Felietony

Dokument cudownie odnaleziony. Czy Polska naprawdę zrzekła się odszkodowań za wojnę?

Nawet po 1970 roku, gdy kanclerz Willy Brandt pogodził się z granicą na Odrze i Nysie, nad kwestią odszkodowań za zbrodnie niemieckie wciąż pracowali prawnicy w MSZ, na czele z profesorem Zbigniewem Resichem, prywatnie ojcem dziennikarki Alicji Resich-Modlińskiej, a wówczas prezesem Sądu Najwyższego.

Polska zrzekła się w 1953 roku odszkodowań wojennych, twierdzą Niemcy, gdy tylko podnosi się sprawę ich odpowiedzialności finansowej za wojnę, którą wywołali przeciw Polsce w 1939 roku i w której wyniku zginęło sześć milionów polskich obywateli.

Po czym wymachują zbiorem dokumentów o reparacjach i odszkodowaniach, wydanym w 2004 roku przez PISM, będący polską rządową instytucją do merytorycznego wsparcia resortu dyplomacji.

Rzeczywiście, ni stąd, ni zowąd w 2004 roku odnalazł się protokół zebrania rządu PRL, w którym Polska miała się w 1953 roku zrzec odszkodowań od Niemiec. Zamieszczono go w zbiorze wydanym przez PISM w 2004 roku i do tego dokumentu odwołuje się niedawny raport Arkadiusza Mularczyka; polemicznie, ale bez kwestionowania jego autentyczności. To gorzej niż zbrodnia. To błąd.

Rzecz bowiem w tym, że nigdy wcześniej tego protokołu nie widziano, członkowie rządu PRL zaprzeczali jego istnieniu, a znajduje się na nim tylko jeden podpis – Bieruta.

Bolesław Bierut był wodzem partii komunistycznej, był prezydentem państwa, ale jednak nie był członkiem rządu. Tymczasem miało to być posiedzenie rządu.

Układ Grotewohl-Mołotow

Chronologicznie historia zaczyna się od tego, że wiosną 1953 roku zmarł na Kremlu Józef Stalin. Później wybuchło powstanie robotnicze w Berlinie, „które zawiodło nadzieje pokładane w ludzie przez rząd ludowy”, jak pisał Bertold Brecht. Wreszcie jesienią odbywały się wybory w Niemczech Zachodnich, których stawką miało być zjednoczenie Niemiec. Bo Berlin wciąż jeszcze był jednym miastem, nieprzedzielonym murem i ze swobodą poruszania się.

Niemiecki politolog: Berlin powinien wypłacić odszkodowania. Ale nie sądzę, aby się to stało

Kwestia granicy polsko-niemieckiej politycznie jest zamknięta na wieki wieków – uważa prof. Stefan Garsztecki.

zobacz więcej
W gładkie zjednoczenie i sieć przynęt grał Ławrientij Beria, który do grudnia 1953 roku rządził imperium sowieckim. Marzyła mu się konwergencja, przenikanie, scalenie, amalgamacja i każdy inny rzeczownik, pomagający wykuć nową postać świata. Był dla niej gotów porzucić wiele ingrediencji komunistycznych, leninowskich ideałów i stalinowskiej doktryny. Dopiero fiasko jego bezideologicznej polityki na odcinku niemieckim oraz fermentu wywołanego zwalnianiem ludzi z łagrów skłoniło towarzyszy, by ukatrupić Berię, a w jego miejsce postawić ekipę mającą program reaktywacji ideologicznej i dalszej budowy komunizmu.

Na razie jednak było przed wyborami nad Renem. I by zachęcić wyborców zachodnioniemieckich do postawienia na polityków chcących się dogadać z Kremlem, powtórzono znany z 1939 roku układ nad głową Polski. Wtedy był to układ Ribbentrop-Mołotow, a w 1953 roku zawarto układ Grotewohl-Mołotow. Ów Otto Grotewohl był namiestnikiem sowieckim na Niemcy Wschodnie i wodzem niemieckiej partii komunistycznej.

