Kultura

Pierwsze Przykazanie wyraził farbą-światłem

Całe życie pozostawał abstrakcjonistą. Kiedy wymienia się naszych najwybitniejszych malarzy sztuki nieprzedstawiającej, nie można go pominąć. Wtedy jednak zaczynają się schody – ani to informel, ani malarstwo gestu, ani malarstwo materii, ani geometria, ani op-art. To gdzie, u diabła, umieścić dokonania Stefana?

O Stefanie Gierowskim – po jego odejściu

Coraz rzadziej określa się kogoś mianem autorytetu w jakiejś dziedzinie. A już nazwanie kogoś autorytetem moralnym brzmi dla wielu tak anachronicznie, że aż śmiesznie. Ale Stefan Gierowski przez całe swoje długie życie uchodził właśnie za autorytet – artystyczny i moralny.

Nie mnożył zajęć, zawodów, spektakularnych rekordów; nie był postacią medialną; nie zabiegał o poklask szerokiej publiczności. Kim był? Po prostu malarzem i pedagogiem.

Zmarł w wieku 97 lat w połowie sierpnia tego roku, zaś pochowano go w przedostatni sierpniowy dzień na Powązkach Wojskowych. Znamienne – większość mediów pominęło to odejście obojętnym milczeniem.

1.

Był taki czas, gdy nazwisko Gierowski (urodzony w 1925) znaczyło w polskiej sztuce wiele. Świadczy o tym choćby długa lista publikacji, monografii, wywiadów. Twórczość Stefana Gierowskiego próbował scharakteryzować niejeden biegły w słowach krytyk czy analityk sztuki. Najkrócej, i chyba najtrafniej, określił je profesor Mieczysław Porębski, nestor polskiej krytyki artystycznej: to malarstwo absolutne.

Nie usiłując konkurować z wybitnymi historykami sztuki, także wielokrotnie pisałam o wystawach Gierowskiego. Jeden z tekstów zatytułowałam „Dojście do ściany” – co dziś pozwalam sobie zacytować, już w zupełnie innej sytuacji i w kontekście śmierci mistrza.

Wtedy, pod koniec lat 90., znaczyło to ponowny triumf gatunku, którego śmierć głoszono wielokrotnie, a zwłaszcza w dobie zdominowania przybytków sztuki przez instalacje. Tytułowa „ściana” symbolizowała obrazy – obiekty płaskie i zawieszone na jakiejś płaszczyźnie, na czymś, co dawało oparcie farbie naniesionej na płótno.

Obcinano im palce na znak, że należą do zamkniętej kasty. Elity okaleczonych „szamanów” – malarzy

Wchodzili w głąb europejskich jaskiń, by malować na skałach. Tysiące lat temu podpisywali się odciskiem dłoni – bez kciuka, często bez palca serdecznego i małego.

zobacz więcej
Przecież tak właśnie działali nasi praprzodkowie, którzy wykonywali wspaniałe naskalne malowidła: najpierw wyszukiwali odpowiednie podłoże, by na nim rysować i malować tym, co mieli w swym zasięgu.

Po dziesiątkach tysięcy lat malarstwo nie przeszło praktycznie żadnej rewolucyjnej zmiany – tyle, że kamienie zamieniono na inne podobrazia, wzbogaciła się gama pigmentów i barwników oraz sposoby ich używania. A sam proces malowania?

Tak jak w prehistorii, pozostał tajemnym rytuałem. Bo każdy „prawdziwy” obraz jest połączeniem magii z wiedzą, swoistą walką pomiędzy nieświadomością a tym, co rozpoznane. Za każdym razem jest to także podróż w nieznane – bo najwięksi mistrzowie wiedzą, że najdokładniej nawet obmyślone i zaplanowanie dzieło może okazać się fiaskiem. Oczywiście, widzowie nie zauważają tej klęski, ukrytej pod techniczną biegłością. Dostrzega ją tylko autor.

Dokładniej rzecz ujmując, jedynie artysta wie i czuje, czy kompozycja powstawała w „świętym” uniesieniu, czy została „wypiłowana”, bez większych zaskoczeń w postaci końcowego efektu.

Taki obraz nie daje większej satysfakcji twórcy, choć może zachwycić odbiorcę swą wirtuozerią.

2.

No właśnie – Stefan Gierowski do końca pragnął dowiedzieć się czegoś nowego od swych obrazów. Tak, uczył się od każdej swej kompozycji. Ci najwięksi zawsze tak robili. Nie bazowali na tym, co już wiedzieli i potrafili, lecz skakali na głęboką wodę nieznanych jeszcze, niesprawdzonych rozwiązań. Eksperymentowali. Tylko wtedy sztuka miała dla nich sens, a własna twórczość ich niosła, rozwijała, uskrzydlała.

