Historia

Stał się symbolem Polski sanacyjnej. Obrywał za cudze błędy

Składkowski nie widział nic złego w ucieczce rządu i dowództwa do Rumunii. Osobiście namawiał wahającego się Rydza, by poszedł w ślady prezydenta. O tym, że rodacy w kraju, pozostawieni na pastwę wroga, mogą mieć do swoich przywódców żal, jakoś nie pomyślał. Buńczuczne hasło „silni, zwarci, gotowi” rozjechały niemieckie tanki.

60. rocznica śmierci najdłużej urzędującego szefa rządu II RP minęła bez fanfar. Szkoda, choćby dlatego, że był on jedynym polskim premierem obdarzonym talentem literackim. Powinniśmy to docenić. Dzisiaj prominentnych polityków stać najwyżej na tweety i maile.

Felicjan Sławoj Składkowski radził sobie bez pomocy szczodrze opłacanych ghostwriterów i pijarowców. Jego polszczyzną zachwycali się poeci i publicyści Marian Hemar i Juliusz Mieroszewski, Jan Lechoń porównywał autobiograficzną twórczość byłego premiera do „Pamiętnika” Jana Chryzostoma Paska, Zygmunt Nowakowski – do „Pamiątek Soplicy” Henryka Rzewuskiego.

Uroczy gawędziarz i tępy służbista

Sławoj zadebiutował jako pisarz późno, mając lat 47. Wcześniej spod jego pióra wychodziły artykuły o tematyce medycznej. Sukces „Mojej służby w brygadzie” – dwutomowych memuarów z Wielkiej Wojny – bardzo go zaskoczył, wręcz uskrzydlił fakt, że Piłsudski uznał książkę za „bardzo zajmującą”. Autor piastował wtedy urząd ministra spraw wewnętrznych.

Wielu czytelników mogło odczuwać dysonans poznawczy. Jak to możliwe, że sanator i zwolennik rządów silnej ręki jest zarazem uroczym gawędziarzem, obdarzonym wspaniałym poczuciem humoru – także na własny temat? Dawni towarzysze broni byli mniej zaskoczeni. Pamiętali wszak młodego Felicjana z gry na gitarze i dowcipów, czasami makabrycznych (scena frontowa: „Czego krzyczysz, tamten w głowę dostał i nic nie mówi, a ty w nogę i zaraz wrzeszczysz!”).
Sztab 3 pułku I Brygady Legionów: Felicjan Sławoj Składkowski (pierwszy z lewej), major Michał Żymierski (siedzi), porucznik Bratro. Fot. NAC/IKC
Kolejne dzieło: „Strzępy meldunków”, opublikowane kilka miesięcy po śmierci Marszałka, zyskało dwuznaczną sławę. Bałwochwalczy stosunek autora do zmarłego szefa uderzał tym bardziej, że ów traktował go raczej obcesowo. Pojawiły się głosy, że książka premiera to mimowolny paszkwil na piłsudczyznę. Nikt jednak nie mógł zaprzeczyć, że jest szczera, a w wielu fragmentach wzruszająca.

Wojna wszystko zmieniła. Składkowski ze szczytów władzy spadł na dno potępienia. Uznano go za postać w najlepszym razie niepoważną. Jeszcze przed 1939 rokiem opozycja przyprawiała generałowi gębę tępego służbisty (typa, z którego Polacy uwielbiali się śmiać na długo zanim na ekrany trafił film „C.K. Dezerterzy”) półfaszysty i antysemity. Teraz doszły do tego zarzuty wagi najcięższej: nieudolności i tchórzostwa graniczącego ze zdradą. Sławoj, współodpowiedzialny za katastrofę państwa, miał stanąć przed narodowym trybunałem. Do procesu nie doszło, jednak ponury cień 17 września, gdy razem z prezydentem, ministrami i wodzem naczelnym przejeżdżał most na granicznym Czeremoszu, wisiał nad nim do końca życia.

