Historia

Bomby zamiast dzwonków

W powstańczej rzeczywistości nieraz zdarzało się tak, że podczas Mszy Świętej następowało bombardowanie. Liturgie odbywały się w tych samych warunkach, co codzienne życie, a odgłosy bomb i same wybuchy utrudniały doprowadzenie nabożeństwa do końca. Wśród relacji z Mszy Świętych sprawowanych w tym czasie uderzające są świadectwa o księżach, którzy mimo tych trudnych warunków sprawowali Eucharystię do końca.

Fragmenty książki Marceliny Koprowskiej „Życie religijne podczas Powstania Warszawskiego” publikujemy dzięki uprzejmości Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej oraz Wydawnictwa Neriton.

Jedną z takich sytuacji wspomina ówczesny komendant Armii Krajowej, Tadeusz Komorowski „Bór”: „Pewnej niedzieli słuchałem Mszy św. w hallu naszej kwatery, w PKO. Żołnierze klęczeli dokoła w modlitwie, kiedy nagle pojawiły się nad nami bombowce niemieckie. Zrzucane bomby uderzały raz po raz w sąsiednie budynki. Ściany trzęsły się do fundamentów i miałem wrażenie, że lada chwila cały strop ugodzony następną bombą spadnie nam na głowy. […] Spojrzałem na księdza stojącego u ołtarza. Odprawiał nabożeństwo, jakby to było w najzaciszniejszym kościółku”. Inne relacje z podobnych wydarzeń – gdy podczas Mszy Świętej miał miejsce nalot na bliską okolicę – brzmią podobnie: księża przeważnie pozostawali na swoich „stanowiskach”, przy ołtarzu, sprawując liturgię do końca, jeśli w ogóle była taka możliwość.

Ich spokój udzielał się nieraz wiernym, jak wspominała Barbara Gancarczyk-Piotrowska: „Pierwsza [Msza] odprawiana była na Długiej 7, na parterze w korytarzu. Było dużo osób. Słychać było uderzające pociski «szafy», ale ksiądz Rostworowski nie przerywał. Przed podniesieniem dwa piętra wyżej trafił pocisk. Na kilka minut nabożeństwo zostało przerwane, by posprzątać gruz z ołtarza i zapalić świece. Spokój ojca Tomasza udzielił się wszystkim. Nikt nie panikował, nie uciekał. Spokojnie posprzątano. Pociski ciągle spadały, przy następnych wybuchach mogliśmy mieć mniej szczęścia, dlatego ksiądz udzielił wszystkim rozgrzeszenia i dalej odprawiał”./…/

Inną taką Mszę Świętą wspomina sanitariuszka batalionu „Zośka”: „Msza była w piwnicy, zaraz po ofiarowaniu nastąpiło bombardowanie. Część osób została zasypana, rozsypały się komunikanty przygotowane do konsekracji. Ksiądz akurat przeżył, pomagał w akcji ratunkowej, a na koniec udzielił wszystkim absolucji”.

Czy trzeba było?

Dla księży posługujących podczas powstania takie sytuacje były dużym wyzwaniem – jedno z bombardowań podczas Mszy wspomina o. Tomasz Rostworowski: „W niedzielę 20 sierpnia odprawiałem Mszę św. na korytarzu na parterze dla personelu szpitalnego. Przed samym Podniesieniem huknęła seria krów, tzn. sześć ciężkich pocisków w sam róg budynku; wszystkich nas obsypało i zakurzyło doszczętnie, ale wyszliśmy bez szwanku. Z kielicha musiałem wino przelać do ampułki, kielich wyczyścić i napełnić z powrotem. Dobrze, że to przed konsekracją! Druga seria takich samych pocisków w to samo miejsce nastąpiła po ostatniej Ewangelii. Wyszedłem okurzony jak młynarz”. /…/
Msza św. i ślub powstańców: sanitariuszki Alicji Treutler „Jarmuż” i pchor. Bolesława Biegi „Pałąka”, udzielany przez ks. Wiktora Potrzebskiego „Corda”. Kaplica przy ul. Moniuszki 11 w Warszawie, 13 sierpnia 1944. Fot. Eugeniusz Lokajski, Domena publiczna, Wikimedia Commons
Ze świeckiego punktu widzenia można zadać pytanie: czy była taka konieczność? Narażać swoje życie podczas Mszy Świętej jedynie po to, aby ją dokończyć? Wydaje się, że do zrozumienia takiego zachowania ówczesnych księży konieczna jest próba przyjęcia katolickiej perspektywy – podczas liturgii eucharystycznej następuje konsekracja chleba i wina i to, co na ołtarzu, staje się Najświętszym Sakramentem, a więc Ciałem Chrystusa, Bogiem ukrytym pod postacią chleba. Kwestia przerywania Mszy była zresztą regulowana przez ówczesne przepisy liturgiczne, które pozwalały na to dla słusznej przyczyny. Przy ocenie słuszności tejże należało brać pod uwagę zarówno ważność powodu, jak i moment Mszy Świętej. I tak: „[…] gdy kanon się rozpocznie, a nawet między konsekracją i komunią, wolno jest celebransowi przerwać Mszę z obawy swojej śmierci albo z obawy profanacji Przenajświętszego Sakramentu przez zalew rzeki albo przez popękane ściany kościoła lub dachu; gdy wreszcie jest konieczność udzielenia pomocy duchownej umierającemu choremu”. /…/ Biorąc te okoliczności pod uwagę – zarówno teologiczne, jak i regulacje prawa kanonicznego – opisane wcześniej zachowania księży można ocenić jako słuszne, a w niektórych przypadkach nawet heroiczne, gdyż nie musieli narażać swojego życia, a jednak nieraz to robili.

