczestnicy spotkania w ratuszu zapamiętali, że Starzyński sprawiał wrażenie nieobecnego, zobojętniałego. Trafnie uchwycił to Aleksander Ivánka, dyrektor finansowy Zarządu Miejskiego: „To nie była tylko boleść z powodu konieczności kapitulacji, zrozumiała u wodza obrony, ale to istotnie była konsternacja, że mógł nastąpić fakt kapitulacji”.

„Pozostanę wśród swoich warszawiaków”

Nasz bohater nie mógł jednak sobie pozwolić na dłuższą apatię. Jako symbol oporu Warszawy, nazywający Niemców „współczesnymi Hunami”, a naloty Luftwaffe „barbarzyńskimi zbrodniami”, nie mógł liczyć na taryfę ulgową. Nie było tylko jasne, jaki charakter przybierze niemiecka okupacja, ale dotychczasowy los przeciwników III Rzeszy sugerował, że Starzyńskiego w najlepszym razie czeka internowanie, w najgorszym – śmierć.

Z relacji świadków wynika, że brał on pod uwagę trzy możliwości: samobójstwo, przejście do konspiracji, trwanie na stanowisku prezydenta. Myśl o odebraniu sobie życia szybko porzucił, a z pozostałych dwóch rozwiązań początkowo preferował działalność podziemną. Wydawało się, że Starzyński-konspirator to zatem tylko kwestia czasu.

Wieczorem 27 września 1939 roku z fałszywymi dokumentami i zapasem ubrań stawił się w schronie Dowództwa Obrony Warszawy, był gotowy do ewakuacji. Od generała Tadeusza Kutrzeby usłyszał jednak, że będzie potrzebny podczas rokowań kapitulacyjnych z Niemcami.

Kiedy więc generał Juliusz Rómmel (dowódca Armii „Warszawa”) zaproponował mu ucieczkę samolotem do Rumunii, Stefan Starzyński odpowiedział: „Bardzo dziękuję za to, że pan pamięta o mnie, lecz tak jak pan nie chce zostawić swoich żołnierzy, tak i ja pozostanę wśród swoich warszawiaków, którzy też są bezbronni i narażeni na wszelkie przykre konsekwencje”.

Po co Sowieci bombardowali Warszawę?

Bombowce krążyły nad miastem i zrzucały bomby, często na oślep.

zobacz więcej
Wkrótce Starzyński przekona się, że łaska rodaków na pstrym koniu jeździ. W ratuszu już czekały na niego listy krytykujące go, a nawet potępiające, zarówno za zbyt późne poddanie stolicy, jak i za sam opór. Niezbyt przyjemna lektura. Ale nie miał na nią za wiele czasu.

Od razu rzucił się w wir pracy, a gabinet ponownie służył mu za mieszkanie („biurko pełne dokumentów, parawan a za nim łóżko i umywalka”). Zajmował się dosłownie wszystkim: od przestrzegania warunków kapitulacyjnych (nakazał warszawiakom złożenie broni i amunicji na policję), przez dbanie o bezpieczeństwo (więcej patroli Służby Obywatelskiej), po rozwiązywanie problemów aprowizacyjnych (otwarcie sklepów „Agrilu”, sprzedających m.in. ryż i cukier – ludzie czekali po nie w kolejce od 4 rano, Straż Obywatelska wydająca bezpłatnie gorącą zupę i chleb z niemieckich kuchni polowych, utworzenie Warszawskiej Hurtowni Aprowizacyjnej).

Wspierał Miejskie Domy Kobiet – w całym mieście zorganizowano sieć punktów, w których można było się dowiedzieć, jak prowadzić dom podczas okupacji: gdzie zdobyć jedzenie, co gotować, co robić ze śmieciami itd. To jego naciski sprawiły, że do połowy października Niemcy pozwolili na otwarcie 112 ze 189 szkół podstawowych.

Równie ważna, jeśli nie ważniejsza była odbudowa uszkodzonych domów – 15 października doszło w hotelu „Bristol” do spotkania prezydenta z przedsiębiorcami budowlanymi. Starzyński patronował naprawie Zamku Królewskiego, poważnie uszkodzonego przez Luftwaffe. Jego wysiłki na rzecz uruchomienia tramwajów, elektrowni czy wodociągów wypełniłby kolejne kilka akapitów.

Twardy przeciwnik

Niemcy nie mieli wątpliwości, że Starzyński będzie dla nich twardym przeciwnikiem, ale chyba nie spodziewali się, że aż tak twardym. Prezydent wielokrotnie interweniował u okupantów w sprawie aresztowanych osób: księży, nauczycieli, artystów, kupców czy przedsiębiorców. Dzięki jego zabiegom wielu z nich, przynajmniej na jakiś czas, opuściło więzienne mury.
1 października 1939 rok. Żołnierze niemieccy wkraczają do Warszawy. Fot. Wikimedia
Nie wahał się też krytykować żołdaków Wehrmachtu – w jednej z rozmów z komisarzem Rzeszy na Warszawę, dr. Helmuthem Otto, zarzucał im „plądrowanie mieszkań i zabieranie cennych rzeczy pod pozorem szukania broni”. Po kolei wyliczał, że Niemcy masowo konfiskują łóżka, stoły, pościel czy maszyny do pisania. Otto zobowiązał się do przeciwdziałania, ale skończyło się na obietnicach.

