Kultura

A nad Kaszubami – zeppelin i Smok. Anioły i kruki, wieprze w sutannach, białoskrzydłe anioły i rybioogoni królowie

Józef Chełmowski życie przeżył – jak to bywa z prorokami i wizjonerami – najzupełniej pospolicie, bez akademii i stypendiów, spektakularnych uniesień i załamań, głośnych wernisaży i skandali. Jego pierwsze lata płynęły w pełni zgodnie z wzorcowym curriculum vitae obywatela Polski Ludowej.

Liczne indeksy cytowań, w których sporządzaniu specjalizują się bibliści, nie pozostawiają złudzeń: oprócz Ewangelii najczęściej cytowaną księgą Pisma Świętego jest Apokalipsa świętego Jana, zwana też Objawieniem Janowym. A przecież cytowanie w celach duszpasterskich czy naukowych to tylko część obecności tej księgi w kulturze: jej nazwa, Ἀποκάλυψις, oznaczająca w grece pierwszego wieku po Chrystusie po prostu „objawienie”, stała się określeniem całego kierunku myślenia i obrazowania, skupionego na końca świata. Obrazy i symbole Apokalipsy zaś – czy to zwiastujący koniec Czterej Jeźdźcy, czy Liczba Bestii, czy spadające z nieba gwiazdy – były inspiracją dla niezliczonej liczby obrazów i rzeźb, poematów i kazań.

Słychać siedem trąb

Także – pożywką dla wszelkiego rodzaju lęków, fantazji, wizji, ba, opętań! Z tego zresztą względu wielu Ojców Kościoła, ba, sam Jan Chryzostom, święty Kościoła katolickiego i prawosławnego, sprzeciwiało się włączeniu księgi Janowej do kanonu biblijnego, widząc w niej idealną pożywkę dla heretyków.

Tych rzeczywiście nie brakowało, trudno wymienić myśliciela starożytnego czy średniowiecznego, zwłaszcza poróżnionego z ortodoksją, który nie sięgałby po obrazy i sceny z Apokalipsy. Od Orygenesa po Wiklefa, od Lutra po Jana Mathijisa, założyciela münsterskiej komuny anabaptystów, sięgano po wizje siedmiu pieczęci i siedmiu odzywających się trąb. Ilekroć zaś zdarzyło się trzęsienie ziemi, zaćmienie słońca, krwawy wschód księżyca czy dokuczliwsza niż zwykle szarańcza – zawsze znalazł się ktoś, kto wznosił go góry palec i z grozą pomieszaną z satysfakcją, że „na jego wyszło” mówił: oho!

Później zaś zaczynał dopasowywać po przepowiedni pozostałe (prócz szarańczy) elementy współczesności, i – trzebaż trafu – wszystko się zazwyczaj zgadzało! Sprzyja temu niezwykła wieloznaczność ale też sugestywność przetwarzanych obrazów: gwiazdy spadające z nieba to może być sierpniowy deszcz meteorów, ale i ostrzał artyleryjski miast położonych za linią frontu podczas I wojny światowej, bitwa pod Armageddonem to może być zniszczenie Jerozolimy przez Rzymian w roku 68, ale i Ypres, i Stalingrad.

A siedmiu królów? („pięciu upadło, jeden jest, inny nie przyszedł, a gdy przyjdzie, będzie mógł krótko tylko pozostać” – Ap 17, 10). To mogą być, oczywiście, Neron (panujący w latach 54-68) i następujący po nim Wespazjan (69-79) – to skojarzenie jest jednym z argumentów w prowadzonym przez badaczy sporze o określenie czasu spisania Objawienia – ale to mogło być też dowolnych sześciu królów, prezydentów czy premierów panujących na niedługo przed chwilą, w której dokonywano interpretacji Księgi. Założę się, że nawet teraz, gdy to piszę, jakiś szczególnie zdesperowany entuzjasta Rafała Trzaskowskiego wróży mu może i nieszczególnie trwałe, lecz jednak zwycięstwo w przyszłych wyborach prezydenckich („nie przyszedł, a gdy przyjdzie, będzie mógł krótko tylko pozostać”).
Fot. Prinscreen/ chelmowski.chojnicemuzeum.pl/pl
Świadkowie Jehowy uważają, że „bestia barwy szkarłatnej” to ONZ, każda kolejna próba mikrochipowania ludzi postrzegana bywa przez wielu jako nadawanie znaku Bestii, interpretowanie kolejnych wojen na Bliskim Wschodzie jako spełnień poszczególnych zwrotów w zmaganiach królów Medo-Persji to już specjalność teleewangelikalnych wizjonerów w Stanach. Ale ta ciekawość była zawsze – i „rozszyfrowanie” poszczególnych zwrotów bywało wręcz postrzegane jako symbol wszelkiego poznania, ba, używane wręcz jako pokusa… Przypomnijmy tylko monolog złego Ducha w „Dziadach”, skierowany do modlącego się księdza Piotra, mieszaninę pokus trywialnych i najwyższych: „– A wiesz ty, co o tobie mówią w całym mieście? / (…) – A wiesz ty, co to będzie z Polską za lat dwieście? / – A wiesz, dlaczego tobie przeor tak nie sprzyja? / – A wiesz w Apokalipsie co znaczy bestyja?”. Mniejsza już o fawory przeora, ale kto, bodaj i z wyborców Trzaskowskiego, nie chciałby wiedzieć, co będzie z Polską za lat dwieście – no, i to drugie?

