Kultura

Ponad 80 lat na wygnaniu. Niesamowita historia Siedmiu Obrazów

– Nikogo zostawione w Ameryce obrazy nie obchodziły, a ci nieliczni, których być może ich los obchodził, zapewne bali się podejmować jakiekolwiek działania – mówi Adam Michalak. – Łukaszowcy mieli przecież opinię malarzy sanacyjnych, nie wpisywali się w socrealistyczną rzeczywistość.

Byli młodzi, zdolni, zakochani w sztuce, skłonni do eksperymentów i do poświęceń, gotowi do zabawy i do ciężkiej pracy. Określali się jako Bractwo św. Łukasza. Świat stał przed nimi otworem, bo dostali rządowe zamówienie na obrazy o polskiej historii na Światową Wystawę w Nowym Jorku. W lutym 1939 roku ich siedem wielkich obrazów wypłynęły do Ameryki – do Polski wróciły dopiero w lipcu 2022.

– Dla dziadka po wojnie nie to było najgorsze, że te obrazy mogą już nigdy nie wrócić, ale że oni wszyscy, czyli Łukaszowcy, mają już życiorysy zakończone, „załatwione” – opowiada Tygodnikowi TVP historyk Adam Michalak, wnuk Antoniego Michalaka (1902-1975) z Kazimierza nad Wisłą, jednego z bohaterów tej opowieści. Drugim bohaterem tej niezwykłej i skomplikowanej historii jest sam Kazimierz, to cudowne miasto malarzy i i innych czarodziejów.

Kazimierz zasłynął wśród artystycznej braci znacznie wcześniej niż się w nim pojawiło Bractwo Św. Łukasza ze swoimi sztalugami, blejtramami i farbami – ale przede wszystkim ze swoim pełnym oddania etosem solidnej pracy nad doskonaleniem malarskiego warsztatu, z obyczajem pasowania na malarza dokonywanym niemal publicznie, w kolorowym orszaku, w radosnej – ale bardzo serio traktowanej – zabawie.

Bractwa tego typu były jednym ze sposobów powrotu do tradycji w międzywojennej Europie, toteż jeden z wnuków Antoniego Michalaka, Jan (też malarz) napisał nawet na ten temat pracę doktorską „O wynikającej z romantycznego przeżywania rzeczywistości potrzebie nowego malarstwa figuratywnego, rozważania o malarstwie w europejskim kręgu sztuki, z szczególnym uwzględnieniem tradycji Bractwa św. Łukasza”.

Jak w średniowiecznym cechu

Grupę Łukaszowców stworzyli w 1925 roku: Bolesław Cybis, Jan Gotard, Aleksander Jędrzejewski, Eliasz Kanarek, Edward Kokoszko, Antoni Michalak, Jan Podoski, Mieczysław Schultz, Czesław Wdowiszewski, Jan Wydra i Jan Zamoyski; później dołączyli do nich Bernard Frydrysiak, Jeremi Kubicki oraz Stefan Płużański. Mentorem ugrupowania – pisze Izabela Mościcka na internetowej stronie lukaszowcy39.pl – oraz głównym teoretykiem był Tadeusz Pruszkowski, ich ulubiony nauczyciel z warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, który wywarł bardzo duży wpływ na twórczość swoich studentów.

Pruszkowski znany był także ze swoich innych upodobań, jak choćby loty aeroplanem z Warszawy do Kazimierza, co – jak można się domyślać – musiało być nie lada sensacją, nawet w miasteczku przyzwyczajonym do artystycznych ekstrawagancji swoich gości. Ułańska fantazja, można powiedzieć, choć rzeczywiście artysta służył jako ochotnik w legionowym 1 Pułku Ułanów Władysława Beliny-Prażmowskiego.
Tadeusz Pruszkowski, nietuzinkowa osobowość. Fot. IKC/NAC
Tadeusz Pruszkowski (1888-1942) „uwielbiany przez studentów, nauczał w sposób niekonwencjonalny. Dawał im swobodę twórczą, ukierunkowywał, a nie narzucał. Współuczestniczył w ich życiu szkolnym nie tworząc barier i dystansu. I jako jedyny z ówczesnych profesorów kładł silny nacisk na kompozycję. Od 1923 r. przywoził swoich uczniów na plenery do Kazimierza Dolnego” – pisze na wspomnianej stronie Dorota Seweryn-Puchalska z Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu.