Kobiety na posterunku

W ówczesnej liturgii bardzo ważną rolę odgrywali ministranci: Kodeks Prawa Kanonicznego mówił nawet o tym, że kapłan nie może odprawiać Mszy Świętej bez ministranta, który by mu służył i odpowiadał. Wymaganie to miało też praktyczny wymiar o tyle, że Msza Święta była odprawiana po łacinie i wierni niekoniecznie znali treść wszystkich odpowiedzi (choć prawdopodobnie z pomocą mszalnika większość by sobie poradziła). Jednocześnie dalej Kodeks Prawa Kanonicznego wymagał, żeby funkcję ministranta spełniał mężczyzna, dopuszczając jednocześnie, aby pod nieobecność mężczyzn wypełniały to zadanie kobiety. Nie była więc to tylko kwestia utartych tradycji, lecz także konkretnych przepisów w prawie kanonicznym.

/…/ Ministrantką była Anna Hołubowicz „Iwona”, łączniczka księdza Sieradzana „Mariana” z Żoliborza, która opisuje to tak: „Po chwili do kościoła wpadł, jak bomba, ksiądz «Marian» i rzuciwszy rozkaz – będziecie obie służyć do Mszy – zaczął się ubierać. Miły Boże! Gdyby grom z jasnego nieba uderzył w tej chwili, miny nasze nie byłyby mniej przerażone!” – dla samych (jak się okazało) ministrantek były to duże zaskoczenie i niespodzianka. Szkolenie odbyło się błyskawicznie, właściwie go nie było – dostały we dwie Mszał, w którym było napisane, co należy księdzu odpowiadać: „Miły Boże! Śmiech mnie porywa, gdy sobie przypomnę tę moją pierwszą służbę przy Mszy Świętej. […] Odpowiadałyśmy urywanymi głosami, myląc się i zacinając, a cierpliwy Pasterz sam sobie odpowiadał pogubione przez nas wyrazy”. Podobną sytuację stanowiła ta opisywana we wspomnieniach sióstr marylek z końca sierpnia z ulicy Tylżyckiej, gdzie do ostatniej Mszy Świętej odprawionej w kaplicy służyła jako ministrant siostra Kazimiera. Mamy zatem kolejny przykład tego, że w warunkach powstańczych korzystano z tego, co Kodeks Prawa Kanonicznego dopuszczał tylko w wyjątkowych sytuacjach. Niewątpliwie walki powstańcze do nich należały, a istota Eucharystii pozostała dla katolików niezmienna.

Jeden z najtragiczniejszych dni powstania. W Bogu pozostała nadzieja

Modlitwa była „krzykiem rozpaczy, błaganiem o życie miasta, o pomoc, o broń”… Symbolem walczącej stolicy stał się kapłan.

zobacz więcej
Skoro już poruszony został temat udziału kobiet w liturgii warto odnotować, że zdarzało się, że kobieta udzielała Komunii świętej (sic!). Na te setki wspomnień mówiących o Mszach ogólnie czy przyjmowaniu Eucharystii, wzmianek o takim wydarzeniu jest dosłownie kilka, jednak z dużą dozą pewności można powiedzieć, że są one wiarygodne, a z racji treści dość istotne. W świetle ówcześnie obowiązującego prawa kanonicznego zwyczajnym szafarzem Eucharystii był jedynie wyświęcony prezbiter, a nadzwyczajnym diakon – jednak i on tylko w wypadku konieczności. Dzisiaj przepisy prawa kanonicznego są nieco szersze, ale i tak kobieta udzielająca Komunii świętej to widok należący do rzadkich. Warto się zatem tym sytuacjom przypatrzeć.

