Kultura

Kino polskie czy kino z Polski?

Nie przypuszczałem, że będę kibicował w Gdyni szalonemu filmowi Xawerego Żuławskiego o ataku zombies. Wciąż jest co oglądać i wciąż ideologia nie dominuje nad ludzkimi historiami. Ale twórcy powiewają nią coraz częściej, choćby dla zapewnienia sobie uznania.

Festiwal filmowy w Gdyni to z założenia przegląd polskiego kina. Czy ten tegoroczny zwiastuje bardziej rewolucję czy kontynuację? Wobec czego rewolucję, czego kontynuację?

Jak co roku były masy ludzi na pokazach. W pięć dni ciężko było się dobić do 20 tytułów w konkursie głównym, a pozostawało jeszcze 7 filmów mikrobudżetowych (tanich, finansowanych przez Polski Instytut Sztuki Filmowej), 28 krótkometrażowych i mnóstwo imprez towarzyszących. Były tłumy ludzi kina wieczorami w holu hotelu Mercure i w słynnej knajpie Piekiełko w jego podziemiach. Był czerwony dywan, po którym ekipy filmowe wchodziły na końcową galę w Teatrze Muzycznym.

Szczypta ideologii

Chyba było mniej polityki niż przed rokiem, a zwłaszcza mniej niż przed trzema laty (jeszcze przed pandemią), kiedy część filmowców przebąkiwała o tworzeniu festiwalu alternatywnego.

Przypomnijmy, że głównym organizatorem jest Polski Instytut Sztuki Filmowej (PISF) uważany za przejęty przez władzę, nawet jeśli dyrektor Radosław Śmigulski żyje za pan brat z częścią filmowców, a do Instytutu dokładają się też komercyjne telewizje.

Wśród instytucji wspierających mamy Ministerstwo Kultury, Instytut Adama Mickiewicza, TVP, Narodowe Centrum Kultury, choć także Stowarzyszenie Filmowców Polskich i samorząd pomorski. Ta koalicja w ostatnich latach trzeszczała, a tacy ludzie jak Agnieszka Holland lubili podkręcać atmosferę antyrządowymi gromkimi wystąpieniami.

Tym razem Holland nie było. Filip Bajon, nagrodzony platynowymi lwami za całokształt twórczości (skądinąd bardzo zasłużonymi, kto nie wychował się na „Magnacie”?), na gali wyłożył credo liberała ukształtowanego przez przedwojenne „Wiadomości literackie” i przez rewolucję 1968. Ale nie wchodził w wojny polsko-polskie, wygrażał tylko Kremlowi odmawiającemu Ukraińcom prawa do istnienia.

Co nie znaczy, że festiwal był wolny od trendów i mód bardziej ideologicznych niż artystycznych. To Agnieszka Smoczyńska zdobyła złote lwy za film „Silent Twins”. Na gali reżyserka mówiła, że jej bohaterki są ofiarami wykluczenia o podtekście rasowym.

Chodzi o czarnoskóre bliźniaczki, które odmawiały odzywania się do kogokolwiek, przez co wypadły z normalnej edukacji, a potem trafiły do zakładu psychiatrycznego w następstwie swoich przestępstw. Rzecz dzieje się w latach 70. i 80. XX wieku w Walii, historia jest prawdziwa.

W pierwszych recenzjach pisano o kluczu rasowym jako jednej z możliwych interpretacji szaleństw bliźniaczek. Reżyserka jest go pewna. Ale nie zadbała o to, aby tego dowieść we własnym scenariuszu. Ich ofiarą pada przede wszystkim ich własna ciemnoskóra rodzina. Czy Smoczyńska wierzyła we własne słowa, czy uważa, że „tak trzeba mówić”?

Dostaliśmy też film Anny Jadowskiej „Kobieta na dachu”. Reżyserka zapowiadając go ze sceny, zachęcała kobiety do „ponadstandardowych zachowań”, bo są bardzo potrzebne w „trudnych czasach”.

Ja zaś odniosłem wrażenie, że główna bohaterka, zagrana przez laureatkę głównej aktorskiej nagrody Dorotę Pomykałę, mogłaby być z powodzeniem facetem. Jej problemy: naiwność, finansowa ruina, brak wspólnego języka z rodziną, depresja i osamotnienie nie dotykają wyłącznie kobiet. Ale Jadowska wolała w komentarzu klucz feministyczny. Widziałem na tym festiwalu sporo takich sytuacji.

