Cywilizacja

Kosowo: kapiszonowiec na ścianie, mina w szufladzie

Za nami kolejny graniczny sparing między Serbią a Kosowem, przed nami zapewne następny. Nawet drobne kwestie administracyjne, w rodzaju obecnego sporu o wymianę tablic samochodowych z serbskich na kosowskie i odwrotnie, dotykają kwestii dla obu stron fundamentalnych: odmowy przyjęcia do wiadomości wszystkiego, co stało się w Kosowie Północnym w XXI wieku.

Reporterzy wojenni i ekipy telewizyjne, które zaczęto już ściągać z urlopów, nie zdążyli na dobre rozpocząć pakowania, gdy alarm odwołano. Przejścia graniczne między Kosowem a Serbią zostały odblokowane, tajemnicze strzały w nocy ucichły, szef unijnej dyplomacji podkreślił na Twitterze, że „otwarte kwestie powinny być rozwiązywane poprzez dialog wspierany przez UE”, pojawiła się nawet perspektywa podjęcia w połowie sierpnia równie rytualnych, co rutynowych rozmów między przedstawicielami Kosowa i Serbii.

Jeśli spojrzeć na wydarzenia z 1 i 2 sierpnia z perspektywy tygodnia, można wręcz uznać, że uniesienie, czy mówiąc modniej – hype obu stron były wręcz groteskowo nieprzystające do rzeczywistości. Neapol nie jest aż tak odległy od Prištiny i Belgradu, uniesienia, które zwykliśmy kojarzyć z operą włoską, można bez trudu obserwować i na bałkańskiej ulicy.

Uprowadzenie Dejana

W poniedziałek 1 sierpnia po południu informacje o „barykadach” i „zamkniętych przejściach granicznych” ustąpiły bowiem mrożącym krew w żyłach wiadomościom o uprowadzeniu (a właściwie, jak podawały media serbskie: UPROWADZENIU) kierowcy pojazdu transportowego serbskiej kolumny sanitarnej Dejana Spahicia.

– Potwierdzam wszystkie informacje. Kierowca pojazdu sanitarnego obsługującego nasz Centralny Ośrodek Zdrowia Dejan Spahić został uprowadzony. Straciliśmy ślad po tym, jak ROSA (kosowskie jednostki specjalne policji – przyp. red.) zatrzymała go w miasteczku Rudar. Uprowadzono go w nieznanym kierunku – relacjonował w telewizji lekko drżącym głosem dr Zlatan Elek, dyrektor ośrodka zdrowia w Kosowskiej Mitrovicy.

I chociaż kolejne szczegóły, padające z ust dr Eleka, ukazywały raczej spokojną codzienność prowincji w lecie („jak co dzień, wiózł zapas leków i kroplówek z Ośrodka Zdrowia w Lešaku do Mitrovicy”), kierowca Dejan w ciągu kilkunastu minut awansował z kierowcy furgonetki na „kierowcę karetki”, a następnie „pracownika służb ratunkowych”. Dyrektor Kancelarii ds. Kosowa i Metohii, czyli belgradzkiego „superministerstwa” zajmującego się Serbami w Kosowie, Petar Petković nie omieszkał określić tego „aktem terroru” i uznać za „dowód, że władze w Prištinie uderzają nie tylko w podmiotowość Serbów, lecz w instytucje służące ratowaniu ich życia”. W mediach serbskich rychło pojawiła się też informacja, że Dehan Spahić został uprowadzony na osobiste („OSOBISTE”) żądane premiera Kosowa Albina Kurti.
Pojazdy i ludzie blokujący drogę w mieście Zvečan w pobliżu przejścia granicznego Jarinje w Mitrovicy, Kosowo 1 sierpnia 2022. Fot. Erkin Keçi/Anadolu Agency via Getty Images
W poniedziałek wieczorem napięcie nieco spadło – okazało się, że Dejan Spahić „po siedmiu godzinach zatrzymania, uwięzienia i upokarzających przesłuchań odzyskał wolność”.

