Cywilizacja

Rozstrzelany podręcznik

Można, a nawet trzeba, krytycznie analizować książki do historii. Ale to, co spotkało „HiT” Wojciecha Roszkowskiego, przekroczyło granice nie tylko naukowej debaty, ale też zwyczajnej kultury. Media, które wznieciły na swych łamach tę kampanię nienawiści, teraz podsycają hejt w internecie i podpuszczają do niego uczniów.

– Jutro będzie dostawa. Zamówiłam, bo… – pani w jednej z podwarszawskich księgarń, zapytana o podręcznik „Historia i Teraźniejszość” na ułamek sekundy zawiesza głos, delikatnie się pesząc i uśmiechając, tak jakby sytuacja wymagała usprawiedliwienia. – Sama muszę zobaczyć, co tam jest napisane – słyszę z jej ust i odnoszę wrażenie, że podręcznik autorstwa prof. Wojciecha Roszkowskiego dla szkół średnich jest czymś w rodzaju zakazanego owocu.

To nieśmiałe wyznanie nie może dziwić, biorąc pod uwagę atmosferę, jaka towarzyszy podręcznikowi do nowego przedmiotu. Tym bardziej, że wraz z rozpoczęciem roku szkolnego temperatura dyskusji wrasta.

Jeszcze podczas wakacji dochodziło do różnych happeningów wymierzonych w tekst prof. Roszkowskiego. Publicznie niszczono podręcznik, m.in. przy pomocy niszczarki, namawiano też do jego palenia, a pewien jegomość nagrał nawet wideo ze strzelnicy, gdzie „HiT” służył mu za tarczę.

W mediach zaroiło się od niewybrednych komentarzy, w których zasłużony historyk, autor wielu ważnych dzieł – w tym wydanej w PRL-u w drugim obiegu, pod pseudonimem „Andrzej Albert”, niezależnej „Najnowszej historii Polski” – mieszany jest z błotem.

– To jest element wojny kulturowej – tłumaczy nagonkę w różnych wywiadach prof. Roszkowski.

Z kolei Piotr Zaremba, historyk i publicysta, w rozmowie z Tygodnikiem TVP zauważa, że krytyka polityczna zawsze jest przerysowana. – Używa języka uproszczeń, hiperbol. Palenie podręcznika, strzelanie do niego i tego typu akcje są absurdem – komentuje.

Niezamknięte spory

W krytyce nie ma oczywiście nic złego, ba, jest ona wręcz potrzebna i konstruktywna – pod warunkiem, że spełnia pewne standardy. Jeżeli używa się w niej argumentów merytorycznych, a nie tanich chwytów. – Jestem krytyczny wobec tego podręcznika. To jest zbiór esejów – mówi Piotr Zaremba, który niegdyś, przez kilka lat, uczył w szkole historii i wiedzy o społeczeństwie.

– Podręcznik powinien być kompendium faktów, zjawisk i związków przyczynowo-skutkowych. Tymczasem niektóre rozdziały „Historii i teraźniejszości” są zbiorem luźnych dygresji prof. Wojciecha Roszkowskiego – kontynuuje.

Dla Piotra Zaremby niezrozumiałe są m.in. odniesienia do współczesności, wszakże zakres podręcznika obejmuje lata 1945-1979. Na przykład nawiązanie do obecnych sporów – w rozdziale o przemianach społecznych w Stanach Zjednoczonych – dotyczących używania słowa „Murzyn” czy obalania pomników ojców założycieli USA.

Trzeba przy tym pamiętać, że pokazanie młodzieży zakorzenienia teraźniejszości w przeszłości jest głównym założeniem przedmiotu Historia i teraźniejszość. Stąd w mojej ocenie stosowanie tego rodzaju zabiegów przez prof. Wojciecha Roszkowskiego jest uzasadnione.

