Historia

Czy Lenin grywał w szachy z Hitlerem? Skoczek, goniec, wojna i polityka

Rosyjsko-francuski arcymistrz w Niemczech został teoretykiem królewskiej gry. Podzielił szachy na „aryjskie” i „żydowskie” i te ostatnie uznał za pozbawione przyszłości. Jeden z artykułów zatytułował: „Aryjska idea ataku”, a opublikował go w marcu 1941 roku, gdy „aryjskie ataki” w realnej wojnie powiodły się doskonale.

Mniej więcej dekadę temu małą medialną karierę zrobiła w świecie grafika przedstawiająca rzekomo Włodzimierza Lenina i Adolfa Hitlera, grających w szachy. Grafika niewielka, artystycznie przeciętna. Charakterystyczne szrafowania akwaforty przenoszące światło między postaciami, dwóch eleganckich mężczyzn pogrążonych w intensywnych rozmyślaniach, każdy z nich podpierający jedną dłonią głowę, gdy druga przestawia figury, lub pozostaje w gotowości do wykonania ruchu, szachownica między nimi, prosty obrus na stole, okno oświetlające niewielkie zapewne pomieszczenie. Atmosfera skupienia. Scenka mieszczańska. Nic nadzwyczajnego.

A jednak gdyby taka sytuacja rzeczywiście miała miejsce, to ta nieefektowna grafika wprawiałaby widzów w stan elektryzującego podniecenia. Oto mamy rok 1909, do pierwszej Wielkiej Wojny jest już tylko pięć lat, znajdujemy się w Wiedniu, stolicy Cesarstwa Austro-Węgierskiego, jeszcze wówczas pod panowaniem, wiecznego zda się Franciszka Józefa, i widzimy spotkanie dwu ludzi, których idee i czyny już za bardzo niedługo przywiodą świat na krawędź katastrofy, doprowadzą do śmierci milionów i przeorają mapę świata i losy ludzi w taki sposób, że nie będzie powrotu do starego porządku. W dodatku obaj grają w szachy, które od tysiącleci są figurą wojny!

Czyż każdy z nas nie pragnąłby stać w kącie tego pokoju ze ściśniętym gardłem, patrzeć na tę niewiarygodną scenę i wyobrażać sobie jednocześnie, co zdarzy się potem? A może nie tylko patrzeć, ale i dopaść szachownicy, zrzucić z niej figury i wykrzyczeć graczom prosto w twarz to, co wiemy teraz, a co wówczas wydawało się ludziom nie do pomyślenia? Bezsilny sen.

Właściciel grafiki, syn niejakiego Feliksa Ednhofera, wieloletniego dozorcy kamienicy, w której miała zostać naszkicowana ta scena, przedstawił w domu aukcyjnym 300-stronicową dokumentację, którą jego ojciec pracowicie gromadził przez całe swoje życie w nadziei udowodnienia, że niewielki i nieefektowny obrazek rzeczywiście przedstawia sytuację, która uczyni go sławnym, a jego właściciela bogatym.

Po pierwsze udowadniał, że autorką grafiki była urodzona w Czechach Emma Löwenstamm, w czasie, gdy rozgrywano tę partię trzydziestoletnia nauczycielka rysunków, która miała być opiekunką artystyczną Adolfa Hitlera w okresie jego prób podjęcia studiów na wiedeńskiej akademii sztuk pięknych. Urodzona w 1879 roku Emma Löwenstamm była czeską Żydówką, autorką przeciętnych prac graficznych i rysunkowych, realistycznych, ale utrzymanych w duchu symbolizmu. Przedstawiciel domu aukcyjnego, który wystawił tę pracę na sprzedaż, opowiadał, że Hitler zaprzyjaźnił się z nią i ochraniał w okresie prześladowań.

Co do tego, czy tak było w istocie, nie ma danych, bo Emma Löwenstamm miała umrzeć w Pradze naturalną śmiercią na początku roku 1941, a więc jeszcze przed wywózkami praskich Żydów, które zaczęły się w drugiej połowie tego roku. Francuski serwis internetowy ArtCult podaje, że „zniknęła w czasie II wojny”, jednak próba odnalezienia jej nazwiska w serwisie Yad Vashem nie dała rezultatu. Zapewne więc Emma Löwenstamm naprawdę zmarła w Pradze z przyczyn naturalnych, w wieku 62 lat, w drugim roku wojny, zanim jeszcze działania podwładnych jej domniemanego ucznia i skupionego szachisty, nabrały w tym mieście odpowiedniego rozpędu i niezbędnej organizacji.

Autorstwo grafiki raczej nie ulega wątpliwości, gdyż jest ona sygnowana i zarówno podpis, jak i artystyczny kształt pracy nie budzą zastrzeżeń co do tego, że jej autorką była solidna i przeciętna panna Löwenstamm. Natomiast tym, co wzbudzało emocje, były dwa niepozorne podpisy na odwrocie, rzekomo złożone rękami przedstawionych na sztychu bohaterów. Opowieść o tym była zapewne częścią legendy ułożonej przez właściciela obrazka.

