Historia

Od Wańkowicza przez Najdera po Słaunikawą. Współpraca z zagranicą, czyli zdrada stanu

Na wspomnienie Wolnej Europy bladły czerwone krawaty na szyjach socjalistycznych działaczy młodzieżowych i drżały popiersia Lenina w komendach milicji, szczególnie na piętrach zajmowanych przez SB. Nie było większego wroga systemu, no może poza samą CIA.

Dziennikarka TVP Iryna Słaunikawa, dostała na Białorusi wyrok pięciu lat więzienia. Słaunikawa jest przedstawicielką telewizji Biełsat, nadającej z Polski, finansowanej przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych i organizacyjnie ściśle związanej z TVP. Słaunikawa w chwili aresztowania była etatowym pracownikiem Telewizji Polskiej.

Zarząd TVP i MSZ rozpoczęły natychmiast starania o uwolnienie dziennikarki. Do MSZ został wezwany chargé d'affaires ambasady Białorusi, który polski protest przeciwko prześladowaniom dziennikarki potraktował jak mieszanie się Polski w sprawy wewnętrzne jego kraju.

Słaunikawa miała rozpowszechniać treści ekstremistyczne, być członkiem „organizacji ekstremistycznej”, a nawet taką organizację na Białorusi założyć. Nasuwa się oczywistość, że dla władz Białorusi „organizacja ekstremistyczna” to Biełsat. Rzeczywiście, Białoruś oficjalnie tak nazwała tę telewizję w 2019 roku.

Iryna Słaunikawa nie jest jedyną dziennikarką represjonowaną na Białorusi za wykonywanie zawodu. Obecnie odsiadują wyrok dwóch lat kolonii karnej dwie inne dziennikarki Biełsatu, Kaciaryna Andrejewa i Daria Czulcowa, aresztowane – podobnie jak Słaunikawa – jesienią 2021 roku. One dwa lata, Saunikawa pięć – to pewnie za Biełsat, w tradycji radzieckiej i poradzieckiej obcy, wrogi ośrodek dywersji ideologicznej.

Wśród neonazistów

W czasach PRL również w podobnych przypadkach władze nie cackały się z własnymi obywatelami pracującymi dla zagranicznych mediów. Wzorzec był ten sam: praca dla zagranicznej rozgłośni czy stacji telewizyjnej to zdrada stanu. Choć trzeba przyznać, że z czasem wyroki złagodniały. Zdzisław Najder w roku 1983 za szefowanie polskiej sekcji Radia Wolna Europa dostał karę śmierci, Iryna Słaunikawa w 2022 za pracę dla Biełsatu już „tylko” pięć lat. No ale wysokość wyroku zależała od stanowiska, jakie zajmował oskarżony i od momentu historycznego.

Życie Najdera przed pracą w RWE koncentrowało się na badaniach literaturoznawczych, szczególnie nad twórczością Josepha Conrada. Stworzył także Polskie Porozumienie Niepodległościowe – zespól ekspertów analizujących życie społeczne i polityczne w PRL i ogłaszających swoje wnioski w nielegalnym obiegu wydawniczym. Władze nie kojarzyły Najdera z PPN, nie uważały go także za swojego. Raz dostawał paszport, raz nie, podchodziła do niego SB, podobno z połowicznym i krótkotrwałym sukcesem, aż tu nagle najwyższy wymiar kary.

Stan wojenny zastał Zdzisława Najdera w Oxfordzie na stypendium, postanowił nie wracać, jak inni intelektualiści w tamtych okolicznościach, ale przyjął stanowisko dyrektora w Wolnej Europie. Propozycja zaszczytna, świadcząca o zaufaniu ze strony odchodzącego wieloletniego dyrektora, Jana Nowaka – Jeziorańskiego i szerokich kręgów emigracyjnych. W ten sposób literaturoznawca, filozof i analityk polityczny został szefem zespołu dziennikarzy słuchanego – pomimo zagłuszania – przez miliony ludzi w kraju.

Radio Wolna Europa obnażając codziennie kłamstwa i absurdy systemu było postrachem dla władz PRL. Na wspomnienie RWE bladły czerwone krawaty na szyjach socjalistycznych działaczy młodzieżowych i drżały popiersia Lenina w komendach milicji, szczególnie na piętrach zajmowanych przez Służbę Bezpieczeństwa. Nie było większego wroga systemu, no może poza samą Centralną Agencją Wywiadowczą USA. Już w czasach Władysława Gomułki propaganda PRL sytuowała RWE pośród podnoszących głowy neonazistów. Dowód? Stacja nadawała z Monachium.