Starzyński starał się hamować antysemickie zapędy nowych władców Warszawy. Protestował przeciw pozbawieniu Żydów prawa do darmowych posiłków, rozdawanych na ulicach stolicy. Sprzeciw wyraził również wtdy, gdy Niemcy rzucili pomysł budowy baraków poza miastem i przesiedlenia tam całej społeczności żydowskiej. Symboliczne gesty, ale poza nimi niewiele mógł oficjalnie zdziałać, a okupanci robili swoje – rozpoczęła się dyskryminacyjna droga prowadząca w rezultacie do Holokaustu.

Nie oznacza to jednak, że Starzyński tylko patrzył na poczynania Niemców. Choć nie włączył się bezpośrednio w konspirację, wspierał ją jak mógł: pieniędzmi, podrobionymi dokumentami, a nawet służbowymi autami.
        ODWIEDŹ I POLUB NAS     Zacznijmy od dokumentów. Aby je wyrabiać, chociażby fikcyjne dowody osobiste, podziemie potrzebowało oryginalnych blankietów i pieczęci miejskich. Starzyński polecił je przygotować dyrektorowi Wydziału Ewidencji Ludności, Janowi Delingowskiemu, a paczkę ze „sprzętem” wręczył 28 września działaczowi PPS, Tadeuszowi Szturm de Sztremowi. Aby uniknąć podejrzeń, uczynił to w ratuszu podczas dekorowania cywilów zasłużonych dla obrony Warszawy. W ten sposób powstało pierwsze konspiracyjne biuro fałszerskie.

Prezydent stolicy nie zamierzał na tym poprzestać. Zwłaszcza po spotkaniu z generałem Michałem Karaszewiczem-Tokarzewskim „Torwidem” (29 września), który stanął na czele poprzedniczki Armii Krajowej – Służby Zwycięstwu Polski (SZP). Z inicjatywy Starzyńskiego „Torwida” i innych konspiratorów z SZP zatrudniono na fikcyjnych etatach w miejskich instytucjach. Wszyscy otrzymali legitymacje służbowe i w razie niemieckiej kontroli byli względnie zabezpieczeni. A jeśli jakiś Niemiec byłby szczególnie dociekliwy, znalazłby w kartotekach ewidencji ludności doskonale podrobione karty obywatelskie.
Na polecenie prezydenta przekazano organizacji pewną sumę pieniędzy. Jaką? Najczęściej wymienia się 350 tys. zł. Podobno odebrał ją przyszły Komendant Główny AK, Stefan „Grot” Rowecki.

Wreszcie, Starzyński przekazał podziemiu kilka samochodów miejskich. „Pierwszy z nich umieściliśmy na dziedzińcu budynku Muzeum Narodowego przy ulicy Podwale 15”, wspominał Stanisław Lorentz, dyrektor Muzeum, a po kapitulacji prawa ręka Starzyńskiego.

Trudno się więc dziwić, że Karaszewicz-Tokarzewski umieścił Starzyńskiego w swoistym wykazie ojców polskiej konspiracji – liście zatytułowanym „Szesnastka z września 1939”. Jeśli dodamy do tego nieustępliwość polityka w relacjach z okupantem, rodzi się pytanie: jakim cudem Niemcy tolerowali go na fotelu prezydenta miasta?

Odpowiedź jest prosta: bo go potrzebowali. Z jednej strony, jego autorytet gwarantował, że warszawiacy podporządkują się niemieckim nakazom w pierwszym okresie okupacji. Z drugiej, stanowił on alibi dla Niemców na forum międzynarodowym – skoro polski prezydent Warszawy dalej zajmuje swoje stanowisko, to nie jest tak źle.

„Zabierzemy się za sukinsyna”

Prawdziwy stosunek Niemców do Starzyńskiego wyraził jeden z gestapowców: „w tej chwili jest nam potrzebny do uruchomienia urządzeń komunalnych, ale potem zabierzemy się za tego sukinsyna”.

W tamtym czasie Niemcy jeszcze starali się zachowywać pozory. Przez cały październik szukali więc czegokolwiek, co pozwoliłoby aresztować prezydenta. Gdy kontrola finansowa Zarządu Miejskiego nie wykazała nieprawidłowości, wzięli się za subwencję dla warszawskiej Gminy Ewangelicko-Augsburskiej. Podważyli jej legalność, do tego kilku smutnych panów udało się do Polskiego Radia po płyty z przemówieniami Starzyńskiego. Na szczęście, czuwający nad nimi inżynier Jan Pilecki zachował zimną krew i skłamał, że wydał je wcześniej polskim oficerom. O dziwo, Niemcy stwierdzili, że „Befehl is Befehl” (niem. „rozkaz to rozkaz”) i... odeszli.
Groby przed kościołem św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży w Warszawie. We wrześniu 1939 r. ofiary ostrzału artyleryjskiego i bombardowań chowano na miejskich skwerach. Fot. Autorstwa Ryś (tylko nazwisko) - Warszawa stolica Polski, Społeczny Fundusz Odbudowy Stolicy, wyd. II, Warszawa 1949, s. 66, no ISBN, Domena publiczna/ Wikimedia
Pętla zaciskała się jednak coraz bardziej – 15 października prezydent otrzymał „zaproszenie” od Gestapo. Udał się tam wraz z Lorentzem i przez 3 godziny czekał na śledczego. Bezskutecznie. Na koniec usłyszał, że dzisiejsze wezwanie to pomyłka, ale niebawem zostanie powiadomiony o nowym terminie przesłuchania.

