Cywilizacja

Słyszą, jak gdacze kura. Polacy pokochali wieś

Co się stało, że głusza, która jeszcze do niedawna, w wielkich aglomeracjach, kojarzyła się z PGR-em i zacofaniem, nagle zaczęła być atrakcyjna?

Janusz Rewiński, czyli popularny „Siara” z „Kilera”, Leszek Lichota z „Watahy”, Piotr Pręgowski z „Rancza”, Rudi Schuberth ze „Śpiewających Fortepianów” czy Michał Żebrowski, legendarny „Wiedźmin” to tylko kilka przykładów rodzimych celebrytów, którzy zmienili swoje życie, porzucili zatłoczoną stolicę i przenieśli się na koniec świata, by cieszyć się urokami polskiej wsi.

W ślad za nimi idą inni. Tylko w ubiegłym roku aż 50 tys. Polaków zdecydowało się wyjechać z miast i osiedlić się na wsi. To historyczny wynik, bo ostatni tak duży ruch migracyjny z miasta na wieś miał miejsce w 2008 r., czyli przed kryzysem finansowym.

Co więcej, z wyliczeń Krystyny Szafraniec z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa wynika, że co trzecia osoba pochodząca ze wsi, która ukończyła studia, wraca na wieś. Opuszczają ją przede wszystkim osoby o niskim poziomie kapitału kulturowego i ekonomicznego. Błogiego spokoju nie doceniają też najmłodsi mieszkańcy. Badania, które zostały przeprowadzone na maturzystach, pokazały, że zaledwie 12 proc. kobiet obecnie mieszkających na wsi chce na niej pozostać.

Według ekspertów to głównie wielkomiejskie „mieszczuchy” marzą o swojej pustelni w Bieszczadach czy na Suwalszczyźnie. Potwierdza to analiza CBOS: na wieś częściej przenoszą się osoby zamożniejsze i lepiej wykształcone, takie jak Ewelina Zych-Myłek, właścicielka fundacji, która wyprowadziła się z Warszawy do urokliwego domu przy wschodniej granicy, dlatego że chciała lepszych warunków życia dla dziecka.

Co więc takiego się stało, że głusza, która jeszcze do niedawna, w wielkich aglomeracjach, kojarzyła się z PGR-em i zacofaniem, nagle zaczęła być atrakcyjna, wręcz trendy?

Celebryci w wersji eko

– Duża w tym zasługa ludzi show biznesu, którzy mimo że od wielu lat wyprowadzali się z aglomeracji do folwarków, to wcześniej nigdy specjalnie się tym nie chwalili – przekonuje Marcin Leoszko, prezes jednej z regionalnych organizacji turystycznych oraz członek Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, który sam przeniósł się z 300-tysięcznego Białegostoku do Lipowca pod Augustowem. – Czerwony dywan bardzo gryzł się z uprawą pszenżyta czy hodowlą zwierząt. Jednak od paru lat trend się zmienił i celebryci wręcz prześcigają się w tym, kto jest bardziej eko-wiejski.

Exodus rozpoczęła legenda polskiego kabaretu – Janusz Rewiński. Dzisiaj posiada 12 ha w Dzielnikach pod Mińskiem Mazowieckim. Funkcjonuje już bardziej jako farmer, a nie król życia z „Tygrysów Europy”. Hoduje konie, owce, kozy czy kury. Nie martwi się cenami węgla, bo sam zabezpiecza opał na zimę w postaci drewna. Ma własny staw, pastwiska i łąki.

Choć nie do końca był to wybór w stylu „rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady”. Aktor przyznał, że w pewnym momencie kariery przestał otrzymywać propozycje ról. Było w tym też trochę jego winy. Sam zrezygnował z programu w telewizji. Odrzucił ofertę wcielenia się w rolę Ferdynanda Kiepskiego, która – jak się później okazało – dała stabilizację finansową na 20 lat.
Wojciech Fortuna spokój znalazł na Suwalszczyźnie. Na zdjęciu były mistrz olimpijski w skokach narciarskich (trzeci z lewej) i Zofia Fortecka odsłaniają w Szelmencie w gminie Szypliszki obelisk ku czci szkoleniowca Janusza Forteckiego. Fot. PAP/Artur Reszko
Wojciech Fortuna, mistrz olimpijski w skokach narciarskich z Sapporo w 1972 roku, osiadł w Gorczycy, miejscowości na Suwalszczyźnie, która liczy 195 mieszkańców.

Wcześniej przez wiele lat pracował w Chicago jako robotnik i kierowca. Teraz na końcu świata spełnia się jako propagator zdrowego trybu życia i animator biegów narciarskich. W Wojewódzkim Ośrodku Sportu i Rekreacji Szelment zorganizował nawet wystawę „Od Marusarza do Małysza i Kowalczyk”. Często udziela się społecznie i, jak sam przyznaje, po wielu latach tułaczki po świecie i hulaszczego trybu życia to w maleńkiej Gorczycy, w trzypiętrowym domu, z drugą żoną u boku odnalazł spokój ducha.