Tweetów w tej sprawie nie pożałowali nawet najwyżsi urzędnicy belgradzcy. „Potwierdzam – Dejan jest już na wolności” – pisali urzędnicy kancelarii premiera Serbii. Nie nagłośniono wyników obdukcji – co sugeruje, że krewkiego 32-latka, prawdopodobnie rozpoznanego przez kosowskich specjalsów na jednym ze zdjęć z przepychanki poprzedniego dnia, przetrzymano ze trzy godziny w radiowozie na poboczu, z kiepskim chłodzeniem, zapewne nie żałując mu szturchańców. Jako dowód niskich standardów praworządności w Kosowie – jest to wymowny obrazek. Jako przedmiot rozmowy prezydenta Serbii Aleksandra Vučicia z sekretarzem generalnym NATO Jensem Stoltenbergiem (zaś „superministra” Petara Petkovicia z przedstawicielem specjalnym Unii Europejskiej ds. dialogu serbsko-kosowskiego Miroslavem Lajčakiem) – rzecz dość błaha.

Groźny maziaj

We wtorek spokojniej. Ale już w środę rano… W środę rano w miasteczku Kišnica na obrzeżach Prištiny, jednej z wielu mini-enklaw, na dwujęzycznej tablicy z nazwą miejscowości („Кишница / Kishnicë”) ktoś – doprawdy, strach powiedzieć! – zamazał czarną farbą serbski wariant nazwy. Jakby zaś tego było mało – na niedalekim słupie pojawiła się tabliczka z nazwą i symbolami UÇK, czyli niepodległościowej partyzantki kosowskiej z lat 90., sporo mającej na sumieniu i równie znienawidzonej przez Serbów, co oficjalnie czczonej przez władze Kosowa.

Podsumujmy: maziaj czarną farbą oraz tabliczka, jakich tysiące i tak wisi na co drugim rogu ulicy w Kosowie. Razem wziąwszy wygląda to na skutek połączonych działań nastolatka wracającego z imprezy z piwem i sprejem oraz nadgorliwego młodszego referenta w urzędzie miasta Priština, gmina Gračanica. Ale nie w oczach Kancelarii ds. Kosowa! „Na te [dwie] tablice patrzą Serbowie zamieszkujący serbską część Kisznicy. Stanowi ona oczywistą groźbę skierowaną przeciw ludowi serbskiemu, który tak straszliwie wycierpiał z rąk tej organizacji terrorystycznej. (…) Nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z jeszcze jedną prowokacją wyreżyserowaną przez Albańczyków, których zachęca do tego antyserbska polityka Prištiny i osobiście Albina Kurtiego, których głównym celem działania jest wygnanie wszystkiego, co serbskie, z Kosowa” – ocenił sytuację urząd dra Petkovicia w oświadczeniu z 3 sierpnia. Jeśli mikroincydenty opisywane są przez urzędy centralne podobnie histrionicznym językiem to nic dziwnego, że korespondenci wojenni muszą ściągać plecak z pawlacza co kwadrans.

Telewizyjna kronika agonii

Trudno w najnowszej historii znaleźć przykład konfliktu lepiej udokumentowanego audiowizualnie niż rozpad Jugosławii.

zobacz więcej
Tyle, że konflikt – oczywiście początkowo o niskiej intensywności, pacyfikowany nie przez regularne jednostki NATO, lecz przez unijną misję policyjną EULEKS, w ostateczności przez NATO-wski wojskowo-policyjny KFOR – rzeczywiście może wybuchnąć w każdej chwili. I każda awantura, która w innych okolicznościach z trudem zasłużyłaby na wzmiankę w mediach lokalnych – pomazana tablica, zatrzymany kibic, kilka strzałów oddanych w powietrze przez krewkiego w bałkańskim stylu wuja – odzywa się echem. Bo wszyscy poważniejsi obserwatorzy zdają sobie sprawę, że północna część Kosowa nie może funkcjonować w stanie permanentnej sprzeczności, jakim jest podległość jednego obszaru dwóm niechętnie do siebie nastawionym państwom, z których jedno nie uznaje drugiego. Ta sprzeczność rodzi napięcie, które w jakimś momencie musi wystrzelić niczym naciągnięta zbyt mocno sprężyna.