Według Piotra Zaremby jest to jednak problematyczne, tak samo jak wyrazistość tekstu i to, że autor nie unika ocen. – Nie twierdzę, że Wojciech Roszkowski powinien uchylać się od wszelkich ocen, natomiast powinny one dotyczyć sporów zamkniętych, gdzie historia wyraźnie wskazała, kto miał rację. Nie mam żadnego problemu z tym, że profesor demaskuje marksizm jako ideologię, która doprowadziła do komunizmu. Ale jest pewien typ sporów, które nie są zamknięte, i jeżeli społeczeństwo jest wokół nich podzielone, to ja bym raczej przywoływał różne stanowiska i zachęcał nauczyciela do inicjowania dyskusji. Natomiast prof. Roszkowski pewne kwestie, na przykład dotyczące sfery obyczajowej, rewolucji seksualnej, próbuje rozstrzygać. W dużej mierze zgadzam się z jego poglądami, ale podręcznik szkolny nie służy do wyłożenia (słusznych skądinąd w tej sprawie) poglądów autora – uważa Zaremba.
W 2003 roku Wojciechowi Roszkowskiemu wytoczył proces działacz komunistyczny, były członek KC PZPR i m.in. peerelowski minister kultury Stanisław Wroński. Historyk w swojej "Najnowszej historii Polski" stwierdził bowiem, że Wroński, jako zastępca dowódcy w oddziale sowieckiej partyzantki na Kresach Wschodnich de facto "był związany z KGB". Na zdjęciu Roszkowski (z lewej) w korytarzu Sądu Rejonowego w Warszawie. Fot. Rafal Guz / Forum
Podobne zdanie na temat formy podręcznika ma Jarosław Pytlak, dyrektor Zespołu Szkół STO na warszawskim Bemowie: – Mówimy o sprawach delikatnych. W społeczeństwie żyją ludzie, którzy mają na temat historii najnowszej rozmaite poglądy. Dlatego uważam, także jako autor podręczników szkolnych, że podręcznik powinien wyglądać inaczej. Nie może prezentować jednego światopoglądu. Powinien zestawiać różne poglądy, zostawiając osąd odbiorcy. Tymczasem „Historia i teraźniejszość” prof. Roszkowskiego jest publicystyką – mówi pedagog, a po chwili dodaje, że problem stanowi również duża objętość książki.

Odmienny pogląd na sprawę języka „Historii i teraźniejszości” ma prof. Marek Kornat, historyk z UKSW w Warszawie i IH PAN. Badacz uważa, iż przyjęta przez prof. Wojciecha Roszkowskiego forma jest wręcz wskazana. – Nie może być inaczej. Opracowanie suchego, nasyconego faktami tekstu, przypominającego monografię naukową, sprawi, że młodzież z niego nie skorzysta. To musi być barwnie podana wiedza. Język powinien być wyrazisty. Do czytania monografii młodzi ludzie są gotowi dopiero na studiach. I to pod warunkiem, że mówimy o dobrych studentach... – mówi nam prof. Kornat. I dodaje, że prof. Wojciech Roszkowski to bardzo kompetentny historyk, który ma wielki talent do ujmowania procesu historycznego w syntetycznym, streszczającym ujęciu, co jest dużym walorem jego twórczości.

Z kolei dr hab. Paweł Skibiński, historyk i politolog z Uniwersytetu Warszawskiego, w rozmowie z Tygodnikiem TVP argumentuje: – Autor podręcznika ma prawo do wyrażania własnych opinii, zachowując przy tym możliwie zobiektywizowany przekaz. W mojej ocenie prof. Wojciech Roszkowski nie przekracza tej granicy. Natomiast są pojedyncze sformułowania, które należałoby skorygować. Nie jest to jednak wina prof. Roszkowskiego, albowiem powinno to zostać doprecyzowane przez redaktorów wydawnictwa.

Historyk jednocześnie podkreśla, że niewątpliwym problemem było tempo prac nad podręcznikiem. – Daleki jestem od stwierdzenia, że jakikolwiek tekst podręcznikowy po kilku miesiącach będzie dopracowany w 100 proc., w sposób niebudzący dyskusji. Nie możemy tego żądać od autora czy wydawnictwa. Niemniej tekst powinien podlegać pewnym poprawkom, doprecyzowaniom, obiektywizacji. Oczywiście w granicach zasadnych dla dyskursu humanistycznego, który nigdy nie będzie w pełni zobiektywizowany – przekonuje badacz.