Ale Fortuna nawet w świecie show biznesu był jednak ewenementem. W latach 80. XX wieku dwukrotnie trafiał do więzienia za awantury. Po wyjściu na wolność jeździł na handel do Austrii czy byłej Jugosławii. Nielegalnie handlował dewizami. Po jednej z alkoholowych libacji był nawet podejrzewany o zabójstwo kolegi od kieliszka. W 1997 r. jego konkubina skierowała wniosek o pobicie, a on sam stracił przez to dom w Zakopanem. Prawomocnie został skazany za znęcanie się nad kobietą i groźby pod adresem jej partnera.

Gorczyca wydaje się więc być jego katharsis.
        ODWIEDŹ I POLUB NAS    
Są też celebryci, dla których przeprowadzka na wieś staje się świetnym modelem biznesowym. Warszawscy aktorzy Leszek Lichota i Ilona Wrońska otworzyli Forrest Glamp, czyli ekskluzywne pole namiotowe z widokiem na rzekę, graby, lipy i czeremchy na pograniczu Beskidu Niskiego i Bieszczad.

Połączyli przyjemne z pożytecznym. Sami oderwali się od zgiełku miasta, jednocześnie nieźle na tym zarabiając. Bo jedna noc pod ich namiotem kosztuje nawet 580 zł. Niemal tyle ile w warszawskim 5-gwiazdkowym Marriotcie.

Aż tak „na bogato” z cenami nie poszedł pisenkarz i satyryk Rudi Schuberth: w jego Folwarku Otnoga (kaszubska wieś w powiecie bytowskim na Pomorzu) doba ze śniadaniem za osobę kosztuje 125 zł. Schuberth ma tam 20 ha ziemi i oprócz agroturystyki zajmuje się produkcją miodów i wyrobów mięsnych.
Ośrodek wypoczynkowy aktorskiej pary Leszka Lichoty i Ilony Wrońskiej z daleka wygląda niepozornie. Fot. Adam Golec / Forum
– Tego typu biznes nie jest dla wszystkich – ostrzega Leoszko. – Szeroko rozumiane hotelarstwo na wsi to działalność, która musi być prowadzona z pasji. Nie da się w niej postawić obiektu, zatrudnić managera i czekać na zyski. Jeśli sam tam nie przebywasz, nie wkładasz w to serca i nie czujesz tego samym sobą, to nie ma szans na sukces – uważa.

Z dala od wyścigu szczurów

Jednym z ważniejszych powodów do zmiany życia jest poczęcie nowego. Ewelina Zych-Myłek prowadzi fundację. Jak sama przyznaje, ma w Warszawie apartament i dopóki była tylko z partnerem, to świetnie odnajdywała się w wirze „warszawki” i ciągłego pędu. Jednak gdy na świecie pojawiła się córka, wszystko to, co do tej pory było olbrzymim plusem stolicy, stało się problemem. Wspólnie zdecydowali się więc na przeprowadzkę na Podkarpacie, właśnie dla dobra dziecka.

– Chcę Ewę wychować w pełni świadomie i nie stracić z jej życia nawet chwili – mówi w rozmowie z Tygodnikiem TVP Zych-Myłek. – Co z tego, że masz świetne mieszkanie na zamkniętym osiedlu, kiedy dziecko potyka się na nim o psie odchody, a jedyne zwierzęta, jakie może poznać to gołębie wyżerające resztki fast-foodów ze śmietników.

Przekonuje, że dziecko potrzebuje natury, przyrody, chce poznawać prawdziwy świat, a nie betonozę. Tłumaczy, że każdy liść, każdy nowy kwiat, każda poznana wiewiórka jest dla córki na wagę złota. – Tutaj budzi nas kogut lub świerszcze, Ewa słyszy, jak gdacze kura, widzi, jak doi się krowę, jak rośnie malina. W mieście dziecko można tego nauczyć tylko przez książki. Tutaj odczuwa realne bodźce – dodaje.

Jestem Japonką i jestem dzika, jak górale w Gorcach. Tu mogę spokojnie umrzeć

Akiko Miwa zamieszkała koło Nowego Targu, na polanie na wysokości 780 m n.p.m. i tu czuje się bardziej u siebie, niż kiedyś w Japonii.

zobacz więcej
Kolejnym z powodów zmiany otoczenia byli ludzie. – Przez lata przyzwyczaiłam się do rywalizacji, wyścigu szczurów i owczego pędu – tłumaczy pani Ewelina. – Ale gdy masz już własną córkę, to nie chcesz, by od małego się tego uczyła. W mieście już na placu zabaw są porównania, kto ma jaki rowerek, jest zazdrość o lepsze ubrania, fajniejsze zabawki. Ludzie praktycznie ze sobą nie rozmawiają, unikają kontaktów, patrzą na ciebie wilkiem. Tutaj, gdzie teraz mieszkamy, sami zapraszają nas na ciasto, pytają, co u nas słychać, oferują pomoc. Niby 300 km, a zupełnie inny świat.

Ważna jest też przestrzeń. Z kilkudziesięciu metrów kwadratowych w Warszawie, dla dziecka zostawało niewiele. Teraz jest znacznie więcej, a jeśli doliczy się łąki i lasy, to zabraknie dnia do zabawy we wszystkich miejscach.