„Trybuna Ludu” 24 sierpnia 1953 roku opublikowała układ wschodnioniemiecko-sowiecki wraz z podpisami Grotewohla i Mołotowa. Opublikowała też załącznik, czyli „Oświadczenie rządu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej” – ale było to oświadczenie przez nikogo niepodpisane, za to nasączone rusycyzmami.

Jak twierdzi Adam Pszczółkowski, prozoprograf i znawca archiwów: „Podpis pod oświadczeniem – pap – wskazuje, że wyszedł spod ręki Julii Minc. Obok oświadczenia pojawił się komentarz redakcji, również bez podpisu. Można się domyślać, że autorem tego drugiego tekstu był Leon Kasman, działacz Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego i redaktor naczelny »Trybuny Ludu« ”.

Dziwne posiedzenie rządu PRL

Tytuł oświadczenia wskazywał na dokument rządowy. I następnego dnia, czyli 25 sierpnia 1953 roku premier Grotewohl na posiedzeniu Volkskammer w Berlinie odczytał niemieckojęzyczną wersję polskiego oświadczenia, o czym „Trybuna Ludu” doniosła 27 sierpnia.

Teksty polski i niemiecki oświadczenia rządu PRL wydrukowano w Zbiorze Dokumentów Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych nr 9/1953. Ale – jak podkreśla Adam Pszczółkowski – „oczywiście periodyk ten nie był oficjalnym publikatorem akt prawnych”.

Dopiero w 2004 roku w archiwum Kancelarii Prezesa Rady Ministrów urzędnicy Ministerstwa Spraw Zagranicznych „cudem” odnaleźli protokół dokumentujący rzekome posiedzenie Rady Ministrów, która miała się zebrać w niedzielę 19 sierpnia 1953 roku. Głos mieli zabrać Bolesław Bierut, Tadeusz Gede, Piotr Jaroszewicz, Hilary Minc, Zenon Nowak, Stanisława Zawadzki, Franciszek Jóźwiak, Eugeniusz Szyr i Kazimierz Mijal. Oświadczenie rządowe miało być przyjęte jednogłośnie przez 35 uczestników posiedzenia w dniu 23 sierpnia 1953 r. (a więc dzień po przyjęciu paktu Grotewohl-Mołotow).
Bolesław Bierut i szef jego kancelarii Kazimierz Mijal w czasie przyjmowania listów uwierzytelniających od nowego ambasadora USA w 1948 roku. Fot. PAP
Pod listą obecności, protokołem posiedzenia oraz samym oświadczeniem brakuje jednak podpisu kogokolwiek z rządu. Co więcej, byłby to jedyny przypadek, że rząd zebrał się w niedzielę. Był to dzień wolny od pracy nawet dla komunistów i bardzo sobie to cenili.

Przebieg posiedzenia rządu miał wyglądać według protokołu następująco: „Przewodniczący otworzył posiedzenie o godz. 16.30. (...) poinformował zebranych o wysuniętych propozycjach w tej sprawie przez Rząd ZSRR (...) Rząd ZSRR proponuje podpisanie przez zainteresowane rządy odpowiednich protokółów. Po dyskusji Prezydium Rządu podjęło jednomyślnie następującą uchwałę (...)”. Ani słowa o tym, co powiedziano w czasie dyskusji.

W 2004 roku żył jeszcze Kazimierz Mijal, jeden z ministrów rzekomo zabierających głos na posiedzeniu w 1953 roku. Od razu wysłał do prasy oświadczenie, że nigdy takiego posiedzenia rządu nie było.
        ODWIEDŹ I POLUB NAS     Jak opowiada Adam Pszczółkowski: „Kazimierz Mijal był barwną postacią. Szczery komunista, do tego stopnia, że za panowania Gomułki uciekł z PRL do Albanii, by tam założyć prawdziwie komunistyczny rząd emigracyjny. Potem działał w Chinach Ludowych. Wrócił do Polski w 1983 roku w celu obalenia generała Jaruzelskiego oraz przebicia w argumentach Solidarność, która jego zdaniem nie była wystarczająco robotnicza w postulatach”.