Dużo gorzej sprawa ma się z podobieństwem postaci i prawdopodobieństwem ich spotkania. Lenin wyraźnie już w tym czasie łysiał, tymczasem na grafice jego czupryna wygląda obficie. Hitler miał w tym roku dokładnie 20 lat, ale na obrazku wygląda jakby był starszy od Lenina, który de facto miał wówczas o 19 lat więcej. W dodatku najprawdopodobniej w roku 1909 Lenin nie odwiedził Wiednia… Pozostaje wiara w żarliwe zapewnienia potomka przedsiębiorczego dozorcy.
"Hitler i Stalin przy szachownicy". Grafika Emmy Löwenstamm. Fot. Wikimedia
Licytacja w brytyjskim prowincjonalnym domu aukcyjnym nie zakończyła się sukcesem. Wyceniony przez właściciela na 40 000 funtów sztych nie został sprzedany. A może został sprzedany prywatnie? Niewiele na ten temat wiadomo. Właściciele domu aukcyjnego nie lubią udzielać zbyt szczodrze informacji na ten temat, co nie dziwi, gdy się zorientować, że grafika została wystawiona na tej samej aukcji, co sygnowane obrazy Adolfa Hitlera, luksusowe wydania Szekspira należące do kolekcji Hermanna Göringa albo listy pisane na maszynie przez zbrodniarzy wojennych (tego określenia lojalnie używano w opisie).

A wszystko w niewielkiej i cichej angielskiej wiosce w idyllicznym hrabstwie Shropshire, w regionie West Midlands, na granicy z Walią. Znaleźć ten dom aukcyjny nie jest łatwo, na wszelki wypadek publikuje on obszerne wskazówki w tej materii, a w razie czego poleca, by pytać w lokalnym pubie. Być może zresztą ów pub gra tu większą rolę niż przypuszczamy. Kiedy czytałem opis całej tej historii i przeplatałem lekturę odczytywaniem listy hitlerowskich artefaktów wystawionych na aukcję, podziwiając przy tym drobiazgowość i staranność opisu, splecioną z fascynacją drobnymi szczegółami tych szczególnego rodzaju pamiątek, po głowie chodziła mi uporczywa myśl, że wszystko to, całe to spotkanie Lenina z Hitlerem w Wiedniu, przyjaźń z żydowską rysowniczką i determinacja austriackiego dozorcy, zostało tak naprawdę wymyślone przy kuflu chłodnego Ludlow Best w pubie The Plough Inn w okolicy Shropshire...

A jednak: si non e vero, e ben trovato... Szachiści z niepozornej grafiki Emmy Löwenstamm, niezależnie od tego, czy to oni, czy też nie oni podpisali się na jej odwrocie, odcisnęli na wieku XX niezaprzeczalne piętno. Figurę wojny zmienili w rzeczywistość. Zetknięcie szachów z prawdziwą, brutalną dwudziestowieczną wojną nastąpiło już niedługo.

Żyd, Austriak, Polak

Oto fotografia z roku 1914 z turnieju w Mannheim. Trzech skupionych panów siedzi przy szachowym stoliku. Tym razem profesjonalnym: szachownica jest wbudowana w blat, który chyba jest marmurowy. Na stoliku stoi zegar. Wszyscy ubrani elegancko, co w owym czasie zwyczajne.

Białymi gra 27-letni Savielli Tartakower, urodzony w Rostowie nad Donem Żyd z rodziny bogatych kupców, którzy przeszli na katolicyzm. W czasie, gdy rozgrywana jest ta partia, rodzice Tartakowera, właściciele eleganckiego domu towarowego przy głównej ulicy Rostowa, już nie żyją. Zostali zamordowani w napadzie rabunkowym w swoim mieszkaniu w roku 1911, a Savielli nigdy już nie powrócił do kraju dzieciństwa. Zrobił w Wiedniu doktorat z prawa i przyjął obywatelstwo Austro-Węgier, które zresztą w Mannheim reprezentował. Naprzeciwko siedzi starszy od Tartakowera o 6 lat Ehrhardt Post, reprezentant Cesarstwa Niemieckiego, zaś obserwatorem jest inny niemiecki zawodnik, Carl Carls.

Za kilka dni zacznie się I wojna światowa i zawody zostaną przerwane, a uczestniczący w turnieju szachiści reprezentujący Cesarstwo Rosyjskie i Republikę Francuską, w tym późniejszy mistrz świata Aleksandr Alechin, zostaną internowani. Część z nich władze niemieckie zwolnią i pozwolą im wyjechać do Szwajcarii, a reszta pozostanie w Niemczech przez czas wojny, choć trzeba przyznać, że to internowanie będzie stosunkowo łagodne, bo władze nie pozbawią ich możliwości brania udziału w szachowych turniejach.

Wszyscy szachiści uwiecznieni na zdjęciu są więc sojusznikami i nie mają się czego obawiać. Oczywiście na razie. Savielli Tartakower zostanie niedługo wcielony do wojska, gdzie doskonale będzie się prezentował w austriackim mundurze, dosługując się stopnia porucznika i walcząc na froncie rosyjskim za cesarza Franciszka Józefa. Na wykonanym w późniejszym okresie wojny zdjęciu widać na jego piersi cztery medale za odwagę, z których jeden otrzymał za dobre poprowadzenie zwiadu w rejonie wsi Worowice Stare w Górach Świętokrzyskich.

Światowy sport żyje z pieniędzy agresorów, zamordystów i satrapów. Takich jak Rosja, Chiny, Katar czy Arabia Saudyjska

Moskwa kupiła futbol za pieniądze Gazpromu.

zobacz więcej
Po wojnie wyjedzie do Paryża, ale mieszkając tam, przyjmie propozycję nabycia polskiego obywatelstwa i nie znając języka, ale widocznie przyciągnięty jakąś magnetyczną siłą jak tylu nie-Polaków, którzy w czasie kształtowania się nowych granic wybierali sobie obywatelstwo, będzie reprezentował Polskę jako szachista na olimpiadach. Z wieloma sukcesami.

