Rozmowy

Komik, który znienawidził ludzi. Miał „lenia” w nazwisku

Niedługo przed śmiercią Smolenia, Laskowik odwiedził kolegę w szpitalu. Przepraszał go, ale na twarzy chorego, który już wtedy nie mówił, pan Zenon zobaczył tylko grymas złości i zrozumiał, że Bohdan nawet na łożu śmierci nie chce pojednania – mówi Katarzyna Olkowicz, autorka biografii Bohdana Smolenia.

TYGODNIK TVP: We wstępie do biografii „A tam, cicho być”, pisze pani, że Bohdan Smoleń „przyzwyczaił nas, że przy nim można się tylko śmiać, bo jest wesołkiem, który w każdej sytuacji sobie poradzi, każdego wywiedzie w pole, że przy nim to tylko luz, blues”, a tak naprawdę było zupełnie inaczej. Zwłaszcza w jego życiu prywatnym.

KATARZYNA OLKOWICZ
: Smoleń rzeczywiście był wesołkiem na scenie, do takiego swojego wizerunku przyzwyczaił swoich fanów, którym wydawało się, że zapewne taki jest też prywatnie. Ja sama pisząc tę biografię, przeglądając jego występy sceniczne, zorientowałam się w pewnym momencie, że on jest śmieszny, bo nas śmieszy, ale na scenie praktycznie się nie uśmiecha.

Wystarczy zerknąć na kultowe dziś i kapitalne skecze kabaretu Tey: to zderzenie Laskowika i Smolenia. Ten pierwszy śmieje się z własnych żartów, uśmiecha się, jest figlarny, ten drugi nie odstaje aktorsko i kabareciarsko, ale zachowuje powagę. Smoleń to postać komiczna i tragiczna zarazem. Człowiek, który chciał uchylić ludziom nieba, ale też ich odpychał, który przeżył w swoim życiu dwa ogromne dramaty, czyli samobójczą śmierć syna i żony, i który sam, żyjąc tak jak żył, popełniał samobójstwo na raty.

Jakiego człowieka i artystę pani odkryła, pisząc tę książkę?

Człowieka bardzo smutnego, bardzo złamanego przez życie, nie potrafiącego poradzić sobie z problemami, uciekającego od nich w alkohol i występy na scenie. Nie chciałabym, żeby Smoleń był odbierany wyłącznie jako smutas, ale był człowiekiem, który miał depresję i temu zaprzeczyć, ani tego wymazać z jego życiorysu się nie da.
"A tam, cicho być! Biografia Bohdana Smolenia", Katarzyna Olkowicz, Dom Wydawniczy Rebis, 2022
Z drugiej strony Smoleń był człowiekiem bardzo dobrym dla innych, co udowodnił między innymi zakładając fundację „Stworzenia Pana Smolenia”. Niestety ostatnie lata jego życia to czas, gdy był schorowany, po kolejnych wylewach, a co za tym idzie, przykry dla najbliższych. Wcześniej zawsze można było na niego liczyć. Zdarzało mu się spóźnić na próbę, czy plan zdjęciowy, ale zawsze dzwonił i informował, że nie będzie na czas. To był jego szacunek do ludzi, z którymi występował.

Często zdarzało się, że pożyczał komuś pieniądze albo wręcz je dawał nie oczekując zwrotu. Znany był z tego, że - gdy ktoś chorował - załatwiał coś na tzw. gębę. Tu miał znajomego lekarza, tam kogoś, kto akurat miał do sprzedania lodówkę czy pralkę. W tym załatwianiu pomagała mu oczywiście jego sława. Starsi czytelnicy doskonale pamiętają tamte czasy, a młodsi być może nie wiedzą, że w PRL-u nie wszystko leżało na półkach. Trzeba było mieć talony, znajomości albo coś wystać, by mieć w domu meble, jeździć autem, czy mieć w czym uprać ubrania.

A Smoleń przez całe swoje życie robił wszystko, by móc innym ulżyć w kłopotach, problemach, zmartwieniach. Mimo załamania, którego doświadczył, potrafił wyciągnąć pomocną dłoń do innych. Dlatego też, choć w książce opisuję dokładnie te jego ostatnie lata, które były bardzo złe, nie chciałabym, by popsuły cały jego wizerunek.

Czy życie Bohdana Smolenia można podzielić na konkretne etapy?

Owszem. Ja je dzielę na trzy etapy. Pierwszy to ten przed śmiercią syna Piotra i żony Teresy, drugi to ten po ich samobójczej śmierci, kiedy nie występuje już w Teyu, a z kabaretem Pod Spodem, czy z własną grupą, gdy zaczynają się wielkie występy sceniczne, programy w telewizji, i trzeci, kiedy Smoleń jest w depresji, schorowany.
Jest mu tak wszystko jedno, że gra epizodyczną rolę w serialu „Świat według Kiepskich”, według mnie poniżej jego zdolności. Robi to, bo potrzebuje pieniędzy. Jest tak zmarnowany, że sam przed bliskimi przyznaje, że czeka aż to się wszystko skończy, bo nie chce już żyć.