O Polsce czy o świecie?

Sugestia jakiegoś przełomu błąkała się w wypowiedziach festiwalowych oficjeli. Systematyczne powracanie do tematów kobiecych jako celu kina to tylko jeden z sygnałów. Na 20 filmów w konkursie głównym, 7 zrobiły kobiety – więcej niż kiedyś.

Skądinąd niewiele tu się znalazło filmów starych mistrzów, a „Liczba doskonała” 83-letniego Krzysztofa Zanussiego, opowieść o relacjach między nauką i religią, nie została przez komisję kwalifikacyjną nawet dopuszczona do konkursu (był tylko pokaz „boczny”).
"Silent Twins", reż. Agnieszka Smoczyńska. Fot. materiały prasowe
Pięć filmów nakręcili debiutanci, kilka dalszych autorzy jednego czy dwóch filmów pełnometrażowych. I w sumie to krzepiące, przemysł filmowy stwarza przecież nowym twórcom dolegliwie wąskie gardła. Przeszkody powinny być przez młodych pokonywane.

Jeśli czegoś się boję, to zmian w kierunku przetartym już w innych krajach. Przykładowo gale Oscara zmieniły się w akademie ideowo-polityczne. W Gdyni aż tak wciąż nie jest. Ale czytamy znaki czasu.

Jeśli na gali nagradzany za mikrobudżetowego „Słonia” Kamil Krawczyński chlubi się filmem o swoim środowisku, czyli ludziach LGBT, mogę się zastanawiać, ile w tym triumfu najlepszego dzieła artystycznego, a ile mody. Nie widziałem tego filmu (widziałem kilka tytułów konkurencyjnych), więc to jedynie pytanie. Czy musimy mieć na podium kolejną polską „Tajemnicę Brokeback Mountain”?

Już „Wszystkie nasze strachy” jako laureat zeszłorocznych złotych lwów, film niezły, ale jednak nie wybitny, był profitentem modnego tematu LGBT. Gdyńska widownia za to nagradza rzęsistymi oklaskami. A zwykli widzowie?

Gdy chodzi o „Silent Twins” widzę pytanie istotniejsze. Mamy do czynienia z filmem kręconym w Polsce, ale poza środkami PISF, za pieniądze amerykańskich i brytyjskich producentów. Z filmem dziejącym się w Walii. Na ile to film polski? Filmoznawca Piotr Kletowski przypominając, że to skądinąd nie pierwsza taka produkcja w Gdyni, uważa, że to materia na dyskusję.

I kierownictwo PISF, i część świata filmu, uznali to za atut. Taka uniwersalna historia miała najlepiej rozsławić potęgę polskiego kina. Może i tak. Czy nie jest jednak zadaniem festiwalu w Gdyni promowanie polskiej tematyki? Tematyki, która nie wyklucza uniwersalności różnych opowieści.

W kuluarach od początku uznawano film Smoczyńskiej za kandydata do głównej nagrody. Czy ze względu na ten jego międzynarodowy rys? A może i dlatego, że główną nagrodę powinna dostać kobieta?

Mnie przypomniał się mój spór o polskie kino z Robertem Kaczmarkiem, szefem Filmoteki Narodowej. Jego uwaga, że nasi filmowcy starają się jak najprędzej upodobnić do świata poza Polską, jakoś we mnie zapadła.

Kaczmarek zderzał obecne polskie kino z tym z 1982 roku, prezentowanym na festiwalu w bocznych pokazach, wcześniej przypomnianym przez Filmotekę. To był świat filmów niepokazanych z powodu stanu wojennego. Filmów nakierowanych na rozmowę o nas, o Polsce. Kino Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Kieślowskiego, Agnieszki Holland, Feliksa Falka, Barbary Sass-Zdort i innych.

Potrzeba nam dziś polskich tematów i pewnie również uniwersalizmu. Ale czy „Silent Twins” Smoczyńskiej nie wybiera tylko tej drugiej perspektywy? I czy to nie zapowiedź tego, co dopiero nastąpi?

Wygrani, przegrani, dlaczego?