Czy spodziewał się aresztowania? Zapewne tak, bo postanowił pożegnać się z rodziną. 20 lub 21 października odwiedził bratowe, Halinę i Marię Starzyńskie, oddał im wszystkie oszczędności i zaoferował Marii swoją willę przy Szustra (jej mieszkanie zniszczyła niemiecka bomba, tymczasowe schronienie znalazła u szwagierki). Obiecał jeszcze Halinie załatwić nowe szyby do wybitych okien, a następnie wyszedł „w stanie wielkiego przygnębienia”.

Czarny dzień nadszedł 27 października. Oddajmy głos Stanisławowi Lorentzowi: „o godz. 2 po południu, gdy byłem w gabinecie prezydenta, weszło nagle dwóch oficerów Gestapo, jeden wysokiego stopnia, i zapytali, który z nas jest prezydentem miasta Starzyńskim, po czym polecili mu ubrać się i pojechać z sobą... Prezydent Starzyński wszedł do umywalni przy gabinecie, gdzie w październiku przechowywał swe rzeczy osobiste i włożył na siebie palto zimowe, a w rękę wziął kapelusz. Gdy z sąsiedniego gabinetu chciałem wziąć swoje palto, oficer wyższego stopnia powiedział, że ma jechać razem z nimi tylko prezydent Starzyński, nikt inny... Prezydent podał mi bez słowa rękę i wyszedł z gabinetu pierwszy, za nim obaj oficerowie. Z okna widziałem już wyjeżdżający z bramy Ratusza samochód”.

Kolejne tygodnie Starzyński tułał się po więzieniach: zakład karny przy Daniłowiczowskiej, przy Rakowieckiej, Pawiak. Mógł jeszcze odwrócić swój los – SZP przygotowała plan ucieczki, ale odmówił, nie chciał nikogo narażać. „Zostanę, za wielu spośród was zapłaciłoby za mnie życiem, wytrwam do końca” – przekazał.

Ślad po bohaterskim prezydencie urywa się 23 grudnia 1939. Tego dnia Niemcy zabrali go z więzienia i wywieźli w nieznanym kierunku. Co się z nim stało?

Zdaniem IPN został przewieziony przez gestapowców w inne miejsce Warszawy (być może były to ogrody sejmowe) lub jej okolice i tego samego dnia zastrzelony.

Nie zgadza się z tym profesor Tomasz Szarota, który dowodzi, że Starzyński trafił do obozu koncentracyjnego w Dachau i tam zginął w październiku 1943 roku (przed śmiercią SS-mani mieli mu przez 3 dni puszczać w celi nagrania wrześniowych przemówień, potem wyprowadzili go na zewnątrz i rozstrzelali).

Zagadka dnia śmierci prezydenta Warszawy pozostaje nierozwiązana do dziś.

– Tomasz Czapla

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Wykorzystane w tekście cytaty pochodzą z publikacji: „Stefan Starzyński, prezydent Warszawy” Mariana Marka Drozdowskiego; „Śmierć prezydenta – rozmowa z prokurator Małgorzatą Kuźniar-Plotą” Filipa Gańczaka; „Sanator. Kariera Stefana Starzyńskiego” Grzegorza Piątka; „Tajemnica śmierci Stefana Starzyńskiego” Tomasza Szaroty.
Mobilizacja wrzesień 1939
Zdjęcie główne: Chłopiec na gruzach zbombardowanego domu. Jedno z najsłynniejszych zdjęć Juliena Bryana z oblężonej we wrześniu 1939 r. Warszawy. Fot. Wikimedia
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Nie taki złoty chłopiec
Sto lat temu brytyjski archeolog odkrył grobowiec Tutanchamona.
Historia Poprzednie wydanie
Od kurtyzany do celebrytki. Przez łóżko do towarzyskiej kariery
Legenda pięknej Greczynki jest nadal żywa. Na Ukrainie.
Historia Poprzednie wydanie
Swawolny Tadeuszek. Niełatwy bohater dialogu polsko-rosyjskiego
Jego nazwisko w Rosji było synonimem donosiciela, pyszałka i łajdaka.
Historia wydanie 11.11.2022 – 18.11.2022
Życie publiczne i towarzyskie emigracyjnych prezydentów i...
Garden party u Andersów, bale karnawałowe i msze święte w Kensington.
Historia wydanie 11.11.2022 – 18.11.2022
Ciszewski i Hopfer. Sportowe biografie paralelne
Obaj odeszli 40 lat temu. Czy coś ich łączyło?