Można chyba śmiało powiedzieć, że zamiłowanie do występów na scenie Smoleń wyniósł z rodzinnego domu?

Tak. Smoleń miał przodków z różnych krajów. W jego rodzinie mieszały się korzenie węgierskie, austriackie, włoskie, rosyjskie i w każdej odnodze rodziny był jakiś artysta. Może nie z pierwszych stron gazet, ale był. Rozdział temu poświęcony zatytułowałam zresztą „Bigos genetyczny”, bo to rzeczywiście był niezły bigos.

Prym w domu Smolenia wiodła matka.

Kiedy zgłębiałam losy tej rodziny, zastanawiałam się, co by było gdyby Elżbieta (zwana Lalą), nie zachorowała. Być może byłaby wielką aktorką i występowała na wielkich scenach, bo zapowiadała się świetnie. Kiedy jej kariera powoli się rozwijała, szalała choroba Heinego-Medina, czyli ostre nagminne porażenie dziecięce. Matka Smolenia miała wtedy 28 lat. Wirus polio dopadł ją, rozprzestrzenił się w całym organizmie i miał tak ciężki przebieg, że została sparaliżowana od szyi w dół. Po latach rehabilitacji wróciła jej sprawność w jednej ręce, a dokładnie w trzech palcach. To właśnie nimi zarządzała domem i rodziną ze swojego łóżka aż do śmierci.

Lala podejrzewała, że przyczyną jej tragedii były kupione na straganie wiśnie. W momencie, gdy całe życie miała jeszcze przed sobą, musiała nauczyć się funkcjonować sparaliżowana, bez możliwości wychodzenia, czy poruszania się o własnych siłach.

W jednym z wywiadów Smoleń wspominał, że mama znała na pamięć układ całego mieszkania, kuchni, a nawet naczyń. Często, nie widząc syna, pytała dlaczego wyjmuje garnek zielony, a nie niebieski. To, że miała sprawne palce, sprawiło, że przynajmniej była w stanie pisać skecze, które Bohdan ze swoimi kolegami wystawiał w studenckim kabarecie.

Czy to ona w dużej mierze ukształtowała jego nastawienie do sceny, do kabaretu?

Myślę, że tak. Pisała teksty skeczy i piosenek, kibicowała mu, ale jednocześnie chciała by zdobył konkretny zawód, dlatego też po liceum Bohdan poszedł na studia, a konkretnie na zootechnikę w Akademii Rolniczej w Krakowie. Pielęgnowała jednak w nim tę miłość do sceny, bardzo go w tym wspomagała. On zresztą sam napatrzył się tych występów, recytacji i śpiewów podczas uroczystości rodzinnych i spotkań ze znajomymi matki. Do Lali przychodził cały artystyczny świat Bielska i Krakowa - mimo, że leżała w łóżku, była bardzo aktywna towarzysko. Myślę, że Bohdan, wybierając karierę sceniczną, oddał jej w pewnym sensie hołd. Zrobił to, czego ona nie mogła zrobić sama.

Taki dom na pewno pomagał rozwijać talent, ale z drugiej strony zafundował Smoleniowi zapewne szybkie dorastanie?

Tak, to było bardzo szybkie dorastanie zarówno dla niego, jak i jego siostry. Kiedy matka zachorowała, Bohdan miał 5 a Ilona 2 lata. Żeby ich nie zarazić, matka przez ponad dwa lata unikała kontaktu z dziećmi. A przecież to czas, gdy dzieci potrzebują matki, przytulenia przez nią, ciepłego słowa, choć warto też pamiętać, że rodzice Smolenia to pokolenie powojenne, które wychowywało dzieci w pewnej oschłości i dystansie.

Ojciec Bohdana nie stanął na wysokości zadania. Był konferansjerem, który dość szybko przestał pracować, pieniądze zarabiał okazjonalnie, pił albo grał w karty, bo był hazardzistą. Częściej coś przegrał, niż wygrał. Jego matka zajęła się Bohdanem, a Ilona trafiła do rodziny bardzo bliskiej kuzynki. Jej córka, czyli pani Barbara Broszkiewicz-Łoś wspominała w rozmowie ze mną, że ona i Ilona były tak małe, iż przez pewien czas myślały, że są rodzonymi siostrami. Kiedy wszystko się unormowało i Lala wróciła do domu, trzeba było na nowo nauczyć się żyć.

Znienawidzeni przez „pierwszą parę”. Kogo mogą bawić mizdrzący się podstarzali faceci?

To był cichy protest wobec otaczającego świata, w którym twórcy nie czuli się dobrze.

zobacz więcej
Matką opiekowali się Bohdan i Ilona oraz pracowniczki opieki społecznej. Tą, która była z nimi najdłużej, była Hanka. Ale kiedy jej nie było, dzieci musiały pomóc mamie w skorzystaniu z toalety, wymyciu się. Niesamowitą historią jest dla mnie to, że Lala tak wytresowała psa Fafika, że ten, gdy nie było Hanki, a dzieci były w szkole, na komendę biegł do podstawówki i szukał Bohdana albo Ilony i w ten sposób informował, że mamie chce się siusiu i trzeba jej podstawić basen. Po latach Lala o swoim wnuczku Macieju powiedziała, że „jest mądry, jak Fafik”, co w rodzinie uchodziło za nie lada komplement.