Mocarstwo, którego nie było

Po śmierci Edwarda Rydza, Józefa Becka i Ignacego Mościckiego Składkowski stał się człowiekiem – symbolem ostatniej ekipy rządzącej. Dostawało mu się za cudze błędy, prawdziwe i wydumane, choć jego wpływ na politykę zagraniczną czy styl dowodzenia był znikomy. Zachował się jednak lojalnie – nie odcinał się od sanacyjnego triumwiratu, wręcz przeciwnie, brał w obronę przed krzywdzącymi, jego zdaniem, opiniami.

Beck rozumiał, że Hitler chce Polaków „zhołdować” pokojowo

Beck musiał zmagać się z zarzutami nie tylko o to, że był świadkiem śmierci gen. Zagórskiego, ale również, że osobiście go zamordował.

zobacz więcej
Z uporem twierdził, że nie dało się lepiej przygotować Polski do wojny. Połowa środków szła na cele militarne, lecz sam tylko Berlin dysponował budżetem większym niż cała Rzeczpospolita. Niemcy mieli więcej czołgów i samolotów, za granicą nie chciano nam sprzedawać broni, zaś rodzimy przemysł obronny dopiero raczkował. Za rok, dwa bylibyśmy silniejsi.

Rząd zdawał sobie sprawę z dysproporcji sił, ale do samego końca prezentował urzędowy optymizm i prężył muskuły, by nie wzbudzać paniki i nastrojów kapitulanckich. Hitler postawił piłsudczyków pod ścianą, żądając kapitulacji. Grać na czas po prostu się nie dało. Zresztą, nawet Zachód dał się nabrać na polską mocarstwowość. W Paryżu i Londynie byli zszokowani tempem, w jakim Niemcy zdemolowali wschodniego sąsiada. Premier, jak wszyscy Polacy liczył na szybką odsiecz, jednak sojusznicy, poza wypowiedzeniem III Rzeszy wojny, nie zrobili nic.

Z czasem złe emocje trochę opadły. Opinia, że za kampanię wrześniową Polska nie musi się wstydzić, zyskała powszechne uznanie. Do obniżenia temperatury sporów przyczynił się też fakt, że adwersarze dość szybko wymierali.

Inaczej było w kraju. Animatorzy polityki historycznej PRL o rehabilitacji następców Piłsudskiego nie chcieli słyszeć.

Chłopcy, za mną!

Sławoj Felicjan Składkowski urodził się w Gąbinie, z wyształcenia był lekarzem. Praktykował jako chirurg i ginekolog, ale już we wczesnej młodości związał się z niepodległościowym odłamem socjalistów. Z tego środowiska prosta droga wiodła do Legionów (gdzie Sławoj zyskał opinię „najwaleczniejszego lekarza I Brygady”) i wojska odrodzonej Rzeczpospolitej. Podczas wojny z bolszewikami odpowiadał za sprawy sanitarne.

Z Józefem Piłsudskim, oprócz podległości służbowej, łączył generała dość swobodny stosunek do religii. By móc zawrzeć związek małżeński z uwielbianą Żerminą (druga żona, Germaine Susanne Coillot, była Francuzką – przyp. red.), on również zmienił wyznanie na ewangelickie. Gdy idolowi przestało być po drodze z demokracją, Składkowski szybko dostosował się do nowego kursu.

Podczas inauguracyjnego posiedzenia Sejmu w marcu 1928 roku, Marszałek jako premier miał powitać zebranych. Grupka posłów skorzystała z okazji i zaczęła skandować: „Precz z faszystowskim rządem Piłsudskiego!” W odpowiedzi Sławoj na czele ściągniętego wcześniej oddziału policjantów wtargnął na salę obrad z okrzykiem: „Chłopcy, ci s…. komuniści przeszkadzają mówić Komendantowi. Wyrzucimy ich, za mną!”, co też uczyniono, mimo protestów innych posłów. Po wyjściu szefa rządu pozwolono kontestatorom wrócić, by mogli złożyć ślubowanie.
Nowy premier Felicjan Sławoj Składkowski wita się z urzędnikami Prezydium Rady Ministrów. Fot. Wikimedia
Składkowski jako szef MSW podpisywał nakazy aresztowania liderów opozycji. Asystował przy ostatnich chwilach uwielbianego Marszałka, był jednym z tych, którzy wynieśli trumnę z Belwederu, a potem zdjęli ją z lawety. Zawsze jednak odżegnywał się od miana polityka. Na pewno nie był demokratą. Na emigracji wyznał, że irytują go wyrazy, zaczynające się na literę „D” , a kończące na „A”.