Wielka Kosowska Sprzeczność

Przypadek Kosowa zdążył już trafić do wszystkich podręczników politologii, przypomnijmy więc tylko to, co najważniejsze: w lecie 1999 roku pod naciskiem NATO Serbia wycofała z Kosowa swoje wojsko i policję, po czym na zniszczonym wojną, akcjami terrorystycznymi i taktyką spalonej ziemi obszarze, już wcześniej należącym do najuboższych w Europie, rozpoczęła się bardziej chaotyczna niż gdzie indziej odbudowa, zabezpieczana pod względem wojskowym i politycznym przez NATO (szczególnie Stany Zjednoczone), a pod względem policyjnym i gospodarczym przez Unię.

Wielka Kosowska Sprzeczność pozostawała w mocy już wówczas: wiadomo było, że nie ma mowy o powrocie całego obszaru pod kontrolę Serbii, nie tylko ze względu na oczywistą dysproporcję sił, ale i fatalną spuściznę serbskich rządów, kolosalne dysproporcje demograficzne (już wówczas 9/10 populacji Kosowa stanowili Albańczycy) i determinację miejscowych elit. Wiadomo było również, że Belgrad nie może się zgodzić na zrezygnowanie, ot tak, ze swojego konstytucyjnego terytorium – ze względu na znaczenie historyczne Kosowa, na prestiż i suwerenność państwa, a wreszcie z powodu na 100 tysięcy Serbów mieszkających w Kosowie, 6 procent populacji.

Pozostawała prowizorka, „stan tymczasowy” – jak wszystkie stany tymczasowe nabierający wagi, przybierający kolejne ramy formalne, w oczach kolejnych roczników coraz bardziej wyglądający na coś oczywistego. W roku 2004 w Kosowie odbyły się pierwsze wybory parlamentarne, w lutym 2008 wybrany w kolejnych wyborach parlament proklamował niepodległość Kosowa (której, to oczywiste, nie uznała Serbia i kilkadziesiąt innych krajów, od Rosji, Chin i Indii po większą część Ameryki Łacińskiej, Grecję i Rumunię: jedni kierowali się lękiem przed separatyzmami, inni – łańcuszkami lojalności lub antypatii, jeszcze inni solidarnością wyznawców prawosławia).
Gminy z przewagą serbskiej populacji (kolor niebieski), współpracujące z Kancelarią ds. Kosowa z siedzibą w Belgradzie. Rys. Varjačić Vladimir, modyfikował PANONIAN, CC BY 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=25676045
Dobrego rozwiązania nie ma. W roku 2016 Aleksander Vučić, wówczas na stanowisku premiera Serbii, w chwili desperacji oświadczył, że „jedynym rozwiązaniem problemu kosowskiego byłoby uznanie przez Serbię niezawisłości Republiki Kosowa – jest to jednak niemożliwe i nigdy nie nastąpi”. Niemożliwe, to niemożliwe: jeszcze w 2013 ówcześni premierzy Ivica Dačić i Hashim Thaci podpisali w Brukseli porozumienie o „zasadach normalizacji”.

Rdzeniem tego porozumienia – w którym w ogóle nie dyskutowano kwestii tak odległych i tak niemożliwych do rozstrzygnięcia, jak przyszłość całego Kosowa – był los wspomnianych wyżej 100 tysięcy Serbów, którzy nie wyemigrowali na północ po 1999, mają tu od pokoleń ziemię, warsztaty, posady i funkcjonują – „u siebie”. Część – w rozproszonych gminach na zachodzie i południu Kosowa. Większość – na zwartym obszarze na północy regionu, którego faktyczny ośrodek stanowi blisko 70-tysięczna Kosowska Mitrovica.