Warto przy tym zaznaczyć, że mimo tych trudności, tej opieki nad sparaliżowaną matką, wszystko w tym domu odbywało się tak jak trzeba. Dzieci były w miarę zadbane, miały sprawdzone zeszyty, były wysyłane na obozy.

Inaczej do sprawy wychowania podchodził Bronisław Smoleń, czyli ojciec Bohdana. Gdy w dzienniczku pojawiła się uwaga, że Bohdan znowu przyszedł nieuczesany na lekcję, ojciec odpisywał, że widocznie nie miał grzebienia. I tak do skutku on i nauczycielka prowadzili sobie konwersację na piśmie. Po latach Smoleń wspomni, że najcieplejsze słowa, jakie od ojca usłyszał to te, gdy ten zabrał go na polowanie i tak niefortunnie rzucił butelką, że rozbił ją na głowie syna. „Synuś, bardzo cię przepraszam” – powiedział wtedy.

Bohdan wyrósł na towarzyskiego młodzieńca.

Nie był adonisem, miał tylko 165 cm wzrostu, ale miał też „to coś”. Prowadził bujne życie towarzyskie, chociaż nigdy nie wchodził w rolę lidera. Nie mówił dużo, nie był duszą towarzystwa, ale jak już coś powiedział, to wszyscy wybuchali śmiechem. Zawsze był ktoś od niego silniejszy, tak będzie też, gdy zacznie występować z Zenonem Laskowikiem, potem z Andrzejem Zaorskim. To, jak mówili ci, którzy go znali, nigdy mu nie przeszkadzało.

Dopiero pod koniec życia to się u Smolenia diametralnie zmieniło. Nie chciał się z ludźmi spotykać, nie lubił ich, drażnili go. Jak już wspomniałam, po wylewach, po tym jak zaczął chorować uruchomił mu się nowy słownik. Jak mówiła jego ostatnia partnerka Joanna Kubisa: „rzucał słowem skrzydlatym”.

Jak wyglądały te pierwsze występy Smolenia, jeszcze zanim zaczął współpracę z Teyem? Czym zaskarbiał sobie sympatię widzów? Jakie skecze prezentował i z kim występował?

Wraz z kolegą ze studiów, Andrzejem Pawłowskim założył kabaret Pod Budą. To, co prezentowali na scenie, było charakterystyczne dla grup studenckich z tamtych czasów. Dominowały teksty poetyckie, wierszyki przeplatane piosenkami. Za swój komizm i powiew świeżości kabaret był często nagradzany na różnych przeglądach i konkursach. W pewnym momencie do grupy dołączył muzyk i wokalista Andrzej Sikorowski, który po odejściu Smolenia z kabaretu przejął go i stworzył działający do dziś zespół muzyczny Pod Budą.

Jak rozpoczęła się współpraca Bohdana Smolenia z Zenonem Laskowikiem i uznawanym dziś za kultowy kabaret Tey?

Po raz pierwszy Tey zaprezentował się 18 września 1971 roku, a Smoleń trafił do jego składu w 1977. Laskowik zobaczył go kilka lat wcześniej, gdy występował jeszcze z kabaretem Pod Budą. Spotykali się przez te kilka lat na różnych występach, przeglądach, festiwalach.

W międzyczasie w Teyu doszło do rozłamu (odszedł Janusz Rewiński) i Laskowik miał w głowie nowy pomysł. To polska wersja Flipa i Flapa, czyli duży gruby Laskowik i mały chudziutki Smoleń.

Zenon Laskowik pojechał więc do Krakowa, znalazł Smolenia i zaproponował mu współpracę. Ten się zgodził, bo czuł, że nadszedł moment, kiedy trzeba opuścić studencki kabaret i iść w świat, a przy okazji zacząć zarabiać. Tym bardziej, że szybko, bo już na drugim roku studiów, ożenił się z Teresą, rok po roku urodziła mu się dwójka dzieci, i całą rodziną mieszkali w akademiku.
Kabaret Tey w programie "S tyłu sklepu" w roku 1980. Na zdjęciu kultowy duet Bohdan Smoleń i Zenon Laskowik. Fot. Maciej Osiecki / Forum
Przeprowadzka do Poznania i praca z Laskowikiem oznaczała dla niego artystyczne spełnienie i etat. I w ten sposób w 1978 roku doszło do wspólnego premierowego występu Laskowika i Smolenia. Pierwszy tekst, jaki wygłosili na scenie stojąc obok siebie brzmiał: „Witamy Państwa serdecznie. Wita państwa Wielkopolska (tu Laskowik się wypina), a obok, jak by to powiedzieć, Małopolska, państwa wita, żeby nie powiedzieć, galicyjska bieda”. Po tych słowach Bohdan robił minę, a ludzie ryczeli śmiechem.