Ruchy tektoniczne, które nastąpiły po śmierci Wodza, niespodziewanie wyniosły w górę Edwarda Rydza -Śmigłego. Formalnie na czele państwa stał jednak Ignacy Mościcki, figurant któremu konstytucja kwietniowa przyznała uprawnienia na tyle szerokie, że człowiek o mocniejszym charakterze i osobowości mógłby generała usadzić. Ostatecznie panowie podzielili się władzą. Potrzeby był jeszcze sprawny, lecz pozbawiony politycznego zaplecza premier. Kandydata nie szukano daleko. Składkowski jeszcze w czasach legionowych zyskał opinię dobrego administratora.

Po latach przyznawał, że w 1936 roku został „prowizorycznym” szefem rządu. Prowizorka, jak to często bywa, trwała długo, ponad trzy lata.

Lepiej bić niż strzelać

Zaszczuty polski bohater. Czyli czarnowidz, który miał rację

Przeciwko niemu ruszyła machina FBI, wywiad wojskowy i komuniści w USA. Przeciwnika sojuszy z Sowietami okrzyczano pomocnikiem Hitlera. Od obywateli Niemiec i Japończyków odróżniało go to, że nie siedział w obozie.

zobacz więcej
Był dziwnym premierem. Całkowicie wolny od charakterystycznego dla nadwiślańskich elit narcyzmu, nie gustował w intrygach, bankietach i polowaniach. Wpłynął natomiast na krajobraz Polski, zwłaszcza tej prowincjonalnej.

Zarządził zamiatanie ulic, malowanie płotów, sadzenie drzew, urządzanie trawników, bielenie wapnem wiejskich domów i miejskich rynsztoków, tudzież budowę wychodków, nazywanych odtąd „sławojkami”. Jako były lekarz wojskowy miał obsesję na punkcie higieny.

Najmilej wspominają Sławoja w Turku. Premier bardzo dbał o miasto, w którym żyli jego rodzice i siostra, często je odwiedzał.

Prozdrowotna polityka nie znajdowała należytego zrozumienia w społeczeństwie, lecz Składkowski był uparty. Mimo nawału zajęć w stolicy, starał się zachować „kontakt z terenem”. Do legendy przeszły jego niezapowiedziane inspekcje.

Już pierwszego dnia urzędowania premier wywalił na zbity pysk kolegę z Legionów, starostę łowickiego za nieuzasadnione oddalenie się z miejsca pracy. Po staremu sypiał w gmachu MSW, a dzień zaczynał od sprawdzenia, czy o ósmej rano wszyscy podwładni są już gotowi do wypełniania obowiązków.

Przejawem podwójnej podległości Sławoja było „meldowanie się” u Mościckiego i Rydza. Ministerialne teki zostały rozdane, zanim zaproponowano mu fotel premiera. Największy wpływ miał na resort spraw wewnętrznych, z tej prostej przyczyny, że jego szefostwo zachował dla siebie. Gospodarką zajmował się człowiek prezydenta, Eugeniusz Kwiatkowski, dyplomacją Józef Beck (rekomendowany na to stanowisko jeszcze przez Marszałka), zaś władzę nad wojskiem uzurpował sobie Śmigły, ogłoszony drugą osobą w państwie. W roku 1940 miał stać się numerem pierwszym, gdyż Mościcki wybierał się na emeryturę.
        ODWIEDŹ I POLUB NAS     W tej sytuacji Składkowski uznał, że jego misją jest zaprowadzenie w kraju porządku, bezpieczeństwa i poszanowania władzy. Protesty i demonstracje z krwawym epilogiem były w latach 30. na porządku dziennym. Premier mając dość wyrzutów prezydenta, że „policja znowu strzelała”, sięgnął po francuskie wzory. Funkcjonariuszy nauczono rozpraszać tłumy bez użycia broni palnej. Premier wbrew pozorom miał dość cienką skórę i krytyka nie spływała po nim jak woda po kaczce. Ubolewał, że nazywają go stupajką, ale nie ciągał dziennikarzy po sądach, nie nasyłał też na nich „nieznanych sprawców”. By ulżyć doli bezrobotnych, organizował prace publiczne.