Metody były różne. Picasso zmieniał co jakiś czas style; Tycjan – gamę barwną i sposób traktowania farby, Dürer dociekał prawdy w studiowaniu natury.

Dojście w czymś do perfekcji oznaczało kres twórczego podejścia. Koniec przygody.

I tu Gierowski na pozór pozostaje wyjątkiem: jeśli nie liczyć pierwszej młodzieńczej fazy malowania postaci i przedmiotów w nieco uproszczonej, ale jednak czytelnej formie, całe życie pozostawał abstrakcjonistą.

Kiedy wymienia się naszych najwybitniejszych malarzy sztuki nieprzedstawiającej, nie można go pominąć.

Wtedy jednak zaczynają się schody – ani to informel, ani malarstwo gestu, ani malarstwo materii, ani geometria, ani op-art. To gdzie, u diabła, umieścić dokonania Stefana?
Grudzień 2010 w Konstancinie-Jeziornej. Stefan Gierowski, malarz abstrakcjonista, profesor warszawskiej ASP. Fot. Robert Gardziński / Forum
Nie brak analityków sztuki, którzy wpisują Gierowskiego w pejzaż kolorystyczny. Ba, nawet szukają temu autorowi korzeni kapistowskich – a to z racji wieloletniej przyjaźni z Janem Cybisem, jednym z uczestników wyprawy Komitetu Paryskiego (w skrócie KP, czyli kapistów) do stolicy Francji. Starszy o pokolenie Cybis, profesor na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, pomógł Gierowskiemu w zatrudnieniu na tej uczelni.

Wtedy jedyne dwie polskie akademie – krakowska i warszawska – mocno ze sobą rywalizowały, a te wyścigi miały długoletnie tradycje.

Gierowski mógł się wygodnie „umościć” w stolicy Galicji: tam studiował, i to jednocześnie na ASP i Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie zgłębiał historię sztuki. W Krakowie działał Tadeusz Kantor, najbardziej wpływowa postać na firmamencie plastyki w powojennych latach 40. i 50. Tamże ukształtowała się Grupa Młodych Plastyków, która w 1957 roku przyjęła nazwę Grupa Krakowska II, nawiązując do przedwojennej Grupy Krakowskiej założonej przez studentów tamtejszej ASP.

Na tej uczelni Stefan Gierowski uzyskał dyplom w 1948 roku, po niespełna czteroletniej nauce (w późniejszych latach obowiązywało pięć lat nauki i szósty rok dyplomowy). Ale po 1945 roku „zaliczano” (nieoficjalnie) lata wojenne jako dodatkowy czas nauk, a potrzeba zbudowania nowej kadry pedagogicznej wymuszała skrócenie trybu studiów.

Kiedy w sztuce, i w ogóle w kulturze, narzucono „jedynie słuszną” ideologię – czyli od 1949 do 1956 roku – tylko nieliczni nie przystąpili do jej realizowania. Między innymi Stefan Gierowski.

Przełomem okazał się rok 1955 i wystawa w warszawskim Arsenale „Przeciw wojnie – przeciw faszyzmowi”. Temat niejako wymuszający stosowanie figuracji oraz zrozumiałej symboliki okazał się nieoczekiwanie pokoleniową manifestacją i wyraźnym sygnałem niezgody na socrealizm. Nie było ani jednego „portretu przywódcy”, co więcej – na żadnym obrazie nie pojawił się Pałac Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina, choć ten budynek okrzyknięto największym (w sensie dosłownym) pomnikiem socrealizmu.

Patrząc z dzisiejszej perspektywy, większość eksponatów uznalibyśmy za ogromnie zachowawcze, fajerwerków nie było, w dodatku młodzi twórcy z braku finansów nie porywali się na wielkie i tym samym kosztowne formaty, a także imali się tańszych graficznych technik zamiast malować na płótnach. Ale najważniejsze: wtedy właśnie licznie zadebiutowała artystyczna „niepokorna” młodzież, późniejsi „klasycy nowoczesności” (zabawnie pisać to w kontekście debiutów).

Nagrodzono wówczas (nagród przyznano wiele) kompletnie niereprezentatywną dla dokonań Gierowskiego jego „Martwą naturę”.

Autor akurat poszukiwał nowych dróg i inspiracji. Odwilż polityczna zbiegła się z jego prywatnymi odkryciami. Przestrzeń, kosmos, czas i jego egzystencjalne pojmowanie – takimi tematami intelektualnie żywił się Gierowski. Sposób, w jaki „rozstrzygał je po malarsku” (by posłużyć się sformułowaniem Jana Cybisa) – to oczywiście abstrakcja. Jednocześnie zaniechał tytułowania prac słowem, a zadowolił się kolejnymi cyframi rzymskimi. Tego systemu trzymał się do końca. Niniejszy tekst też nie może mieć śródtytułów. Wystarczą cyfry. Arabskie.