W miasteczku Pruszkowski wybudował nietypową willę z wielką pracownią. Kiedy więc narodził się projekt Siedmiu Obrazów – proszę pozwolić na wielką literę, bo to przecież także zbiorowy bohater tego tekstu – zebrał Łukaszowców u siebie. Tajemnicą Siedmiu Obrazów jest bowiem autorstwo zbiorowe, jakkolwiek dziwne by się to dzisiaj wydawało. Wszystkie obrazy miały ten sam, niebagatelny, rozmiar – 128 cm na 200 cm; praca nad nimi zdecydowanie wymagała przestrzeni.

Prof. Andrzej Nowak tak o tym opowiada: „przyjmowali chętnie wykonywane wspólnie, w duchu średniowiecznego cechu, wielkie zamówienia, jak dekoracje malarskie polskich transatlantyków m/s Batory i m/s Piłsudski. Teraz, na wezwanie swojego mistrza, profesora Pruszkowskiego, stanęli razem do wykonania serii płócien na nowojorską Wystawę Światową. Bolesław Cybis, Bernard Frydrysiak , Jan Gotard, Aleksander Jędrzejewski, Eliasz Kanarek, Jeremi Kubicki, Antoni Michalak,  Stefan  Płużański, Janusz Podoski i Jan Zamoyski zebrali się z początkiem maja 1938 roku w willi profesora Pruszkowskiego w Kazimierzu nad Wisłą i rozpoczęli pracę. Była to rzeczywiście praca zbiorowa: każdy artysta malował to, do czego był najlepiej przygotowany: twarze, postaci, stroje, architekturę, przyrodę w tle. Po pół roku robota była, zgodnie z zamówieniem ministerstwa spraw zagranicznych, wykonana. Można ją było dzięki temu zaprezentować na wernisażu w grudniu 1938 roku w Instytucie Propagandy Sztuki w Warszawie, zanim 28 lutego następnego roku wypłynęły „Batorym” z Gdyni do Nowego Jorku” – czytamy na stronie łukaszowcy1939.pl.

Kto naprawdę uratował „Bitwę pod Grunwaldem”

W peerelowskiej propagandzie to chłopo-robotnicy musieli ukrywać obraz.

zobacz więcej
Nie malowali pierwszych lepszych scen z historii Polski. Tematyka Siedmiu Obrazów została starannie zaplanowana przez wybitnych historyków, wielkie nazwiska nie tylko tamtej epoki: Oskara Haleckiego, Jana Kucharzewskiego i Romana Dyboskiego, nie bez powodu objęte oficjalnym milczeniem w peerelowskiej nauce. „Republikańska wolność obywateli, budowana w Rzeczypospolitej, idea dobrowolnej unii narodów, a wreszcie rola przedmurza wobec obcych Europie cywilizacji wojującego islamu i agresywnego, despotycznego prawosławia, które w Moskwie po 1917 roku zastąpił sztandar komunizmu – to zasadnicze elementy spojrzenia Haleckiego na to, co w polskim doświadczeniu dziejowym najważniejsze” – napisał prof. Andrzej Nowak i podkreślił, że ten punkt widzenia podzielał także Jan Kucharzewski.

Historycy wskazali siedem tematów: zjazd gnieźnieński roku 1000, chrzest Litwy w roku 1386, ugruntowanie polskiej wolności obywatelskiej przywilejem „neminem captivabimus…” w roku 1430, unię lubelską roku 1569, gwarancję tolerancji religijnej przyjętą przez konfederację warszawską cztery lata później, odsiecz Wiednia roku 1683, Konstytucję 3 Maja 1791 roku. Uczeni dostarczyli malarzom wiedzy o szczegółach – kolorach, strojach, meblach, orderach, chorągwiach, etc.