Konie w rzece

Wizerunek państwowca, pracusia i antykomunisty, który z zapamiętaniem „tępił nadużycia i niesprawiedliwość” ma częściowe pokrycie w faktach, ale pamiętajmy, że Sławoj jako literat miał talent do autokreacji.
Rok 1939. Premier Składkowski idzie na posiedzenie Sejmu, na którym minister spraw zagranicznych Józef Beck wygłosi exposé na zerwanie przez Niemcy paktu o nieagresji z Polską. Fot. NAC/IKC
Na pewno nie był aż takim poczciwcem, za jakiego się podawał. Przyjrzyjmy się używanym przez niego argumentom. Aresztowanie liderów opozycji? Ktoś to zrobić musiał. Pacyfikacja wschodniej Galicji? Przecież była bezkrwawa. Brutalne stłumienie strajku chłopskiego? Akurat wtedy bawił za granicą. Obóz w Berezie? Przykre, lecz konieczne narzędzie obrony państwa przed niemiecką i sowiecką agenturą. Wysadzanie w powietrze prawosławnych cerkwi? To sprawka wojskowych, którzy poczuli się politykami. Dlaczego w obliczu śmiertelnego zagrożenia nie powstał, jak w 1920 roku, Rząd Jedności Narodowej? Bo zabrakło czasu, a zmiana koni w trakcie przeprawy przez wzburzoną rzekę to zły pomysł. I tak dalej.

Wspominając II RP, Sławoj sypał anegdotami jak z rękawa. Zapewniał o bezstronności rządu, przeciwnikom sanacji zarzucał demagogię i dążenie do rozlewu krwi. Milczał o wyborczych machlojkach, o których wiedzieć przecież musiał. Tępił antysemickie ekscesy, ale był przeciwnikiem ugody z Ukraińcami.

Wśród literackiej spuścizny generała zwraca uwagę sprawozdanie z poczynań rządu w krytycznych dniach wrześniowych. Państwo chwiało się pod ciosami padającymi z zachodu, północy, południa, a w końcu także ze wschodu. Władza, która już trzeciego dnia wojny zaczęła się pakować i palić dokumenty, traciła szacunek, na który Składkowski tak ciężko pracował.

Benzyna dla Sikorskiego

Ziemia obiecana czy ziemia przeklęta? II wojna i polscy emigranci w USA

Czasem amerykański sen okazywał się amerykańskim koszmarem...

zobacz więcej
Organizacyjny talent premiera przydał się podczas ewakuacji. 7 września, o drugiej w nocy opuścił Warszawę („rzucam ostatnie spojrzenie na portret Komendanta i schodzę na dziedziniec”). W Łucku próbował opanować narastający chaos, nawet gdy plan zatrzymania Niemców na linii Wisły, a potem Bugu spalił na panewce, wciąż liczył, że karta się odwróci. Dopiero wkroczenie Sowietów położyło kres złudzeniom.

Składkowski nie widział nic złego w ucieczce rządu i dowództwa do Rumunii. Osobiście namawiał wahającego się Rydza, by poszedł w ślady prezydenta. Istniał wszak historyczny precedens: po upadku powstania listopadowego politycy i generałowie wyemigrowali, by koordynować walkę o suwerenność z Paryża. O tym, że rodacy w kraju, pozostawieni na pastwę wroga, mogą mieć do swoich przywódców żal, jakoś nie pomyślał. Buńczuczne hasło „silni, zwarci, gotowi” rozjechały niemieckie tanki.