Powiązania muszą istnieć

Wyrok na Zdzisława Najdera miał działać odstraszająco na innych przeciwników systemu, a towarzyszom radzieckim udowodnić, że PRL z wrogami nie żartuje. Skoro był wyrok, to był i proces, zaoczny, oczywiście. A z procesu, nawet tajnego, pozostał akt oskarżenia i uzasadnienie wyroku, gdzie socjalistyczna myśl prawnicza wzniosła się na niebotyczne wyżyny absurdu.
Melchior Wańkowicz w roku 1963. Fot. PAP/Stanisław Dąbrowiecki
W uzasadnieniu wyroku czytamy: „Obiektywnie stwierdzić należy, że nie ma dowodów na to, że oskarżony Najder współpracował z wywiadem amerykańskim od 25 lat, choć praktycznie nie jest to wykluczone".

Sędziowie wojskowi uzasadniali dalej: „Bezspornie ustalono, że oskarżony Zdzisław Najder od dłuższego czasu pozostawał w kontaktach z wywiadem amerykańskim. Nieustalenie okresu, od którego datuje się ta współpraca, w niczym nie zmienia bytu przestępstwa [...] fakt nieustalenia, jakie wiadomości oskarżony przekazywał wywiadowi amerykańskiemu, nie zmienia również w niczym bytu przestępstwa".

Zaś jedna z ekspertyz wykorzystanych przez oskarżenie wskazywała, że „na podstawie dostępnych materiałów źródłowych nie można jednoznacznie ustalić szczegółów dotyczących związków Radia Wolna Europa ze służbami specjalnymi państw NATO. Ogólnie można stwierdzić, że takie powiązania muszą istnieć".

Skazany na 3 lata…

Wiele lat wcześniej, w roku 1964, współpraca z Radiem Wolna Europa zaowocowała procesem i wyrokiem dla Melchiora Wańkowicza. Pisarz powrócił na stałe do kraju z emigracji w 1958 roku na fali odwilży popaździernikowej. Wańkowicz, niezwykle płodny i oryginalny gawędziarz, felietonista i reportażysta już przed wojną był niezwykle popularny. Jego sławę na emigracji ugruntowała książka „Bitwa pod Monte Cassino” i reportaże o Polonii w Stanach Zjednoczonych.

Nie czuł się dobrze na emigracji, niepowtarzalna szata językowa jego utworów traciła w tłumaczeniu i pisarz zdał sobie sprawę, że jego czytelnicy są w Polsce. Po powrocie wznawiano jego przedwojenne utwory, oczywiście nie wszystkie. Wydano „Monte Cassino” czyli „Bitwę o Monte Cassino” ze skrótami cenzury, gdzie wykreślono prawie cały pierwszy tom mówiący o tym, skąd się żołnierze polscy wzięli we Włoszech. Pisarz wygłaszał odczyty, a jako obywatel amerykański, często wyjeżdżał za granicę.

Idylla współżycia z władzami PRL trwała do tak zwanego „Listu 34” z marca 1964 roku. Był to protest 34 intelektualistów przeciwko panoszeniu się cenzury. Sygnatariuszy zaczęto szybko eliminować z życia publicznego, ale Wańkowicz „zasłużył” na więcej. Pocztą dyplomatyczną przez ambasadę USA wysłał do córki w Stanach trzydziestostronicowy tekst o tym, co się dzieje w związku z „Listem” – do wykorzystania w Radiu Wolna Europa.

RWE nadało fragmenty, ale jakaś kopia całości trafiła do SB w kraju. Gdy przy udziale pewnego kolegi literata SB ustaliła autorstwo tekstu, Melchiora Wańkowicza aresztowano 5 października 1964 roku. Na procesie zapadł wyrok 3 lat więzienia dla 72 letniego wtedy pisarza, zamieniony od razu w wyniku amnestii na półtora roku. W sprawie Wańkowicza interweniował w ambasadzie PRL w Waszyngtonie senator Robert Kennedy.

…odsiedział pięć tygodni

Paragraf, z którego sądzono Wańkowicza mówił: „Kto rozpowszechnia lub w celu rozpowszechniania sporządza, przechowuje lub przewozi pisma, druki lub wizerunki, które zawierają fałszywe wiadomości, mogące wyrządzić istotną szkodę interesom Państwa Polskiego bądź obniżyć powagę jego naczelnych organów, podlega karze więzienia na czas nie krótszy od trzech lat".

Natychmiastowe skrócenie wyroku o połowę świadczyło, że to nie Wańkowicz ma kłopot z władzą, tylko odwrotnie. Jeszce bardziej fakt, że po ogłoszeniu wyroku pisarz po pięciotygodniowym areszcie poszedł do domu. Żadna instytucja sądowa ani polityczna nie paliły się do zarządzenia wykonania wyroku. Wańkowicz był zbyt popularny i ceniony, aby to mogło przynieść jakieś korzyści propagandowe.