Po chwili dodaje: – Tekst podręcznika, mimo możliwej obiektywizacji, nie stanowi przekazu wiary dla ucznia. To jest przekaz, do którego uczeń powinien umieć się odnieść, co z kolei jest zadaniem nauczyciela.

Kultura przesady

W przestrzeni publicznej nie brakuje jednak ludzi, którzy wykorzystują dyskusję o podręczniku do szukania taniej sensacji, do dezawuowania prof. Wojciecha Roszkowskiego. Wraz z inauguracją roku szkolnego, akcję „Szkoła bez bzdur” zainicjowała „Gazeta Wyborcza”.

„Pod hasłem #szkołabezbzdur zbieramy informacje o fałszywych, szkodliwych, nierzetelnych treściach w szkolnych podręcznikach. W ramach akcji przygotowaliśmy 'erratę' do strony o metodzie in vitro. Chcemy pokazać, że można na ten temat stworzyć przystępny w odbiorze i obiektywny tekst napisany przez ekspertów, a nie ideologów” – czytamy w opisie projektu.

Redakcja zachęca do wycinania i wklejania przygotowanej strony o in vitro do podręcznika prof. Roszkowskiego. Jest to odpowiedź na fragment, w którym autor krytycznie odniósł się do trendu rozdzielania sfery seksu od sfer miłości i płodności. Autor ani razu nie użył terminu „in vitro”, a jego słowa zostały wyrwane z szerszego kontekstu. Zresztą fragment, który wywołał głosy oburzenia, nie znalazł się w poprawionej wersji podręcznika. Mimo tego Roman Imielski, wicenaczelny „Wyborczej”, w wideo promującym akcję „Szkoła bez bzdur” wysuwa zarzut, że podręcznik stygmatyzuje dzieci pochodzące z in vitro.

„Chcemy uwolnić nasze dzieci od pseudonaukowego bełkotu, kiepskich, ideologicznych lektur i podręczników «z misją»” - czytamy w opisie akcji. Ale niektórzy uważają, że celem „Szkoły bez bzdur” jest właśnie stygmatyzacja, z którą „Gazeta” – jak zapowiada – chce walczyć.

Czy pytania o moralny aspekt in vitro mają być tematem tabu?

Człowiek „wyzwolony” z naturalnych więzi rodzinnych jest pozbawiony tożsamości.

zobacz więcej
– To jest charakterystyczne, że strona dominująca w wymiarze opiniotwórczym (i nie tylko), która głosi tzw. pluralizm, tolerancję, nie znosi, gdy jest naruszany jej monopol, zwłaszcza w dziedzinie edukacji. Jeżeli ktoś wyłamuje się z tego monopolu, to jest przedmiotem bezpardonowych ataków. Tzw. pluraliści rzekomo walczą o tolerancję, ale wszystkich inaczej myślących usiłują wyeliminować z życia publicznego, przypinając im łatkę nietolerancyjnych, na zasadzie: „Pełny pluralizm zapanuje dopiero wtedy, gdy wszyscy będą myśleli i zachowywali się tak, jak tego oczekujemy” – mówi Tygodnikowi TVP Bronisław Wildstein, którego zdaniem wspomniany podręcznik jest „bardzo sensowny i rozumny, jak wszystkie pozycje, które napisał Wojciech Roszkowski”.

Działania wymierzone w historyka i jego podręcznik nazywa kampanią nienawiści. – Próbuje się zaszczuć prof. Roszkowskiego stosując różne kłamstwa, insynuacje. Chociażby kłamstwo, które rozpowszechnił Donald Tusk, że fragment podręcznika odnosi się do dzieci poczętych metodą in vitro, o czym nie było tam mowy. To był wymysł Tuska – dodaje.