Zarazem gdy przyjrzeć się werdyktom jury pod przewodnictwem Jerzego Domaradzkiego, ciężko doszukiwać się konsekwencji w jakiejkolwiek linii. Wszyscy spodziewali się nagrodzenia filmu „Chleb i sól” Damiana Kocura. Dostał przecież dopiero co prestiżową nagrodę w Wenecji. Co więcej, też można by go uznać za modny. Pokazuje wszak starcie blokerskiej młodzieży w pewnym prowincjonalnym mieście z arabskimi właścicielami lokalu z kebabem. Też można by go przedstawić jako opowieść o wykluczeniu, jeśli nie rasizmie.

Tymczasem nagrodę za reżyserię dostał „Orzeł. Ostatni patrol”, obraz wojenny, imponujący jako widowisko. Tyle że „Chleb i sól” to poza moimi wątpliwościami, czy w Wenecji nie został nagrodzony za modne przesłanie, film zdecydowanie lepszy, budzący żywe emocje (także i moje).

Czy zdecydowało przekonanie, że warto wyróżnić zasłużonego dokumentalistę Jacka Bławuta, a Kocur, na którego postawiło Studio Munka, może jeszcze zaczekać? A może uznano film „Orzeł” obsadzony galerią męskich gwiazd za bardziej zgodny z tradycyjnymi funkcjami kina niż obraz ze szczątkowym scenariuszem, tworzony właściwie na planie przez aktorów-amatorów grających w dużej mierze samych siebie? Nie wiem. I nie jestem przekonany, czy wyrok był słuszny.
"Orzeł. Ostatni patrol", reż. Jacek Bławut. Fot. materiały prasowe
Pominięto także „Io” Jerzego Skolimowskiego. To także film międzynarodowy, kręcony w kilku krajach z aktorami nie tylko z Polski. Nagrodzony w Cannes i nominowany przez polską komisję do Oscara. Ta decyzja gdyńskiego jury wywołała szczególne zdziwienie, bo można było odnieść wrażenie, że podważa tę nominację.

Mnie osobiście ta poetycka, pięknie filmowana (zdjęcia Michał Dymek, Paweł Edelman, Michał Englert), opatrzona piękną muzyką opowieść o wędrującym po świecie osiołku, wydała się odrobinę zbyt akademicka. Nawiązywała do klasycznego kina („Na los szczęścia Baltazarze” Roberta Bressona), przy czym rezygnowała z jego chrześcijańskiego przesłania na rzecz częściowego uczłowieczenia zwierzęcia w oczach którego ma się odbijać kawałek współczesności. Sporo tu aluzji do znanych dzieł. Dla mnie zbyt mało emocji.

Ale gdybym miał zestawić „Io” starego mistrza i „Silent Twins”, postawiłbym na doświadczenie. Nie każdemu filmowi warto stawiać pytanie: „O czym to jest?”. Nie tym, które stawiają nas wobec jakiejś tajemnicy. Przy całej sprawności reżyserskiej Smoczyńskiej widziałem w opowieści o bliźniaczkach strzępy tajemnic, ale zbyt mało, abym się nie pytał o jego wymowę.

Srebrne orły dostał za to „Filip” producenta Michała Kwiecińskiego, współfinansowany przez TVP (prezesowi Mateuszowi Matyszkowiczowi dziękowano podczas gali za jego popychanie). To także film z częściowo cudzoziemską obsadą.

Ale zarazem ta historia Żyda, który trafił podczas wojny do Niemiec, udając Francuza (w istocie to autobiografia Leopolda Tyrmanda, którego powieść była podstawą fabuły), jest bardzo polska. Nie tylko dlatego, że główny aktor Eryk Kulm mówi czasem po polsku, a jego bohater uważa się za Polaka.

Również dlatego, że ten typ spojrzenia na wojnę, na cierpienie wojenne, na totalitaryzm jest wciąż naszą domeną, pomimo kpiarskich, antybohaterskich tonów. Świetne role, zwłaszcza wielka kreacja Kulma, tylko wzmacniają to wrażenie.

Polska bananowców….

Nie do końca dojrzała Gdynia do pewnego typu kina. „Apokawixa” Xawerego Żuławskiego to jedno z największych zaskoczeń tego festiwalu. On sam ogłosił, że kończy z eksperymentami. I nakręcił widowisko mieszczące się w kategoriach kina gatunkowego. Nawet jeśli tylko upozowane na horror, zombie movie, to upozowane świetnie.