Skecze ustawione były tak, że Laskowik jest wrogiem ludu, ruskim, czerwonym, którego Smoleń „zbija”. To Smoleń był reprezentantem i kumplem publiczności, wygrywał w słownych potyczkach. Choć wielu osobom wydaje się, że występy Teya były improwizowane, lekkie, tak naprawdę były bardzo dokładnie przygotowywane. Zanim obydwaj wyszli na scenę, odbywało się mnóstwo prób.

Można powiedzieć, że o takim sukcesie, jaki odniósł Tey, nie marzył ani Laskowik, ani Smoleń?

Zaczyna się ten najlepszy okres zarówno w dziejach kabaretu, jak też w życiu Smolenia i Laskowika. W rozmowie ze mną pan Zenon przyznał, że intuicyjnie wiedział, że Smoleń to jest to, ale dopiero jak zaczęli próbować, coś się w nim otworzyło. Wyznał mi, że Bohdan był jego muzą, kiedy na niego patrzył, do głowy przychodziły mu skecze, piosenki, wszystko samo się pisało. To było takie porozumienie dusz, wręcz doskonałe, które świetnie było widać na scenie.

Smoleń co prawda kariery zootechnika nie zrobił, ale został gwiazdą kabaretu.

To prawda. Studia skończył po dziesięciu latach, i to tylko dlatego, że obiecano mu przydział na mieszkanie. Rzeczywiście popularność Smolenia z dnia na dzień była coraz większa. W tamtych czasach prasa nie rozpisywała się, jak dziś, o małżeństwach, dzieciach, czy rozwodach znanych osób, raczej skupiano się na występach, koncertach. Tymczasem Smoleń był jedną z tych gwiazd, która nie tylko nie mogła przejść nierozpoznana ulicą, ale też odpocząć po pracy, bo zaraz przy jego stoliku w restauracji pojawiał się las rąk z karteczkami, serwetkami i długopisami, z prośbą o autograf. Dlatego też po występach nieraz otaczało go kilku rosłych panów, coś w rodzaju ochrony, która zagradzała do niego dostęp, by mógł spokojnie zjeść. Można więc stwierdzić, że Smoleń był jednym z pierwszych polskich celebrytów.

Po drodze pojawiły się też występy w telewizji.

Tak. To jest kolejny krok w karierze Teya. Zbigniew Napierała, który wylansował Teya w estradzie poznańskiej, trafił do pracy w telewizji. Został szefem oddziału poznańskiego i ściągnął kabaret do siebie. Tey zaczął występować z muzykami Zbigniewa Górnego, powstały krótkie filmiki z cyklu „Muzyka Małego Ekranu”, m.in. „Doroznosiciele”, w którym Laskowik i Smoleń roznosząc mleko po osiedlu o dyskutowali z mieszkańcami. Wystąpili też w Opolu ze słynnym programem „S tyłu sklepu”. Cała Polska ich widziała, rozpoznawała i śmiała się na ich występach.

Co się takiego stało, że ten duet idealny rozpadł się i panowie przez lata nie potrafili ze sobą rozmawiać?

Odpowiedzi na to pytanie jest kilka.

Jedną z głównych przyczyn były pieniądze. Zenon Laskowik był w lepszej sytuacji, bo to on pisał teksty, był ich jedynym autorem i dostawał za to tantiemy. Bohdan miał tylko to, co zarobił na etacie plus wynagrodzenie za występy sceniczne. Nie podobało mu się to. Uważał, że Laskowik niesprawiedliwie dzieli honoraria.

Ponadto w tamtym czasie Laskowik skierował się w stronę duchowości [zbliżył się do wiary i Kościoła – red.], przestał pić, bo widział, że alkoholu było w jego życiu i w ich grupie stanowczo za dużo.

Myślę, że rozstanie nastąpiło też z powodu ich ciągłego przebywania ze sobą. Bywało, że grali po trzy razy dziennie. Spędzali razem czas na scenie, w hotelach, w podróży, z krótkimi przerwami na powroty do domu. W pewnym momencie to zmęczenie materiału musiało nastąpić.

Z dziejów śmiechu. Co Gołas czytał z mankietów i czym popijał nalewkę o poranku?

Wielu pamięta go z filmów, wszyscy – z kabaretowej piosenki „W Polskę idziemy”.

zobacz więcej
Czy doszło między nimi do pojednania, bo plotek i legend na ten temat krąży wiele?

Nie, prawdziwego pojednania nie było, choć Zenon Laskowik próbował kilka razy. Na przykład wtedy, gdy Smoleń był po wylewach i przyjaciele organizowali koncerty, podczas których zbierane były pieniądze na jego rehabilitację. Laskowik na scenie publicznie przepraszał wówczas Smolenia za nieporozumienia między nimi.

Pojechał też do szpitala niedługo przed śmiercią Bohdana. Przepraszał go znów, ale na twarzy kolegi, który już wtedy nie mówił, pan Zenon zobaczył tylko grymas złości i zrozumiał, że Bohdan nawet na łożu śmierci nie chce pojednania.