Interpretatorzy z Grodziska

Kto nie zadawał sobie tego pytania, nie tylko spośród intelektualistów, lecz i natur prostych! „Sodomagomoria!” – rozpoczynał swój monolog dziad w „Konopielce”. Studiował Apokalipsę nieortodoksyjny Kasprowicz i bardzo pobożny Karol Ludwik Koniński. Stanisław Rembek, pisarz, wydawałoby się, daleki od wszelkich uniesień, wręcz oschły w oglądzie rzeczywistości, w kapitalnym, wydanym w tych dniach przez PIW „Dzienniku okupacyjnym” kilkukrotnie, między relacjami o transportach ciągnących przez Grodzisk, cenach węgla i wódeczkach, wychylanych przez nieco podtatusiałych patriotów miejscowych (kapitalna jest ta wizja Polski podwarszawskiej, przyczajonej, sceptycznej i obrotnej, doskonale uzupełniająca obraz czasów okupacji niemieckiej) zwierza się z popołudni i wieczorów spędzanych z jednym z przyjaciół nad lekturą Objawienia Janowego, wpisującą je we współczesne mu czasy. „Doszliśmy do wniosku, że Apokalipsę odczytywać należy w sposób inny niż zwykło się to robić” – notuje z nieco rozczulającą dumą świeżo upieczonego rewelatora.

Czytał więc Apokalipsę Kasprowicz i Rembek, czytały ją (lub słuchały w kościele) rzecz twórców ludowych, niemal równie chętnie rzeźbiących później w lipie Niewiastę stojącą na księżycu co pasyjkę, Chrystusa frasobliwego czy czorciki z czerwono gembo. Ale chyba nikt nie przetrawił jej równie głęboko co Józef Chełmowski, malarz, rzeźbiarz, wynalazca i teozof z serca Kaszubszczyzny, z Brus.

Urodzony w 1934 w Brusach Jagliach, po polskiej stronie granicy tnącej Pomorze („Już w szóstym roku życia rozpocząłem naukę w 1941 r. w Volksschüle w Brusach”, pisze co prawda w jednostronicowym „Moim twórczym życiorysie” - ale ta Volksschüle to konsekwenccja najazdu 1939), zmarły w 2013, życie przeżył – jak to była z prorokami i wizjonerami – najzupełniej pospolicie, bez akademii i stypendiów, spektakularnych uniesień i załamań, głośnych wernisaży i skandali. Cytowany już „Życiorys”, świetne świadectwo, pokazuje wręcz, że jego pierwsze lata płynęły w pełni zgodnie z wzorcowym curriculum vitae obywatela Polski Ludowej. „Potem była Służba Polsce pół roku na Śląsku, gdzie za dużą normę 250% zostałem delegatem na pierwszy światowy Zlot Młodzieży w Warszawie. Nie mając 18 lat rozpocząłem pracę fizyczną na PKP w Chojnicach po kilku latach poszedłem do zasadniczej służby w wojsku, tam skończyłem szkołę podoficerską jako dowódca radiostacji. Po przyjściu z wojska ciągle pracowałem na gospodarstwie 5 ha i inne państwowe prace” (zachowano pisownię oryginału – red.).