Malownicze mosty

Ten właśnie obszar stanowi kolejne piętro paradoksu. Formalnie – stanowi część Republiki Kosowa, jego granicy strzegą jednostki straży granicznej, a obszar podległy jest prawom i administracji z siedzibą w Prištinie. Faktycznie – granica z Serbią, za wyjątkiem kilku przejść samochodowych i ich bezpośredniego otoczenia, nie jest strzeżona. Nieformalna granica istnieje za to między „częścią serbską” a resztą Kosowa; jej hydrograficzną manifestacją jest oddzielająca oba obszary rzeka Ibar, a fotogenicznym symbolem – do dziś zamknięte lub przegrodzone mosty nad tą rzeką.

Ale co tam granica! Priština, uważając to terytorium za część swego państwa, zobowiązana jest łożyć na miejscowe drogi, szkoły i ośrodki zdrowia. Ale i Belgrad, uważając to terytorium za część swego państwa, zobowiązany jest przecież opłacać pensje nauczycieli i emerytury! Co czyni zresztą tym chętniej, że emerytur tych nie ma tak wiele, a rodaków, uciśnionych przez „antyserbską politykę Prištiny i osobiście Albina Kurtiego”, wesprzeć wypada. Oczywiście miło jest dostawać dwie pensje – ale czy trzeba tłumaczyć, ile paradoksów, konfliktów i sytuacji kryminogennych tworzy istnienie terytorium zarządzanego i finansowanego przez dwa nieuznające się nawzajem ośrodki władzy?

Sojusznik Putina w samym sercu Bałkanów

Lider bośniackich Serbów częściej bywa na państwowych uroczystościach w Belgradzie niż w Sarajewie.

zobacz więcej
Uregulowaniu tego miało służyć właśnie wyżej wspomniane porozumienie brukselskie z 2013 roku. Był to kompromis owinięty w bibułkę ugody i przewiązany niekonsekwencją: cztery gminy na północy Kosowa (Mitrovica oraz Zvečan, Zubin Potok i Leposavić) miały kontrolować „obszary ochrony zdrowia, oświaty, rozwoju gospodarczego i spraw komunalnych”. Jednocześnie zaś „oddziały policyjne na obszarze czterech gmin miały zostać w pełni podporządkowane regionalnym władzom policyjnym, ALE na ich czele stać ma kosowski Serb; organy sądownicze miały zostać zintegrowane z systemem kosowskiej judykatury, ALE w Mitrovicy powstać miała odrębna jednostka sądu okręgowego”.

Tablice niezgody

Miał, miała, miały: miau! Od 2013, jak i wcześniej, funkcjonuje faktyczna – jak to nazwać – dwuwładza? Bi-władza? Północne Kosowo rozstrzyga sprawy spadkowe i rozwodowe zgodnie z serbskim prawem – ale odwołania drugiej instancji trafiają czasem do Prištiny. Porządku na ulicach strzegą serbscy policjanci (jednostki EULEX wycofano z północnego Kosowa już po zamieszkach w 2011), ale czasem jednostki specjalne ROSU przejmą kogoś (jak nieszczęsnego Dejana, kierowcę sanitarki) na jakiejś szosie łączącej gminy z południa Kosowa z tymi z północy. W samej Mitrovicy jeździ się na serbskich tablicach rejestracyjnych – ale gdy ktoś musi ruszyć do stolicy (Prištiny), przekręca tablice na kosowskie. I właśnie o te tablice poszło...

Bo tablice należą do trzech rytualnych kwestii zapalnych.