Urzędnicy znajdują protokół

Protokół zrzeczenia odszkodowań odnalazł się kilka dni po uchwale Sejmu, w której 10 września 2004 roku wskazano, że Niemcy nigdy ich Polsce nie wypłaciły.

Ministrem spraw zagranicznych w 2004 roku był Włodzimierz Cimoszewicz. To jemu podlegli urzędnicy „znaleźli” dokument i to on zarządził publikację protokołu jako autentycznego. Nadano więc dokumentowi numer 27A/53. Litera „A” została dodana, żeby upchnąć protokół pomiędzy istniejące 27 i 28.

Urzędnicy podlegli premierowi Markowi Belce odmówili potwierdzenia autentyczności dokumentu, więc nie nadano mu sygnatury archiwum Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Dla Niemców początek wojny to wciąż 22 czerwca 1941

Wolfgang Templin: W NRD nastąpiło zbiorowe rozgrzeszenie z nazistowskiej przeszłości. Tyle, że rozgrzeszano tylko tych, którzy uznali komunistyczną wykładnię dziejów.

zobacz więcej
Decyzja Włodzimierza Cimoszewicza była brzemienna w skutki. Nie było bowiem przed nią żadnego innego urzędowego dokumentu, który by świadczył o polskim zrzeczeniu się niemieckich odszkodowań.

Co prawda dla osłody Cimoszewicz w tym samym zbiorze, co protokół i inne nagle ujawnione ściśle tajne dokumenty w sprawie reparacji oraz odszkodowań, pozwolił wydrukować komentarze. A w nich profesorowie Jan Sandorski i Marian Muszyński podkreślili, że najpewniej miało miejsce oszustwo dotyczące protokołu. Nie wskazali wprost, że oskarżają urzędującego ministra spraw zagranicznych o współdziałanie w oszustwie. Ani Sandorski, ani Muszyński nie znaleźli dowodów wprost, które by udowodniły fałszerstwo. Choć Muszyński był bardzo blisko. Czytał bowiem – i cytował – protokoły ONZ z 1953 roku, gdyż zgodnie z prawem międzynarodowym akt zrzeczenia się należało zgłosić. Czytał je jednak jedynie po angielsku. Tymczasem dowód znajduje się w protokołach po rosyjsku i po francusku.

Gospodin Naszkowski zrzeka się reparacji

Jedynie rosyjski protokół posiedzenia Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych z 23 września 1953 roku – czyli miesiąc po rzekomej uchwale polskiego rządu – zawiera adnotację, że w sprawie odszkodowań polski wiceminister spraw zagranicznych „gospodin Naszkowski gawarił po francuski”, a nie po angielsku.

Generał Marian Naszkowski był bardzo enigmatyczną figurą. Adam Pszczółkowski przypomina, że: „w czasie II wojny światowej był oficerem Armii Czerwonej w oddziałach specjalnych NKWD”. Później twardą ręką prowadził politykę kadrową polskiego MSZ, a choć właśnie w niego wymierzona została wewnątrzpartyjna nagonka antysemicka w 1968 roku, to przetrwał ją i schyłek jego kariery wiązać należy dopiero z upadkiem tak zwanej grupy Szlachcica w kolejnej dekadzie.

Naszkowski w Nowym Jorku zaczął od „prowokacji antypokojowej”, jaką było „inspirowane” przez Zachód powstanie w NRD, by płynnie przejść do oręża, które oferuje Wschód. Tylko kraje komunistyczne – głosił Naszkowski – zapewniają pokój i przyjazne stosunki. „Wkładem Polski w szerzenie pokoju i odtworzenie zjednoczonych Niemiec”, mówił dalej wiceminister jest decyzja o wyrzeczeniu się „swojego udziału w wypłacanych reparacjach wojennych, począwszy od 1 stycznia 1954 roku”.
Rok 1964. Wiceminister spraw zagranicznych Marian Naszkowski (z prawej) towarzyszy cesarzowi Etiopii Haile Selassie (w środku) w czasie zwiedzania Uniwersytetu Jagiellońskiego. Fot. PAP/CAF/Stanisław Dąbrowiecki
Reparacje wojenne a odszkodowania to zupełnie dwa różne instrumenty, z czego Cimoszewicz – jako prawnik z zawodu – doskonale sobie zdawał sprawę.