Między Smokiem Wawelskim a Leonardem DiCaprio

Stanisław Szukalski uważał, że Polska stała się w IX wieku kolonią Zachodu.

zobacz więcej
SP, wojsko, PKP – jak z portretu przodownika pracy! Ale tenże przodownik w następnym zdaniu „Życiorysu” pisze: „…i inne państwowe prace, a było ich dużo, i w tym to czasie interesowałem jako alchemik, z doświadczeń korzystam do dziś”. Co to za przewodnik z alchemika, który w dodatku zdradza „Rzeźbienie rozpocząłem po wojnie w szkole jako kapliczki z kory sosnowej..”.

Wesołego Alleluja, Polsko Ludowa!

Wielu takich oryginałów ze smykałką do dłuta wprzęgano w tym czasie w tryby wielkiej machiny „wspierania i propagowania sztuki ludowej”, której kulisy znakomicie opisuje Antoni Kroh w książce „Wesołego Alleluja, Polsko Ludowa!”. Była to hybryda, w której znalazło się miejsce dla ortodoksyjnej ideologii („awans ludu pracującego”) ludomanii starszego typu, która przechowała się w PRL, nadziei na dochody dewizowe, karier naukowych i medialnych etnografów, ambicji prostych ludzi, którzy po raz pierwszy w życiu posmakowali zachwytu „państwa” nad wydłubanym przez siebie ulem czy łyżką i obrotności pospolitych hochsztaplerów, co skalkulowali, że z półhurtowej produkcji struganych w korze i wstawianych do Cepelii jezusików wyżyją lepiej niż z uprawy gruli na płónej glebie.

Ale przecież to przedziwne combo nie wyklucza istnienia twórców całkowicie samorodnych, z czasem zauważanych, może nawet „promowanych”, lecz zaczynających – no cóż, za sprawą iskry Bożej. I do takich należał Chełmowski. „W roku 1970 rozpocząłem s powrotem rzeźbić i malować nie wiem co mnie skłoniło, za pieniądzem nie, za pracą nie, jej było aż za dużo w tym czasie lecz rozpoczęłem. Pierwsze wystawy były w kawiarni „Las” w Brusach, w roku 1972 dałem na wystawę Ziem Północnych w Sopocie, potem były liczne wystawy tematyczne aż do dziś”.

Rozpoczął, a jego wyobraźnia, jak to bywa u twórców ludowych drugiej połowy XX wieku, karmiła się nie tylko tym, co w poprzednich pokoleniach – kazaniami, Pismem, zasłyszanymi anegdotami i przypowieściami, w najlepszym razie strzępem gazety – lecz powodzią informacji, zalewających świat: wiadomościami z radia, z gazet, z przemówień, z czasem i z telewizora (na pewno stał już w tym czasie w kawiarni „Las” w Brusach…). Tak niezwykła mieszanka bodźców „na wejściu” musiała zaowocować niezwykłą hybrydą.

Hybrydą, bo są w niej elementy „ludowości tradycyjnej”, trochę uładzonej i ulukrowanej, jaką znamy z niezliczonych skansenów, muzeów regionalnych i mnóstwa miniatur artystów z krajów, które konsekwentnie stawiały na wspieranie „kultury ludowej” już od odzyskania niepodległości w 1918 r.– Czechów, Słowaków, Chorwatów i Serbów, by wspomnieć choćby Ivana Generalicia spod Koprivnicy.

Znawcy rozróżniają oczywiście w takim dorobku szkoły, style i inspiracje, ale przeciętny muzealny szlifibruk, który lubi wskazać dzieciom na obrazach „typowy późny gotyk” lub „o, widzisz, światłocień jak u Caravaggia”, trochę, powiedzmy sobie szczerze, poziewuje, ożywając się co najwyżej przy rozpoznawaniu atrybutów świętych: jak korona i wieża, to Barbara, jak lilia, to Antoni, a pies…? Kto nie pamięta o św. Rochu, musi zgooglować.

Ale bądźmy szczerzy, ta święta Barbara z płaską i kwadratową jak deska, zamkniętą twarzą, z której sterczy niezgrabnie sęk nosa, jest taka sama w muzeum pierwszym, drugim, dziesiątym, w galerii rzeźby staropolskiej i świeżo wyszła spod kozika certyfikowanego artysty: może wzruszyć nas w niej wierność osobie, ale nie wierność rysów.