–„Wyborcza” po publikacji wywiadu z gen. Pytlem absolutnie nie jest miarą czegokolwiek. Akcje takie jak „Szkoła bez bzdur” są groteskowe. Pasuje do nich pojęcie wymyślone przez prof. Antoniego Dudka: „kultura przesady" – mówi Piotr Zaremba, zaznaczając, że dyskusja nie powinna się ograniczać do tego typu akcji.

Próba bojkotu

Niektórzy posunęli się jeszcze dalej. Chociażby burmistrz Ustrzyk Dolnych, który zakazał korzystania z podręcznika prof. Roszkowskiego w lokalnym liceum. Głośnym echem odbiła się też akcja „Oh! (s)HiT!”, zorganizowana prze ruch Wolna Szkoła. Działacze namawiają nauczycieli i rodziców do bojkotu podręcznika. Stworzona przez nich grafika, obok zdjęcia podręcznika przedstawia hasło: „Rodzicu! Nie kupuj! Nauczycielu_ko! Nie korzystaj!”. Na stronie internetowej stworzyli mapę szkół, które nie korzystają z podręcznika. Placówki te zostały określone jako „Szkoły wolne od (s)HiT-u”.

W sieci zorganizowano też zbiórkę pieniędzy (na razie zebrano ponad 50 tys. zł) na „Cyfrowy HiT - niezależny i darmowy e-podręcznik do HiT, bez indoktrynacji i manipulacji historią”. Czymże jednak jest ta akcja, jeśli nie stygmatyzacją?

Bardziej wyrozumiały dla jej organizatorów i sprzymierzeńców jest Jarosław Pytlak. – Nie można tej akcji oderwać od całokształtu sytuacji. Minister edukacji jest bowiem skonfliktowany z dużą częścią środowiska oświatowego, które właściwie nie ma wpływu na jego decyzje. W związku z tym protest, próba bojkotu podręcznika jest dla wielu przedstawicieli środowiska możliwością wyrażenia dezaprobaty dla działań ministra – mówi Jarosław Pytlak.

Dyrektor Zespołu Szkół STO na Bemowie zdradza, że w jego liceum nauczyciele nie korzystają z podręcznika prof. Wojciecha Roszkowskiego. – Na nikogo nie wpływałem. To nie jest moja rola. Zgodnie z prawem oświatowym nauczyciel nie ma obowiązku korzystania z podręczników. Jako nauczyciel chemii w nieistniejącym już gimnazjum, przez lata korzystałem z podręcznika, ale w końcu przestałem. Stwierdziłem, że wszystko, co mam istotnego do powiedzenia uczniom, jestem w stanie przekazać korzystając z innych źródeł – tłumaczy Pytlak. – Decyzja o korzystaniu z podręcznika należy do nauczyciela. Zestaw podręczników, owszem, zatwierdza dyrektor. Niemniej zatwierdza, a nie układa. W większości szkół są zespoły przedmiotowe. Z kolei w naszym liceum każdy nauczyciel podejmuje decyzję indywidualnie – dodaje dyrektor. I przyznaje, że będąc na miejscu nauczycieli również nie korzystałby z tego podręcznika.

Zaznaczmy, że tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego, ministerstwo zaakceptowało alternatywny podręcznik do przedmiotu Historia i teraźniejszość, wydany przez WSiP. – Proszę pamiętać, że większość szkół zatwierdza i „wywiesza” na swoich stronach internetowych zestawy podręczników wcześniej. Na początku wakacji nikt nie wiedział, kiedy ministerstwo sfinalizuje proces dopuszczenia podręcznika wydawnictwa WSiP do użytku szkolnego – komentuje Jarosław Pytlak.
Wojciech Roszkowski (drugi z prawej) podczas uroczystości na Zamku Królewskim w 2018 roku jako honorowy obywatel Warszawy. Na zdjęciu także m.in. inni obdarzeni tym tytułem: Anna Przedpelska-Trzeciakowska, Janina Ochojska i Anna Jakubowska, "Paulinka", sanitariuszka z "Zośki" oraz prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz. Fot. Andrzej Hulimka / Forum
– Zgadzam się, że nie jest to najlepszy moment na wprowadzanie innych podręczników. Jednakże proszę mi wierzyć, że w szkołach, także licealnych, uczniowie niekoniecznie zaopatrują się w podręczniki na samym początku roku szkolnego. Jako rodzic kilkorga – byłych i obecnych – licealistów, przypominam sobie, że książki były kupowane nawet głęboką jesienią. Jeżeli więc komuś nie podoba się podręcznik prof. Wojciecha Roszkowskiego, to naprawdę nie jest zmuszony, by z niego korzystać – mówi dr hab. Paweł Skibiński.