Cykl Siedmiu Obrazów był, zdaniem prof. Nowaka, ideowym sercem polskiego pawilonu na nowojorskiej wystawie. Obrazy – pisze krakowski historyk – pokazywały dorobek dziejowy Rzeczpospolitej Polskiej i jego istotne miejsce w europejskiej tradycji cywilizacyjnej. EXPO otwierał prezydent Franklin D. Roosevelt, a jego przemówienie pokazywała na wystawie telewizja. Pawilon polski został oficjalnie otwarty 3 maja. Za chwilę Józef Beck, szef dyplomacji miał wygłosić w Sejmie swoje słynne przemówienie z końcową frazą „Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenną. Tą rzeczą jest honor.”

Wojna i zapomnienie

Nie będę szczegółowo opisywać losów – i wyposażenia – polskiego pawilonu, ale trzeba jasno powiedzieć, że wojna rozpoczęta niemiecką agresją na Polskę oznaczała praktycznie koniec ekspozycji; pawilon polski działał jeszcze do połowy 1940 roku. Jego komisarzem był prof. Stefan de Ropp, wieloletni dyrektor Międzynarodowych Targów Poznańskich, z bogatym doświadczeniem – i ogromnym zaangażowaniem w sprawy państwowe. Ale na utrzymanie pawilonu potrzebne były pieniądze. Tymczasem pawilon został pozbawiony źródeł finansowania.
Polski pawilon na EXPO w Nowym Jorku. Fot. NAC
Komisarz wyprzedał część wyposażenia, na szczęście lwią część obiektów do kolekcji Muzeum Polskiego w Chicago. Zbiór Siedmiu Obrazów ( i 4 tkanin artystycznych, których pochodzenie jest kolejną ciekawostką artystyczną: ich autorem jest Mieczysław Szymański, malarz i projektant tkanin, uczeń prof. Tadeusza Pruszkowskiego; na Wystawę Światową w Paryżu w 1937 wykonał makatę , za którą otrzymał wyróżnienie Grand Prix; na wystawę nowojorska zrobił z niej cztery oddzielne sceny ukazujące zwycięstwo Jana III Sobieskiego pod Wiedniem) profesor Stefan de Ropp zdeponował w jezuickiej uczelni Le Moyne College w Syracuse w stanie Nowy Jork, gdzie od 1958 r. był prezentowany w tamtejszej bibliotece . „Zdeponował” jest słowem kluczowym, bo wyraźnie opisuje rzeczywistość Siedmiu Obrazów – nie zostały sprzedane, wypożyczone lub ofiarowane – były zdeponowane. Ale dla peerelowskiej władzy nie miało to znaczenia lub może nawet stanowiło dodatkowe obciążenie.

– Starania o powrót obrazów, czy choćby o zainteresowanie się ich losem, dziadek podejmował od razu w 1945 roku – opowiada Adam Michalak. – Potem, już w latach 70. i później, włączyli się w to obaj jego synowie, mój tata Janusz i stryj Tadeusz, zresztą także malarze.
        ODWIEDŹ I POLUB NAS     Na pewno Antoniemu Michalakowi nie pomagał w tych staraniach jego wizerunek artystyczny: był wybitnym malarzem tematyki religijnej, wykładał na KUL, od 1936 roku należał do Stowarzyszenia Katolickich Artystów Plastyków „Ars Christiana”, w czasie wojny był aktywnym uczestnikiem konspiracji włącznie z ratowaniem zagrożonych żydowskich przyjaciół, po wojnie upominał się o los Kazimierza.

– Nikogo zostawione w Ameryce obrazy nie obchodziły, a ci nieliczni, których być może ich los obchodził, zapewne bali się podejmować jakiekolwiek działania – mówi Adam Michalak. – Łukaszowcy mieli przecież opinię malarzy sanacyjnych, nie wpisywali się w socrealistyczną rzeczywistość.