Przysięga Billa Clingdona

Takich rzeźb w dorobku Chełmowskiego też jest trochę: smutne Piety, święty Józef z czerwonymi ustami i pasem, kilka diablików (choć jeden, przyłapany w kominie, doskonale czarny, jest już świetnym żartem autora z konwencji). Ale to niewielka część kolekcji, w której – choćby w muzeum w Bytowie – znaleźć można kilkadziesiąt przedstawień, w konwencji „świętych figur”, przedstawione są postaci najzupełniej świeckie, choć ważne.

I tu straszliwe jest wahadło emocji widza między uznaniem, zachwytem i drwiną mieszczucha. I nie chodzi tylko o to, że do toporności rysów świętej Barbary zdołaliśmy się przez lata przyzwyczaić, ale toporność rysów Billa Clintona (Przysięga prezydęta Billa Clingtona”, 1993), znanego z setek agencyjnych zdjęć, a tu wyrzeźbionego w tej samej manierze, co św. Józef bawi nas, razi i rozczula jednocześnie. Idzie o dobór bohaterów, świadectwo tej powodzi informacyjnej, której strugi dotarły widać i do kawiarni „Las”, i do zagrody rzeźbiarza.
Stoją bowiem na półkach, ramię w ramię z czorcikami i świętymi, nie tylko – co najbardziej zrozumiałe – Jan Paweł II, uchwycony w osobliwym kubistycznym niemal skrócie (twarz, uniesione ramię i gołąb), niepodobny Lech Wałęsa, płaskorzeźba z dźwigami Stoczni Gdańskiej, upamiętniająca Sierpień i Matka Teresa. Stoją również – na rogaliku Luny „astronauta Neil Armstrong, 20.07.1969”, na podium, gdzie składał przysięgę, wspomniany Bill Clinton, ale i wspierające się o siebie, płonące już Twin Towers, Saddam Hussein i nawet Masud Barzani! (osobliwa jest predylekcja Józefa Chełmowskiego do wojen i spraw Bliskiego Wschodu).

Podobnie na licznych obrazach, nie tylko żywo komentujących dzisiejszą lub wczorajszą rzeczywistość („sekty ewangeliczne przewidują upadek Stanów Zjednoczonych”), ale i stanowiących czytelne echo wrażeń plastycznych, z konieczności chaotycznych, ale zdumiewających rozległością inspiracji artysty. Na kilku co najmniej płótnach przewijają się złośliwe demony znane z tantrycznego nurtu buddyzmu lub hinduska Kali; Mahomet na wierzchowcu i archanioł Gabriel widziany w tradycji muzułmańskiej są jak żywcem wzięte z miniatur perskich, gdzieś miga pagórek usypany z czaszek, żywcem przekopiowany z „Apoteozy wojny” Wierieszczagina.

A obok tego jeden z najbardziej może wzruszających obrazów, zupełnie osobny: „Przelot Zeppelina Brusy w roku 1938 na Pruse wsch.”. Nad żółtozielonym płaskowyżem, nad wysadzanym topolami gościńcem, nad miasteczkiem z dwoma najważniejszymi punktami odniesienia – wieżami kościoła i dymiącym kominem tartaku – pod popołudniowym, późnoletnim niebem zawisł dziwnie szpiczasty sterowiec. Jest w tym płótnie spokój, niemal sierpniowa sielanka, ale jest i – może przez datę roczną może przez nieproporcjonalnie wielką machinę latającą, dominującą nad Brusami – jakiś cień grozy. Wygląda to płótno trochę jak monidło, trochę jak odrysowane z pocztówek, których tyle przerzucamy w antykwariatach („Grüße aus Bruß”) – ale kto wie, ile w tym jest z pierwszego świadomego wspomnienia czteroletniego wówczas Józka, a właściwie, skoro to Kaszuby, „Jófka”?