Historyk zarazem wyraźnie zaznacza: – Prof. Roszkowski nie jest dyletantem w dziedzinie pisania podręczników, tylko autorem bardzo doświadczonym, który odnotował spore sukcesy. Do legendy przeszły podręczniki autorstwa profesora i Anny Radziwiłł. Ponadto zwraca uwagę, że wielu nauczycieli korzysta z podręczników w sposób swobodny. – To środowisko potrafi być zdystansowane do przekazu podręcznikowego. Nauczyciel naprawdę może skorygować pewne sformułowania prof. Wojciecha Roszkowskiego, jeżeli z jakichś przyczyn mu nie odpowiadają – mówi dr hab. Skibiński.

Jeśli nie papież, to kto?

W przestrzeni publicznej zwraca uwagę liczba artykułów, wpisów w mediach społecznościowych, dezawuujących prof. Roszkowskiego. Znamienny jest chociażby tytuł sylwetki profesora, autorstwa Rafała Kalukina, dziennikarza „Polityki”: „Wojciech Roszkowski, pan od Hitu. Co się stało z szanowanym niegdyś historykiem?”, który może sugerować, że profesor postradał zmysły. Kalukin pisze, że autor podręcznika stał się przedmiotem drwin.

A jednocześnie sam używaj mało grzecznego argumentu, dotyczącego wieku prof. Roszkowskiego: „nagle znalazł się w centrum publicznej uwagi, chociaż pewnie w innej roli, niż sam siebie chciałby widzieć. Bo dominuje nie tyle pomstowanie na jego radykalne tezy i osobliwy styl retoryczny, co drwina i politowanie dla dosyć już wiekowego profesora, który – jak najczęściej słychać – odkleił się od rzeczywistości i przestał ogarniać współczesny świat”.

Przykłady ciosów poniżej pasa można mnożyć. Oto jeden z nich: wpis na Twitterze Tomasza Lisa z 5 września: „Jutro w Zetce Roszkowski. Czy kiedyś moje ulubione radio chce nawiązać do litery „Z” z jaką Rosjanie ruszyli na Ukrainę? Nie idźcie tą drogą”.

– Odnoszę wrażenie, że autorzy, którzy atakują Wojciecha Roszkowskiego, w ogóle nie zadali sobie trudu, żeby przeczytać jego podręcznik i cokolwiek o nim się dowiedzieć. Zamiast podjąć próbę merytorycznego odniesienia się do sprawy, usiłują zniszczyć, zdezawuować prof. Roszkowskiego. Nie dostrzegam w ich działaniach siły argumentu, lecz argument siły – komentuje Bronisław Wildstein. – Oskarża się profesora o niekompetencję – kontynuuje pisarz i publicysta. – Jednocześnie zarzucając mu, że prezentuje nietolerancyjny, zamknięty model historii. To jest absurd, bo nauka nie służy do mówienia, na przykład: „Wybierzcie sobie, drogie dzieci, co wam bardziej odpowiada: nazizm czy może komunizm?”, tylko do pokazania, jak te systemy funkcjonowały w historii, do czego prowadziły. ODWIEDŹ I POLUB NAS – To są elementy kampanii medialnej, a nie dyskusji merytorycznej. Odnoszę wrażenie, że gdyby tekst podręcznika był dopracowany w 100 proc., to i tak mielibyśmy do czynienia z takimi wypowiedziami w stronę prof. Roszkowskiego. Osoby, które je formułują, nie tyle nie zgadzają się z interpretacjami profesora, co z zasadniczymi elementami prawdy historycznej. To świadczy o nich jak najgorzej – zauważa dr hab. Paweł Skibiński.
Trudno się dziwić, że ta atmosfera udziela się również w społeczeństwie. –„Angażujący”, „nowoczesny”, „moralnie poprawny” czy „nacjonalistyczny”, „rasistowski” i „ideologiczny”? Jaki jest podręcznik do nauczania historii (i teraźniejszości) dla licealistów? (...) Wybierzemy najbardziej absurdalne zagadnienia z podręcznika i zagramy do nich serię improwizowanych scen. Taka alternatywna wersja historii i teraźniejszości. Komediowy HiT! - czytamy na stronie Klubu Komediowego przed minionym czwartkowym wieczorem „Klub Komediowy gra HiT – czyli impro z podręcznika”. Bilety rozeszły się jak świeże bułeczki.