Prokurator Generalny skarżył się, że pisarz odrzuca sugestie o rewizję wyroku, czy wystąpienie o łaskę do Rady Państwa, nawet nie chce dać się „zachorować” czyli stawić się na badania lekarskie, które orzekną, że nie może odbywać kary więzienia.

„We the People”. Człowiek, którego głosem przemówił Wałęsa

Zatrzymał się na środku Marienplatzu i zaczął się rozglądać z zadumą. – Wiesz, tylu ludzi się tu kręci, a nie spotkałem ani jednego Murzyna – rzucił.

zobacz więcej
Po Warszawie krążyły wieści, że uparty Wańkowicz kilkukrotnie pukał do bramy więzienia przy Rakowieckiej skąd go odsyłano. W końcu na rozmowę w styczniu 1965 roku zaprosił pisarza pierwszy sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka. Po spotkaniu Wańkowicz nie przychodził już pod więzienie, drukowano go, jak przed wyrokiem, występował w telewizji. Sprawę obie strony uznały za niebyłą.

Pomimo tego, że władze wygłupiły się z Wańkowiczem próby posadzenia do więzień innych literatów z „Listu 34” trwały nadal. W lipcu 1965 roku Prokurator Generalny zawiadomił środowisko literackie na specjalnym zebraniu o niezgodnej z prawem działalności Januarego Grzędzińskiego, Jana Nepomucena Millera i Stanisława Cata-Mackiewicza. Paragraf, jaki by pasował to ten sam, co w sprawie Wańkowicza.

Lepiej nie zamykać

Prokurator szczególna uwagę zwrócił na Cata-Mackiewicza, autora kilku artykułów do paryskiej „Kultury”, podpisanych pseudonimem Gaston de Cerizay. Cerizay to była miejscowość we Francji, gdzie Władysław Sikorski trzymał swoich przeciwników. Taki pseudonim mówił, że to korespondencja z więzienia, czyli z kraju.

Mackiewicz pisał o atmosferze po „Liście 34”, o ograniczeniach życia intelektualnego, cenzurze, „myśli w obcęgach” słowem, „działał na szkodę państwa polskiego”. O uznaniu, że de Cerizay to Cat-Mackiewicz zdecydowały ekspertyzy tego samego literata, który pomógł ustalić autorstwo tekstu Wańkowicza dla RWE.

Zdemaskowany Mackiewicz nie specjalnie się przejął. Uważał, że posadzenie go do więzienia byłoby świetnym końcem hasła w encyklopedii na jego temat. Dalej posyłał z różnym skutkiem – bo niektóre teksty wpadały w ręce SB – artykuły do „Kultury”. Władze umorzone już śledztwo musiały wznowić. W lutym 1966 roku Mackiewicz umarł, co rozwiązało problem, podobny, jak z Wańkowiczem.

W sprawie Mackiewicza nie interweniowali senatorowie z USA, ale był szeroko wydawany, czytany i lubiany. Jego przyjazd z emigracji do kraju władze mogły uznać za swój duży sukces – tuż przed powrotem był przez ponad rok premierem rządu emigracyjnego. Pisarz – podobnie, jak Melchior Wańkowicz – miał już utrwaloną pozycję przed wojną. Piszący barwnym językiem, cięty polemista, autor oryginalnego spojrzenia na historię Polski w swoich książkach był cennym nabytkiem dla socjalistycznej ojczyzny. Lepiej takiego nie zamykać, ale w takim razie po co to śledztwo? Cóż, niektóre decyzje – dotyczy to także Melchiora Wańkowicza – władze podejmowały w ferworze swych działań.

Nie każdy był Wańkowiczem, czy Mackiewiczem i ich sprawy mogły działać odstraszająco na kolegów nie tak znanych i cenionych, o mniejszej pozycji zawodowej, choć literatom Grzędzińskiemu i Millerowi także nie wytoczono procesów poprzestając na inwigilacji. A zdarzali się odważni, o których nikt nie pamięta i nie mogli liczyć na to, że ktoś się za nimi wstawi.

Odwilżowy zawrót głowy

Koniec stalinizmu w PRL spowodował napływ korespondentów zagranicznych, którzy potrzebowali współpracowników. Rolę dostarczycieli informacji korespondentom w drugiej połowie lat 50 tych do początku 60-tych podjęli w warszawie Aleksander Wołowski i Thomas Victor Atkins.

Wołowski to wykształcony przed wojną w Szwajcarii młody były ziemianin, który podjął współpracę w francuskim pismem „Paris Match”. Korespondencje do Paryża przesyłał przez znajomą stewardesę. Zdobywał materiały dla różnych korespondentów zagranicznych.