Pierwsza to przejścia graniczne. Jako się rzekło, leżą one – Jarinje, Brnjak i Merdare – na granicy między Republiką Kosowa a Republiką Serbii. Na co dzień nikomu nie wadzą, ale biorąc pod uwagę niewielką szerokość dróg (nie istnieje żadna autostrada, największe z przejść, czyli Jarinje, przypomina Łysą Polanę sprzed remontu), ich zablokowanie przy pomocy przetoczonej na bok ciężarówki jest równie łatwe, co przyjemne.

Druga kwestia to posłowie serbscy do parlamentu Kosowa, posłowie Serbskiej Listy. Reprezentują mniejszość z północy, zasiadają w parlamencie państwa, którego nie uznają – i co chwilę deklarują zamiar porzucenia mandatów i opuszczenia ław poselskich. Zazwyczaj do umiaru namawiają ich władze w Belgradzie, dla których ich obecność jest jeszcze jednym narzędziem utrzymywania zakulisowych stosunków. Jak obliczyła dziennikarka tygodnika „Vreme” Sofija Popović, od początku obecnej kadencji, czyli od marca 2018 roku Serbska Lista groziła złożeniem mandatów sześciokrotnie – ostatnio w kwietniu br.

Ba, Serbowie kosowscy mają nawet swojego ministra w nieuznawanym rządzie, reprezentującego Serbską Listę Gorana Rakicia. „Wchodzę w skład tego rządu, ale stanowię opozycję dla tego rządu – oświadczył niedawno Rakić. – Nie wybrał mnie pan Kurti, lecz naród serbski”. I mówmy tu o sprzecznościach!
Żandarmeria i siły bezpieczeństwa blokują drogę w ramach zabezpieczenia okolic Mitrovicy. W pobliżu granicy kosowsko-serbskiej słychać też było syreny przeciwlotnicze, 31 lipca 2022. Fot. Erkin Keçi/Anadolu Agency via Getty Images
No i wreszcie tablice, tablice i dokumenty podróży. Władze Serbii, nie uznając de iure Kosowa, nie uznają również jego tablic rejestracyjnych – od jego obywateli przekraczających granicę w Jarinju, Brnjaku lub Merdare wymagają więc zainstalowania tymczasowych tablic. Nie uznają też paszportów – wymagają więc ich zdeponowania na posterunku granicznym i przyjęcia „tymczasowego dokumentu podróży”.

Oczywiście Albańczykom to nie w smak – tyle, że naprawdę mało kto z Prištiny wybiera się w tych dniach do Belgradu. Serbowie z Mitrovicy zaś mieli dotąd to rozporządzenie za jaja: jeśli jechali do Belgradu czy na targ do przygranicznej niemal (ale już serbskiej) Raški, machali serbskim dowodem i jechali na tych samych co zawsze – czyli serbskich – tablicach.

Wujek Vasa jedzie na targ

Tymczasem rząd Kurtiego postanowił tego lata (niewykluczone, że w związku z szerszą sytuacją geopolityczną i pragnieniem powiedzenia „sprawdzam” oczywistej protektorce Serbii, czyli Rosji) zrobić coś bodaj z tym paradoksem. I postanowił od pierwszego sierpnia egzekwować, by obywatele Kosowa posługiwali się kosowskimi tablicami rejestracyjnymi – i, na zasadzie wzajemności, deponowali na granicy serbski paszport i otrzymywali tymczasowy dokument podróży.

Oczywiście mało kto z Belgradu wybiera się w tych dniach do Prištiny. Ale już dla wujka Vasy, jadącego na targ w Rašce, konieczność dwukrotnej zmiany tablic (nawet gdyby kosowska policja patrzyła na taki, nielegalny w końcu precedens przez palce) jest trudna do przyjęcia. A jeszcze pozbywać się dowodu…!

ODWIEDŹ I POLUB NAS
Rozporządzenie w sprawie tablic wydano 1 lipca br. – reporterzy mieli miesiąc, by przygotować się na blokadę przejść. 1 sierpnia w Kosowie zadymiło. Zadymiło – i zgasło: jeszcze 31 lipca wieczorem ambasador USA w Prištinie wezwał do „czasowego złagodzenia reżimu komunikacyjnego”, 1 sierpnia po południu rząd Kurtiego zadecydował o zawieszeniu na miesiąc nowego rozporządzenia.