Najwidoczniej znajomość języka i zamieszkiwanie w kraju nie były sprawami kluczowymi ani dla polskich urzędników, ani dla pochodzącego z Rostowa nad Donem szachisty, który mówił przecież płynnie po francusku i niemiecku, nie wspominając o rosyjskim, co wyraźnie wszystkim wystarczało. Prowadząc polską drużynę szachową, Tartakower wygrał Olimpiadę w Hamburgu w roku 1930. Pięć lat później zorganizował Olimpiadę w Warszawie. Wrzesień 1939 zastał go w Buenos Aires, na kolejnej Olimpiadzie. On był grającym kapitanem, a polska drużyna była jednym z faworytów. Obok Niemiec.

Interesująco potoczy się kariera jego przeciwnika z Mannheim, Ehrhardta Posta. Nie zazna on wybitnych sukcesów sportowych, będzie raczej wybitnym organizatorem: po Wielkiej Wojnie stanie się działaczem szachowym, a okres świetności przeżyje po roku 1933, gdy wejdzie do zarządu Związku Szachowego Wielkich Niemiec i tam zajmować się będzie między innymi scaleniem niemieckich związków szachowych. No i rzecz jasna pozbyciem się z nich wszystkich Żydów, co w tych czasach w Niemczech było doskonale zrozumiałe i ktoś to przecież musiał zrobić. W końcu lepiej, że zajmowali się tym sami szachiści, prawda?

Pełna skupienia atmosfera, w której eleganccy panowie pochylali się nad szachownicą, ową wydzieloną przestrzenią konfliktu, poza którą powinna była panować przyjazna koleżeńskość, zaczynała gęstnieć. Pojedynek wybitnych umysłów, który z admiracją obserwowali widzowie i aspirujący zawodnicy, przestawał być czymś ekskluzywnym i w najwyższym stopniu prywatnym, indywidualnym wyrazem doskonałości ludzkiego umysłu. Zaczynał być potrzebny państwu.

Kubańczyk w Sowietach

Zaczęło się od usiłowania małego kraju, aby wykorzystać sławę jednego z obywateli do tego, by pokazać się w świecie.

Jose Raul Capablanca y Graupera, Kubańczyk, który jak wielu mistrzów był szachowym cudownym dzieckiem i stał się sławny w wieku kilkunastu lat, w roku 1913 został przyjęty do kubańskiego MSZ, a jego obowiązkiem była właściwie tylko gra w szachy na najwyższym poziomie, zaś pierwszym zadaniem udanie się do Petersburga na wielki turniej. Podróż przemieniła się w wielkie tournee, w czasie którego odwiedził wiele europejskich miast (w tym Warszawę), wszędzie grając symultany, pojedynkując się z lokalnymi mistrzami i czyniąc wokół siebie mnóstwo hałasu, co potrafił znakomicie. Była to pięknie nieszkodliwa próba wyzyskania naturalnej popularności do celów politycznych.

Tymczasem za sprawę brali się poważni funkcjonariusze, którzy nie byli już tak nieszkodliwi, a szachy traktowali jako jeden ze sposobów walki. Co zabawne, potrafili do swoich celów wykorzystać właśnie Capablankę.

Rok po śmierci Lenina, przy okazji wielkiego turnieju szachowego w Moskwie, który skądinąd miał pokazać światu, że po konwulsjach rewolucji Ojczyzna Światowego Proletariatu jest najnormalniejszym członkiem wielkiej rodziny narodów, Wsiewołod Pudowkin nakręcił komedię propagandową, której tematem była rosyjska namiętność do szachów. Jedną z ról w tym niemym, ale wyrazistym filmie zagrał Kubańczyk, a grał samego siebie. Ubrany w futrzaną szubę chodził po zasypanej śniegiem Moskwie wyglądającej dokładnie tak jak to sobie zawsze wyobrażano w Europie i rzucał z ekranu ogniste spojrzenia, pocieszając główną bohaterkę udawaniem, że nienawidzi szachów.

Wielkim aktorem nie był. W produkcji Pudowkina wziął udział zapewne z próżności, bo pewnie nie dla pieniędzy. Natomiast propagandyści uzyskali dzięki niemu bezcenną wiarogodność dla obrazu, który pokazywał Sowiecką Rosję jako kraj ludzi owładniętych istną szachową gorączką (taki zresztą tytuł nosił film – „Szachowa gorączka”): zakutani w ogromne kożuchy brodaci rosyjscy chłopi nie martwili się w nim o to, co włożyć do garnka, tylko zajmowali głównie rozwiązywaniem problemów szachowych, w szachy grali stróże, złodzieje i milicjanci, dosłownie wszyscy.
Savelli Tartakower, już jako Xavier Tartakover (z lewej) w czasie meczu szachowego w Paryżu w 1953 roku. Fot. Keystone-France/Gamma-Rapho via Getty Images
Był rok 1925 i właśnie zabierano się za wcielenie w życie idei Lenina, by szachy stały się rozrywką proletariatu. Przy okazji pokazywano światu, że nie należy lekceważyć człowieka sowieckiego, bo za zewnętrzną „mużykowatością” może kryć się niebagatelny intelekt.

Jednak rola „rozrywki proletariatu” nie wystarczyła. Szachy stały się w Kraju Rad sprawą poważną. Na czele tamtejszego związku szachowego stanął ponury i wpływowy Nikołaj Krylenko, dla którego było to zajęcie poboczne, bo jego zasadniczą rolą było tworzenie sowieckiego wymiaru sprawiedliwości, a największymi osiągnięciami oskarżanie w procesach pokazowych i stworzenie słynnego artykułu 58. Kodeksu Karnego traktującego o działalności antyradzieckiej, dzięki któremu Gułag zapełnił się milionami zeków. Zajęcie poboczne, ale to nie znaczy, że traktowane lekko.

