Kultura

Śmierć superbohatera, czyli Elvis Presley wiecznie nieżywy

Nowy film Baza Luhrmanna w przekonujący sposób mierzy się z fenomenem „idola popkultury”. Czyni to jednak na skalę dotąd w kinie niespotykaną, nie tylko ze względu na rozmach i nowatorski sposób opowiadania historii, ale przede wszystkim dlatego, że prezentuje sam archetyp idola kultury masowej, czyli Elvisa Presleya, nazywanego niegdyś królem rock’n’rolla.

Tak, tak, droga młodzieży. Kiedyś mówiło się o gwiazdach estrady, przywołując terminologię zaczerpniętą ze świata monarchii. Media i fani namaścili zatem króla rock’n’rolla (Elvis Presley) oraz króla (Michael Jackson) i królową (Madonna) popu. Byli też samozwańczy monarchowie – książę (Prince) i królowa (Queen). Zuchwałe przypisywanie sobie władczych tytułów nigdy nie skłoniło jednak żadnego poważnego dziennikarza do ich medialnej detronizacji. Dlaczego? Powód jest prosty: bezdyskusyjna artystyczna wielkość twórczości Prince’a Rogersa Nelsona i zespołu Freddiego Mercury’ego. Dziś jakby mniej takich określeń w mediach – nie odważę się jednak w krótkim felietonie odpowiadać na pytanie, dlaczego.

Jedno jest pewne, Baz Luhrmann zrealizował na tyle sugestywne dzieło filmowe, że – niejako na skróty – pozwala (również młodszemu) widzowi zrozumieć, kim był w XX wieku idol. Otóż – zgodnie z tą wizją – idol był de facto kimś nie z tej ziemi, superbohaterem, który dysponował ponadnaturalnymi mocami i zdolnościami. Analogia do superbohaterów wydaje się trafna również dlatego, że wielu z nich było na początku zwyczajnymi ludźmi z rozmaitymi słabościami, uwarunkowaniami społecznymi i problemami rodzinnymi. Dopiero później działo się coś niezwykłego, co wprowadzało ich na ścieżkę walki z arcyłotrami i wspierania zwykłych ludzi.

ODWIEDŹ I POLUB NAS
U Elvisa było podobnie – owym muzycznym momentem inicjacyjnym, zresztą przedstawionym w filmie z wielkim kunsztem, jest niemal mistyczne olśnienie, którego doznał między światem sacrum (ekstatyczne śpiewy gospel w kościele) i profanum (surowy blues wykonywany w tanim barze przez czarnego gitarzystę, przy namiętnie ściskającej się parze). To wtedy Presley otrzymał supermoc. Już niedługo miała ona pozwolić mu uzyskać przemożny wpływ na ludzi. Akuszerem narodzin superbohatera staje się jego późniejszy manager – zbawienie i przekleństwo w jednej osobie, czyli arcyłotr pełną gębą. To on będzie katalizatorem zmian w życiu gwiazdora, a jednocześnie demonicznym niszczycielem jego kariery. Tyle Buz Luhrmann, a właściwie jego autorska wizja. Dodajmy od razu – wizja pozostawiająca daleko w tyle inne filmowe biografie muzyczne ostatnich lat, czyli „Bohemian Rhapsody” Bryana Singera (2018) i „Rocketman” Dextera Fletchera (2019).

Figura idola popu, która dzięki filmowi nabiera siły przypowieści, wiele mówi nie tylko o mechanizmach wynoszenia uzdolnionej jednostki na piedestał – przecież wielka kariera Elvisa jest tą pionierską w popkulturze, tu wszystko zadziało się jako pierwsze – ale też o jej destruktywnym wpływie zarówno na samą gwiazdę, jak i na „wyznawców” krótkotrwałego kultu. Z jednej strony, dzięki królowi rock'n'rolla udało się spopularyzować nowy gatunek pop, w jakimś stopniu dowartościować czarną muzykę, w której artysta się wychowywał i przełamać segregacyjne obyczaje panujące w USA lat 50. Ale z drugiej strony jego osobista słabość, tak jak zresztą każdego człowieka na jego miejscu, nie była w stanie unieść ciężaru odpowiedzialności za miłość wielbicieli (i wielbicielek) oraz odgrywania roli kogoś wielkiego, mogącego więcej niż zwykli śmiertelnicy.
Elvis Presley, kiedy zmarł w swojej rezydencji Graceland, miał 42 lata. Fot. Bettmann / Getty Images
Trudno wyobrazić sobie lepsze uczczenie 45. rocznicy śmierci Presleya niż film „Elvis” (artysta zmarł 16 sierpnia 1977 roku). Używając języka potocznego, Luhrmann wziął byka za rogi i oprócz znakomicie opowiedzianej historii, postanowił uwieść widza wyszukaną i w pełni adekwatną do presley’owskiego stylu formą. Przede wszystkim to stanowi klucz do sukcesu. Przez 2,5 godziny można doświadczyć fenomenu muzyki i kreacji scenicznej króla rock’n’rolla. Czasem sugestywność obrazu przyprawia o zawrót głowy (np. w scenie pierwszego większego występu wokalisty). Austin Butler zachwyca w roli tytułowej, a Tom Hanks, jako demoniczny manager Tom Parker, tworzy wyrazisty, choć nieco przerysowany szwarccharakter. Życie Elvisa przedstawione w filmie przypomina kolorowy spektakl, którego finał wzrusza, a jednocześnie budzi przygnębienie.

Okazuje się bowiem, że Elvis jest śmiertelny i umiera w skrajnej samotności. Spektakl się kończy, a w uszach pozostaje muzyka, która do dziś robi wrażenie i znakomicie broni się jako źródło inspiracji dla niezliczonej rzeszy artystów.

Smutek jednak pozostaje, bo żaden człowiek wychowany w popkulturze nie lubi, kiedy superbohater umiera.

– Marek Horodniczy

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Elvis Presley na scenie w 1972 roku. Fot. Michael Ochs Archives/Getty Images
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Aktorzy, którzy niszczą sami siebie. Satyra Wildsteina
Po premierze zapanowała cisza. Przemilczanie jest skuteczniejszą receptą niż zawrzaskiwanie.
Kultura Poprzednie wydanie
Odkrył urodę Warszawy, z Wisły uczynił siostrę Canal Grande
Umieszczenie w tytule wystawy jego nazwiska trzeba uznać za akt odwagi.
Kultura wydanie 23.09.2022 – 30.09.2022
Kino polskie czy kino z Polski?
Reżyser pokazuje wielką balangę, która zmienia się w masakrę.
Kultura wydanie 9.09.2022 – 16.09.2022
Pierwsze Przykazanie wyraził farbą-światłem
Jeśli jego byłemu studentowi rodził się syn, nieraz chrzczony był imieniem Stefan – ku chwale profesora.
Kultura wydanie 2.09.2022 – 9.09.2022
Piłsudczyk, który wychwalał endeków
Na seminariach spotykali się u niego Komorowski, Piłka, Szeremietiew, Naimski i Macierewicz.