Partner Eweliny, Dariusz przez lata prowadził własne firmy. Na wsi odnalazł się jako projektant ogrodów, wnętrz i artysta, i przekonuje, że dopiero teraz czuje, że naprawdę żyje.

Sama ze starym domem

Alicja Maciejewska od zawsze marzyła o własnym domku w Bieszczadach. Pracowała w Warszawie jako grafik, jej partner był analitykiem w banku. I też chciał się przenieść z centrum Warszawy do spokojnej okolicy. Gdy nadarzyła się ku temu okazja, wspólnie przeprowadzili się pod wschodnią granicę. Zmiana miejsca zamieszkania jeszcze wtedy nie wiązała się ze zmianą zawodu. Oboje mogli pracować zdalnie.

Z czasem miłość wygasła. – Sielankowe życie na wsi zmieniło się, gdy się rozstaliśmy – tłumaczy Maciejewska. – Zostałam sama ze starym, potężnym domem. Wszystkie prace, które on wykonywał, czyli odśnieżanie, rąbanie drewna, naprawy i remonty domowe spadły na moją, kobiecą głowę. Dla osoby, która jest totalnie „nietechniczna” to niewyobrażalny problem. Sprawa, która jemu zajmowała chwilę, mi może zająć pół dnia.

Ale i w tym przypadku z pomocą przyszli sąsiedzi. Interesują się, co się u niej dzieje, czy sobie radzi z domowymi pracami, a nawet czy czuje się bezpiecznie, mieszkając na uboczu wsi, tuż pod lasem na wzgórzu. – Kiedy zatrzymuję się w sklepie, zaczepiają mnie, pytając np. o gości, których miałam w ubiegłym tygodniu. Tutaj każdy o każdym wszystko wie. Tylko ja nic nie wiem o nikim – śmieje się graficzka.
Wieczorny widok na Wetlinę w Bieszczadach. Fot. Dawid Lasociński / Forum
Wiele osób, które całe życie przeżyły w bloku, może nawet nie zdawać sobie sprawy, ile kłopotów może sprawić wymarzony folwark na łonie natury. Wzrost zainteresowania wsią zauważyło nawet Ministerstwo Rozwoju i Technologii, które na swoich stronach internetowych opublikowało specjalną bazę wiedzy dla amatorów życia na wsi. Ostrzegają nie tylko przed trudami remontów, ale przede wszystkim zmianą kosztów życia. „Cena metra kwadratowego mieszkania w dużym mieście jest wyższa, ale lokum na przedmieściach lub w średniej wielkości mieście, czy też na wsi może wygenerować dodatkowe koszty, na przykład opłaty za przyłączenie mediów” – przestrzegają urzędnicy.

I wyliczają m.in. wyższe koszty ogrzewania, koszty gospodarowania odpadami komunalnymi, dojazdy do pracy i szkoły, odprowadzanie ścieków, pozyskanie wody, podatek od nieruchomości, koszty remontów, czy brak odpowiednich instalacji.

Maturzystki chcą do miasta

Stare porzekadło mówi, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. I to, co dla jednych jest spełnieniem marzeń, dla innych jest przekleństwem.

Tylko 12 proc. ubiegłorocznych maturzystek mieszkających na wsi chciałoby na niej pozostać. Wśród chłopaków ten wskaźnik jest nieco wyższy, ale i tak oscyluje w granicach ok. 30 proc.

– Nic dziwnego, młodzi ludzie chcą się wyrwać do wielkiego miasta, bawić się, być anonimowi, poznać życia. Drugą motywacją są pieniądze. Jeśli widzą, że w ich okolicy nie ma żadnych perspektyw, a jedyną nadzieją jest praca po znajomości w gminie za minimalną krajową, to oczywistym jest, że chcą się wybić w stolicy – tłumaczy Leoszko.

I dodaje: – Przecież osoby, które przeprowadzają się do pustelni, to ludzie zazwyczaj już życiowo ustawieni, których stać na bycie rentierem. Albo mogą sobie pozwolić na pracę zdalną.

– Karol Wasilewski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Poliksy w powiecie sztumskim, przy trasie nr. 515. Fot. Adam Chełstowski / Forum
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Sportowcy z Watykanu
Papieskie państwo ma ambicje olimpijskie. Pod koniec września organizuje Międzynarodowy Kongres Sportowy.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Sala pełna ekstremistów i terrorystów
Ukraina aż do wybuchu wojny była jednym z głównych partnerów handlowych Łukaszenki.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Czerwona nitka Putina. Dyktatura w oparach okultyzmu
W środowisku córki Dugina modny był pisarz, który głosił, że Żydzi mają specjalną wtyczkę w mózgu łączącą ich z demonem Labaldotem.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Rozstrzelany podręcznik
Hejt przeciw książce Roszkowskiego spowodował, że stała się ona zakazanym owocem.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Cyfrowe hieroglify, czyli emocje w znakach przestankowych
Emotikony kończą 40 lat. Emoji nie są ich „krewnymi”, lecz raczej następującą po nich i wypierającą je rasą.