Kiedy sztuka rymowała się z religią

Ci, którzy stanęli murem w sprzeciwie wobec „komuchów”, po transformacji zostali wymienieni na „modniejszych”, bardziej europejskich, kosmopolitycznych.

zobacz więcej
3.

Zdarzyło się kilka wyjątków. Jeden z bardzo charakterystycznych obrazów zyskał, obok cyfry rzymskiej, podtytuł „Uderzenie” – ale to bardziej z woli kuratora niż autora. Takie skojarzenia – z siłą, pędem, przenikaniem wszechświata – ma chyba każdy oglądający wczesne prace Gierowskiego. W zależności od odbiorcy, raz będą to odczucia bardziej fizyczne, innym razem duchowe.

Wracając do sygnowania obrazów – najbardziej zastanawiający i odbiegający tematycznie od sztuki nieprzedstawiającej był cykl „Malowanie Dziesięciorga Przykazań”.

Końcówka lat 80. to nie był najczarniejszy okres tamtej dekady. O wiele bardziej pesymistyczny wydawał się czas stanu wojennego i lata tuż po. Tymczasem Gierowski podszedł do abstrakcyjnej interpretacji Dekalogu dopiero w latach 1986-1987, zaś eksponowano tę serię tuż przed upadkiem komunizmu (1988-1989), pod koniec PRL, w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej przy ulicy Solec. Miejscu na uboczu, gdzie trudny dojazd. Ale to nie przeszkadzało docierać tam zainteresowanym sztuką oraz niesprzyjającym dawnemu ustrojowi.

Gierowski działał w kręgach Kultury Niezależnej, lecz nie wynikało to z jego chwilowego nastroju (co zdarzało się niejednemu), ale oddawało głębokie przemyślenia.

Czy był religijny?

Myślę, że jego wiara łączyła się z postawą, z poszukiwaniem najwyższych wartości. A cykl Dziesięciorga Przykazań był także artystycznym wyzwaniem. Jak pokazać na przykład przykazanie „Nie będziesz zabijał”? Ręką ze sztyletem? Nie, to czarna plama, wlewająca się mroczną lawiną na poziome, szerokie pasma jasnych, czystych kolorów. A pierwsze przykazanie (w oryginalnej wersji „Jam jest Pan Bóg twój”)? Gierowski wyobraził je samą bielą tytanową, tkniętą innymi odcieniami. Mamy odczucie obcowania z samą czystością, światłem. Tak właśnie sformułował swoje odczuwanie sztuki Gierowskiego historyk sztuki i kurator Aleksander Wojciechowski – że to farba-światło.

4.

Nie zamierzam opisywać słowami tego, co należy odbierać intelektualnie, skojarzeniowo i, rzecz jasna, zmysłowo. Przy czym nie chodzi jedynie o wizualne walory tego malarstwa. One pachną, jak przystało na prawdziwe malarstwo: farbami olejnymi. Mają fakturę wynikającą ze sposobu kładzenia farby, bez dodatkowych efektów. Wreszcie, mają ciężar przynależny malarstwu. Bo w zależności od techniki, obrazy ważą dużo bądź prawie nic. Olejne farby ciągną ku ziemi, akwarele ku powietrzu.

Jeden z krytyków określił płótna Gierowskiego mianem „ziemistych”, wyrastających z gruntu. Nie dotyczyło to kolorystyki, lecz właśnie ciężaru gatunkowego tej sztuki. Tak, to nie jest coś lekkiego i łatwego w przyswajaniu.

Zero w tym kokieterii, przymilania się do widza, demonstrowania sprawności manualnej i warsztatowej. Gierowski zawsze szedł pod prąd ułatwieniom.

Za to w życiu prywatnym był cudownym, pełnym humoru człowiekiem. Przystojny mężczyzna, podobał się kobietom. Doceniał ich urodę, lecz nie wdawał się w romanse. Szczególnie opierał się pokusom znanym pedagogom: flirtom ze studentkami.

Miał po temu możliwość długo, przez 35 lat, kiedy prowadził pracownię malarstwa na warszawskiej ASP. Trzykrotnie wybrany dziekanem wydziału, w 1983 został wskazany przez Senat uczelni na rektora-elekta. W tamtych realiach nie było szans, żeby komunistyczne władze zaakceptowały ów wybór. Jednak pełnił tę godność niejako symbolicznie.
Jak było powiedziane na wstępie, cieszył się autorytetem. Mogłaby temu przeczyć forma, w jakiej zwracano się albo tytułowano Gierowskiego. Dla wielu był po prostu profesorem, co zrozumiałe. Jednak niejeden, i to pokolenie czy więcej młodszy, pozwalał sobie zwracać się doń po imieniu (z przyzwolenia i zachęty mistrza). Bynajmniej nie świadczyło to o braku szacunku, lecz o sympatii, wręcz miłości, jaką się cieszył.