Do ostatnich przeprosin, symbolicznych, doszło na cmentarzu, nad trumną Smolenia. Laskowik wówczas jeszcze raz ubolewał, że ich znajomość skończyła się w taki sposób. Wiele osób miało potem do niego o to żal, komentowano, że urządził sobie show na grobie dawnego kolegi. Ale syn Bohdana, Maciej Smoleń, z taką opinią się nie zgadza, uważa, że to było bardzo szczere i osobiste podsumowanie znajomości obu artystów, zrozumiałe tylko dla najbliższych.

Panowie z kabaretu Tey pokłócili się o podział honorariów. Czy to oznacza, że pieniądze były tak ważne dla Bohdana Smolenia?

Bardzo. Lubił żyć, mieć je i wydawać na wszelkie przyjemności. Kupował często rzeczy, które nie były mu tak naprawdę potrzebne, np. pistolet albo traktorek, o których marzył. Był gadżeciarzem i wcale się tego nie wstydził, choć nie dotyczyło to jego ubrań. Mógł chodzić w jednej i tej samej rzeczy, i to nie miało dla niego żadnego znaczenia.

Po zakończonej współpracy z Laskowikiem, kolejne projekty, w które się angażował, nie kończyły się sukcesem, więc zarabiał coraz mniej. Dlatego zdecydował się na wejście w branżę disco-polo, która artystycznie nie przynosiła mu spełnienia, ale podbudowała go finansowo. Jego ówczesny menedżer Krzysztof Deszczyński mówił mi, że propozycji koncertów mieli tak dużo, że mogliby występować nawet cztery razy dziennie, gdyby tylko mieli możliwość szybkiego przemieszczania się z jednego końca Polski na drugi.

Wcześniej Tey próbował odkurzyć swój program i wybrał się w trasę po USA na zaproszenie Polonii, ale wszyscy, z którymi rozmawiałam twierdzili, że to już nie było to samo. Te występy służyły tylko zarabianiu pieniędzy i nie miały klimatu.

Jak wyglądały powroty Smolenia z tych kabaretowych tras? Czy żona i synowie mogli na niego liczyć?

Niestety, podobnie jak jego ojciec był nieobecny w tym domu. Gdy wracał z trasy, podczas której często po występach bywały suto zakrapiane imprezy, chciał po prostu odpocząć. Wyspać się, wytrzeźwieć, a tymczasem żona chciała, by był mężem, zajął się takimi sprawami, jak chociażby naprawa kranu, czy rozwiązywaniem problemów wychowawczych z synami.

Teresa, choć mogła zrobić karierę naukową, bo była bardzo dobrą studentką i proponowano jej pozostanie na uczelni, zdecydowała się być żoną przy mężu, poświęcić swoją karierę na rzecz kariery Bohdana. O ile w Krakowie miała swoich przyjaciół, swoje życie towarzyskie, o tyle w Poznaniu otaczali ją jedynie znajomi męża, których lubiła, ale to wciąż byli głównie jego znajomi.

Bohdan po powrocie z trasy nie rozmawiał ani z nią, ani z synami. Zamykał się w sypialni, chciał mieć święty spokój. Jego syn Maciej mówił mi, że często wpadali w pułapkę i oglądając ojca w telewizji widzieli w nim tego prawdziwego ojca, a nie tego, który wraca do domu i jest zmęczony, nieobecny. A gdy się już trochę dotarli, ojciec znowu wyruszał w trasę.

Ta nieobecność sprawiała, że zaczynały się problemy z dziećmi, głównie z synem Piotrem?

Smoleń był wciąż w trasie. W Poznaniu otworzył sklep zoologiczny, którym zajmował się jego żona. Teresa wreszcie miała coś swojego, odżyła. Nie musiała martwić się, czy sklep na siebie zarabia, bo w domu były pieniądze z występów Bohdana, na które bilety rozchodziły się jak ciepłe bułeczki. Chłopcami zajmowały się opiekunki.
Kabareton w amfiteatrze w Zielonej Górze w roku 1987. Na zdjęciu Bohdan Smoleń i Andrzej Zaorski. Fot. Tomasz Gawalkiewicz / Forum
Kiedy przyszły lata 90. odnalazł się właściciel kamienicy, w którym mieścił się sklep Smoleniów i podwyższył czynsz. Podczas jednej z kłótni z Bohdanem, Teresa wykrzyczała mu, żeby wsadził sobie gdzieś ten sklep. A Smoleń, człowiek porywczy, kiedy to usłyszał natychmiast wypowiedział umowy i sklep zamknął. Jak mówił mi Maciej, to było ich specyficzne rozstanie, swego rodzaju rozwód, bo w tym sklepie rodzice rzeczywiście byli wreszcie razem.

Upadek sklepu zbiegł się w czasie z problemami ze średnim synem, czyli Piotrem. Chłopak zaczął zadawać się z poznańską chuliganerką, tak zwanymi penerami. To wśród nich czuł się zrozumiany, lubiany, silny, chciany i ważny. Jako średni syn nie czuł więzi ani z matką, ani z ojcem. Bartek był najmłodszym dzieckiem, na które od zawsze skierowane było najwięcej uwagi. Z kolei Maciek, jako ten najstarszy znalazł nić porozumienia z matką: była nią wspólna pasja, czyli kino. Razem oglądali filmy, rozmawiali o nich.