W klasztorze kanoniczek

Pierwsza z nich miała miejsce w tzw. reducie kanoniczek – a więc w klasztorze Panien Kanoniczek przy ulicy Senatorskiej. Zdzisław Umiński w swoich wspomnieniach opisuje takie wydarzenia: „Przed ósmą puszczam po dwóch do podziemi, aby przyjęli Komunię św. Wraca «Majdaniarz». Jaś od razu powiada, że ta Komunia św. to chyba nieważna. – Dlaczego nieważna? – pytam. – Bo jak ojciec wracał z więzienia, został ranny szrapnelem i Komunii św. udzielała ksieni [przełożona kanoniczek – red.]. A to przecież kobieta, a nie kapłan. – Ważna Komunia – mówię, posyłam następną dwójkę. W końcu sam idę i z rąk ksieni przyjmuję opłatek. A potem z trzema siostrami śpiewamy Salve Regina. Za chwilę wracam na pozycję”. Kobietą udzielającą Komunii świętej była zatem ksieni – przełożona zgromadzenia, osoba konsekrowana; sytuacja była o tyle nadzwyczajna, że ksiądz został ranny i możemy domyślać się, że nie był w stanie rozdawać Eucharystii. Mimo wszystko ciekawe jest podejście do tego żołnierzy – jeden z nich obawia się, że w takim razie jest to nieważnie udzielony sakrament, autor wspomnień nie ma zaś najmniejszych wątpliwości, że jest inaczej (a przynajmniej na to wskazuje jego wypowiedź).

W drugim przypadku kobietą udzielającą Komunii świętej również była przełożona zakonna. Maria Okońska [współpracownica ks. Stefana Wyszyńskiego – przyp. red.] wspomina, że w domu sióstr, w którym przebywała wraz ze swoimi towarzyszkami, 6 sierpnia po Mszy Świętej ksiądz (dochodzący do domu zakonnego) postanowił następująco: „«Może to jest ostatnia Msza Święta w życiu. Dlatego […] konsekruję tyle komunikantów, aby wystarczyło dla wszystkich na kilka dni. Jeżeliby Panu Jezusowi coś zagrażało, a ja nie mógłbym tu dotrzeć, proszę spożyć Najświętszy Sakrament». Dał wtedy pozwolenie Siostrze Przełożonej, gdy zajdzie taka potrzeba, na rozdanie Komunii świętej łyżeczką”. I rzeczywiście któregoś z następnych dni dzieje się to, co zostało przez księdza przewidziane, siostry i towarzyszące im kobiety cudem unikają śmierci: „Wtedy nareszcie Siostra Przełożona postanowiła rozdać Komunię świętą i opuścić dom. Było dużo komunikantów, na każdą przypadało więcej niż jeden. Nie mogłyśmy ich przełknąć, zwłaszcza że z pragnienia brakowało śliny w ustach. Ale nie było rady, musiałyśmy wszystko spożyć, jeśli mamy stąd odejść. Przyjmowałyśmy Pana Jezusa na drogę, a może na śmierć jako wiatyk… Nie wiedziałyśmy przecież, co nas czeka…”.
Październik 1944 roku, po klęsce powstania warszawskiego. Fot. Keystone/Getty Images
Największe wsparcie

Była to zatem znowu wyjątkowa sytuacja – dla katolików (jak zresztą widać po cytowanych relacjach) w Eucharystii jest realnie obecny Chrystus, a Najświętszy Sakrament jest największą świętością, jaką można sobie wyobrazić. Kobiety opuszczając opisywane schronienie nie mogły zostawić Go „ot, tak”, ryzykując, że Niemcy lub własowcy dokonają na Nim świętokradztwa. W związku z tym za uprzednio uzyskanym pozwoleniem księdza przełożona zakonna rozdała Komunię świętą. Można się jednak zastanawiać, dlaczego w takim razie ksiądz przed opuszczeniem opisywanej piwnicy zostawił ten Najświętszy Sakrament – a wręcz specjalnie konsekrował więcej hostii. Wydaje się, że bez potraktowania katolickiego rozumienia sakramentu Eucharystii poważnie nie da się tego zrozumieć. Jeśli jednak przyjmie się to, co Kościół katolicki na ten temat naucza, to jasne się stanie, że dla sióstr i towarzyszących im w schronie kobiet (także głęboko wierzących) tak bliska obecność Najświętszego Sakramentu była realnym wsparciem duchowym. One to traktowały zupełnie poważnie: to, że On tam jest, było dla nich głównym powodem przebywania akurat w tym, a nie dowolnym innym miejscu.