Historycy podkreślają, że dyskusja wymaga pewnej powagi. – Stan wiedzy młodzieży o historii najnowszej jest na poziomie zera, temu trzeba było jakoś zaradzi – komentuje prof. Marek Kornat. – Przekaz podręcznika niewątpliwie nacechowany jest światopoglądem prof. Wojciecha Roszkowskiego. Ale jest zasadnicza różnica między takim stwierdzeniem a tezami, że podręcznik zawiera fałszywe, zideologizowane treści – podsumowuje dr hab. Paweł Skibiński.

Historyk nadmienia: – Inną sprawą jest to, że w historii polskiej szkoły pojawiały się skandaliczne podręczniki, które kilkakrotnie recenzowałem pod kątem m.in. przekazu dotyczącego Kościoła. Było w nich wiele uproszczeń, wręcz przekłamań. Nikogo to nie bulwersowało, a na pewno nie w takim stopniu, w jakim dają upust swojej nienawiści do tekstu prof. Wojciecha Roszkowskiego uczestnicy medialnej nagonki – mówi profesor Skibiński. Jednocześnie dodaje, że należy rozróżniać medialno-polityczne ataki od konstruktywnej krytyki, która miejscami wydaje się uzasadniona.

– Szkoda, że najbardziej radykalni krytycy podręcznika nie wypowiadają się na temat rozwiązania dylematów, jakie ich zdaniem związane są z tekstem prof. Roszkowskiego. Na przykład, jeżeli przekonują, że nie powinno być w nim Jana Pawła II, to kto? Co jest ważniejsze? Domagałbym się od tych osób, by uzasadniały swoje tezy, mówiąc, co proponują w zamian. Wtedy jednak mogłoby się okazać, że nie mają na ten temat nic do powiedzenia – kończy historyk.

– Łukasz Lubański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Wojciech Roszkowski, "Historia i teraźniejszość 1945-1979. Podręcznik dla klasy 1 liceum i technikum", wyd. Biały Kruk, Fot. "P.F. MATYSIAK" / Forum
Zobacz więcej
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Koza nie jest głupia… Wędrówka z pasterzami przez Hiszpanię
Kiedy psy wyczują królika albo dzika, nikt nie jest w stanie ich zatrzymać. Rzucają się w pogoń.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Diabolizowana partia Le Penów – mity i fakty
Z jej list kandydował Charles de Gaulle, wnuk generała. Dziś przyciąga nawet ludzi lewicy.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
„Miliony — was. Nas — mrowie…”. Widmo zjednoczenia Mongołów...
Co, jeśli idea panmongolizmu zacznie pieścić uszy chińskie, europejskie i amerykańskie?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Koszmarny sen Brukseli
Co przyniosą Europie rządy prawicy we Włoszech i Szwecji?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Jak żyć w obliczu upadku Europy
Tożsamość europejska nie musi być „konstruowana” przez przepłacanych urzędników.