W roku 1932, czyli siedem lat po nakręceniu filmu Pudowkina, Krylenko wezwał, by skończyć z apolitycznością szachów, stworzyć przodujące brygady szachowe i opracować dla szachów plan pięcioletni. „Musimy raz na zawsze potępić sformułowanie „szachy dla szachów” – grzmiał Krylenko – tak jak sformułowanie „sztuka dla sztuki”.

Jego zainteresowania rozciągały się także na warcaby i alpinizm. Wszędzie krzewił klasowe podejście, jednakże ta mnogość zajęć go zgubiła. W 1938 roku ideowy azerski nauczyciel, który w owym czasie pełnił funkcję szefa kompartii w swojej republice, oskarżył Krylenkę o zaniedbywanie obowiązków. „Kim jest towarzysz Krylenko?” – pytał retorycznie – „Wspinaczem, szachistą czy Komisarzem Sprawiedliwości?” Twórca systemu szkolenia sowieckich szachistów, którzy po II wojnie zdominowali świat, został nagrodzony w sposób godny swoich zasług: strzałem w tył głowy. Chłosty śmiechu zapewne nie zaznał, tylko śledczy z twórczym spokojem zanotowali trzydzieści nazwisk, które wymienił w śledztwie i zajęli się dalszą pracą.

Krylenko zdążył jednak włączyć szachy w poczet sportów, których uprawianie stało się w ZSSR naprawdę masowe, bez przesady można powiedzieć, że postawił je w jednym rzędzie ze spadochroniarstwem i lekkoatletyką. W turniejach rozgrywanych pod jego patronatem brali udział czołowi zawodnicy świata, w tym przyszły powojenny mistrz i kilku pretendentów. Co więcej, oferta talentów była tak bogata, że kierownictwo polityczne mogło ze spokojem wybrać, kto będzie reprezentował kraj tak, by przypadkiem nie postawić na potencjalnego dysydenta.

W ten sposób rozwinęła się kariera powojennego mistrza świata, Michaiła Botwinnika. Czy był on wybitnych szachistą? Ależ oczywiście! Nawet Politbiuro i sam towarzysz Stalin nie byliby w stanie nikogo mianować mistrzem. Tak się jednak zdarzyło, że mieli komfort wyboru i spośród wielu osobowości, które mogły wygrać mistrzostwo, ich wybór padł na zdeklarowanego komunistę, lojalnego członka partii, w dodatku człowieka próżnego, który gdy rozmaici przeciwnicy usuwali mu się w sposób mniej lub bardziej naturalny z drogi, zawsze potrafił to sobie doskonale wytłumaczyć.

Garri Kasparow w swojej książce o mistrzach podaje rozbrajająco brzmiący cytat Botwinnika o sobie: „W życiu mi się poszczęściło. Zazwyczaj moje osobiste interesy szły w parze z interesem społecznym.” Interesy osobiste takich szachistów jak Bronstein, Lewenfisz czy Keres jakoś nie szły w parze, choć w szachy grali nie gorzej. Bywa.

Palestyna w Argentynie

Tymczasem niemieccy szachiści pragnęli pokazać światu, że to oni są najlepsi i zanim zaczęli to udowadniać na polu bitwy, skompletowali silną ekipę na ostatnią Olimpiadę Szachową w Buenos Aires, która zaczęła się w sierpniu 1939 roku, tuż przed realnym starciem Tysiącletniej Rzeszy z resztą świata. Nie wszystko jednak poszło zgodnie z planem. Szachista rezydujący w Kancelarii Rzeszy popsuł nieco występ swoich reprezentantów, rozpoczynając w trakcie Olimpiady inwazję na Polskę i chyba nieco niespodziewanie dla wszystkich zawody stały się widownią starcia o charakterze moralnym.

Potęga drwiny. Dwie dekady po śmierci Janusza Szpotańskiego

Gomułka nazwał poetę „człowiekiem o moralności alfonsa”.

zobacz więcej
Był to chyba pierwszy moment, w którym szachiści chcieli jakoś zareagować na wydarzenia nie dziejące się na szachownicy, i w którym ich głos zaczął zyskiwać znaczenie. W Mannheim w roku 1914 szachy musiały w naturalny sposób ustąpić władzy. W Argentynie, która była odległa od teatru działań, pozostawiono szachistom swobodę i od nich zależało, co uczynią. Lokalnej władzy zależało jedynie na tym, aby zawody odbyły się do końca.

Gdy do uczestników Olimpiady Szachowej dotarły informacje o najeździe Niemiec na Polskę, a potem o przystąpieniu do wojny Francji i Wielkiej Brytanii, pierwsi zareagowali zawodnicy angielscy, którzy natychmiast odmówili dalszej gry, spakowali się i wsiedli na pierwszy statek płynący do ich ojczyzny. Nie wdawali się w żadne dyskusje, po prostu uznali, że ich miejsce jest gdzie indziej, a są sprawy ważniejsze niż szachy. Być może dlatego, że ich drużyna nie była w gronie faworytów, a być może, bo tak właśnie uważali. „First things first”. Wojnę większość z nich spędziła w Bletchley Park, gdzie pracowali nad łamaniem niemieckich szyfrów.

Inni szachiści zgromadzeni w stolicy Argentyny nie mieli dokąd wyjechać albo sądzili, że wyjazd byłby rzeczą niewłaściwą. Wielkie umysły, które potrafiły myśleć strategicznie i w wyrafinowany sposób osaczać przeciwników na szachownicy, same zostały osaczone przez rzeczywistość. Tylko tym razem nie było mowy o internowaniu, bo rozgrywki toczyły się na neutralnej ziemi, ale dla wszystkich stało się jasne, że zawodnicy muszą stawić czoła prawdziwym zagrożeniom, a nie pionom i figurom, i że ich decyzje znajdą konsekwencje w życiu, a nie w klasyfikacji generalnej.