Trzecia sytuacja, w której kobieta – znów siostra zakonna – udzielała Komunii świętej, jest dość dokładnie opisana przez nią samą. Działo się to w Szpitalu Wolskim, kiedy kapelan szpitala został zamordowany, z duchownych przebywał w nim tylko chory, przykuty do łóżka kleryk. Jedna z umierających dziewcząt prosiła o komunię, której nie było jak udzielić. Siostra Lange, pielęgniarka, po konsultacji z klerykiem zdecydowała się wziąć Hostie z tabernakulum i część sama spożyła, a część zaniosła chorym, co wspominała tak:

„Jestem sama w kaplicy zasypanej gruzem i śmieciami. Pyłu, aż grubo. Na ołtarzu nieład. Poprzewracane lichtarze. Z trudem znalazłam kluczyk. Otwieram! Tabernakulum przestrzelone. Wewnątrz drzazgi. Moc pyłu. Nie widać, skąd się tam dostało tyle kurzu. Jednak puszka stoi nietknięta. Otwieram z całą prostotą i bijącym sercem, a słodka Królowa Częstochowska patrzy z ołtarza, odarta z ozdób, które odleciały na skutek siedmiu strzałów, jakie obraz dostał z zewnątrz.

– Matko – wołam w duszy – tłumacz mą niegodność Jezusowi, wyrównaj swą przemożną przyczyną to, czego mi w tej uroczystej chwili nie dostaje. – Drżącą ze wzruszenia ręką, z oczyma pełnymi gorących łez, składam dwa komunikanty na patenie. Resztę spożywam przy pomocy całej szklanki wody, gdyż komunikantów, jak się spodziewałam, było dużo. Spożywając, myślę, jak tu zostać bez utajonego Jezusa, bez Opiekuna, najwyższego Gospodarza i Pana tego domu. Pozostawiam małe cząsteczki komunikantów. Będę czuwała, aby w razie niebezpieczeństwa wpaść i zabrać je w miejsce bezpieczniejsze. Zrobiłam z grubsza trochę porządku, na dokładniejszy nie było szans. Kluczyk od tabernakulum wzięłam do kieszeni, aby nie szukać.

Cudownie ocaleni. Niezwykłe przypadki z Powstania Warszawskiego

„Usłyszałam słowa Andrzeja, powiedział mi, żeby się czołgać. Później okazało się, że wtedy nie żył już od trzech dni”. „Było tak, jakby mnie Matka Boska swoim płaszczem zasłoniła”. „Odezwał się we mnie głos, który mówił, co należy zrobić”.

zobacz więcej
Gdy niosłam Pana nad Pany, to doznawałam takiego pokoju, szczęścia oraz poczucia bezpieczeństwa, że gotowa byłam stanąć do walki wszędzie. Zdawało mi się, że cały świat mam u stóp i nic złego mi się nie stanie.

W milczeniu weszłam na salę chorych. Wiedzieli już o tym, więc wszyscy mieli odpowiednią postawę. Pochylili głowy w wielkim skupieniu. Oddawszy księdzu bursę, poszłam odmawiać z chorymi Niechaj będzie pochwalony… i Kto się w opiekę. Tymczasem ksiądz spożywał Ciało Boże. Następnie zaniosłam Jezusa Halince, która z wypiekami oczekiwała niezwykłego i upragnionego Gościa. Zgromadzili się chorzy chodzący, aby oddać hołd Panu i podziękować za szczęśliwie przeżytą noc mimo trwogi i niebezpieczeństwa grożącego od złych ludzi i pożaru”.

Nie ma wątpliwości, że dla siostry Lucyny było to doświadczenie wyjątkowe, w którym, z jednej strony mając świadomość braku święceń, a z drugiej kochając Eucharystię niemal nad życie, przeżywa całą tę sytuację prawie mistycznie.

Inna znana sytuacja ma podobny kontekst – siostra przełożona, aby uchronić Najświętszy Sakrament przed profanacją, rozdawała Komunię towarzyszącym jej kobietom. Całość tych różnorodnych wspomnień pokazuje przede wszystkim, że podczas powstania wyraźnie było widać hierarchię priorytetów – co do zasady komunii udzielał tylko wyświęcony prezbiter, w nadzwyczajnych sytuacjach diakon, opisane wyżej historie zatem w ogóle nie powinny się wydarzyć. Prawo nie przewidywało, aby ktoś niemający święceń diakonatu mógł udzielać komunii, a księża, którzy wspomniane siostry w jakikolwiek sposób upoważniali do tego, nie mieli do tego kanonicznych kompetencji. Jednak intuicja Kościoła jest taka, że w sytuacji wyższej konieczności brak kanonicznego szafarza nie powinien być przeszkodą w korzystaniu z tego sakramentu (jeśli dysponuje się już konsekrowanymi hostiami – tego może dokonać tylko wyświęcony kapłan).