Podobnie o Henryku Stażewskim, nestorze naszej abstrakcji, urodzonym pod koniec XIX wieku, do końca życia mawiano pieszczotliwie „Henio”, w czym wyrażał się podziw i poczucie wspólnoty.

Tyle że Stażewski oficjalnie nie nauczał, zaś Gierowski strawił wiele lat na pedagogice.

A jeśli komuś z jego byłych studentów rodził się syn, nieraz chrzczony był imieniem Stefan – ku chwale profesora.

5.

Tu warto wspomnieć o momencie, który zadecydował o pedagogicznej karierze profesora Stefana i powodach decyzji przeniesienia się do Warszawy. Najpierw przyciągnęła go bliska współpraca z Marianem Boguszem przy Galerii Krzywe Koło. Zaczęło się w 1957 roku. Z czasem miejsce stało się ośrodkiem dyskusyjnym dla intelektualistów wszelkiej maści i forum nowatorskiej myśli artystycznej.

Koniec „krzywokolskiej” przygody w 1970 roku oznaczał także kres nadziei na budowanie wartości niezależnych od ram narzucanych przez socjalistyczne władze.

Gierowski działał też w Związku Polskich Artystów Plastyków, przez cały PRL-owski okres najliczniejszego stowarzyszenia twórczego, tym samym – wpływowego, jeśli chodzi o politykę kulturalną. A kiedy w 1961 roku Marian Wnuk, podówczas rektor stołecznej ASP, zaproponował młodszemu koledze objęcie Katedry Malarstwa w warszawskiej uczelni, nie było już argumentów przeciwko przeniesieniu się do stolicy Polski.

ODWIEDŹ I POLUB NAS
Lista wystaw Gierowskiego była długa – ale w pewnym momencie urywa się. Nie dlatego, że odmówiły mu posłuszeństwa ręce czy wystygł całe życie gorący stosunek do sztuki. Zaczęły mu nawalać oczy, lecz nadal tworzył. Raczej – abstrakcja przestała być na topie. Na szczęście w 2014 roku powstała Fundacja Stefana Gierowskiego, znakomite miejsce wystawowe na dość ubogiej stołecznej mapie, nad programem którego czuwał osobiście patron.

O jego 97. urodzinach (obchodził je 21 maja) pamiętała jedynie warszawska paleria aTAK, ufundowana przez kolekcjonera Krzysztofa Musiała. Tamże pokazano kilkanaście obrazów z ostatnich lat.

Czym różniły się od wcześniejszych? Nieco innym sposobem kładzenia farby. Poza tym, ten sam entuzjazm i fascynacja materią obrazów. Oczywiście nieprzedstawiających, dynamicznych i poszukujących.

Na koniec narzekał, że wzrok nawala… Jednak czytał. Co? Traktaty dotyczące religii, wiary, sensu egzystencji.

Zawsze tym się interesował i usiłował zgłębiać po swojemu. Jak mawiał Jan Cybis – „rozstrzygać po malarsku”.

Dla Stefana Gierowskiego znaczyło to – abstrakcyjnie. Dochodził – jak się wydawało obserwatorom – do kresu możliwości abstrakcji. Do ściany. Ale się nie wycofał. Takie było jego „confiteor”.

Monika Małkowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Wystawa dzieł Stefana Gierowskiego "Pustka i Światło. Rzecz o kolorze" w sierpniu 2019 r. w Olsztynie. Obrazy "klasyka polskiej nowoczesności" prezentowane w galerii BWA podzielono na trzy segmenty: odnoszące się do koloru, świetlistości barwy oraz czerni i bieli. Fot. PAP/Tomasz Waszczuk
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Duma i uprzedzenie. Widmo II RP wciąż nie daje nam spokoju
Na tle tatrzańskich szczytów nowojorskie drapacze chmur prezentują się dość mizernie…
Kultura Najnowsze wydanie
Efekt Pugaczowej. Czy piosenkarka zmusi Rosjan do myślenia?
Celebrytka wiedziała, jak dobrze żyć z każdą władzą.
Kultura Poprzednie wydanie
Twórca astronomiczny, który namalował motyle na stacji metra
Dzięki niemu warszawskie metro stało się największą na świecie galerią sztuki.
Kultura Poprzednie wydanie
Inna Europa Józefa Mackiewicza
W całej swojej twórczości zmagał się z pytaniem, „Czy różne narody mogą mieć wspólną ojczyznę?”
Kultura Poprzednie wydanie
Jerzy Połomski, architekt piosenki
Komponować nie potrafił, pisać tekstów nie zamierzał.