Zarazem to miejscami komedia, no dobrze, pastisz, w tempie przynależnym temu gatunkowi. Pełno tu radości z kręcenia kina, z olśniewania widowni. Gdyby to ode mnie zależało, byłyby za to Lwy. Skończyło się na Lwim Pazurze, nagrodzie „za odwagę”. Dla mnie to odwaga kręcenia kina dla ludzi.

Nie byłem entuzjastą jego wcześniejszych dzieł. „Mowa ptaków”, kolaż utkany z lęków lewicowego inteligenta, był w tych lękach chwilami aż infantylny. Ale muszę przyznać, że w każdym z jego filmów ujawniała się – miejscami – sztuka podpatrywania rzeczywistości.

I ona jest obecna w „Apokawixie”. Nie ma tu mocnej tezy, ta ekologiczna brzmi chwilami jak żart, autoironia. A przecież miałem poczucie, że Żuławski pokazując wielką balangę, która zmienia się w masakrę, w migawkowych spostrzeżeniach objawia się jako ktoś, kto wącha swój czas.

W kuluarach festiwalu stoczyłem kilka sporów o to, czy młodzież pokazana w filmie jest prawdziwa. Studentki spotkane w Piekiełku twierdziły, że nie. Ja mam jednak wrażenie, że fenomen obecnej młodzieży polega na jej niejednorodności. W „Mowie ptaków” Żuławski lękał się młodych nacjonalistów (przesadnie). Tu pokazuje z wyczuciem retoryczny antykapitalizm, pacyfizm, ekologiczne obsesje, weganizm, choć i dziwne szczątkowe linki łączące licealistów z tradycją.

Poza wszystkim jest w tym zabawa kalkami. To uwaga do tych, którzy szukają fotograficznej precyzji w oddawaniu realiów. Albo skomplikowanych przesłań. To są, bo być muszą, tylko migawki.

Bawił się reżyser, dobrał do tego znakomitych partnerów. Nie wiem, czy Sebastian Fabijański parodiował w groteskowej roli pana Blitza Daniela Olbrychskiego, jak ktoś powiedział. Potwierdził jednak swoją czasem kwestionowaną klasę.
"Filip", reż. Michał Kwieciński. Fot. TVP/ Marta Gostkiewicz
Ale to przede wszystkim przestrzeń dla młodych aktorów (jak niedawna Netfliksowa makabreska „Wszyscy moi przyjaciele nie żyją”). Mikołaj Kubacki jako ekspansywny bogaty licealista Kamil bił rekordy przerysowania nacechowanego jednak charyzmą. A poza tym m.in. Mariusz Urbaniec (Mario), Alicja Wieniawa-Narkiewicz (Tola), Natalia Pitry (Mycha), Aleksander Kaleta (Maks), Oskar Wojciechowski (Janek), Michał Matczak (Paweł) – chciałoby się wymienić wszystkich.

Może najbardziej przenikliwą obserwacją Żuławskiego wydała mi się finałowa niewinność sadzących się na postnowoczesność spod znaku narkotycznych piguł millenialsów. Tylko tyle? A może aż tyle?

...i Polska blokersów

Gdyby szukać zaprzeczenia odysei współczesnych zamożnych licealistów, trzeba by sięgnąć znów do „Chleba i soli” Damiana Kocura. Napisałem o swoich obawach przed odbieraniem tej historii przez pryzmat ideologii. Ale to wnikliwy portret młodych ludzi pozamykanych w swoich przegródkach, nie umiejących wyjść poza prymitywne życiowe role i odpowiadające im rytuały.

Czy nie zostali potraktowani zbyt bezlitośnie? Kocur pokazuje nam troglodytę płaczącego po swoim ojcu alkoholiku, i to robi wstrząsające wrażenie. Para głównych bohaterów, braci uczonych za sprawą swojej matki klasycznej muzyki, jest nieustannie rozdarta między tożsamością pierwotną, każącą śmiać się z wulgarnych kawałów, i nabytą kulturą.

Zagrali ich prawdziwi bracia Tymoteusz i Jacek Biesowie, pianiści, nie wiem na ile obdarzeni podobnymi życiowymi doświadczeniami. I bezbłędnie wygrywali to rozdarcie, miotanie się między agresywną solidarnością z grupą i własnymi oporami. Jak reżyser to wydobył z naturszczyków? Choć do odwiecznych problemów z dźwiękiem w polskich filmach doszła kiepska, bo naturalna dykcja postaci, czyli wieczne mamrotanie.