– Marcelina Koprowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Tytuł i śródtytuły od redakcji
Wydawcą książki Marceliny Koprowskiej jest Neriton
O książce

Mój teść, żołnierz Powstania Warszawskiego, do końca długiego życia wracał do chwili, kiedy z całym oddziałem chłopaków z Woli stanęli 1 sierpnia w murach kościółka oo. redemptorystów na ulicy Karolkowej i na zakończenie krótkiej mszy dostali rozgrzeszenie in ariculo mortis. Dla niespełna 19-letniego „Czerkiesa” był to moment dziejowy, także w dorosłym już życiu teść podkreślał znaczenie tamtej chwili. Zawsze robiło to na mnie ogromne wrażenie i do dziś nie mogę obojętnie przejechać obok tego kościółka. Od lat coraz to nowi uczeni zadają pytania o Powstanie Sierpniowe – bo tak je początkowo nazywano – i o wciąż nowe siły młodych żołnierzy. Czy to wiara była ich siłą? Dawała im moc i nadzieję? Pozwala wierzyć w zwycięstwo i w wolna Polskę?

A Marcelina Koprowska, młoda badaczka z Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej, postanowiła przyjrzeć się z bliska tej sprawie i zapytać o miejsce wiary i religii – nie tylko katolickiej – w powstańczym życiu. Przejrzała tysiące stron z dokumentacją i wspomnieniami, odsłuchała setki nagrań w Archiwum Muzeum Powstania Warszawskiego, przejrzała kroniki i relacje, zbiory kościelne i państwowe. I napisała wspaniałą książkę, znakomicie udokumentowaną, bogatą w przykłady i statystyki (na przykład: ile ślubów i chrztów odbyło się w poszczególnych warszawskich kościołach). Uzupełnioną o nowocześnie przygotowane mapy parafii i miejsc sprawowania powstańczych nabożeństw, listy powstańczych kapelanów i rezydujących w stolicy biskupów, opisy powstańczego życia zakonów żeńskich otwartych na potrzeby okolicznej ludności, ba!, aktywności świeckich organizujących nie tylko podwórkowe modlitwy, ale też całkiem poważne rekolekcje, które poprowadził katowicki biskup Stanisław Adamski na podwórku cukierni Bliklego.

„Życie religijne podczas powstania było powiązane choćby cieniutką nitką z niemal każdym wydarzeniem, wątkiem zdarzeń z tamtych dni” – pisze autorka i zaznacza, że „Msze Święte odprawiano w tak wielu miejscach, że ziemi poświęconej w ten sposób jest znacznie więcej niż byśmy się spodziewali”.

Obowiązkowa pozycja dla każdego, kogo naprawdę obchodzi Powstanie Warszawskie.

– Barbara Sułek-Kowalska


ODWIEDŹ I POLUB NAS
Zdjęcie główne: Ksiądz odbiera przysięgę wojskową od powstańców warszawskich, sierpień 1944 rok. Fot. Reprodukcja: FoKa / Forum
Zobacz więcej
Historia Poprzednie wydanie
II Rzeczpospolita przed Piłsudskim. Ostatnie Królestwo Polskie
Rada Regencyjna przeżyła zamach stanu, którego dokonał premier jej własnego rządu.
Historia Poprzednie wydanie
Wszyscy byli za kapitulacją, tylko nie Starzyński
Jakim cudem Niemcy tolerowali go na fotelu prezydenta miasta?
Historia wydanie 23.09.2022 – 30.09.2022
Czy Lenin grywał w szachy z Hitlerem? Pionki i polityka
Żydowski arcymistrz z Austrii w Paryżu przyjął polskie obywatelstwo.
Historia wydanie 23.09.2022 – 30.09.2022
Nieznane kulisy rozmowy braci Wałęsów, nagranej przez SB
Puszczono ją w dniu, w którym Norweski Komitet decydował o przyznaniu Nobla szefowi Solidarności.
Historia wydanie 23.09.2022 – 30.09.2022
Targi o Hongkong, czyli jak królowa ugłaskała Chińczyków
Elżbieta II musiała jakoś wymazać z publicznej pamięci katastrofalną wizytę Margaret Thatcher w Chinach.