Dla tych samych korespondentów pracował Tomasz Atkins, który do „New York Timesa” wysyłał także własne materiały. Atkins urodził się w Łodzi jako Seweryn Pomeranc, nazwisko Atkins przyjął służąc w armii brytyjskiej i po wojnie przy nim pozostał.

Obydwaj walczyli z Niemcami, Wołowski we wrześniu 1939 roku w Legii Akademickiej i w Powstaniu Warszawskim.
ODWIEDŹ I POLUB NAS Obu współpracowników zachodniej prasy i zachodnich dziennikarzy SB starała się oskarżyć o działania szpiegowskie. Nic z tego nie wyszło, bo jeden z nich przedstawiał przebieg plenum KC PZPR polegając na informacjach kolegów, dziennikarzy partyjnych. Drugi tłumaczył i streszczał wydaną po polsku na Zachodzie broszurę Józefa Światły o Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego(„Za kulisami bezpieki i partii”). Obaj posługiwali się materiałami z Biuletynu Specjalnego PAP i relacjonowali zachodnim pracodawcom to, co o polskiej rzeczywistości wiedzieli znani im dziennikarze polscy.

Nie ostało się w sądzie oskarżenie o przekazywanie tajemnic państwowych. Nawet w procesie Wołowskiego i informującego go Leszka Moczulskiego sąd stwierdził, że oskarżeni jako dziennikarze mieli prawo pozyskiwać informacje klasyfikowane przez oskarżenie jako tajemnice państwowe. W roku 1957 a nawet 1959 sąd mógł być niezależny. Ten odwilżowy zawrót głowy się wprawdzie niebawem skończył, ale warto odnotować.

Ostatecznie Atkinsa i Wołowskiego potrzymano po pół roku w areszcie za handel dewizami i sprowadzanymi nielegalnie z zagranicy tekstyliami, żadne kontakty i współpraca z wrogimi z definicji ośrodkami ideologicznej dywersji nie przełożyły się na wyroki za szpiegostwo. Jak pisze historyk Krzysztof Persak, który oba przypadki opisał w jednej z publikacji Instytutu Pamięci Narodowej („Kontrwywiad i dziennikarze”): „Co jednak wydaje się najbardziej uderzające, to faktyczna bezradność SB wobec takich ludzi jak Aleksander Wołowski i Tomasz Atkins, którzy nie zważając na szykany i represje, kontynuowali zarobkową współpracę z zachodnią prasą. (...)Okazuje się, że w warunkach względnej liberalizacji i pewnego minimum praworządności po Październiku 1956 r. policja polityczna w gruncie rzeczy niewiele mogła im zrobić.”

Wolność słowa po radziecku

„Względna liberalizacja przy minimum praworządności” to jest to, czego brakuje dzisiaj na Białorusi, gdzie dziennikarki dostają wieloletnie wyroki za współpracę z „organizacjami ekstremistycznymi” czyli telewizją nadającą z Polski. Specyficzne radzieckie pojęcie wolności słowa, dawno zapomniane u nas, na Białorusi obowiązuje. Nawet PRL Władysława Gomułki wydaje się nieskończenie bardziej liberalna, niż dzisiejsza Białoruś.

Można by powiedzieć, że u nas zawsze, nawet za komuny było lepiej. Gdyby nie ten wyrok śmierci na Zdzisława Najdera.

– Krzysztof Zwoliński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdzisław Najder. Chciałem być lotnikiem
Zdjęcie główne: Rok 1987. Dyrektorzy Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Od lewej: Zdzisław Najder, Jan Nowak-Jeziorański, Zygmunt Michałowski. Fot. NAC
Zobacz więcej
Historia Poprzednie wydanie
II Rzeczpospolita przed Piłsudskim. Ostatnie Królestwo Polskie
Rada Regencyjna przeżyła zamach stanu, którego dokonał premier jej własnego rządu.
Historia Poprzednie wydanie
Wszyscy byli za kapitulacją, tylko nie Starzyński
Jakim cudem Niemcy tolerowali go na fotelu prezydenta miasta?
Historia wydanie 23.09.2022 – 30.09.2022
Czy Lenin grywał w szachy z Hitlerem? Pionki i polityka
Żydowski arcymistrz z Austrii w Paryżu przyjął polskie obywatelstwo.
Historia wydanie 23.09.2022 – 30.09.2022
Nieznane kulisy rozmowy braci Wałęsów, nagranej przez SB
Puszczono ją w dniu, w którym Norweski Komitet decydował o przyznaniu Nobla szefowi Solidarności.
Historia wydanie 23.09.2022 – 30.09.2022
Targi o Hongkong, czyli jak królowa ugłaskała Chińczyków
Elżbieta II musiała jakoś wymazać z publicznej pamięci katastrofalną wizytę Margaret Thatcher w Chinach.