Piotrek w wieku 14 lat zaczął uciekać w alkohol i używki. W wieku 15 lat był alkoholikiem i narkomanem. Gdy Smoleniowie zorientowali się, że coś jest nie tak, Piotrek już miał poważne kłopoty. Rodzice próbowali radzić sobie z jego nałogami na różne sposoby. Nie skorzystali jednak z fachowej pomocy.

Bohdan namówił Piotra na wspólną podróż do rodziny, miał nadzieję, że po drodze uda im się szczerze porozmawiać. Nic z tego nie wyszło. Piotrek potem chwalił się Maćkowi, że ojciec zrobił cyrk, częstował go fajkami, a on i tak mu nic nie powiedział, za to napalił się „na legalu” papierosów.

Drugi - jeszcze gorszy - pomysł, na który wpadł Smoleń, to trening ninjutsu. Piotrek miał tam zostać poddany „próbie krzyku”. To okrzyk bojowy, który ma zagrzewać do walki. Kiedy przyszła kolej na Piotra, wydał z siebie okrzyk, który przypominał wycie. Wszyscy się z niego śmiali, został publicznie upokorzony.

Był też wyjazd do Japonii jesienią 1989 roku. Tylko Piotr, Maciek i Teresa, ale i ta wyprawa na nic się zdała. 12 kwietnia 1990 roku Piotr popełnił samobójstwo. Powiesił się 300 metrów od domu. Bohdan Smoleń sam odciął syna z płotu, na którym chłopak wisiał.

Po śmierci syna Smoleń snuł teorie spiskowe. Uważał, że ktoś Piotrkowi w tej śmierci pomógł?

Nie chciał przyjąć do wiadomości, że jest po części odpowiedzialny za to, co się stało. To była jego psychiczna obrona. Wymyślił sobie teorię, wedle której ktoś upozorował samobójstwo. Uważał, że to zemsta odchodzącej już władzy za to, co robił na scenie. Dlaczego jednak mściciele nie ruszali dzieci działaczy opozycyjnych, a mieliby zamordować syna komika? I dlaczego mieliby to robić w 1990 roku, kiedy zmieniał się system? Postępowanie w tej sprawie nigdy nie wykazało udziału osób trzecich.

Maciej opowiedział mi, że Piotr wciąż szukał nowych doznań. Kiedy nie wystarczał mu już alkohol i narkotyki, zaczął bawić się w podduszanie. W ostatniej chwili zdejmował z głowy torebkę, czy pasek z szyi. Robił to wiele razy i być może tego dnia również to zrobił, a zabawa wymknęła się spod kontroli. Bohdan Smoleń nigdy tej wersji nie brał pod uwagę, bo gdyby przyznał, że tak było, przyznałby się do tego, że poniósł klęskę jako ojciec i wychowawca.

Rok po śmierci Piotra samobójstwo popełniła także Teresa.

Kilka miesięcy po śmierci Piotra Teresa poprosiła wszystkich domowników o spotkanie. Pierwszy raz zapytała swoje dzieci, co czują. Chłopcy byli jej wdzięczni za tę rozmowę, ale powiedzieli wprost, że nie czują ani miłości, ani zainteresowania ze strony rodziców. Teresę ta rozmowa bardzo zabolała, nie wróciła do niej nigdy.

Na swój sposób próbowała zrozumieć, co się stało, dlaczego Piotr popełnił samobójstwo. Ona, na co dzień racjonalna kobieta, poszła do wróżki. Kiedy zadała jej pytanie, dlaczego Piotr się zabił, usłyszała, że zrobił to, bo nie czuł się kochany. Doznała szoku, te słowa wytrąciły ją z równowagi.

Stana Borysa czepiali się za krzyżyk na szyi. Laskowikowi nie dali rady. Cenzorzy w Opolu

Agnieszka Osiecka musiała w swoim tekście podwyższyć kwotę zarobków polskiego obywatela. Maryla Rodowicz śpiewając „Był sobie król” rzekomo drwiła z Breżniewa, a „Wielką wodą” – z klęski żywiołowej.

zobacz więcej
Przestała zajmować się rodziną, po latach wróciła do palenia papierosów, sięgnęła po alkohol, zaczęła stronić od ludzi, nie walczyła już o swój sklep. Nigdy nie była alkoholiczką, a wtedy codziennie robiła sobie drinka. Nie łajała już Bohdana tak jak kiedyś, za to, że pije, tylko sama mu proponowała alkohol.

Nie pomagała nikomu, nie pomogła też sobie. Pewnego dnia w domu Smoleniów odbywała się impreza, Teresa, jak to miała w zwyczaju, pożegnała się wcześniej z gośćmi, mówiąc, że idzie się położyć. Krzysztof Deszczyński zapamiętał, że miała wtedy na sobie sukienkę w groszki. O szóstej rano zadzwonił do niego Bohdan i powiedział, żeby przyjechał, bo Teresa nie żyje.