Co to znaczy miesiąc? I co tak naprawdę załatwia? 1 września ruch będzie większy niż 1 sierpnia. Na targ w Rašce jechać będą znad Ibru dynie, winogrona i cebula, między Rudnikiem, Zubin Potokiem a Mitrovicą ruszą – uwaga! – autobusy szkolne i samochody pełne pierwszaków. Czy ktokolwiek wyobraża sobie, że kilkadziesiąt tysięcy tablic – z „PR” jak Priština, „KM” jak Kosovska Mitrovica i „ĐA” jak Đakovica – zostanie tego dnia zamienionych na tymczasowe, z literami „RKS” lub te zwyczajne, z godłem Kosowa?

ONZ: mission impossible

Jakie znaczenie miała wizyta sekretarza generalnego Antonia Guterresa w Kijowie?

zobacz więcej
Najpewniej nie – i można wręcz uznać, że rząd Kurtiego, forsując uregulowanie kwestii tablic sam postawił się na straconej pozycji. Znów, w obawie przed barykadami, przedstawiciele Unii wynegocjują jakieś tymczasowe rozwiązanie, kompromis owinięty w niekonsekwencję.

Niestety tak jest ze wszystkim. Sytuacja prawna terytorium zarządzanego przez dwie skłócone stolice, posiadające potężnych protektorów, przypomina supeł, w którym w dodatku poprzecinano większość widocznych sznurków – tak, że nie bardzo da się go rozplątać, nawet, gdyby ktoś chciał. Przedmiotem kolejnego wzrostu napięcia mogą być tablice rejestracyjne, ale też choćby krój czapek policjantów patrolujących północ Kosowa. Albo tabliczka wisząca przy wejściu do sądu powiatowego w Zvečanie. Albo konieczność wypełnienia zaświadczenia o zaszczepieniu psa w dwóch językach, po serbsku i albańsku. I nie zawsze skończy się to rytualnym zablokowaniem górskiej szosy i wywieszeniem, na złość tamtym, flagi serbskiej czy UÇK na miejscowym moście.

Wszystko to są kapiszony – ale Kosowo leży na minie. I może dlatego w poniedziałek 1 sierpnia Ukraina podjęła decyzję o wycofaniu swych żołnierzy z misji KFOR w Kosowie. W końcu jeden Ukrainiec zginął już w tej misji w marcu 2008, podczas próby wyparcia serbskich manifestantów z gmachu sądu w Mitrovicy. Dzisiaj żołnierze ci mają okazję do bardziej bezpośredniej konfrontacji z Rosją.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Ciężarówki blokują drogę w pobliżu przejścia granicznego Jarinje w Mitrovicy w proteście przeciwko wprowadzeniu obowiązku posiadania kosowskiego dowodu osobistego i tablicy rejestracyjnej przez wszystkich, w tym Serbów mieszkających w Kosowie. 1 sierpnia 2022. Fot. Erkin Keçi/Anadolu Agency via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Po kubku do mordercy. Jak genealogia wyręczyła agentów FBI
Żaden z przestępców od lat unikających kary nie może już czuć się pewnie.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Przyczajony Donald, walczący Trump
Tylko jednemu prezydentowi w historii USA udało się zdobyć drugą kadencję po przegranej reelekcji.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Innerspace, czyli nanoroboty w mózgu
Mierzące od 0,1 do kilku milimetrów urządzenia będą „żeglować” po ludzkiej głowie.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Polska – wróg numer jeden Łukaszenki
Państwowe media twierdzą, że nasz kraj szykuje się do ataku na Białoruś.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Krajobraz po brudnej bitwie
Jak brytyjscy konserwatyści wybierają lidera.