Moją wątpliwością nie jest tylko obawa, aby ten film nie został odebrany jako jedna więcej satyra na pełnych uprzedzeń, topornych prowincjuszy. Skądinąd cała historia oparta jest na zdarzeniu autentycznym z polskiej prowincji. I, tak jak w rzeczywistości, ginie ostatecznie nie przybysz, a Polak.

Reżyser powtarzał, że zrobił film o różnych odmianach przemocy, także wewnątrz tej grupy. To prawda, choć widzę w tym podejściu ryzyko przesady. Kocur miał pretensję do publiki, że śmiała się, kiedy Tymek zbyt napastliwym pouczaniem małego chłopca, jak ten ma grać na pianinie, śmiertelnie go wystraszył. „To przecież także przemoc” – ogłaszał.

Generalnie widownia w Gdyni śmiała się za często. Ale ten śmiech dotyczył niezręczności Tymka, a nie strachu chłopca. Walka z wszelkimi atrybutami „przemocy” także może się zmienić w ideologiczną akcyjność. Co nie oznacza, że nie doceniam tego filmu.¬

Mam dosyć alzheimerów….

A co poza tym? Lista indywidualnych historii, ludzi nieszczęśliwych, osaczonych, gnębionych chorobami i samotnością. – Mam już dosyć tych wszystkich alzheimerów, raków i depresji – wyznał w kuluarach jeden ze znawców kina. Z kolei ksiądz Andrzej Luter, też świetnie się znający na filmach, nazywa takie produkcje „jednorocznymi”.

Co nie znaczy, że nie umieją wcisnąć w fotel. Można kwestionować rzekomo feministyczne przesłanie „Kobiety na dachu” Anny Jadowskiej. I nawet powątpiewać w prawdopodobieństwo psychologiczne zawiązku akcji: starsza, zadłużona, nie znajdująca oparcia w rodzinie i nękana depresją kobieta próbuje … napaść na bank.

Ale opowieść o samotności wśród bliskich jest przejmująca, nie tylko za sprawą wielkiej roli Doroty Pomykały. Mnie najbardziej utkwiła w pamięci piękna scena dziwnego rytuału w szpitalu psychiatrycznym. Wspinanie się Pomykały ku światłu wzbudziło nieokreśloną nadzieję, aby nas jej ostatecznie pozbawić.
"Głupcy", reż. Tomasz Wasilewski. Fot. materiały prasowe
W „Strzępach” Beaty Dzianowicz mamy mękę rodziny borykającej się z alzheimerem dziadka. W „Tacie” Anny Maliszewskiej kierowca tira musi się uporać z koniecznością pogodzenia misji przewiezienia zwłok zagranicę z opieką nad dwiema dziewczynkami: własną córką i ukraińską córką gosposi. W „Siubuku” Jacka Lusińskiego kobieta walczy o opiekę nad swoim autystycznym synkiem.

Te filmy opowiadają się generalnie za dobrem, w „Tacie”na dokładkę za zbliżeniem między Polakami i Ukraińcami. Są dobrze grane (Michał Żurawski i Michał Przybył w „Strzępach”, Eryk Lubos w „Tacie”, Małgorzata Gorol i Andrzej Seweryn w „Siubuku”).

Niemniej miałem poczucie swoistego szantażu emocjonalnego pod tytułem: szukamy po raz któryś ekstremalnej sytuacji nie do udźwignięcia i epatujemy. Może najmocniej czułem to w „Tacie”, gdzie elementem tego szantażu jest obecność dzieci (skądinąd też świetnie oddanych przez Polinę Gromową i Klaudię Kurak). Najbardziej przekonywał „Siubuk”, bo stawiał pytania nie tylko jednostkom, ale społeczeństwu i państwu.

Był jeszcze „Johny” Daniela Jaroszka, w którym autentyczna postać, ksiądz Jan Kaczkowski, stawała wobec całego morza cierpienia. Efekt został odrobinę popsuty końcową nieco lukrowaną dydaktyką. Ale poza świetnymi kreacjami nagrodzonego Piotra Trojana oraz Dawida Ogrodnika dostaliśmy świadectwo poszukiwania Boga. Nawet jeśli sprowadzanego już tylko do patronowania charytatywnej pomocy, broń Boże nie trudnym moralnym wymaganiom.