Padło hasło bojkotu drużyny niemieckiej. Podniósł je mistrz świata, Aleksandr Alechin, szachista rosyjski, który w owym czasie reprezentował Francję, bo z rządzącymi w rodzinnym kraju bolszewikami miał relacje, które można by określić jako skomplikowane. Po jednaj z jego antysowieckich wypowiedzi, Nikołaj Krylenko wypowiedział w imieniu Wszechzwiązkowej Sekcji Szachowej brzemienne w znaczenia słowa: „Zrywamy z obywatelem Alechinem – jest on naszym wrogiem i odtąd będziemy go traktować wyłącznie jako wroga!”, co mogło oznaczać, że gdyby przypadkiem Alechin znalazł się na terytorium podległym działaczom Sekcji, Krylenko mógłby wystąpić nie w roli działacza szachowego, a prokuratora. Tymczasem jednak Alechin czuł się bezpiecznie i przewodził szachistom zbulwersowanym niemieckimi zbrodniami w Polsce.

Kapitan polskiej drużyny, Savielli Tartakower także mocno stawiał sprawę moralnego potępienia drużyny agresorów. Zapewne tym mocniej, im bardziej zdawał sobie sprawę z tego, że w Niemczech rządzonych przez tak prostolinijnych szachistów, jak Adolf Hitler czy jego przeciwnik z Mannheim Erhard Post, byłby oficjalnie obywatelem drugiej kategorii. I tym mocniej, im więcej docierało do graczy zgromadzonych w efektownie nowoczesnym budynku Teatro Politeama informacji o bombardowaniach niemieckich w Polsce.

Podobnie chyba myśleli członkowie ekipy Palestyny, która nie mogła się jeszcze nazywać Izraelem, ale dla wszystkich było jasne, gdzie szachiści wierni Führerowi widzieli dla nich miejsce.

Alechin i Tartakower wystąpili wspólnie. Po tej samej stronie, co szachiści żydowscy. Argentyńczycy byli przerażeni, że tak wielka i prestiżowa impreza miałaby zostać przerwana i unicestwiona. Patrząc z odległości tysięcy kilometrów na wojnę, jaka zaczynała się w Europie, widzieli ją jako wydarzenie mniejsze i mniej znaczące od imprezy, w której przygotowanie włożyli tyle wysiłku i która miała im przynieść upragniony prestiż.

Dla wszystkich było oczywiste, że nie będą się ze sobą spotykać drużyny reprezentujące walczące państwa: Francja, Niemcy, Polska. Także Czechy, występujące już jako Protektorat Czech i Moraw. Zgodzono się na podział punktów, aby klasyfikacja nie ucierpiała na tych ustaleniach.
Raul Capablanca w 1915 roku. Fot. GRANGER / Granger History Collection / Forum
Do grupy państw nie grających z Niemcami chciała – co naturalne – przystąpić Palestyna, ale niespodziewanie Niemcy, którzy obawiali się, że ich dorobek punktowy zanadto ucierpi, nie chcieli się na to zgodzić i pragnęli jednak zagrać z żydowskimi zawodnikami. Widocznie dążenie do zwycięstwa było silniejsze niż obrzydzenie rasowe. Biorąc pod uwagę, że niemal we wszystkich grających ówcześnie ekipach znajdowali się zawodnicy pochodzenia żydowskiego, było to podejście praktyczne.

A jednak Żydzi postawili na swoim i nie musieli spotykać się z Niemcami. Drużyna Argentyny oddała swoje punkty i wyjednała zgodę ekipy Trzeciej Rzeszy na rezygnację z meczu z Palestyną. Gospodarze za cenę niezliczonych kompromisów i ofiar uratowali tę dziwaczną imprezę sportową.

Olimpiadę w Buenos Aires wygrała drużyna niemiecka. Druga była Polska. O pół punktu. Co ciekawe, zawodnicy reprezentujący Rzeszę nie mieli wcale ochoty świętować sukcesu w ojczyźnie. Wszyscy pozostali w Argentynie. Także po wojnie, gdy do przedwojennych niemieckich emigrantów w tym kraju dołączyli incognito inni szachiści z ich kraju, w tym zdecydowanie mniej zdolny adept królewskiej gry, Adolf Eichmann.

Na marginesie dodajmy, że podobno należał on do słabszych sparring partnerów szefa Gestapo Heinricha Müllera, w którego domku przy Corneliusstrasse 22 w zacisznej dzielnicy Lankwitz w Berlinie regularnie przegrywał ze swoim pryncypałem w czasie odbywających się co czwartek spotkań towarzyskich. Działo się tak oczywiście w dobrych czasach, gdy jeszcze alianckie naloty nie dotknęły żywej tkanki tego pięknego miasta, to znaczy do przełomu sierpnia i września 1943, gdy Lankwitz zostało zniszczone przez dwa potężne naloty „Bombera” Harrisa.

Bardzo możliwe zresztą, że niemieccy miłośnicy szachów na wysokich stanowiskach byli wówczas zbyt zajęci obowiązkami innej natury. Ponieważ losy Müllera po roku 1945 są nieznane, więc bardzo możliwe, że i on dołączył do kolegów-szachistów w kraju, który Stefan Zweig nazwał „ziemią obiecaną”. Nigdy bowiem nie wiadomo, co dla kogo oznaczają jakie obietnice...

Tartakower miał chyba duszę wojownika. Jego cztery medale z czasów I wojny nie mogły być przypadkowe. Mimo swojego żydowskiego pochodzenia zdecydował się w 1940 roku wrócić do Francji, w której mieszkał. Zaciągnął się do wojska i służył w armii de Gaulle’a, a jedyną koncesją, jaką uczynił, była zmiana nazwiska na Cartier. Miał 53 lata, więc nie mógł się przydać na polu bitwy. Został tłumaczem. Jako szachista zasłynął ciętymi powiedzonkami, a jedno z nich brzmiało: „Rezygnacją nie wygrywa się meczów”. Nie zrezygnował.