Powiesiła się podobnie jak Piotr. Gdy Bohdan ją znalazł, jeszcze żyła, umarła na jego rękach. Poczekał aż dzieci pójdą do szkoły i dopiero potem pozwolił wyprowadzić zwłoki. Koledze, który przyjechał następnego dnia rano i miał porozmawiać z Teresą od serca, powiedział: „Tadek, wydarzyła się wczoraj straszna rzecz. Spóźniłem się o jednego papierosa”.

Smoleń po tej kolejnej śmierci szybko próbuje ułożyć sobie życie.

Nawet za szybko. Nie chce być sam, otacza się rodziną. Do domu przyjeżdża ojciec Bohdana, jego siostra Ilona z córką, potem dołącza kuzynka Basia z synem Piotrem. Próbują go odciążyć. Dom jest pełen ludzi, co nie za bardzo podoba się i służy synom Bohdana. Sam Smoleń za to powoli wraca do życia, choć jak mówił mi m.in. Zbigniew Górny, nie odzyskuje już tego dawnego polotu. Zaczął się, jak to nazwał, czas „Bohdana strapionego”.

W niecały rok po śmierci Teresy w życiu Smolenia pojawia się nowa kobieta. Bohdan pyta synów, czy zgodzą się, by z nimi zamieszkała. Jolanta pochodzi z Bielska, jest jego pierwszą szkolną dziewczyną i samotną matką. Nigdy nie zdradzi, kto jest ojcem jej dziecka. Nie wiadomo, dlaczego odnowili tę znajomość. Gdy Jolanta pojawia się w domu, Bohdan prosi ojca i siostrę, by wrócili do siebie.

Nowa ukochana daje mu nadzieję na lepsze jutro, jest euforia, są uczucia, jest ślub. Niestety, i to nie trwa wiecznie. Jolanta, podobnie jak Teresa, nie miała w Poznaniu swojego towarzystwa, była sama, wpadła w marazm, zaczęła pić. Kuzynka Basia zaproponowałą jej, by założyły wspólnie salon literacki, ale Jola nie była zainteresowana.

Po dziesięciu latach rozwiodła się z Bohdanem. Ten skwitował to małżeństwo słowami: „Nie pasowaliśmy do siebie”. Ostatnią kobietą w jego życiu była Joanna Kubisa, która do dziś prowadzi założoną przez Smolenia fundację.

To dzieje się prywatnie, a zawodowo? Czy kariera Smolenia szwankowała w tym czasie coraz bardziej?

Tak to wyglądało, czego żałowali wszyscy, bo widzieli jak zaprzepaszcza swój dorobek artystyczny. Może rzeczywiście dwie, trzy pierwsze piosenki disco-polo to był udany żart, ale ten żart trwał zdecydowanie za długo. Smoleń znowu był uwielbiany, ale nie zauważał tego, że to zupełnie inna publiczność.

Odpuszczał teyowskie wyrafinowane skecze na rzecz piosenek, w których on sam wyglądał jak bida z nędzą, nosił kowbojski kapelusz i w dodatku śpiewał żenujące teksty. Machnął na to ręką uważając, że skoro są z tego pieniądze, to trzeba to robić. Podobnie było z serialem „Świat według Kiepskich”. Nie uważam, że to zła produkcja, ale rola Smolenia w niej była poniżej jego poziomu i umiejętności.

Czy fundacja „Stworzenia Pana Smolenia”, którą założył, to pewnego rodzaju sposób zadośćuczynienia za to, co się stało w jego życiu? Wyjścia do ludzi, zrobienia znowu czegoś dobrego?

Myślę, że w dużym stopniu tak. To połączenie jego pasji, bo bardzo kochał zwierzęta, a w szczególności konie. Nie był super jeźdźcem, jak twierdzono, ale te zwierzęta go fascynowały. Często powtarzał, że tym, co robi w swoim życiu oddaje hołd matce, która była sparaliżowana i synowi, który za wcześnie odszedł.
Bohdan Smoleń przed koncertem charytatywnym na rzecz Fundacji "Stworzenia Pana Smolenia" w 2013 roku w Poznaniu. Fot. PAP/Marek Zakrzewski
Jego ostatnia partnerka Joanna Kubisa kontynuuje tę misję i choć nie jest jej już tak łatwo, jak wtedy, gdy żył Smoleń, wciąż stara się, by to wszystko działało. Nawet wtedy, gdy Bohdan już tylko fundacji prezesował, gdy pod koniec choroby wyjeżdżał na wózku inwalidzkim, był swego rodzaju „atrakcją”. Dzieci robiły sobie z nim zdjęcia, uwielbiały go i miały w nim kumpla. Mimo swojej szorstkości i nienawiści do ludzi, jaką miał w sobie pod koniec życia, zupełnie inne uczucia żywił w stosunku do dzieci.

Wspomniała pani o tym, że te ostatnie lata życia Bohdana Smolenia nie należały do najłatwiejszych.