Ciekawym przykładem jest „Zadra” Grzegorza Mołdy. Tam bohaterka zmaga się nie tyle z wyzwaniami ponad siły, ile z pokusami. Młoda raperka z pogromczyni „systemu” staje się partnerką modnego hip hopowca Motyla. Tyle że on jest profesjonalistą, która śpiewa o uzależnieniach, ale ciężko pracuje. A ona odpływa, pogrąża się w narkotykach.

Film stawia pytanie o cenę zdrady swojego pierwotnego świata. Ale rozmywa mocny przekaz dwuznacznym, mającym zadowolić wszystkich zakończeniem. Jego atutem jest za to talent Magdaleny Wieczorek jako tytułowej Zadry. Wspierają ją Jakub Gierszał (Motyl), a także grający kolejną dobrą rolę Ignacy Liss, i nawet wokalistka Margaret.

Na granicy normalności

Pojawił się też w Gdyni film, który z założenia miał przekroczyć kolejną granicę. W pozostałych tytułach mamy zwykłe nieszczęścia. W „Głupcach” Tomasza Wasilewskiego poza zderzeniem głównej bohaterki z chorobą syna, dostajemy przypadek kazirodztwa. Wasilewski zapewniał, że chodzi tylko o zadanie pytań. Nie odżegnywał się jednak od podważania tabu (pytając po projekcji, dlaczego tym ludziom grozi więzienie).

Można by na to odpowiedzieć najprościej: choćby dlatego, że poza wyjątkowymi sytuacjami, w relacjach miłosnych między rodzicami i dziećmi tkwi ryzyko przemocy, choćby psychicznej. Tak naprawdę jednak „Głupcy” przegrali z powodu męczącej, cokolwiek pretensjonalnej, formy. Pomimo świetnych ról Doroty Kolak i Łukasza Simlata.

Widownia, w większości progresywna, poskąpiła oklasków, a jury nagród. Choć na spotkanie z Wasilewskim przyszli nieliczni zwolennicy tego filmu. Byłem też świadkiem sporu w kuluarach, gdzie progresywny aktor ten film atakował, a konserwatystka szukała w nim wartości. Może więc coś w nim było?

Poza wszystkim forma „Głupców” prowadziła do pytania o granice tak zwanego kina artystycznego: owych wszystkich nieruchomych, trwających minutę ujęć, nieustannych przemarszów bohaterów w tę i z powrotem i dialogów, które ciężko zrozumieć.

Może nawet bardziej niż w „Głupcach” doznałem tej pułapki, oglądając „Iluzję” kolejnej debiutantki Marty Minorowicz. To w teorii historia kryminalna, ale bardziej dramat psychologiczny kobiety, która wciąż wierzy, że można odnaleźć jej zaginioną córkę. Miał dobrą ekspozycję i świetną Agatę Buzek w roli głównej. Rok temu była znakomita w bardzo dobrym filmie Łukasza Grzegorzka „Moje wspaniałe życie”. Teraz w „Iluzji” przykuwała uwagę od pierwszej chwili.
„Zadra”, reż. Grzegorz Mołda. Fot. Dawid Olczak/ materiały prasowe
Niestety, pokusa „kina artystycznego” okazała się zbyt przemożna. Weźmy pierwszą lepszą scenę. Agata Buzek jedzie samochodem. Jedzie i jedzie. W końcu wysiada. Obchodzi swoje auto. Podchodzi do jakichś drzwi. Dzwoni. Nikt nie otwiera. Nie wiemy, gdzie chciała się dostać. Wraca do auta. Znowu jedzie….

Szukałem ciekawej historii i nie znalazłem. Choć spotkałem na festiwalu takich, którzy chwalili klimat z „Iluzji”.

Historia nie z czytanek

W roku 2018 mieliśmy dwa filmy o Dywizjonie 303. W roku 2019 był „Piłsudski” i były „Legiony” – pokłosie 100. rocznicy odzyskania niepodległości. W ubiegłym roku nastąpił wysyp obrazów o PRL. Czasem żartobliwie rodzajowych („Zupa nic”, „Bo we mnie jest seks” czy „Najmro”), ale i ponuro rozrachunkowych („Żeby nie było śladów”, „Akcja Hiacynt”). Tym razem takiej podróży po najnowszej historii nie mieliśmy.