Łukaszowcy wracają

Urodzony już u wrót niepodległości, w 1988 roku, Adam Michalak wychował się w atmosferze szacunku, a może nawet swoistego kultu Łukaszowców i ich utraconego dzieła. Wzrastał otoczony obrazami dziadka i jego przyjaciół, w pamięci o prof. Tadeuszu Pruszkowskim zamordowanym przez Niemców w 1942 roku, wśród wspomnień ojca i stryja o kontaktach dziadka Antoniego z żyjącymi członkami grupy rozsianymi po świecie.

Stryj, Tadeusz Michalak był prezesem Towarzystwa Przyjaciół miasta Kazimierza Dolnego (powołanego, bagatela, w 1925 roku) i założył lokalne czasopismo „Brulion Kazimierski”. To tam, w pierwszym numerze, w 2001 roku ukazał się historyczny już dziś artykuł Roberta Wójcika „Historia Polski w siedmiu odsłonach”.

– To był pierwszy poważny tekst o Siedmiu Obrazach i o Łukaszowcach – podkreśla Adam Michalak, który także ma zasługi dla sprawy ich powrotu do Polski. Jako student historii, a potem dyplomowany historyk i z kolei student historii sztuki właczył się w rodzinne inicjatywy. – Na własne uszy słyszałem i taki argument z ust przedstawiciela władz , że nie ma jak sprowadzić Siedmiu Obrazów, bo nie ma w Polsce odpowiedniego miejsca, żeby je wyeksponować – opowiada.

Adam Michalak był słuchaczem organizowanych przez Fundację Jacka Maziarskiego (FIM) warsztatów i szkoleń dla młodych liderów nazywanych od miejsca działania Akademią Skolimowską. I tam któregoś razu postanowił opowiedzieć o swoim dziadku, o Łukaszowcach i o Siedmiu Obrazach, o urządzanych przez rodziców wystawach w rodzinnej galerii i w Muzeum Nadwiślańskim (1975, 1982, 1993, 2005). Także o podejmowanych próbach zainteresowania władz sprawą, o wsparciu, jakiego udzielał im polonijny działacz z USA Peter Obst, o staraniach dziennikarki Jolanty Kessler-Chojeckiej i nagradzanych reportażach lubelskiej dziennikarki radiowej Katarzyny Michalak, zresztą związanej też rodzinnie ze sprawą. I o książce mamy, Wandy Michalakowej, o cudach Kazimierza, w tym o Łukaszowcach i ich obrazach.

Nie dałoby się jej kupić za żadne sumy czy przywileje. Pani od El Greca

Nie skarżyła się na niegodziwości, których doświadczyła. Poczynając od największych przykrości, których nie oszczędzono jej i Hannie Sygietyńskiej, podając w wątpliwość wartość ich odkrycia.

zobacz więcej
– Opowiedziałem o tym wszystkim i nagle poczułem, że pani dr Iza Galicka tak się przejęła sprawą, jakby chodziło o własną rodzinę albo jej własne obrazy. Wiedziałem, oczywiście, że to sławna odkrywczyni El Greca [na plebanii w Kosowie Lackim, podsiedleckiej wsi, w 1964 roku – przyp.red.] , ale nie od razu zrozumiałem, co to oznacza dla Łukaszowców i Siedmiu Obrazów.