Przeszedł trzy udary, miał lekki zawał i przede wszystkim nie chciał się leczyć. Stwierdził, że nie rzuci palenia papierosów. Jego syn Maciej powiedział mi, że gdyby ojciec chciał o siebie zadbać, to dziś siedzielibyśmy przy jednym stole i rozmawiali o tym, co przeżył na kabaretowych scenach. Bywały momenty, kiedy nie pił i wtedy był zupełnie innym człowiekiem. Odzyskiwał sprawność, chodził na grzyby, co uwielbiał, miał jasność umysłu. A potem znowu wracał do picia i znowu go nie było.

Te ostatnie lata to czas, kiedy Smoleń popełniał samobójstwo na raty – nie chciał jeść, nie chciał się rehabilitować. Jeden ze znajomych wspominał, że gdy zadzwonił do szpitala i zapytał o jego samopoczucie, lekarka odpowiedziała, że tak owszem robi postępy i wypowiada jedno słowo. Gdy ten zapytał jakie, padła odpowiedź, że słowem tym jest „wyp......aj”.

Pod koniec życia brał tyle leków, że - jak mówił Maciek - miał stany odrealnienia, halucynacje, krzyczał, ale nie mógł powiedzieć, co mu jest. Do końca trwała przy nim, gdy już nie mówił, nie chodził i był okropny dla ludzi, Joanna Kubisa. Była przy nim do śmierci i nie zawsze słyszała słowo „dziękuję”. Kuzynce Basi Bohdan wyznał, że nie chce już żyć, że chciałby aby to wszystko się skończyło. Ten dzień nadszedł 15 grudnia 2016 roku. ODWIEDŹ I POLUB NAS W książce wśród osób, które wspominają Smolenia, wypowiada się tylko jeden z synów.

Bartek nie chciał opowiadać o ojcu, bo być może to było dla niego za trudne, a poza tym wiedział, że będzie się wypowiadał na ten temat Maciej. Wspomógł mnie za to częścią zdjęć, która pochodzi z rodzinnego archiwum. To było to, co mógł mi dać. Nie dał mi swoich emocji, ale dał mi swoje fotografie.

Czy jest coś, co odkryła pani w postaci Smolenia, co panią zachwyciło, zafascynowało?

Uwielbiam historię powstania jedynego tekstu, który Smoleń napisał sam. To pokazuje, że był leniem, a jego kariera jako twórcy tekstów mogła się potoczyć zupełnie inaczej. Mam na myśli „Szeptankę” znaną wszystkim jako „A tam, cicho być!”. Bohdan siedział podczas przerwy, czytał gazetę i komentował na wesoło to, co wyczytał. Na przykład ogłoszenie, że zaginął pudel podpalany. „Gdyby mnie podpalali, też bym uciekał” - skwitował, a wszyscy zaczęli się śmiać. W ten oto sposób powstał kolejny kultowy skecz, jedyny w całości autorstwa właśnie Bohdana.

Zaskakujące jest dla mnie to, że człowiek z takim potencjałem nie chciał napisać nic więcej. Gdyby się do tego zmusił, być może mielibyśmy dziś innego Smolenia. Sam się zresztą często śmiał, że ma „lenia” w nazwisku, skoro nazywa się Smoleń. Oprócz tego lenistwa był człowiekiem słodko-gorzkim, dobrym, szarmanckim zwłaszcza w stosunku do kobiet i chciałabym żeby takim właśnie został zapamiętany.

- rozmawiała Marta Kawczyńska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Katarzyna Olkowicz, autorka książki "A tam, cicho być! Biografia Bohdana Smolenia", jest dziennikarką. Była związana z wieloma tytułami prasowymi, w tym z „Expressem Wieczornym” i „Vivą!”. Pracowała jako zastępca redaktora naczelnego w „Pani”, „Zwierciadle” oraz „Twoim Stylu”. Absolwentka dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego i psychologii społecznej SWPS.
Kabaret Tey, czyli s tyłu sklepu
Zdjęcie główne: Pomnik Bohdana Smolenia w Poznaniu. Fot. PAP/Marek Zakrzewski
Zobacz więcej
Rozmowy Poprzednie wydanie
Wielka Lechia to fikcja. Opiera się na legendach i fałszywkach
Nie wiemy, czy chrzest Mieszka I odbył się na pewno w kwietniu 966, ani gdzie się odbył, ale wysnuwamy wnioski.
Rozmowy wydanie 16.09.2022 – 23.09.2022
Ideowe odrodzenie chadecji jest niemożliwe
Kościół został spenetrowany przez marksizm w sferze filozofii i teologii.
Rozmowy wydanie 16.09.2022 – 23.09.2022
Karol III, sympatyk islamu, wielbiciel klasycznego piękna
Jego matka lubiła konie, on lubi idee.
Rozmowy wydanie 9.09.2022 – 16.09.2022
„Gołe baby” zamiast mięsa i cukru. Erotyka w filmach PRL
Mąż wystąpił o rozwód, kiedy zobaczył ją w filmie nagą.
Rozmowy wydanie 9.09.2022 – 16.09.2022
Korespondent wojenny nie może opowiadać się po jednej ze stron
Wykonując swój zawód powinien dążyć do obiektywizmu i neutralności – mówi etyk.