Dostaliśmy za to wspomnianego już „Filipa”. To film o ukrywaniu tożsamości, o poszukiwaniu zemsty, ale i o przeraźliwej samotności w obliczu okrutnego systemu i strasznego wojennego chaosu. Ludzie o poglądach konserwatywno-patriotycznych pewnie woleliby innego bohatera, aczkolwiek przypomnę, że Tyrmand, pierwowzór Filipa, stał się idolem antykomunistycznej prawicy. Dla mnie to film „nie z czytanek”, mądry i w jakiś sposób wizyjny. Finał trochę jak z „Bękartów wojny” obdarza nas jednak szczyptą heroizmu. I szczyptą nadziei, także wobec wydarzeń z obecnych czasów.

Boli natomiast kompletne pominięcie filmu „Orlęta. Grodno 39” Krzysztofa Łukaszewicza. Wsparty nie tylko przez PISF, ale i przez Ministerstwo Kultury, współprodukowany też przez TVP, jest pierwszym obrazem pokazującym sowiecką agresję po 17 września 1939 roku. Zarazem krytykują go recenzenci o konserwatywnych poglądach. Nie pasuje im główny bohater, żydowski chłopiec, ani obrazki jeszcze przedwojennego antysemityzmu.

Te zastrzeżenia mogę zrozumieć. Prawica czeka na polskiego bohatera. Można też odnieść wrażenie, że uprzedzenia wobec Leosia rzucają jakiś cień na polską społeczność broniącą potem Grodna (choć nie jest ona pokazana tak mrocznie jak by wynikało z narzekań). Zarazem ci krytycy nie zauważają, że wybór Leosia to wielki hymn na cześć rycerskości à la Henryk Sienkiewicz. To film o sile polskości.

Pewnie dlatego druga strona ideowych sporów filmu szczególnie nie broni. Pozostał „niczyj”. A szkoda, bo prezentuje ciekawe spojrzenie na historię. Jest też wstrząsającym zapisem agresji na miasto, jakże aktualnym także dziś. A 12-letni Felek Matecki grający tak autentycznie Leosia powinien być murowanym kandydatem do nagrody na debiut aktorski roku. Przy całej sympatii dla studentki Marty Stalmierskiej, która dostała ją za role w „Johnym” i „Apokawixie”.

Trzeci film historyczny „Orzeł. Ostatni patrol” to dzieło szczególne. Nieprzypadkowo nagrodzone poza reżyserią za charakteryzację (Dariusz Krysiak), dźwięk (Radosław Ochnio oraz Michał Fojcik) i za montaż (Bartłomiej Piasek i Piotr Wójcik). Dodałbym jeszcze nagrodę za zdjęcia Jolanty Dylewskiej. Technicznie, wizualnie to obraz piękny, wysmakowany.

Spotkałem się z zarzutem, że jest on pochwałą bierności, pogodzenia się z klęską. Niczego takiego tam nie znalazłem. Umęczone twarze marynarzy „Orła”, o którym wiemy, że z patrolu nie wróci, są świadectwem cierpienia wynikłego nie tylko z klaustrofobii, ale i z tęsknoty za skrwawioną Polską. Niesamowita jest scena obserwowania przez peryskop z odmętów Morza Północnego holenderskiego wesela, zderzenia wesołej biologii świata zewnętrznego z przerażającą pułapką podwodnej łodzi.

Jednak to film zbyt ascetyczny, świadomie odarty przez Bławuta z ludzkich historii, także pozbawiony konfliktu, więc dramaturgii. Zapamiętujemy kilka dość zdawkowo zarysowanych postaci: Tomasza Ziętka (kapitan), Adama Woronowicza, Antoniego Pawlickiego, Tomasza Schuchardta, Rafała Zawieruchy, z młodszych Konrada Szymańskiego czy Szymona Kukli. Ale wielu innych, znakomitych aktorów nie bardzo ma co grać. Niektórych prawie nie widać. Wychodziłem więc z poczuciem niedosytu.

Filmy z seksem w roli głównej. Polski towar eksportowy

Czy w sequelach „365 dni” będą pracować specjaliści od cenzurowania scen erotycznych?

zobacz więcej
Ciekawe natomiast, jak dalece zniknął czwarty film odnoszący się do niedawnej historii: „Wesele” Wojciecha Smarzowskiego. Nagrodzono go tylko za kostiumy. Premiera odbyła się wiele miesięcy temu. Ale też od początku ten obraz nie spełnił zadania, jakie mu stawiał reżyser: ideologicznego skandalu. Inaczej niż przed czterema laty „Kler”.