Rzeczy ostateczne na szkle

Mniejsza jednak o katalog inspiracji, ich zestawianie zostawiłbym specjalistom. Tym, co uderza w kilkuset dziełach Chełmowskiego zgromadzonych w Bytowie, czy jest to absolutnie klasyczny motyw Świętej Rodziny na szkle malowanej, czy przestroga przed demonami ognia z piętrzącym się z boku słupkiem z odrysowanych znaków birmańskiego pisma, czy zdumiewające, rękopiśmienne traktaty („Księga Światów Świata” czy „Nadzwyczajne śmierci ludzi świata, 1970-2005”), czy przedziwne płótna kosmologiczne („Dokończenie dzieła M. Kopernika”) – uderza pragnienie odnalezienia przezeń ładu świata, rządzącej nim formuły, a zarazem – namysł nad rolą w nim człowieka, jego powołaniem, nieposłuszeństwem i kresem. Czyli, tak naprawdę, „rzeczy ostateczne człowieka”: śmierć. Sąd Boży. Niebo albo piekło.
ODWIEDŹ I POLUB NAS Nigdzie nie widać tego wyraźniej niż w najbardziej zdumiewającej pracy pana Józefa, wobec której jestem właściwie bezradny. Wyobrażam sobie, że w różnych przewodnikach zachwalających region pisze się o niej per „kaszubska tkanina z Baueux”, mam nadzieję, że seminarzyści z Gdańska i Pelplina (przynajmniej!) spędzają przed nią długie godziny. Ja mogę powiedzieć tyle, co skryba sporządzający inwentarz: jest to jednostronnie zamalowane płótno o łącznej długości 55 m, szerokości od 80 do 110 cm (czyli krótsze, ale znacznie szersze od bayeuskiego pierwowzoru!), zaaranżowane w muzeum w ten sposób, że ogląda się je jak trzypasmowy fryz. Kolejne sceny (chciałoby się rzecz „klatki”) są graficznym przedstawieniem niemal wszystkich wersów Apokalipsy.

„Tacyt tego drzewa był geometrą nie znał przymiotników nie znał składni wyrażającej przerażenie” – pisze Herbert w „Sekwoi”. Tacyt tego płótna, czyli Józef Chełmowski, nie znał niekończącej się dyskusji interpretatorów Objawienia między odczytaniem preterystycznym (zapis prześladowań Kościoła w I wieku), futurystyczno-eschatologicznym (zapowiedź końca świata i jego okoliczności), historycznym (alegoryczna wizja prześladowań Kościoła przez dwa tysiąclecia) i uniwersalistycznym (zapis ponadczasowych zmagań Dobra i Zła, Państwa Bożego z państwem ziemskim).

Nie zna sporów między szkołą egzegezy anglosaskiej a niemieckiej, nie zna koziołków logicznych klasyków dyspensacjonalizmu. Po prostu maluje, panel za panelem, wers za wersem, najczęściej nie przepisując ich, jedynie opatrując zwyczajowymi skrótami. Anioły i kruki, wieprze w sutannach i białoskrzydłe anioły, smoki z zielonym pyskiem i motylimi skrzydłami jak z Tintoretta i rybioogoni królowie. Morza krwi, ośmiorogie gwiazdy tęczująco sypiące się w dół nieba w defiladowym ordynku.

0 Wycieczki milkną. Starcy przykucają, by dokładniej obejrzeć najniższy rząd malunków. A tata w tatutażach, oprowadzający ciekawą świata pięciolatkę, na jej kolejne pytanie wyjmuje smartfona, chwilę kilka i zaczyna – po raz pierwszy od lat, czy jak co tydzień? – półgłosem czytać: „I pokłon oddali Smokowi, bo władzę dał Bestii. I Bestii pokłon oddali, mówiąc: «Któż jest podobny do Bestii i któż potrafi rozpocząć z nią walkę?»” (Ap 13, 4).

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Fot. Wojciech Stanisławski
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Aktorzy, którzy niszczą sami siebie. Satyra Wildsteina
Po premierze zapanowała cisza. Przemilczanie jest skuteczniejszą receptą niż zawrzaskiwanie.
Kultura Poprzednie wydanie
Odkrył urodę Warszawy, z Wisły uczynił siostrę Canal Grande
Umieszczenie w tytule wystawy jego nazwiska trzeba uznać za akt odwagi.
Kultura wydanie 23.09.2022 – 30.09.2022
Kino polskie czy kino z Polski?
Reżyser pokazuje wielką balangę, która zmienia się w masakrę.
Kultura wydanie 9.09.2022 – 16.09.2022
Pierwsze Przykazanie wyraził farbą-światłem
Jeśli jego byłemu studentowi rodził się syn, nieraz chrzczony był imieniem Stefan – ku chwale profesora.
Kultura wydanie 2.09.2022 – 9.09.2022
Piłsudczyk, który wychwalał endeków
Na seminariach spotykali się u niego Komorowski, Piłka, Szeremietiew, Naimski i Macierewicz.