Aryjska idea ataku

Co interesujące, także Aleksandr Alechin został zmobilizowany do armii francuskiej, gdy powrócił do kraju. Miał lat 47, więc także nie nadawał się na front. I on został wojskowym tłumaczem. Na tym jednak podobieństwo losu jego i Tartakowera się kończy. Po klęsce Francji, gdy został zdemobilizowany w Clermond-Ferrand, Alechin próbował się wydostać ze sfery wpływu Niemców. Bał się. Prawdziwa wojna nie była dla niego. W dodatku zwycięskie Niemcy były w tym czasie sojusznikiem Związku Sowieckiego, a on urodził się w Moskwie, więc dla NKWD był rzecz jasna obywatelem Kraju Rad.

Co prawda w połowie lat 30. wiedziony chyba jakimś oportunistycznym instynktem, próbował naprawić stosunki z działaczami Wszechzwiązkowej Sekcji Szachowej i przesyłając im szczere pozdrowienia z okazji 18. Rocznicy Rewolucji Październikowej, nazwał siebie „długoletnim szachowym robotnikiem”, ale nie zrobiło to na radzieckich szachistach wrażenia. Mistrz świata znalazł się potrzasku.

Alechin słał rozpaczliwe depesze do Raula Capablanki, któremu 13 lat wcześniej odebrał mistrzostwo świata. Chciał zaoferować mu możliwość rozegrania meczu o tytuł. Oczywiście w Hawanie. Capablanka uniósł się honorem i odrzucił ofertę, mówiąc, że to tylko pozór, a rzeczywistym celem mistrza jest uzyskanie wizy. Upokorzył swojego rywala, nie zdając sobie zapewne sprawy, dokąd go pcha.

Obcy u bram. Plenią się bujnie i wygrywają z tubylcami

Czy rzeczywiście nawłoć tej lub przyszłej jesieni pochłonie nasze łąki i trawniki?

zobacz więcej
Tu niezbędne jest wyjaśnienie, dlaczego emocje stały aż tak wysoko. Między dwiema wielkimi wojnami walka o prymat na szachowym tronie miała charakter indywidualistyczny i mało sformalizowany. Mistrz grał z pretendentem tylko wtedy, gdy zechciał. Nie mogła go do tego zmusić żadna międzynarodowa organizacja.

Raul Capablanca miał znakomitą głowę do interesów. Gdy zdobył w roku 1921 upragnione mistrzostwo świata, ogłosił szczegółowe zasady finansowe, na jakich miały się odtąd odbywać mecze o mistrzostwo świata. Bariera finansowa dla pretendenta wynosiła 10 000 dolarów, co w owych czasach było kwotą ogromną i skutecznie zabezpieczało mistrza. Praktyki takie stosowano już wcześniej, ale zasady wprowadzone przez Capablankę, były szczególnie wyśrubowane. Kwotę, jaką musiał zebrać pretendent nazwano „złotym murem” chroniącym mistrza.

Wreszcie Alechin zebrał wymaganą sumę i w roku 1927 wygrał mecz z Kubańczykiem. Te usiłowania i upokorzenie związane z koniecznością zebrania ogromnej kwoty pozostawiły widocznie trwały ślad w psychice Rosjanina, bo przez następną dekadę odmawiał zagrania meczu o mistrzostwo tylko z jednym graczem. Z Capablanką. Z innymi grał i nawet na dwa lata utracił tytuł mistrzowski, ale Capablance pamiętał upokorzenie.

Zadra i po drugiej stronie była widocznie bolesna, bo w wojennym czasie, w obliczu realnego niebezpieczeństwa Capablanka nie był w stanie zdobyć się na wielkoduszność i przy okazji rozgrywania meczu pozwolić rywalowi wydostać się z Europy. Alechin pozostał sam na sam z szachistami z Corneliusstrasse 22 i pozostającymi w gotowości działaczami Wszechzwiązkowej Sekcji Szachowej. I próby tej nie wytrzymał.

Żył na wysokiej stopie, do jakiej był przez całe życie przyzwyczajony. Mógł podróżować po całej Europie, nie tylko hitlerowskiej. Za wszystko jednak musiał płacić. A jedyną interesującą Niemców walutą był on sam.

Alechin to był geniusz z wielkopańskim wzięciem, snob, który potrafił na mistrzowskie mecze zabierać ze sobą swoje koty, lubiący bogactwo i luksus. Kiedy we wrześniu 1943 roku wybierając się na turniej szachowy do Monachium, zatrzymał się w Madrycie, udzielił wywiadu tamtejszej prasie. Rozmawiano z nim na kolanach, a dziennikarz poprosił mistrza o opowiedzenie jakiejś anegdoty z ostatniego, wojennego czasu. To był okres, gdy ważyły się losy frontu wschodniego i rozgrywała bitwa pod Kurskiem, getto warszawskie było już całkowicie spacyfikowane, obóz w Treblince miał być niedługo likwidowany, a do objęcia rządów w Warszawie szykował się generał Franz Kutschera.

Alechin opowiedział hiszpańskim dziennikarzom historię o losach sevrskiej wazy, którą otrzymał z rąk cara po wygraniu turnieju w Sankt Petersburgu. Schowana do skrzyneczki została umieszczona w mieszkaniu jego żony w Paryżu i tam zastała ją niemiecka ofensywa roku 1940. Gdy Alechinowie mogli wreszcie przyjechać do Paryża, zastali skrzyneczkę w bardzo złym stanie, a w środku – co za szczęście! – wazę tylko nieznacznie uszkodzoną.