Reparacje dotyczą pokrycia strat w zakresie infrastruktury, na przykład zniszczonych mostów czy fabryk. Reparacje wypłaca się stronom zwycięskim wojny, w tym wypadku czterem mocarstwom, które zasiadły w Poczdamie i zarządziły podział Niemiec na strefy okupacyjne. Dlatego też Niemcy płacili w lokomotywach czy maszynach do pisania Sowietom, a Sowieci jakąś część oddawali Polsce.

Natomiast odszkodowania (ang. damages, fr. dommage, niem. Schaden) dotyczą nie tylko przedmiotów, ale również ludzi – przy czym w II wojnie światowej zginęło 6 milionów polskich obywateli. Utrata przez nich życia, a przez innych zdrowia nigdy nie zostały rozwiązane od strony prawnej. Przecież armia polska liczyła we wrześniu 1939 roku milion żołnierzy, czyli większość ofiar stanowili cywile. Nie walczyli, więc Niemcy dokonali na nich ludobójstwa.

Spawa ludobójstwa ma więc nie tylko wymiar zbrodni, ale też policzalnej szkody. Chyba, że rzeczywiście niepodpisany dokument bez sygnatury, rzekomo z 1953 roku, jest autentyczny. Wtedy rzeczywiście Niemcy mogą zacierać ręce, że nie tylko reparacji, ale również odszkodowań za zbrodnie Polska się zrzekła.

Polskie władze komunistyczne tak jednak nie uważały. Nawet po 1970 roku, gdy kanclerz Willy Brandt pogodził się z granicą na Odrze i Nysie, w MSZ nad kwestią odszkodowań za zbrodnie niemieckie wciąż pracowali prawnicy, na czele z profesorem Zbigniewem Resichem, prywatnie ojcem dziennikarki Alicji Resich-Modlińskiej, a wówczas prezesem Sądu Najwyższego.

Pozostaje na koniec zapytać: Jaki interes miałby Cimoszewicz w legalizacji „protokołu”? Odpowiedź nie jest jasna. Czy mogło mu chodzić o uzyskanie przychylności niemieckiej potęgi medialno-prasowej w nadchodzących w 2005 roku wyborach prezydenckich? Chyba nie. Był przecież niekwestionowanym liderem sondaży. Do tego żaden mąż stanu nie zrobiłby takiego świństwa własnemu narodowi. Pewnie chodzi więc o coś innego.

– Andrzej Kozicki

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Andrzej Kozicki analizuje w tej książce powojenne relacje polsko-niemieckie, w tym wątek szacowania wysokości reparacji
Autor, ur. 1982, jest politologiem, varsavianistą. Członek zespołu Warsztatów Analiz Socjologicznych, były radny śródmiejski w Warszawie, autor książek in. „Odbudowa Warszawy opowiedziana na nowo” (2020) oraz „Ziemie Odzyskane. Jak zdobywano polski Dziki Zachód”. (2021).
Zdjęcie główne: Rok 2004. Sejmowa debata w sprawie odwołania Włodzimierza Cimoszewicza (z lewej) ze stanowiska ministra spraw zagranicznych w rządzie Marka Belki (z prawej). Fot. PAP-Tomasz Gzell
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Kult futbolistów. Polska drużyna pojechała do Kataru jak na wojnę
Petrodolary czynią cuda.
Felietony Najnowsze wydanie
FIFA, Infantino i eksport obyczajowej rewolucji
Czy kobiecy mundial odbędzie się w komunistycznej Korei?
Felietony Najnowsze wydanie
Ocieplenie
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Teraz to my będziemy zapalać świece na ukraińskich stołach
Na kogo mogą liczyć Ukraińcy? Na czyje wsparcie?
Felietony Najnowsze wydanie
Reparacje słuszne i niesłuszne
Na czym polega wymierzanie sprawiedliwości klimatycznej?