Potem było jeszcze gorzej: pod naciskiem Hitlera rumuński sojusznik internował ministrów, zaś Francuzi korzystając z okazji, wymusili dymisje Mościckiego i Rydza. Sławoj napisał podanie o przyjęcie go do Wojska Polskiego jako lekarza. Generał Sikorski prośbę odrzucił, co było objawem typowej dla naszych polityków mściwości i małostkowości. Jak na ironię, niecały tydzień wcześniej Składkowski poratował przyszłego premiera i wodza naczelnego, gdy w rumuńskiej głuszy zabrakło mu benzyny.

Latem 1940 roku Sławoj wymknął się Rumunom, wcześniej topiąc w jeziorze oraz w hotelowej toalecie 11 grubych zeszytów zawierających szczegółowe notatki z czasów służby państwowej. W Turcji z woli Sikorskiego spędził pół roku. Przesłuchiwał go wysłannik komisji, badającej odpowiedzialność za klęskę wrześniową. W Palestynie byłemu premierowi udało się złapać pana Boga za nogi – został inspektorem sanitarnym. Jednak po czterech miesiącach został z polskiego wojska usunięty, podobnie jak inni piłsudczycy.

Zły, dobry, przegrany

Skazany na bezczynność, która była niezgodna z jego naturą, Składkowski wdał się w ostatnią bitwę: o pamięć. Długo pisał do szuflady, bo rząd zakazał drukowania wynurzeń „grabarza ojczyzny”.

Ostatnie lata spędził w Londynie. Żermina już nie żyła, więc ożenił się po raz trzeci – z siostrą Tadeusza Dołęgi - Mostowicza. Los bywa przewrotny. Autor „Kariery Nikodema Dyzmy” zginął w Kutach, na drodze prowadzącej do mostu na Czeremoszu, tego samego, którym trzy dni wcześniej generał ewakuował się do Rumunii.

Pisanie trzymało Sławoja przy życiu, pozwalało znieść emigracyjną beznadzieję. „Kwiatuszki administracyjne” – wspomnieniowy cykl, którego nie chciała drukować paryska „Kultura”, ukazywał się na łamach „Wiadomości”. Choć były premier rozwinął swój talent ironisty i stylisty, wielu rodaków oburzało się, że Mieczysław Grydzewski hołubi pogrobowca sanacji.

Składkowski zmarł 31 sierpnia 1962 roku, w przededniu kolejnej rocznicy wybuchu wojny. Cat Mackiewicz, który wcześniej szydził ze sprawcy swego pobyt w Berezie, zdobył się na wyznanie, że Sławoj był „dobrym człowiekiem, dobrym żołnierzem i dobrym Polakiem”. Sam zainteresowany we wstępie do książki „Nie ostatnie słowo oskarżonego” dał wyraz przekonaniu, że historia oceni go sprawiedliwie. Zapomniał, że historię piszą zwycięzcy.

– Wiesław Chełminiak

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Rok 1936. Górale z Podkarpacia w czasie wycieczki do Warszawy odwiedzają premiera Felicjana Sławoja Składkowskiego. Fot. NAC/IKC
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Kalendarz starszy od Majów
W strefie tropikalnej istniały rachuby czasu krótsze od naszego cyklu rocznego – 260-dniowe.
Historia Najnowsze wydanie
Relikwiarz przetopili na bryłkę srebrnego złomu
W PRL funkcjonował prężny podziemny rynek antykwaryczny, na którym działo 15 tys. paserów.
Historia Poprzednie wydanie
Kłamstwo chatyńskie
80 lat temu spłonęła wioska, której popiołów Sowieci użyli, by zatrzeć prawdę o Katyniu.
Historia Poprzednie wydanie
Odstąpił Ciołkowi żonę i koronę
Ku zdumieniu współczesnych proponował, by kształcić również kobiety.
Historia Poprzednie wydanie
Na tropie mordercy i „Zakonnicy”
Kolekcjonerzy dzieł sztuki ginęli w dziwnych okolicznościach.