Mniej mam do niego pretensji za okrutny zapis zbrodni na Żydach z roku 1941. Może należało to odgrzebać, choćby nawet po „Idzie” i „Pokłosiu”. Choć widać tu przerysowania: cała wieś idzie mordować Żydów.

Na mnie wręcz karykaturalne wrażenie robiła za to próba opowieści o współczesnej Polsce: rzekomo przywiązanej do antysemityzmu i naznaczonej zbiorową odpowiedzialnością za winy ojców. Wprost wykładana teza, że samo oglądanie się w przeszłość w celu jej uczczenia prowadzi do uprzedzeń i narodowej nienawiści podważa wagę takich wcześniejszych produkcji Smarzowskiego jak „Róża” czy „Wołyń.

W poszukiwaniu prawdy o człowieku

Nie sposób było ogarnąć całego dorobku festiwalu. Pełen uznania dla nieokiełznanej wyobraźni Lecha Majewskiego, nie zdążyłem zobaczyć jego „Brigitte Bardot cudownej”. I bardzo tego żałuję.

Coś jeszcze przekonało mnie jednak, że jedzie się do Gdyni, aby nadal spotykać się z człowiekiem. To mikrobudżetowy obraz „Czas na pogodę” Jacka Raginisa-Królikiewicza, kameralna przypowieść na jedną łódzką kamienicę i dwójkę bohaterów zagranych przez wspaniałych aktorów: Ewę Konstancję Bułhak i Łukasza Lewandowskiego. ODWIEDŹ I POLUB NAS Tu nie ideologiczne morały są istotne. To historia o samotnych ludziach, o marzeniach i komedii pomyłek co do intencji, o ludzkim upadku podlanym alkoholem, z pytaniem o szanse na dźwignięcie się. Z pięknym, niejednoznacznym finałem na zwyczajnym balkonie.

Mieliśmy więc na festiwalu spotkanie całkowicie odmiennych biegunów. Z jednej strony surowa prawda „Chleba i soli” demonstrowana przez improwizujących amatorów. Z drugiej, precyzyjny scenariusz przeniesiony z teatralnej sztuki, gdzie tekst podają wielcy teatralni aktorzy. To spotkanie to hymn na cześć różnorodności.

Czy jednak to różnorodność kompletna? Nie widziałem tu wielu ważnych tematów, choćby buntu przeciw potężnym i bogatym. W tym sensie zgadzam się z utrwalonym w jednej z festiwalowych kronik narzekaniem Agnieszki Holland na brak odwagi ludzi kina. Tyle że Holland chodzi o manifesty antyprawicowe. Ja nie doczekałem się remanentów w duchu choćby zeszłorocznej „Lokatorki”.

Czy się doczekam? Marsz zmierza zdaje się w innym kierunku, choć ten kierunek nie jest łatwy do jednoznacznego zdefiniowania. Gdy zaś dodać wątpliwości, czy w każdym przypadku wygrali najlepsi….

– Piotr Zaremba

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

47. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni – gala wręczenia nagród
Zdjęcie główne: "Apokawixa", polski film o zombies, reż. Xawery Żuławski. Fot. Grzegorz Press, Discovery, TVN Warner Bros, materiały prasowe
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Duma i uprzedzenie. Widmo II RP wciąż nie daje nam spokoju
Na tle tatrzańskich szczytów nowojorskie drapacze chmur prezentują się dość mizernie…
Kultura Najnowsze wydanie
Efekt Pugaczowej. Czy piosenkarka zmusi Rosjan do myślenia?
Celebrytka wiedziała, jak dobrze żyć z każdą władzą.
Kultura Poprzednie wydanie
Twórca astronomiczny, który namalował motyle na stacji metra
Dzięki niemu warszawskie metro stało się największą na świecie galerią sztuki.
Kultura Poprzednie wydanie
Inna Europa Józefa Mackiewicza
W całej swojej twórczości zmagał się z pytaniem, „Czy różne narody mogą mieć wspólną ojczyznę?”
Kultura Poprzednie wydanie
Jerzy Połomski, architekt piosenki
Komponować nie potrafił, pisać tekstów nie zamierzał.