– Jakiż ciężar spadł mi z serca! – powiedział mistrz, co skrupulatnie zanotował dziennikarz madryckiej gazety „Informaciones”. W tym samym wywiadzie dodał, że Capablankę cenił najbardziej za to, że odebrał tytuł mistrza świata „Żydowi Laskerowi”. Wspomnienie o żydowskości starego mistrza to był jeden z serwitutów, jakimi się opłacał swoim patronom.

W listopadzie roku 1942 czytelnicy wydawanego oficjalnie w Krakowie gadzinowego „Ilustrowanego Kuriera Polskiego” mogli oglądać fotografie Alechina zrobione w czasie rozegranego w mieście trzeciego turnieju szachowego Generalnego Gubernatorstwa. Partiom przyglądał się sam Hans Frank, jak zaznaczono w podpisie pod zdjęciem, „wielki miłośnik szachów”.

Alechin został obsadzony w propagandowym przedsięwzięciu mającym pokazywać światu, że życie w Europie toczy się normalnie, a tylko gdzieś na odległym froncie trwa walka, że Niemcy są obrońcami europejskiej kultury, której szachy są przecież częścią. To oczywiście nie wystarczało. Trzeba było pokazać, że ta europejska kultura jest w istocie kulturą aryjską, odrębną i lepszą od żydowskiej.
Aleksandr Alechin (z lewej) podczas meczu z pochodzącym z Łotwy duńskim szachistą Aronem Nimzowitschem. Fot / Mary Evans Picture Librar / Forum
„Odżydzenie” związku szachowego Wielkich Niemiec to był krok wstępny i niezbędny. Potem jeszcze trzeba było przekonać świat, że istnieją „szachy aryjskie” i ich duch jest zasadniczo lepszy od „ducha żydowskiego”.

Alechin okazał się tu nieoceniony jako teoretyk. W kilku artykułach zanalizował styl gry szachowej pod względem rasowym. Podzielił szachy na „aryjskie” i „żydowskie”, przy czym te ostatnie uznał za pozbawione przyszłości – „Ausgeschaltet”. Ideą „żydowskiej kliki”, która posiadała w szachach tak wielkie wpływy, że usidliła nawet Holendra Maxa Euwe, który w roku 1935 na dwa lata odebrał mu mistrzostwo świata, był defensywny, pozbawiony polotu, „tchórzliwy” styl. Alechin określał Euwe mianem „zabawki” w żydowskich rękach. Tymczasem przyszłość miał styl ofensywny, preferowany przez szachistów czystych rasowo.

Jeden z artykułów zatytułował dobitnie: „Aryjska idea ataku”. Biorąc pod uwagę fakt, że został on opublikowany w marcu 1941 roku, gdy wszystkie „aryjskie ataki” w realnej wojnie powiodły się doskonale, trudno było zaprzeczyć, że i na szachownicy ten miażdżący styl walki miał przed sobą wielką przyszłość. Nikt w każdym razie się nie odważył. Nikt znajdujący się w zasięgu szachistów z Corneliusstrasse 22.

Estończyk w Salzburgu

Tylko Max Euwe nie przyjął zaproszenia na wielki i prestiżowy turniej szachowy w Salzburgu w Pałacu Mirabell w czerwcu 1942 roku, ponieważ uczestniczył w nim Alechin. To była drobna, ale dobitna forma protestu, na którą stać było żyjącego w Holandii wielkiego szachistę, którego życiu nic nie zagrażało i nie musiał grać w szachy z Panami Świata.

Turniej w Salzburgu zorganizował wspomniany wcześniej wybitny działacz szachowy Erhardt Post (ten ze zdjęcia pokazującego partię z turnieju w Mannheim z roku 1914), a jego obsada miała być najsilniejsza na świecie, by udowodnić, że to w Niemczech szachy, czyli sport najdoskonalej łączący intelekt i wolę, mają się najlepiej. Konfrontacja z szachistami ze wschodu na razie odbywała się przy pomocy środków militarnych.

W turnieju uczestniczyli oczywiście przede wszystkim niemieccy mistrzowie. Najbardziej znany był Efim Bogoljubow, urodzony pod koniec XIX wieku na terenach dzisiejszej Ukrainy, skądinąd uczestnik turnieju w Mannheim w 1914 roku, który wówczas internowany jako poddany cara, przyjął potem niemieckie obywatelstwo i po latach zadomowił się w rządzonych przez Hitlera Niemczech.

Był chyba prostym oportunistą. Przypisuje mu się zdanie, które miał wypowiedzieć trzy lata po dojściu do władzy bohatera grafiki Emmy Lowenstamm: „Starzeję się, mam żonę i dzieci, wszystko, co mam to szachy. Brzydzę się polityką, ale zarabiam na życie i trzymam się z dala od kłopotów, bo uczę grać i gram w szachy pod politycznym parasolem, mam się wstydzić?” Był po prostu szachistą i chciał żyć, a ponieważ Wszechzwiązkowa Sekcja Szachowa określiła go niebezpiecznym mianem „obywatela”, a w dodatku „renegata, który podążył śladami Alechina” i wydaliła ze swoich szeregów, musiał żyć w Niemczech.

Inaczej zapewne myślał młodziutki Klaus Junge, wielki talent szachowy i zdeklarowany nazista, grywający w turniejach w mundurze i z opaską ze swastyką na ramieniu. Junge zginął z bronią w ręku pod Hamburgiem, w ostatnich tygodniach wojny, odmawiając poddania się. Miał 21 lat.