Bo dr Izabela Galicka (1931-2019) była jak welsh-terrier na polowaniu na dziki: kiedy już złapie trop i choćby kawałek zwierza, nie puści. Od tamtej pory o Łukaszowcach zaczęło się mówić – dzięki FJM i jej prezeski Anny Żukowskiej-Maziarskiej powstała strona internetowa lukaszowcy1939.pl. – To w zasadzie największe i najpoważniejsze kompendium wiedzy o Łukaszowcach i ich obrazach! No i sprawą przejął się także sam profesor Piotr Gliński, i doprowadził do szczęśliwego finału – mówi Adam Michalak. W lipcu Ministerwto Kultury i Dziedzictwa Narodowego poinformowało, że obrazy wróciły do domu. Wcześniej, w maju, polska delegacja dziękowała Amerykanom. – To wydarzenie szczególne dla polskiego dziedzictwa. Przez wiele lat różne środowiska i instytucje zabiegały, aby historia obrazów i makat z Le Moyne College nie została zapomniana. Naszym wspólnym sukcesem jest to, że spotykamy się dzisiaj w Syracuse, w Le Moyne College, aby podpisać umowę o przekazaniu dzieł polskich artystów z powrotem do Polski – mówił wicepremier Piotr Gliński podczas uroczystości w Le Moyne College, gdzie 4 maja została podpisana umowa, na której mocy prace Łukaszowców trafiły do zbiorów Muzeum Historii Polski.

– Jako historyk sztuki bardzo się cieszę z powrotu tych dzieł do Polski – podkreślała w rozmowie z PAP Dorota Seweryn-Puchalska z Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym. – Cieszę się też z tego, że dzięki temu wróci też pamięć o malarstwie Łukaszowców. Każdy z nich był wielką indywidualnością, i byli oni ważnym nurtem w okresie międzywojennym. Nie można o nich zapominać.
A Kazimierz niezmiennie czeka na gości, bo – jak pisał Tadeusz Pruszkowski w „Wiadomościach Literackich” z 1939 r. – „byłem zaskoczony wrażeniem podobieństwa nastroju Kazimierza do uroczych miasteczek włoskich. Nic a nic nie gorszy i bardzo swój. Piaszczysta, szeroka rzeka, górzyste brzegi porośnięte niesłychanie bujną, różnoraką roślinnością, zdumiewająco piękna i oryginalna stara architektura, romantyczne ruiny, w rozległym i szerokim często chmurnym pejzażu”.

„Kazimierz to najznakomitszy aktor filmowy! Mówię to bez żadnej przesady. Woda, skały, wąwozy, architektura… i wszystko za darmo.” Tym aktorem stał się Kazimierz nad Wisłą w filmie „Szczęśliwy wisielec, czyli Kalifornia w Polsce” nakręconym przez Pruszkowskiego aparatem typu Debris. Scenariusz napisał wraz z Feliksem Topolskim i Zygmuntem Jurkowskim. Film był nawet wyświetlany w kinie Splendid w Warszawie. Może teraz przyszła pora na inny film – o Pruszkowskim, Łukaszowcach i Siedmiu Obrazach, skoro wreszcie wróciły one do domu.

– Barbara Sułek-Kowalska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

„Autoportret z fajką” – Tadeusz Pruszkowski
Zdjęcie główne: Obraz "Odsiecz Wiednia (1683)". Fot. z archiwum rodzinnego Adama Michalaka
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Monroe i Miller. Jak intelektualista stracił zmysły
Znajomy żartował: „Wasze dzieci będą miały urodę Arthura i rozum Marilyn”.
Kultura Poprzednie wydanie
Opowieści okrutne jak życie
To sadystka, wampir, dusicielka. I to się widowni podoba.
Kultura wydanie 22.07.2022 – 29.07.2022
Marc Chagall – freak ze sztetlu
Mawiał o sobie: „Jestem małym Żydkiem z Witebska. Wszystko, co czuję, maluję, robię, całe moje »ja« się w tym zawiera”.
Kultura wydanie 22.07.2022 – 29.07.2022
Najpiękniejszy bas świata
Ładysz za kołnierz nie wylewał, palił namiętnie cygara, jadał wysokokalorycznie, ale, jak podkreślał, smacznie.
Kultura wydanie 15.07.2022 – 22.07.2022
Seks w Żabce. Obrazki z życia incela – piwniczaka
Nie jest w stanie wyrazić swego smutku czy rozczarowania, tyko irytację.