Impreza w Salzburgu, i następujące po niej inne wielkie szachowe turnieje sponsorowane przez szachistów aryjskich, nie miałaby jednak sensu, gdyby występowali w niej tylko reprezentanci Rzeszy. W turniejach musieli brać udział cudzoziemcy, a im wyżej byli sklasyfikowani, tym lepiej. Aktualny mistrz świata był szczególnie cenny, ale był też ktoś, kto mógł zająć jego miejsce: w tamtym czasie niekwestionowany numer dwa, a gdyby w czasie wojny rozgrywano mecze o mistrzostwo, mógłby zostać numerem jeden – Paul Keres. Dla Alechina nie był jednak tak atrakcyjnym przeciwnikiem, jak Capablanca, bo jego rodzinnym krajem nie była odległa od wojennej Europy Kuba, lecz niewielka, słaba i położona na trasie zdobywców Estonia.

Wyznania burzyciela

Robert Bogdański, który zlikwidował budynek cenzury, włącza się do dyskusji o zburzeniu PKiN. „Tych, którzy wielbią Pałac i tych, co go nienawidzą, łączy jedno: to On włada ich emocjami. Nie potrafią się oderwać od świata, jaki On zbudował”.

zobacz więcej
Keres nie miał wyjścia. Roczny okres okupacji radzieckiej przeżył, biorąc udział w turniejach z tamtejszymi szachistami, a gdy jego kraj zagarnęli Niemcy, uczestniczył w turniejach organizowanych przez szachistów Związku Szachowego Wielkich Niemiec. Po przegranej Hitlera usiłował uciec z żoną i dwojgiem malutkich dzieci do Szwecji, ale motorówka, na którą czekali, nie przypłynęła.

Wrota się zamknęły, trzeba było żyć „za drugich Sowietów”, jak to powiadano we Lwowie. I najpierw wytłumaczyć się im z tego, że grało się w turniejach organizowanych przez śmiertelnego wroga. Keres musiał się pokajać i złożyć deklarację lojalności. Zapewne miał w pamięci to, co spotkało jego łotewskiego kolegę Vladimirsa Petrovsa, który w 1942 roku został po prostu wysłany do łagru, gdzie po roku umarł. Na swoje szczęście Keres był zbyt wybitny i jego śmierć nie dawała władzom tylu korzyści, co jego współpraca.

Rojenia dozorcy

Tymczasem otwierała się droga do tego, aby Ojczyzna Światowego Proletariatu udowodniła ostatecznie swoją wyższość nad resztą świata. Mistrz Aleksandr Alechin, tytułowany doktorem praw z powodu nigdy nieukończonego na Sorbonie doktoratu o chińskim systemie penitencjarnym, w zagadkowy sposób zmarł w portugalskim Estoril w roku 1946. Zapewne była to robota następców komisarza Krylenki, którzy w tym czasie dość swobodnie podróżowali po Europie i w ten ujmujący prostotą sposób mogli utorować drogę do panowania w światowych szachach plejadzie sowieckich mistrzów. ODWIEDŹ I POLUB NAS Śmierć mistrza świata spowodowała bowiem, że system, w którym to mistrz pozwalał, aby pretendent z nim grał, dobiegł końca. Światowa federacja zorganizowała więc w 1948 roku turniej pretendentów, w którym na pięciu uczestników Związek Sowiecki reprezentowało trzech graczy. Następnym mistrzem został Michaił Botwinnik.

Paul Keres, w tym czasie rzecz jasna reprezentujący Ojczyznę Światowego Proletariatu, przegrał do przyszłego mistrza cztery z pięciu partii. Piątą wygrał, ale wtedy Botwinnik miał już zapewnione zwycięstwo w całym turnieju, więc wynik nie miał znaczenia. Rezultaty te wzbudziły oczywiście kontrowersje i nawet potem wyszło na jaw, że sowieckie władze szachowe naciskały na Keresa, aby przegrał z typowanym do tytułu kolegą. Podobno dowiedziawszy się o tym Botwinnik wpadł w gniew, bo uważał, że jest tak wybitny, że sam jest w stanie zapewnić sobie zwycięstwo.

Czy Keres to zrobił? Wątpliwe. Był uczciwym człowiekiem i wybitnym graczem. Ale szachy to gra, w której psychika odgrywa wielką rolę. A on pamiętał zapewne te chwile na nabrzeżu, gdy czekali z żoną i dziećmi na motorówkę. I wiedział, że tym razem żadna motorówka nie wyruszy na pomoc...

Bowiem nawet najbardziej niezwykłe rojenia dozorcy domowego o tym, co mogą czynić wielcy tego świata, nie mogą nigdy dogonić rzeczywistości.

– Robert Bogdański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Przywódcy z czasów II wojny światowej na szchownicy w 1975 roku w Londynie. Fot. Gettyimages
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Nie taki złoty chłopiec
Sto lat temu brytyjski archeolog odkrył grobowiec Tutanchamona.
Historia Poprzednie wydanie
Od kurtyzany do celebrytki. Przez łóżko do towarzyskiej kariery
Legenda pięknej Greczynki jest nadal żywa. Na Ukrainie.
Historia Poprzednie wydanie
Swawolny Tadeuszek. Niełatwy bohater dialogu polsko-rosyjskiego
Jego nazwisko w Rosji było synonimem donosiciela, pyszałka i łajdaka.
Historia wydanie 11.11.2022 – 18.11.2022
Życie publiczne i towarzyskie emigracyjnych prezydentów i...
Garden party u Andersów, bale karnawałowe i msze święte w Kensington.
Historia wydanie 11.11.2022 – 18.11.2022
Ciszewski i Hopfer. Sportowe biografie paralelne
Obaj odeszli 40 lat temu. Czy coś ich łączyło?